wtorek, 31 marca 2009

Kraśko: Każdy ma swoją rację

Ludzki dramat już nie w oku kamery, ale w oku reportera. Piotr Kraśko pokazuje swoją drugą twarz – reportera piszącego. Dziennikarz wydał na dniach zbiór reportaży „Rok reportera”. Dlaczego chwycił za pióro?


Piotr Kraśko wydawał mi się zawsze facetem… bez jaj. Nie mogłam się do niego przekonać. Może dlatego, że zawsze zbyt dobrze wyglądał na wizji — uczesany, dziennikarski bon ton i krawat pod samą szyję. Piotr 19 marca wydał „Rok reportera” — zapis jego przeżyć z podróży na Bliski Wschód, do Afryki i Ameryki. To było też powodem naszej rozmowy, dzięki której — zdanie po zdaniu — zmieniłam o nim… zdanie.

Dziennikarz telewizyjny bierze się za pisanie i wydaje zbiór reportaży „Rok reportera”. Czy — by pokazać świat — kamera to już za mało?
— Na pewno za mało. Miałem olbrzymi niedosyt, gdy podczas 12 lat — bo taki okres obejmuje książka — poznawałem losy setek osób, które stały się dla mnie ważne i bliskie. A w relacjach dla programów informacyjnych długa wypowiedź to dziesięć sekund. Wiele tych historii zasługuje, by poznać je od początku do końca. Inny powód jest też taki, że reporterzy szybko się przemieszczają. Jednego dnia opowiadają o trzęsieniu ziemi w Peru, a drugiego dnia o tym, co dzieje się w Strefie Gazy. Czasem warto taki temat pociągnąć i opowiedzieć, co działo się przed zgrzytami i potem — gdy już pył opada. Ludzie żyją w zdruzgotanych przez wojnę budynkach — wtedy nie ma tam kamer, a dramat toczy się dalej. To jest przecież ciekawe i ważne. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego książka powstała. Mówię w niej o ludziach, z którymi pracuję — o operatorach, wydawcach, producentach. To są wspaniali ludzie i od nich wiele się nauczyłem i nadal się uczę. Widzowie i czytelnicy ich nie znają, a warto ich przybliżyć. Piszę też o kulisach pracy telewizyjnej. Wiele osób myśli, że wszystko jest szalenie uporządkowane. A tak nie jest! Jeśli robimy materiał z miejsca wydarzeń, to jest to kontrolowany chaos. Widz — gdyby nas podejrzał — byłby w szoku. Na przykład kable związujemy drutem albo sklejamy przylepcem w ostatniej chwili. Albo walczymy z talerzem satelitarnym, który ledwo działa, bo wiatr tak wieje, że talerz fruwa jak żagiel.

Wielkie wydarzenia pokazuje pan przez pryzmat zwykłych ludzi. Co w ich relacjach wydaje się najtragiczniejsze?
— W Bejrucie miałem poczucie beznadziejności. Kiedy byłem tam pierwszy raz, miałem wrażenie, że z ich sytuacji znajdzie się jakieś wyjście. Dziś wiem, że jest inaczej, bo niewielu osobom zależy na rozwiązaniu problemów. Zbyt wielu państwom konflikt jest na rękę. Pamiętam, jak z operatorem filmowaliśmy ranne dzieci w szpitalu — roczne, kilkuletnie z amputowanymi rękoma i nogami... Potem usłyszałem, jak rzecznik prezydenta USA twierdził, że nie ma powodu doprowadzać do szybkiego zakończenia wojny, bo cele operacji nie zostały osiągnięte. On politycznie miał dużo racji, ale ja byłem tam i widziałem. Przyszło mi do głowy — czy to był jakiś ponury żart? Jak powiedział kiedyś reporter amerykański — nie ma prawdy o Bejrucie. Są tylko jej wersje.

A gdzie szukać tej prawdy?
— W tej części świata wszystko jest skomplikowane. U nas się kłócimy, a potem staramy pogodzić. Wydaje nam się, że się różnimy, bo mamy inne poglądy polityczne. Jesteśmy bardzo podobni do siebie, bo mamy tę samą przeszłość i łączy nas wspólna wizja przyszłości. Tam jest inaczej. Tam ludzie się kłócą i ten konflikt — zamiast się rozwiązać — sięga do czasów Abrahama: kto wtedy pierwszy namieszał. Nie sposób dojść do tego, kto ma rację. Nie sposób określić kto pierwszy posadził drzewo oliwne, kto wybudował ten dom, a kto pierwszy jeździł tą drogą. Trudno dojść do racji — tym bardziej, że każdy ma swoją rację.

Co zaskoczyło pana najbardziej podczas pracy reporterskiej?

— Pamiętam widok ciał przykrytych folią i posypanych lodem na plażach Tajlandii po tsunami. Widziałem kilkaset worków — bezimiennych historii. Kiedy znamy imię, wtedy dopiero przeżywamy... I poznałem wtedy w szpitalu dwójkę dzieci z amputowanymi nogami i kroplówkami. Obok nich leżał ojciec — też amputowanymi nogami. Prosił, bym poszukał jego żony. Okazało się, że żona ma zmiażdżoną czaszkę i zaraz odłączą ją od aparatury podtrzymującej życie... Tę rodzinę już znałem, rozumiałem ich dramat. To było koszmarne — wiedziałem, jakie życie ich czeka. Ojciec będzie żebrał, by utrzymać rodzinę. Ale jaką rodzinę? Przecież on jeszcze nie wiedział, że stracił żonę, a dzieci matkę. To było bolesne doświadczenie.

Czego nauczyło pana — jako reportera telewizyjnego — pisanie?
— To są zupełnie dwa inne światy. Telewizja jest bardzo ulotna. Spotykamy się o godz. 9 rano i ustalamy, jaki robimy program. Oczywiście zakładamy, że życie jeszcze nam coś ciekawego zaserwuje. O godz. 19.30 idą „Wiadomości”. Pisanie jest zupełnie inne — to proces o wiele dłuższy. Człowiek się zastanawia, skreśla, dopisuje... Pisanie wymaga innego temperamentu. W tej kwestii bliższa jest mi jednak telewizja — szybkie decyzje.

A czy nie jest tak łatwiej?
— Jasne, że łatwiej. Ale pomimo tego czuję się niedosyt, że historie są jakby nieopowiedziane, urwane.

Na ile dziennikarz może sobie pozwolić w swojej pracy? Jakiej granicy pan nie przekracza?

— Dziesiątki jest takich sytuacji. W Europie czy w Ameryce trzeba być bardzo ostrożnym, bo ludzie nie chcą, by opowiadać o ich intymnych sytuacjach. Na Bliskim Wschodzie jest inaczej — chcą opowiadać swoje historie. To dla nich poczucie rekompensaty. To działa na zasadzie: niech świat wie, co z nami tu robią, jak żyjemy. A jeśli o czymś nie chcieli mówić, ja po prostu nie pytałem.

Gałkowo na Mazurach to pana rodzinne strony...
— To najpiękniejsze miejsce na ziemi! Jak jestem gdzieś w strasznych miejscach na świecie, to zawsze myślami jestem na Mazurach. To po pierwsze, a po drugie mam na Mazurach swój kawałek ziemi. Znam tam każdą drogę i wiem, gdzie stoi każda ławka, gdzie kto mieszka i ile ma dzieci. Wiem też, gdzie są jakie zwierzaki. Najbardziej jednak lubię ludzi i rozmowy z nimi. Tak, rozmawiam z nimi jako tubylec.

A Polacy wciąż myślą: cudze chwalicie, swego nie znacie.
— Mazury są obiektywnie piękne. Nie znam człowieka, który przyjechałby z zagranicy i nie zachwycił się Mazurami. Ale i zakątki Stanów Zjednoczonych są cudowne. W Waszyngtonie mieszkałem trzy lata i wiem, że tamtejsze okolice są wspaniałe. Stan Maryland jest bardzo podobny do Mazur. Jednak to w polskich Mazurach czuję się najlepiej. A czy tu odpoczywam? Nie, ja po prostu tu mieszkam.

poniedziałek, 30 marca 2009

Kto zapomniał o Jackie?

W Olsztynie wyróżniono najlepszych aktorów sezonu. Koperty i gratulacje zgarnęli ci, którzy „pokazali najwięcej”. Ale czy o tych wyróżnionych najwięcej się mówiło? Milena Gauer jako jedyna olsztyńska aktorka teatralna została zauważona w Polsce. W Olsztynie nie dojrzał jej nikt.


Krytycy nie szczędzą dobrych słów o „Jackie. Śmierci i księżniczce” — monodramie Mileny Gauer wyreżyserowanym przez Weronikę Szczawińską. Teatralny światek zachwyca się spektaklem jak Polska długa i szeroka. Mówi się nie raz, nie dwa, że olsztyńska inscenizacja Elfriede Jelinek to jedna z najlepszych. W Olsztynie jednak to sztuka niedoceniona, a wręcz odrzucona. Mentalność małego miasta? Lubimy sztuki klasyczne? Takie, w których nie trzeba myśleć? Takie, które nie angażują za bardzo? W końcu takie, do których nijak się przyczepić — czyli takie po bożemu? Milena Gauer jest zupełnie inna — odrywa się od skamieniałej konwencji olsztyńskiego myślenia o teatrze. I dlatego nagrody rozdawane podczas gali wieńczącej Olsztyńskie Spotkania Teatralne nie dla niej?

W Jackie wciela się wygimnastykowana jak Nadia Comaneci Milena Gauer. W maleńkiej przestrzeni sceny pani prezydentowa turla się i zamiera w najdziwniejszych pozach. Jest manekinem z wystawy, maszyną do rodzenia, seksualnym odkurzaczem. Aktorka jak zaprogramowana przeskakuje od intonacji do intonacji, tokuje, robi szpagat między nastrojami psychicznymi bohaterki.
(Łukasz Drewniak, Mówiąc z pełnymi ustami)

„Jackie” Mileny Gauer świadomie mocuje się z narzucaną jej formą — z językiem, z teatrem, z rolą wyznaczniczki światowej elegancji. Sprawdza, ile wolności uda jej wywalczyć. Gauer cedzi słowa i sylabizuje, jakby właśnie nauczyła się mówić, by za chwilę wypluwać z siebie monolog z szybkością karabinu maszynowego. Porusza się pewnie, gra własnym ciałem - trzymając się za piersi lub klepiąc się po pośladkach — by za chwilę tarzać się po podłodze jak mała dziewczynka i wstydliwie zasłaniać odsłaniane przy fikołkach krocze. Pogwizduje sobie beztrosko pod nosem, by za chwilę się popłakać. Z jednej strony wpakowuje sobie do gardła wielkie dildo, z drugiej — (w genialnej scenie) inscenizuje śmierć Kenedy'ego, jakby bawiła się samochodzikami. Potrafi wykorzystać chłopięcą zabawę (dziewczynki bawią się przecież lalkami), wyprowadzić z niej dogmat "męskości" i subwersywnie obrócić ją przeciwko męskiej narracji "śmierci wielkiego człowieka".
(Jan Czapliński, Hajdpark. Dzień siódmy)

Dziś wszystko się rozwija, a teatr przede wszystkim. Spektakl przełamał tabu. Olsztyn jednak wciąż tkwi w czarnej dziurze — bo nowe parzy. Widać po rozdanych nagrodach, że będzie tkwił nadal. Bo Olsztyn to zupełnie inny świat.

Jak grałam w Warszawie "Jackie", stało się coś niesamowitego. Przyszło 150 osób, siedzieli sobie na głowach. Wytworzyła się niesamowita energia i to było najlepsze przedstawienie, jakie zagrałam! A potem Wrocław, Kraków... To duże wrażenie, gdy się gra dla tak wielu osób. W Olsztynie na "Jackie" przychodzi około dziesięciu widzów. Dlaczego tak mało? Nie wiem. Ale nie mam poczucia sukcesu. To jednak bardzo miłe uczucie, że spektakl się podoba — tym bardziej że przez lata nie mogłam dostać się do szkoły teatralnej i studiowałam wiedzę o teatrze, czytałam "Teatr" i "Didaskalia" od deski do deski. Dziś jak widzę siebie w tych branżowych pismach, też jest mi przyjemnie. Jak poszłam kupić te gazety z recenzjami "Jackie" to się zryczałam. Nie myślałam, że kiedykolwiek się to wydarzy. Tak, to ogromne wrażenie.
(Milena Gauer o „Jackie”)

Kto w Olsztynie zgarnął nagrody? W plebiscycie "Gazety Olsztyńskiej" na Teatralną Kreację Roku zwyciężyła Irena Telesz (tytułowa rola w spektaklu "Utracona cześć Katarzyny Blum") i Maciej Mydlak (postać Wolanda w "Mistrzu i Małgorzacie"). Swoją nagrodę przyznali też studenci Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego — wyróżnili Grzegorza Gromka. Wielu aktorów zostało również wyróżnionych przez olsztyńskich urzędników i przedsiębiorców.

niedziela, 29 marca 2009

Kit i hit XVII Olsztyńskich Spotkań Teatralnych

Ciągnie olsztyniaków do nowego, świeżego teatru, a Olsztyńskie Spotkania Teatralne są tego dowodem. Bilety rozchodziły się jak świeże bułeczki, czyli że widzowie mają apetyt na sztukę.


Większość spektakli – a można ich było obejrzeć w Olsztynie aż 16 – kończyło się owacjami na stojąco. Największą atrakcją, ale i kitem okazały się „Narty Ojca Świętego”. Dramat Jerzego Pilcha wyreżyserowany przez Piotra Cieplaka to teatr grzeczny, przystępny i do posłuchania. Morałów ze sceny płynie wiele, ale żadna kwestia nie zmusza do zastanowienia się nad życiem Polaka-katolika. A jest powód – do Granatowych Gór ma przyjechać emerytowany Jan Paweł II, ma się zadomowić wśród ludzi, którzy różnie pojmują moralność. Ma niby nastąpić przemiana tych pospolitych chrześcijan, co i popiją, i żonę raz po raz uderzą. Pilch jednak nie wbija kija w mrowisko, ale gawędzi na temat przemian ze strachu, może ze wstydu – na pewno na przymus. Bo tak wypada. I olsztyniakom wypadało wiwatować. Przede wszystkim trzeba oddać hołd polskiemu papieżowi, na którego czeka się niczym na Godota. Po drugie Janusz Gajos – oczekiwana gwiazda, więc klaskać trzeba ile sił, by pokazać, że Olsztyn nie taki zły, zachować w teatrze się potrafi. Wiwaty należały się też Pilchowi – pisarz to przecież znany, a jak znany to i mądry, a jak mądry to nie wypada się nie zachwycać. No i Teatr Narodowy czyli ten pierwszy, wzorcowy i.. utrzymywany z pieniędzy podatników. Swoje zawsze się docenia.

Hitem Olsztyńskich Spotkań Teatralnych okazała się „Sprawa Dantona” – rzecz o rewolucji francuskiej, ale jednak z Francją na boku. Reżyser mówi o mechanizmach władzy i postawach ludzi w nią uwikłanych. Ubrani w XVIII-wieczne stroje cyniczny, rozpustny Danton i nieprzekupny, moralny Robespierre walczą ze sobą na tle kartonowo-barakowej scenografii. Klata zderza więc ze sobą dwie estetyki i tym samym stawia pytania - czy o taki świat warto walczyć? Czy warto taki świat naprawiać? I co jest tu ważne? Idee? Namiętności? To drugie – bo świat bazuje na emocjach i żarliwości. Problem jest tylko taki, że nad polityczną wojną nie można zapanować i każda rewolucja pożera własne dzieci – jak w piosence pojawiającej się kilkakrotnie w spektaklu „Children of the revolution”.


Olsztyńskie Spotkania Teatralne to przegląd dokonań polskiej sceny teatralnej, ale przede wszystkim możliwość porównania Teatru Jaracza z innymi. Festiwalowi przyświeca idea pokazywania teatru nowatorskiego, co ma prowadzić do ośmielenia publiczności. Tu świetnie wpisał się właśnie Jan Klata, Anna Augustynowicz („Wesele"), Piotr Tomaszuk i Teatr Wierszalin („Klątwa"), Janusz Wiśniewski („Burza”).

Festiwal poprzez gościnne występy ma też zaprosić do teatru własnego w poszukiwaniu nowych wrażeń scenicznych. Spotkania minęły, a czy wrażenia rzeczywiście będą u Jaracza dostępne? Teatr corocznie serwuje kilkanaście premier – niewiele z nich odbija się w echem w Polsce. Fabryka spektakli idzie więc na ilość i zaprasza do współpracy reżyserów ze „średniej półki”. Widzowie karmieni są więc sztuką niczym się niewyróżniającą, więc nie dziwi, że Olsztyńskie Spotkania Teatralne wyzwalają w olsztyniakach gorące emocje i mobilizują do owacji na stojąco. Inne przyszło, lepsze od naszego – brawo! A przecież i w Olsztynie można wspiąć się na wyższe szczeble. Czy nie warto ilość zastąpić jakością? Czy Olsztyn rzeczywiście potrzebuje kilkunastu premier na sezon? Dla porównania – Teatr Polski z Bydgoszczy premierami nie zasypuje, ale nazwiskami reżyserów już tak – od Jana Klaty („Witaj/Żegnaj”) po Wiktora Rubina („Przebudzenie wiosny). Ale Olsztyn lubi pracować na akord.
- Wróciłem z Chin i jak sobie przypomnę, jak tam ludzie zapierniczają, to dochodzę do wniosku, że i my musimy robić wszystko szybciej i lepiej – mówił przed rozpoczęciem sezonu 2008/2009 Janusz Kijowski, dyrektor Teatru Jaracza. Ale czy szybciej (więcej) znaczy lepiej?

czwartek, 26 marca 2009

Dziurawa wątroba kontra łapówka

W zdrowym ciele zdrowy duch? Polska kuleje, a Polak się śmieje. Jaka choroba zjada kraj? Polska choroba. Ale jak ukazać ją... w Muzeum Chorób Ludzkich?

Na uniwersytecie Nowej Południowej Walii w Sydney otwarto Muzeum Chorób Ludzkich. Znalazło się w nim około 2500 próbek tkanek zarażonych rozmaitymi chorobami. Wystawa zawierająca przykłady nowotworów, krwiaków i innych dysfunkcji organizmu ma zachęcić zwiedzających do większej dbałości o własne zdrowie i ciało. Perełką wśród eksponatów jest łagodny potworniak jajnika, w którego wnętrzu widoczny jest duży ząb.

A gdyby tak do muzeum podrzucić eksponat biało-czerwony? Zastanawiam się jednak, co mogłby reprezentować „chorobę polską”. Zwłaszcza, że ta - w zależności od czasów – oznacza zupełnie coś innego.



Eksponat - służba zdrowia czyli licznik kolejek NFZ. Ma sens?


Filozofia wszystkich reform zdrowia w III Rzeczypospolitej zasadzała się na założeniu, że w źle zorganizowanej służbie zdrowia marnują się pieniądze, zatem poprawa organizacji pozwoli na wyzwolenie rezerw. Przez kilkanaście lat wyciskano więc rezerwy i udało się najbardziej zaoszczędzić na kosztach płac. Nikt nie uwzględnił tego, że w otwartej gospodarce nie da się z sektora ochrony zdrowia uczynić skansenu zacofania, zwłaszcza że pacjenci się na to nie godzą.
(Elżbieta Cichocka: Chora służba zdrowia)

Eksponat – pijaństwo czyli dziurawa wątroba. Ma sens?

Alkoholizm nie jest już "polską chorobą". Byliśmy przez wiele lat postrzegani jako naród pijaków. Kiedyś oprowadzanie cudzoziemców po Warszawie było dla nas i dla nich dramatycznym przeżyciem... tymczasem w ciągu ostatnich lat alkoholizm "rynsztokowy" w znacznym stopniu został zlikwidowany. (…) To jest kwestia zmiany mentalności jego konsumentów.
(Krzysztof Brzózka: To nie jest już polska choroba)

Eksponat – kiła czyli intymna mogiła. Ma sens?

W 1495 r. "chorobę francuską" przywiozła do Polski małżonka jednego z urzędników na Wawelu, powracająca z pielgrzymki do Wiecznego Miasta. Kilka lat później chorowała połowa dworu królewskiego. Kiłę początkowo nazwano chorobą francuską, bo najczęściej zapadali na nią Francuzi. Rosjanie byli przekonani, że roznoszą ją głównie Polacy, i nazywali syfilis chorobą polską. Podczas wyprawy króla Francji Karola VIII do Neapolu Francuzi nazywali kiłę chorobą włoską lub neapolitańską. Arabowie z kolei nazywali ją chorobą chrześcijańską. W XVIII wieku kiła była już chorobą społeczną, atakującą zarówno mieszczan i wieśniaków, jak też królów i dostojników Kościoła.
(„Wprost” - SexBOMBA)

Eksponat – afera czyli kieszeń z łapówką. Ma sens?

Wizja państwa uczciwych i apolitycznych urzędników jest być może równie utopijna, jak wizja państwa, w którym wszelkie nieprawości tropi "grupa uczciwych". Jest jednak z pewnością bezpieczniejsza. Historia podpowiada, że po pewnym czasie najuczciwsi idealiści porzucają swoje ideały w imię politycznej praktyki. Stają się mniej bezwzględni w zwalczaniu przeciwnika politycznego, ale także mniej bezwzględni wobec partyjnych kolegów. System ręcznego sterowania po euforii rewolucji może wrócić do starego koryta.
(Paweł Wroński: Polska choroba)

Eksponat – seksafera czyli olsztyńska wieża ratuszowa. Ma sens?


Przekonanie o tym, że dostęp do ciał kobiet to przywilej męskiej władzy, wydaje się nam stare jak świat. Niewolnice, nałożnice, hurysy, branki wojenne, chłopki, które podlegały prawu pierwszej nocy, wreszcie - służące, pokojówki, guwernantki, robotnice, sekretarki, asystentki. Ale nie tylko. Polscy arystokraci stręczyli młodą mężatkę, panią Walewską, Napoleonowi, bo skoro Polka wpadła w oko wielkiemu Cesarzowi Francuzów, to seks z nim był jej patriotycznym obowiązkiem. Jedne kobiety przechodzą do narodowej legendy, inne potępiamy jako dziwki - wszystko zależy od tego, z kim spały. Rzadko zastanawiamy się, czy miały jakiś wybór.
(Kazimiera Szczuka: Niemoralne propozycje)

SONDA
Jaki eksponat wybierasz?

licznik kolejek NFZ
dziurawa wątroba
intymna mogiła
kieszeń z łapówką
wieża ratuszowa

środa, 25 marca 2009

DHL przyznaje się do błędu

Kto pisze, nie błądzi, a kto błądzi, ten płaci. Jaka jest siła blogowania? Firma kurierska DHL odczuła to na własnej skórze.

DHL nie spisało się najlepiej. Moja paczka przepadła na dwa tygodnie — mimo iż miała być dostarczona w ekspresowym tempie. Wykłócałam się o swoje, ale zostałam ignorowana. W końcu opisałam sprawę na blogu i miałam rację. Poskutkowało:

16 marca
Witam, na Pani blogu internetowym „Ada, to nie wypada” przeczytałam wpis dotyczący DHL i historię przesyłki, która była wysyłana za naszym pośrednictwem. W imieniu naszej firmy chciałabym przeprosić Panią za wszelkie niedogodności wynikające z opisanej sytuacji. Chciałabym także wyjaśnić tę sprawę - czy mogę prosić o podanie kontaktu oraz numeru Listu Przewozowego? Na tej podstawie będę mogła zidentyfikować przesyłkę oraz przekazać do wyjaśnienia osobom odpowiedzialnym za sprawną obsługę klienta w naszej firmie.

Z poważaniem,
Anna Mazurek
Kierownik ds. relacji z mediami i PR
Dział Komunikacji Marketingowej i PR

Uczyniłam, co należało.

24 marca
Witam, otrzymałam właśnie z działu reklamacji potwierdzenie, iż złożona przez Panią reklamacja została uznana. Mamy prośbę o podanie numeru konta bankowego, na który będziemy mogli dokonać przelewu.

Jeszcze raz chciałabym przeprosić Panią za zaistniałą sytuację,

Pozdrawiam,
Anna Mazurek

Hurra! Jednak DHL potrafi przyznać się do błędu i... PRZEPROSIĆ!

PS. Gdyby nie wpis na blogu, czy reklamacja zostałaby uznana?

Przeczytaj też:
DHL: Koszmarne pieniądze, koszmarna obsługa

wtorek, 24 marca 2009

Wielkie brawa małego miasta

Trwają Olsztyńskie Spotkania Teatralne. To jedna z niewielu olsztyńskich imprez leczących kompleksy małego miasta. Bo wielkie nazwiska zmniejszają złe samopoczucie. W jaki sposób?


Zauważam w Olsztynie „syndrom gwiazdy” — chorobę zakaźną wywołaną wirusem małego miasta. Gdy na scenie staje osoba z rozpoznawalną twarzą, wiele osób traci zmysły.

Wczoraj w Olsztynie pojawił się Janusz Gajos w „Nartach Ojca Świętego” — spektaklu Teatru Narodowego. Sztuka skończyła się owacjami na stojąco. Widownia szalała — jak i przy okazji każdego spektaklu Spotkań, co jest zjawiskiem wręcz paranormalnym. Trzeba wstać i wyrazić nie tyle swój szacunek, ile podbudować samego siebie — że jednak jest się w teatrze w tak doborowym towarzystwie. Bo w tym wypadku nie sztuka jest niezłą kulturą, ale kultura być niezłą sztuką.

Bilety na spektakl rozeszły się błyskawicznie. Powód? Bo Gajos właśnie! Corocznie olsztyniacy zabijają się o nazwiska. To one decydują o jakości spektaklu i wieńczących wiwatach. Reżyseria i autor schodzi na drugi plan. Gęba ma znaczenie, gęba!

Podczas poprzednich Olsztyńskich Spotkań Teatralnych gościła Katarzyna Figura z „Badaniami nad ukraińskim seksem”. Sztuka nienajlepsza, ale z owacjami na stojąco. Bo przecież Figura! Bo gęba i biust!

Podobnie było z „Nartami Ojca świętego”. Olsztyniacy swoje, a krytyka swoje:

(...) pozostaje niedosyt. A dlaczego właściwie? Być może sztuka Pilcha jest zbyt grzeczna? Biorąc na warsztat temat tak poważny jak Papież, stosunek narodu do niego, brak rzeczywistego zrozumienia nauki papieskiej, Pilch zachował się bardzo ryzykownie, ale gdzieś w trakcie chyba się zatrzymał i rozpuścił rzecz całą w dobrodusznej rodzajowości. Nie powiedział nic o tym, czy tym razem wykorzystaliśmy dziejową szansę, czy nie do końca, po pierwszym zrywie pogrążając się w wiadomym chocholim tańcu. Otwarte pytanie o przyszłość postawione jako pytanie o to, komu teraz będziemy kibicować — czy sami sobie? — zdaje się zbyt łagodne. Domyka Gogolowską klamrę, ale nie jest wystarczająco gorzkie, by śmiech w tej komedii zaczął nas dławić.
Wyszedł w sumie teatr grzeczny i trochę o niczym, to znaczy o tym, co mądry wie, a głupi wiedzieć nie ciekaw. Jak pół litra Pontyfikalnej, której nie odważyli się stworzyć mieszkańcy Granatowych Gór. Najpierw podnieca, a potem daje marne pocieszenie pogrążając w rosnącym odrętwieniu.
(Piotr Gruszczyński, Papież w Granatowych Górach)

Dlaczego Olsztyn szaleje? Nieczęsto gwiazdy zjeżdżają do stolicy Warmii i Mazur. A taki Janek Kos to przecież legenda. Zasmakował życia, bywa tu i tam — czasami też pojawia się w mediach. Kiedy można więc zobaczyć taką osobowość na własne oczy, rośnie duma i nikną na chwilę kompleksy. Wielkie nazwisko leczy niespełnioną „wielkomiejskość”. Ale życie toczy się dalej. Dziś Gajos znów jest w Warszawie, a olsztyniak liże rany.

— Byłem na dobrym spektaklu. Gajos grał.
— Gajos? A jaki jest na żywo?

Czyż nie tak wyglądały dzisiaj rozmowy w kuluarach urzędniczych biurek? Ciekawa jestem, ile razy w dialogach padło nazwisko Gajosa, a ile tytuł sztuki... O reżyserze Cieplaku nie wspomnę. Ale pozdrawiam pana Piotra — tym bardziej, że „Narty Ojca Świętego” w Olsztynie były grane po raz setny. Pozdrawiam również tych, którzy czują potrzebę bywania w teatrze — potrzebę posmakowania wartości, a nie dowartościowania się. Z pustego i tak Salomon nie naleje.

poniedziałek, 23 marca 2009

Dzikowska: Uśmiech widać w oczach

— Jak się człowiek uśmiecha, łatwiej znosi się trudności. Tak myślę i dlatego się uśmiecham — przyznaje Elżbieta Dzikowska. Ja biorę z niej przykład i każdy początek tygodnia ogłaszam Dniem Uśmiechu.

Elżbieta Dzikowska tryska energią. Uśmiechnęłam się dziś o godz. 12.43 i przypomniałam sobie jej energię. Wlała ją we mnie wielkim dzbanem podczas naszej rozmowy. Do dziś miło to wspominam. Bardzo, bardzo miło. Dlatego każdy poniedziałek powinien być wyjątkowy. Co tydzień więc ogłaszam Dzień Uśmiechu. Dobry pomysł?

Uśmiech to najbardziej międzynarodowy język, który łączy ludzi wszędzie na świecie...

— Uśmiech to najkrótsza droga do ludzkich serc! Ale z Polakami nie jest najlepiej. Zaobserwowałam, że jak ją oglądają — często całymi rodzinami — to się uśmiechają się do siebie. I oto chodzi! Życie z uśmiechem jest łatwiejsze, młodziej i ładniej wyglądamy. Ale uśmiech podobno regeneruje też pamięć, więc uśmiecham się jak najczęściej!

Powiedziała pani, że Polakom nie do śmiechu. Dlaczego na tle innych kultur wypadamy tak ponuro?

— Polacy wolą narzekać niż być optymistycznie nastawieni do świata. Jak się myśli pozytywnie, życie się lepiej układa i wszystko się udaje. Nie tracimy energii, nie złościmy się, nie mamy tylu stresów. Sprawiamy komuś przyjemność, ale i sobie też.

A jakie kultury są najbardziej zadowolone i uśmiechnięte?
— Nie wiem, czy zadowolenie łączy się z uśmiechem. Najczęściej uśmiechają się ludzie w Azji Południowo-Wschodniej, a nie mają wielu powodów do uśmiechu. Fotografowałam i w Chinach, i w Kambodży, Tybecie, Birmie, Tajlandii. Ludzie się uśmiechają, mimo iż życie nie układa im się cudownie. Uśmiech więc świadczy o ich otwartości, życzliwości. A poza tym — tam wyznaje się buddyzm. Budda jest uśmiechnięty i jego uczniowie też. Myślę, że to udziela się wyznawcom. Nie cierpienie a uśmiech! Pogodzenie się z losem! Nie uważam, że z losem trzeba się koniecznie godzić, ale czasami nie ma wyjścia. Jak się człowiek uśmiecha, łatwiej znosi się trudności. Tak myślę i dlatego się uśmiecham. Jak powiedział Ghandi — uśmiechając się daje się wiele, a nie traci nic.

Jeszcze zyskuje!
— Chińskie przysłowie mówi — jeżeli nie masz czego ofiarować, daj uśmiech. A jeżeli coś komuś ofiarujesz, to wróci. Dobro się wymienia. Dobro krąży.

Skoro jesteśmy już przy powiedzeniach — pani życiowe motto brzmi: „kocham cię, życie, i mam nadzieję, że to jest wzajemne”...
— „Ja lublju tiebia żizń” to piosenka Marka Bernesa. W jednej ze zwrotek jest jeszcze — jestem szczęśliwa, że nie ma we mnie spokoju. Człowiek nie stoi w miejscu, cały czas się rozwija niezależnie o wieku. Ale uśmiech odmładza! Moją miss uśmiechu jest stara Tybetanka — biedna, bez zębów, z wystającą protezą z ust. Ale w oczach ma tyle cudownego udzielającego się uśmiechu, że aż miło. Bo prawdziwy uśmiech widać w oczach, tego udać nie można. Uśmiech jest czasami przylepiony, konwencjonalny. A chodzi o to, byśmy znajdowali powody do uśmiechu, a nie do złości.

Dobro krąży, pani krąży po świecie. A kiedyś chciała pani zostać gajowym...

— Wtedy do zwierząt bym się uśmiechała! Znalazłabym z nimi porozumienie. Czytałam o Mongolii i dowiedziałam się, że jak zwierzęta są chore, to wprawdzie Mongołowie się do nich nie uśmiechają, ale im śpiewają. A ja bym się uśmiechała i śpiewała/ Bardzo lubię śpiewać, nie mam głosu, ale mam słuch! A co do gajowego — jak byłam dziecięciem, kochałam las. Wyjeżdżałam do cioci na wieś i tak mi się lasy spodobały, że uważałam, że moja przyszłość się tam zapowiada. Ale plany się zmieniły.

I sprawiło to stypendium w Meksyku...
— Roczne stypendium najpierw miało być w Peru i otrzymałam je od tamtejszej minister kultury. Prowadziłam wtedy dział Ameryki Łacińskiej w piśmie „Kontynenty”. W tym czasie w Meksyku odbywał się kongres Stowarzyszenia Latynoamerykanistów, którego byłam członkiem, więc w nim uczestniczyłam. Tam niestety dowiedziałam się, że moja minister została dymisjonowana i stypendium zostało odwołane.

Chyba wtedy nie była pani do śmiechu...
— Już nie pamiętam, ale postanowiłam wracać do Polski. Jednak dziesięć lat wcześniej poznałam raczkującego wówczas malarza José Luisa Cuevasa, który zaprosił mnie na obiad. Okazało się, że na nim był też prezydent Alvarez, który zapytał mnie o plany. Opowiedziałam mu więc swoją historię i stwierdziłam, że wracam do kraju. Proszę tego nie robić — odparł — my damy pani stypendium u nas, w Meksyku. Poprosił, bym następnego dnia przyszła na przyjęcie, gdzie miałam dostać komplet dokumentów. Przyszłam tam i… strażnicy nie chcieli mnie wpuścić. Całe szczęście jeden z jego kapitano wyszedł na chwilę i był tak miły, że przekazał prezydentowi karteczkę z moją wiadomością. Później wszystko już poszło gładko. Przez cały rok podróżowałam po Meksyku. Wtedy poznałam Tonego Halika i moje życie się zmieniło. Byliśmy razem 23 lata.

niedziela, 22 marca 2009

Anna Dymna czasami przeklina

— Bardzo lubię słowa Tadeusza Kantora, mojego wielkiego mistrza, który powiedział, że: "Do teatru nie wchodzi się bezkarnie". Tak właśnie staram się robić każdy mój spektakl – podkreśla Jan Klata, reżyser. — Jeżeli ktoś szuka w teatrze miłej rozrywki i relaksu przed kolacją, to nie ma u mnie czego szukać.


Wszystkiemu winien Jan Klata. Dzisiaj drugi dzień Olsztyńskich Spotkań Teatralnych, wieczorem „Sprawa Dantona”. I przy tej okazji naszły mnie wspomnienia – „Klatowe” właśnie.

Kiedyś miałam okazję gościć na próbie u niego podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych (nazwa nomen omen). Spektakl „Oresteja” był gwoździem programu imprezy. I ja miałam to szczęście, że gwóźdź ten mogłam zobaczyć od kuchni. Przyznam – dla teatromana przeżycie to niebywałe. Tym bardziej, że ostatnimi czasy Anna Dymna - gwiazda przedstawienia - rzadko grywa w teatrze. Widzieć więc tę wielką aktorkę nie tylko na scenie, ale przede wszystkim podczas pracy – niesłychane. A praca ta w pewnym momencie zaostrzyła wszystkim apetyt na sztukę.

Dymna to oaza spokoju – wystarczy na nią spojrzeć. Ciepło bije z niej na kilometr i chciałoby się je chwycić i schować do kieszeni, by zawsze grzało. Pewnie też dlatego Jan Klata zwracał się do niej: „królowo”. Ale i Dymna podchodziła do tego – skądinąd – młodego i nowoczesnego reżysera z wielkim szacunkiem:

Chcąc uprawiać zawód aktora należy przede wszystkim kochać teatr. Miłość, pasja i wiara w to, że to, co się robi jest ważne i wspaniałe, czyli absolutne oddanie – są niezbędne do tworzenia spektaklu. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Mówię o tym dlatego, że Jan Klata te wszystkie cechy posiada. Jest pasjonatem teatru, wie czego chce, jest świetnie przygotowany. Lubi pracować z aktorem. Zależy mu chyba na tym, by aktor czuł, że uczestniczy w czymś ważnym. Słucha dokładnie wszelkich sugestii aktora, umie przekonywać i namawiać do wspólnej “zabawy w piaskownicy” (to sformułowanie Kazia Kutza). Więc choć jest bardzo wymagający to praca z Jankiem polega na tym, co najważniejsze… na zaufaniu, szacunku, radości i chęci zrozumienia siebie nawzajem. Spotkanie z Jankiem Klatą było dla mnie jednym z najpiękniejszych teatralnych spotkań. Nie mówię przez to, że świat Janka jest dokładnie moim światem, to całkiem inna sprawa. Ale na pewno Janek jest reżyserem, który w jakiś sposób poszerzył moją wyobraźnię i otworzył ją na nowe, nieznane mi przestrzenie pojmowania, patrzenia i wyrażania.
(Anna Dymna: W teatrze interesuje mnie człowiek)

Klata wciągnął Dymną w swoją grę. Dzisiaj można ją zobaczyć w „Trylogii”. Czyżby aktorka połknęła bakcyla popreżyserii?

To, że Dymna jest aktorką zaangażowaną, słyszałam na własne uszy – właśnie podczas warszawskiej próby „Orestei”. Jej spokój na chwilę wyszedł z roli. Aktorka starała się wyczuć scenę Teatru Dramatycznego po swojemu. Owszem, była stonowana, ale czujna. Jednak zmaganie się ze reflektorami i trochę trzeszczącą sceną wprawiały ją w zakłopotanie.

Dymna: Gdzie ja mam stanąć na początku?
Klata: Zaraz, pani Aniu, sprawdzimy.
Dymna: (szuka swojego miejsca, ale ciągle wychodzi ze światła) Gdzie mam grać? Mam dać krok do przodu? Do tyłu?
Klata zajęty innym aktorem nie reaguje.
Dymna: Kurwa, gdzie je mam grać pierwszą scenę!?

Niestety nie udało mi się zarejestrować przekleństwa. Szkoda. Słowo to padło tak niespodziewanie i z zaskoczenia, że nikt nie był na nie przygotowany. Kurwa poskutkowała.

Jak pracuje Dymna? Uchwyciłam m.in. inne zakłopotanie aktorki: "Gdzie mam paść?"



“Sprawa Dantona” to czarny koń tegorocznych Olsztyńskich Spotkań Teatralnych - sądzę przez pryzmat nagród, jakie sztuka do tej pory zdobyła. Jednak nie zawsze zdania na temat spektaklu są pozytywne. Zacytuję – w ramach reklamy – dwie opinie moich znajomych:

"Sprawa Dantona" z Teatru Polskiego we Wrocławiu to pułapka na widza. Żeby dostać się na zbudowaną na scenie widownię trzeba przemierzyć pole gry. Z widowni nie ma ucieczki. Intensywność działań aktorskich sprawia, że z powrotem przez scenę przejść można dopiero, gdy skończą się oklaski - choć chciałoby się prędzej. (…) Klata chciał, jak się wydaje, obśmiać rewolucję w ogóle. I rzeczywiście, spektakl bywa zabawny, kilka zaprezentowanych pomysłów to błyskotliwe i świeże dowcipy sceniczne. Wszystkie one jednak toną w chaotycznej i hałaśliwej magmie przedstawienia.
(recenzja Huberta Michalaka)

Po co Jan Klata gada o bezproduktywności gadania, układa playlistę złożoną z "rewolucyjnych" szlagierów? Reżyser śledzi sposób, w jaki kultura masowa przechwytuje pojęcie rewolucji (hasło, nie ideę) czyniąc z niego fetysz na potrzeby rynku. W Empiku sprzeda się przecież ładnie opakowana, taka estetyczna wariacja na temat rewolucji w wersji soft. Klata zabiega o to, aby przywrócono rewolucji rewolucję.
(recenzja Doroty Kowalkowskiej)

piątek, 20 marca 2009

Olsztyn będzie jak Amsterdam

Fachowcy z Krakowa zajęli się promocją Olsztyna i spartaczyli robotę. Teraz warszawiacy mają wytyczyć w Olsztynie ścieżki rowerowe. Dlaczego olsztyniacy nie mogą decydować sami o swoim?


Olsztyn ma tylko 22 km ścieżek rowerowych – większość z nich zbudowano bez wyraźnego zamysłu. Przykład? Okolice kościoła świętego Józefa, przejście przy poczcie – ścieżka mierzy może 7 metrów. I jak tu rozpędzić się na rowerze? Oczywiście ową ścieżkę przecina wspominane przejście dla pieszych, więc nie ma sensu nawet na rower wsiadać, bo przecież dzieci, babcie, psy. Nie daj Boże kogoś potrącić!

Inny przykład - przystanki autobusowe stojące na ścieżkach m.in. przy ul. Niepodległości i Bałtyckiej. Tam jadący cyklista również może staranować pasażerów czekających na autobus. I czyja to będzie wina? Rowerzysty? Klienta MPK? Źle ustawionej wiaty? Może Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Olsztynie? A może firmy, która ścieżkę wykonała?

Teraz ma być lepiej. MZDiM ogłosił przetarg na wykonanie dokumentacji dotyczącej budowy układy dróg rowerowych na terenie miasta. Wygrała stołeczna firma, która pewnie nie ma zielonego pojęcia o tym, jak jeździ się po Olsztynie. Mam wrażenie, że miasto popełnia kolejny błąd. Pierwszym niefartem było zatrudnienie krakusów, by sporządzili strategię promocji Olsztyna. I wymyślili – m.in. święto serów i latawców. Co to ma wspólnego ze stolicą Warmii i Mazur? Już lepiej wypadłoby święto opony.

O pomysły na promocję Olsztyna trzeba było zapytać olsztyniaków, Warmiaków, Mazurów... Swoich trzeba było zapytać! Czy naprawdę w okolicy nie ma pomysłowych ludzi? Czy naprawdę trzeba zatrudniać tych, którzy albo o Olsztynie słyszeli w telewizji, albo byli tu przejazdem w drodze na Mazury? Olsztyniacy mają przecież głowy pełne pomysłów. Wystarczy zapytać, posłuchać. Swoje miasto znają przecież od podszewki. A tak - cudze chwalicie, swego nie znacie.

Krakusy wystawili rachunek – 180 tysięcy złotych – i niczym nie zaskoczyli. Nawet hasło - jakie według nich jest piorunujące – nikogo na kolana nie powala. Czy naprawdę „przestrzeń radości” zaskakuje?

Owszem, ale w negatywny sposób. Jako mieszkaniec czuję się upokorzony takim traktowaniem. Radość jest pojęciem na tyle enigmatycznym i uniwersalnym, że nie niesie w sobie żadnej tożsamości i nie kreuje nowych trendów. Festiwal serów, latawców i święto wiosny, czyli wymyślone przez agencję wydarzenia, dzięki którym o Olsztynie ma być głośno, to pomysły żałosne i nic niewnoszące. Strategia nie bierze zupełnie pod uwagę tego, co my, mieszkańcy, chcemy. (…) Ja bym szukał punktów wyjścia na trzech płaszczyznach: Olsztyn jako miasto uniwersyteckie, miasto ogród-park oraz miasto kultury. Trzeba pokazać, że Olsztyn to miasto z charakterem, istniejące w porozumieniu z przyrodą, która przenika się z architekturą i kulturą.
(Kazimierz Brakoniecki: Promocja miasta bez tożsamości)

Teraz „przestrzeń radości” ma zapełnić się ścieżkami rowerowymi. Mirek Arczak, olsztyński cyklista, tak kiedyś ocenił pomysły urzędników:

Boję się, by cała praca nie sprowadziła się do namalowania farbą na krzywym chodniku znaku informującego, że tu jest ścieżka rowerowa. Dlatego przed przystąpieniem do opracowania koncepcji najpierw należy określić, czego dokładnie chcemy. A tego na pewno nie zrobi się w zaciszu gabinetów, tylko współpracując z użytkownikami takich tras.

A jak będą pracować warszawiacy? Czy uwzględnią potrzeby samych zainteresowanych? Skoro Olsztyn nie ma zaufania do swoich, może więc oni okażą się mądrzejsi? Na razie wiadomo, że będą opierać się na holenderskim podręczniku projektowania infrastruktury rowerowej "Sign up for the bike". Czyżby chcieli zrobić z Olsztyna Amsterdam?

Amsterdamczycy jeżdżą rowerami wszędzie – do pracy, na zakupy, do pubów itp. Nie w smak to kierowcom, bo to rowerzyści mają większe przywileje niż oni. A gdy dojdzie do kolizji - według obowiązujących przepisów - winą zawsze obarcza się właściciela czterech kółek. Czy w Olsztynie będzie to możliwe?

czwartek, 19 marca 2009

Jak kot przeżyje kryzys?

Na czyim punkcie można mieć kota? 20 powodów potwierdza, że… na punkcie kota.

Mieszkam z czarnym kotem: leniwym, ospałym, z kolosalnym brzuchem. Nie chciał jeść śniadania – stwierdził, że kryzys gospodarczy opanował jego miskę.

Mówię mu więc, że musi zmienić zawód – z kota domowego niech stanie się politykiem. Miałby przynajmniej dietę…

A propos kota – napisałam kiedyś monodram, który właśnie z tej okazji przytoczę:

Na scenie facet w średnim wieku. Ubiera się, gdzieś się szykuje. Woda kolońska, krawat, może mucha... Obok w fotelu wygrzewa się kot. Zwierz jakby martwy, sztywny... Albo senny. Ale mężczyzna rozbudzony:


Cholera jasna! Co mam zrobić, gdy kobieta mówi mi: „Albo ja, albo kot”? (ironicznie, w kobiecym tonie) Kochanie, a może byś mi się oświadczył? A może wybudowalibyśmy domek na skraju lasu i żyli do.. usranej śmierci? (pełną męską piersią) W końcu podjąłem decyzję i wybrałem kota. Wyrok? No cóż – po sporządzeniu listy i spisaniu „za i przeciw” wyszło, że zwierzak jest lepszym kompanem życia niż... (znów ironicznie w iście kokietującym stylu) Ależ, kochanie – ty też jesteś niezastąpiona - ale tylko w przypadkach, gdy nie ma pupila w domu. Przyznam się. Tak – mam przynajmniej tę odwagę. Nie jestem pantoflarzem. Ja? (zmiana tonu na poważny)

Wysoki sądzie... Tak, udowodnię swój wybór... Kot w życiu to podstawa!

Po pierwsze - kot wie, że kocham go nade wszystko i świata poza nim nie widzę. I nie muszę mu sto razy tego powtarzać! A kobieta domaga się słowa „kocham” co najmniej raz na godzinę... Pupil takich błędów nie popełnia!

Po drugie - kobieta chce bym ją ciągle zapraszał na wykwintne kolacje, a kot żąda tylko jednej miski na dzień - na dodatek miska może być wypełniona suchą karmą. On to zje, obliże się językiem na znak zadowolenia – a język ma prawie jak z gumy. Idealnie elastyczny! O podziękowaniu partnerki raczej nie wspomnę. Kobieta zmienną jest i zmienia się w grymaśnego wampa. Z pazurami – to istotne! I drapie! Rozszarpać nawet może, walizki za drzwi wystawić.

Po trzecie - łączy się z punktem drugim – moja towarzyszka ma wieczną ochotę podróżowania po świecie, a kotu wystarczą cztery ściany - i w dodatku jest z nich szalenie zadowolony.

Po czwarte - kota głaszczę za uchem i od razu mruczy, a żeby zadowolić kobietę, muszę stracić pół nocy. Nie jest oczywiście pewne, że zamruczy... Wycedzić może słowa, że... głowa ją boli.

Po piąte – jest udoskonaleniem czwartego - kot sam wskakuje mi do łóżka, a kobietę muszę o to prosić... Zwierzak może spać nawet w nogach i bez przykrycia, a płeć piękna żąda lepszego miejsca w łóżku i grubej pierzynki – i co najgorsze – woli spać sama. Często sama! Bo ja chrapię? Ja nie chrapię! Bywa więc, że w nocy ogrzewa mnie tylko kocurek, bo panienka odwraca się plecami. Bo przecież ta głowa... Tak – koty są niezastąpione.

Po szóste – kobieta zmienia futro raz na rok – i to kosztem mojego portfela – a kiciuś ma jedno na całe życie. Wynika z tego, że życie z kotem to życie oszczędne. I jak tu nie wybrać przyjaciela na czterech łapach?

Po siódme – kot ogląda mecze razem ze mną, nie marudzi, że piję przy tym za dużo piwa Okocim i – co mnie niezmiernie cieszy – zjada ze mną chrupki orzechowe. Bo lubię. Kobieta w tym przypadku oświadczyłaby, że takie łakotki są zbyt tuczące i jeść ich nie będzie. I mi też zabrania, bo facet z wielkim brzuchem nie dla niej. I piłka nożna nie dla niej. Woli popatrzeć na prawdziwe kino – na jakiś serial brazylijski. Na don Alvaro. A ja wolę Ronaldo. I co? Kłótnia!

Po ósme – kot ma swoją własną toaletę i nigdy nie zwraca mi uwagi na pozostawioną podniesioną deskę klozetową. Kobieta przy tym ględzi i ględzi. Damska skleroza? Pewnie dlatego, że tak często głowa ją boli.

Po dziewiąte – gdy wychodzę z kumplami na piwo, kot cieszy się jak głupiec, że nareszcie poleży sobie na kanapach i powisi na firankach. Gdy wracam - łasi się czule i prosi o przytulenie. Z kobietą jest odwrotnie – gdy wychodzę, jest wściekła, a gdy wracam - jeszcze bardziej. Tornado mam wokół głowy! Istną trąbę powietrzną! Bombę terrorystyczną, a nie... sex bombę – jak bym chciał.

Po dziesiąte – kobieta bez fryzjera żyć nie może, a kot bez niego się obejdzie. Kameleon mówi: „Daj na nową farbę”, a zwierzak w takim przypadku milczy, bo w ogóle nie potrzebuje żadnych specyfików. Ba - jest zachwycony swoim włosem na grzbiecie o każdej porze dnia i nocy. W ogóle jest sobą zachwycony. Nie wie, co to kompleksy.

Po jedenaste – moja partnerka uwielbia wiecznie się kąpać i przez to płacę gigantyczne rachunki za wodę. A kot – w przeciwieństwie do niewiasty - czuje wstręt do jakiejkolwiek cieczy i tym samym ratuje mój portfel.

Po dwunaste – kobieta wciąż domaga się dziecka, a ja wolę kumpli niż małego bobasa w domu. Kota mogę wykastrować i nie ma nic do gadania. Problem z głowy – w dodatku nie męczy, gdy chcę spokojnie zasnąć... po meczu, po piwku. Człowiek wtedy taki ociężały.

Po trzynaste – płeć piękna nawet nie pomyśli o złapaniu myszy, a pupil dopadnie i rozszarpie ją z przyjemnością. Panienka, gdy widzi takiego gryzonia, wskakuje na krzesło i wrzeszczy w niebogłosy: „Ratunku!”, a zwierzak... po prostu jest samowystarczalny - nie histeryzuje, pozwala mi się zdrzemnąć.

Po czternaste – kota szczepię od wścieklizny, a kobieta jest wiecznie wściekła. Może pokazać – jako dowód - te pazury, te zadrapania, jakie mam na plecach?

Po piętnaste - czy jest jakieś piętnaste? Chociażby to, że zwierzaki machają ogonem, żeby pokazać swoją radość, a moja kobieta pupą nie kręci... A chciałbym, żeby tak pokręciła, okręciła się wokół mnie jak mój kociak... A tu nic!
Po szesnaste – koty zostały udomowione w Egipcie. Moja partnerka też chce oswajać i używa do tego, niestety, plag egipskich... Może jednak pokazać te plecy?

Po siedemnaste – najlepiej rozwinięty zmysł u mojego pupila to słuch, a niewiasta nie to, że wszystko słyszy, wszystko widzi, to jeszcze wywęszy, gdzie byłem ostatniej nocy.

Po osiemnaste – kot zawsze spada na cztery łapy, a panienka zazwyczaj nabije sobie siniaka. Później wszyscy myślą, że zupa była za słona, a ona przecież tylko przestraszyła się myszy i weszła na ruchomy stołek. Wszyscy myślą, że jest odwrotnie! Pokazać te plecy?

Po dziewiętnaste – kobieta to długodystansowiec. Bo kto normalny chce budować dom na skraju lasu?

Po ostatnie – (dzwoni telefon, mężczyzna odbiera) Tak, kochanie. Już wychodzę. I kupię kwiaty dla mamy. Tak, tak – wiem, że będę dobrym zięciem. Już zaraz wychodzę... (przestaje rozmawiać) No tak, wysoki sądzie. Mam kota na fotelu i kota w głowie - bo kupować mi kwiaty... i to dla jej matki? Hmm... (poprawia krawat bądź muchę, spogląda na pupila) Zostawić kota...? Zostawić dla wściekłej, nieokiełznanej, naburmuszonej, dąsającej się wciąż i chodzącej własnymi drogami baby? O nie! Ale kobieta to kobieta. Tak, wysoki sądzie. Zdarzy się, że obiad ugotuje, skarpetki poceruje, wypierze, koszulę wyprasuje, za uchem podrapie, kark rozmasuje i w... usta pocałuje. Tak! Tak, wysoki sądzie... (spogląda na zegarek – czas nagli) I brakuje na to rady, że ma się czasami kota na punkcie kobiety. Bywa! Wysoki sądzie, ale... pokazać te plecy? (spogląda na zegarek, godzina W już wybiła) Niech wysoki sąd się nie śmieje. Boki można zrywać, gdy się ma dobre plecy! A ja mam plecy... (zakłopotany) No wie, wysoki sąd... Plecy kończą się tyłkiem, w który mogę dostać kopa!

środa, 18 marca 2009

Szczerość dziecka potrafi zabić

Dziecko to taki sympatyczny początek człowieka. Dlatego można z niego czerpać bez końca.

Podsłuchałam rano rozmowę chłopczyka z mamą:
— A dlaczego w autobusie jest tyle ludzi?
— Bo nie mają samochodów, a wszyscy muszą dojechać do pracy.
— A po co do pracy?
— Bo muszą zarobić pieniążki.
— A ja nie muszę. I nie chcę musieć.

Dziś zainspirowało mnie dziecko. Zawsze szczere, otwarte i nieskrępowane. Nie ma dla dziecka pytań trudnych — są niepotrzebne. Nie ma dla dziecka rzeczy niemożliwych — są nieciekawe. Nie ma dla dzieci kiepskich tematów — wszystkie są ciekawe, ale trzeba odpowiednio spojrzeć.

Zawód dziennikarza to wieczne pytanie — niczym poznające świat dziecko. Dziennikarz jednak wiele pytań zadać musi, a dziecko pyta, bo chce, bo jest zaciekawione. Oczywiście dziennikarstwo to też ogromna ciekawość, ale zupełnie innego kalibru. To ciekawość, która potem przelewa się na papier — w moim przypadku. A dziecko? Jego ciekawość owocuje w doświadczeniu. Nie ma konkretnego celu — ot, pakowanie bagażu doświadczeń. Życiowego bagażu, a nie zawodowego.

Marcel Łoziński kilka lat temu nakręcił fenomenalny dokument „Wszystko może się przytrafić”. To piękna rzecz o smutku przemijania i potędze życia. Zdaje się, że to jedyny film, w którym kamera uchwyciła obraz rodzenia się w dziecku człowieka.



Marcel Łoziński o filmie:


Tomasz miał wówczas 6 lat. Jest to fantastyczny wiek — wiek już rozumu, ale i jeszcze wiek emocji, kiedy człowiek jest totalnie nieskrępowany. Tomek mógł poruszać problemy, które go wtedy naprawdę interesowały. Stąd w ogóle pomysł filmu. Posłużyłem się moim synkiem, aby zadać ludziom elementarne pytania: o miłości, o śmierci — pytania, których ja nie ośmieliłbym się nikomu postawić, które bałbym się stawiać nawet sobie. Kamera nie była ukryta, ludzie widzieli ją z odległości mniej więcej 50-100 metrów. Poza tym, kiedy Tomasz podchodził do ludzi, pokazywał im mikrofony i mówił, że są nagrywani. Z tym, że w czasach, kiedy wszyscy się gdzieś spieszą, gdy nikt nie ma ani czasu, ani cierpliwości na wysłuchanie kogokolwiek i nagle pojawia się ktoś, kogo naprawdę interesuje czyjeś życie — wtedy już nikomu nie przeszkadza, że jakaś kamera stoi o jakieś sto metrów dalej.



Jakie są maluchy? Na to pytanie odpowiada Katarzyna Stoparczyk, dziennikarka i twórczyni programu „Dzieci wiedzą lepiej” w wywiadzie dla CIO:

Dzieci mają rzadką zdolność pełnego angażowania się w relacje z drugim człowiekiem.
— Są bardzo uważne, potrafią ci spojrzeć głęboko w oczy — dorośli robią to rzadko. Mają w głowie tysiące niezałatwionych spraw, ciągle się gdzieś spieszą i zazwyczaj nie są uważni wobec drugiego człowieka. Dziecko, gdy tylko jesteś w stanie zainteresować je czymkolwiek, w jednej chwili odda ci całą swoją uwagę. To jest prawdziwy kontakt z człowiekiem.

Czego dorosły mógłby — a może nawet powinien — nauczyć się od dzieci?

— Pierwsza i najważniejsza rzecz, której można się nauczyć od dzieci, to absolutna, wręcz nieprawdopodobna radość życia. Dzieci są tu i teraz, żyją chwilą obecną. Tak samo jak w zen, w buddyzmie, podobnie jak nas uczą mistrzowie jogi. Dzieci, gdy się cieszą — cieszą się bezgranicznie, od początku do końca, są w tej radości zanurzone całe. Gdy się z nimi obcuje, wyczuwa się, że ten kontakt jest prawdziwy.

Szczerość dziecka potrafi zabić.
— To prawda i to już na dobry początek, przy powitaniu. Wchodzę do sali i słyszę: „Pani się dzisiaj nie malowała?” albo: „Fajne ma pani łachmany”. Dzieci wyrażają swoje uczucia szczerze, entuzjastycznie i natychmiast. Nie warto się na nie obrażać, bo zazwyczaj nie chcą nam zrobić przykrości i nie mają złych intencji. Po prostu widzą, że gorzej wyglądam albo że dziwnie się ubrałam i natychmiast głośno o tym mówią. Kiedyś ubrałam się od stóp do głów na różowo, kompletnie kiczowato i tak naprawdę koszmarnie, a dla dzieci byłam wtedy najpiękniejsza na świecie.

wtorek, 17 marca 2009

Kukiz: Piwo to matrix

— Z alkoholem jest tak samo jak ze ścięciem drzewa, które zasłania okno, a jednocześnie jest piękne. To po prostu kwestia wyboru — przyznaje Paweł Kukiz, który nie pije, bo znalazł sposób na swój alkoholizm.


Z Pawłem Kukizem można rozmawiać o wszystkim — nigdy nie chowa głowy w piasek. I właśnie za szczerość go cenię. To szalenie mądry człowiek i zawsze cieszę się na rozmowę z nim. Tak, to człowiek mądry — tym bardziej, gdy trzeźwy.

17 marca to Dzień Świętego Patryka, czyli święto piwa. Jest co świętować?
— Można świętować wszystko! Ważne jest jednak to, w jakiej formie się świętuje i czy to święto nie przerodzi się w tragedię. Jeżeli ktoś potrafi zachować umiar, niech świętuje. Równie dobrze można też zrobić święto koki w Kolumbii. Liście koki można rzuć, by pracować, ale równie dobrze na żuciu liścia można zacząć, a skończyć na ulicy albo skończyć nawet ze sobą.

Teraz nie pijesz, ale za co kiedyś ceniłeś piwo?
— Do tej pory cenię je za smak. To też napój, który lekko pozwala zapomnieć o upale, a z drugiej strony spowalnia ruchy. Na picie trzeba mieć więc dużo czasu. Jednak smak to podstawowa sprawa. Wcześniej piwo ceniłem też za doznania. Tylko że tych doznań było ciągle mało, a piwa coraz więcej. W Polsce bardzo dużo osób szuka podobnych doznań, ale nie znajduje tego, co chce. Oto cała zgubna filozofia piwa.

I wtedy przychodzi rozczarowanie...
— Nie do końca. Bo rozczarować się też możesz wielką miłością do chłopca. Różne są rozczarowania w życiu.

Ale jak sobie poradzić w chwili, gdy przyjemność przeradza się w nałóg?
— Wszystko, co przeszkadza w życiu, należy odstawić! Jeżeli komuś przeszkadzają papierosy, trzeba powiedzieć sobie stop. Jeżeli chłopak zaczyna przeszkadzać i przestajesz go kochać, musisz od niego odejść. Tak samo jest z alkoholem.

Ale nie zawsze łatwo odejść.
— Jasne, że tak. Ta filozofia dotyczy nie tylko piwa, miłości. Każda zmiana w życiu to obawa. A z alkoholem jest tak samo jak ze ścięciem drzewa, które zasłania okno, a jednocześnie jest piękne. To po prostu kwestia wyboru.

A co jest najtrudniejsze w tym wyborze?
— Przyzwyczajenie, pewien rytuał — odrzucić to nie jest tak łatwo. Również stan, w jakim się człowiek znajduje po piwku, staje się stanem normalnym. To nie odskocznia i zabawa, ale codzienność. Ale nałóg jest podstępny — zamiast wyjść, wchodzi się głębiej. Piwo zastępuje się twardszym alkoholem, a na drugi dzień — gdy boli głowa — zabija się klin klinem. Okazuje się, że nie chce się wrócić do realu. Inaczej — realem staje się matrix alkoholowy. Ja w pewnym momencie poczułem się w tym niewygodnie. Bardzo lubię piwo, ale wiem, że próbowanie tego trunku może się źle skończyć. Znowu znajdę się w matrixie, a ja tego nie chcę! Często słyszę: Paweł, bo ty nie możesz się ze mną napić, bo jak wypijesz, będziesz dalej pił... I wiesz, co ja wtedy odpowiadam? Ja mogę wszystko. Nie jest tak, że nie mogę pić. Oczywiście, że mogę! Tak samo jak mogę wejść na dach i skoczyć. Jak mogę rzucić się pod pociąg — to jest kwestia mojego wyboru. Pytanie jest jednak inne: czy ja tego chcę?

A łatwo jest ci w ten sposób walczyć ze sobą?
— Ależ ja nie walczę, bo z tym się nie walczy! To tak samo jakbyś walczyła o chłopaka, który nigdy w życiu cię nie pokocha. Kocha inną i ma z nią trójkę dzieci. Jak więc ja mam walczyć? To tak, jak wychodzi się na ring z bokserem wagi ciężkiej. Wydaje ci się, że możesz go pokonać, ale zaraz dostajesz w zęby i leżysz. Wchodzisz na ring drugi, trzeci, piąty raz i nic. Lepiej więc nie stawać do walki, by nie zginąć. Pewnie, że nie jest łatwo. Nie mogę też powiedzieć, że jestem czysty i święty, ale wiem, jak mam się zachowywać. Jak wypiłbym na święcie piwa jedno piwo, piłbym do święta piwa w przyszłym roku. Lepiej mi zadzwonić do swoich kolegów, którzy mają taki sam problem i obgadać sprawę.

Przeczytaj też:
Kukiz: Nie jestem święty w przeklinaniu

poniedziałek, 16 marca 2009

Kino bez filmu

Olsztyniacy mają szlaban na wartościowe i doceniane kino. „Lektora” nie obejrzą.


Dlaczego małe miasta mają gorzej? Oburzona jestem faktem, że olsztyniakom nie jest dane zobaczyć „Lektora” (reż. Stephen Daldry). Rozumiem, że kino Helios nie sprowadza filmów awangardy kinowej, bo ta się nie sprzedaje. Ale „Lektor”? Pięć nominacji do Oskara – w tym nagroda dla najlepszej aktorki Kate Winslet - czyżby takie wyróżnienie nie było w Olsztynie docenione?

Czekałam na ten film, a teraz mogę sobie trailer w internecie obejrzeć albo jechać do innego miasta. Do Warszawy? Gdańska? Najbliżej mi do Elbląga – tam i owszem - „Lektora” grają. Stolica Warmii i Mazur przegrywa z miastem, które jest – wedle Wikipedii - ważnym ośrodkiem gospodarczym i kulturowym. A Olsztyn? To samo źródło podaje, że to główny ośrodek gospodarczy, edukacyjny i kulturowy, siedziba władz i najważniejszych instytucji regionu, a także ważny węzeł kolejowy i drogowy. „Lektor” jednak ani koleją, ani inną drogą nie dojechał.

Dlaczego dla olsztyniaków „Lektor” to zakazany owoc? Odpowiedzią może być fragment recenzji Zbigniewa Banasia:

„Lektor” jest oparty na głośnej powieści Bernharda Schlinka sprzed kilkunastu lat, która postawiła naszych zachodnich sąsiadów przed koniecznością dokonania po raz kolejny narodowej introspekcji. Anglojęzyczna wersja filmowa zdaje się poruszać się po szerszych horyzontach myślowych i podkreśla uniwersalność przedstawionych sytuacji. Interpretacja scenarzysty Davida Hare’a sugeruje, że każda ukrywana wstydliwie tajemnica stanowi ciężar, który wcześniej czy później pogrąża zarówno osobę zainteresowaną, jak i jej najbliższe otoczenie. Dopiero świadome ujawnienie tej tajemnicy daje możliwość odkupienia winy i przeżycia osobistego katharsis. Powyższa teza może i brzmi banalnie, ale w kontekście ekranowej historii posiada jak najprawdziwszy sens.

Szersze horyzonty myślowe nie dla wszystkich. Ba - ale i Helios nie grzeszy myśleniem o swoich kinomaniakach. Wiadomo - liczy się komercja. To kino ma być zadowolone, widz już nie musi. Tu nie ma: nasz klient, nasz pan. Ba – klient i tak przyjdzie. Bo jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Helios to biznes - ambicją wszystkich rzędów nie zapełni. Tak dzieje się nie tylko w Olsztynie - również w Rzeszowie "Lektor" jest poszukiwany.

Ciekawe, czy do Olsztyna trafi „Vicky Cristina Barcelona” (reż. Woody Allen) – też film z Oscarem za drugoplanową rolę żeńską. Wyróżniona została fantastyczna Penélope Cruz.

Film można moim zdaniem podzielić na dwie części: przed i po pojawieniu się Cruz. Ona wnosi do całego obrazu życie. Jej sposób mówienia, gestykulacja, mimika są czymś, przez co z niecierpliwością czeka się na kolejną scenę z jej udziałem.
(recenzja Aniki Kopacz)


(…) pocałunek pomiędzy Johansson i Cruz otrzymał podczas festiwalu w Cannes blisko 10-minutową owację na stojąco. Film stanowi też swego rodzaju hymn pochwalny dla uroku Barcelony, którą Allen przedstawił jako miasto barwne i magiczne. Zdjęcia są ciepłe i radosne, nie zawodzi też muzyka, a motyw przewodni filmu szybko wpada w ucho. Nietypowy jest montaż, a przenikanie obrazu i oryginalne przejścia dają wrażenie filmowej baśni, korespondującej z poważną fabułą.
(recenzja Kamila Kolsuta)

Premiera 17 kwietnia. Czy w Olsztynie?

niedziela, 15 marca 2009

Sposób na milion

Jeśli uważacie, że pieniądze szczęścia nie dają, to mi je oddajcie! A może przyjemniej zbić fortunę samemu? Ale jak?

Koleżanka W.: Nie wiem, co kupić mojemu chrześniakowi na komunię. Pieniędzy nie dam, bo jego matka kupi sobie ciuchy.
Ja: Pogadaj z nim, może o czymś marzy.
Koleżanka W.: Pewnie marzy, ale teraz tyle tego w sklepach, że głowa pęka. Dzieciaki więcej chcą niż kiedyś.
Ja: No tak, za naszych czasów to furorę robiły kalkulatory i długopisy. Do mody wchodziły też rowery. Ja dostałam encyklopedię i pieniądze.
Koleżanka W.: Ja też pieniądze… Dziesięć milionów!

Wychodzi na to, że mam koleżankę milionerkę. Nie ważne, że po drodze denominacja zabrała kilka zer. Kwota to kwota.

Na całym świecie jest ponad dziewięć milionów gospodarstw domowych mających ponad milion dolarów (gotówka, inwestycje, fundusze) w swojej kieszeni. Prawie połowa z nich znajduje się w USA. A co z polskimi milionerami? Z badań GFK Polonia wynika, że w 2008 roku 2 miliony Polaków cieszyło się majątkiem przekraczającym milion złotych! Niestety kryzys tnie im zarobki, ale nie daje jeszcze powodów do narzekań.

- A co znaczy milioner? - pyta Marek Kusztejko, właściciel biura obrotu nieruchomości. I odpowiada: - Ktoś, kto ma dom na własnej działce, już jest milionerem. Wielu mieszkańców wiosek usytuowanych w pobliżu Rzeszowa, wyceniając swoje działki, też poczuło się milionerami. Ceny wzrosły ogromnie. Każdy, kto ma dom nie obciążony kredytem, jest milionerem. Czyli bogaczy ci u nas dostatek.
(Nowiny24.pl)

Jak zbić fortunę? Uczyć się? - Wykształcenie to umiejętność radzenia sobie z codziennym życiem – twierdzi dr John Hibben. Ale czy to radzenie sobie związane jest z zarabianiem pieniędzy? Niby mówi się, że nauka to potęgi klucz, ale czy tym kluczem otwiera się sejfy? Historia pokazuje, że milionerem można zostać bez dyplomów. Czyżby szkoła życia?

Bill Gates dla programowania stracił głowę i porzucił studia. Razem z Paulen Allenem - kolegą z Harvardu - założył Microsoft. Teraz jest najbogatszym człowiekiem świata, jednym z właścicieli najpotężniejszego producenta oprogramowania i współzałożycielem Fundacji Billa i Melindy Gatesów.

Plotki głoszą, że Bill zarabia tak dużo, że - gdyby na ziemi leżało mniej niż milion dolarów – nie opłacałoby mu się odrywać od pracy, by je podnieść. Więcej przez ten moment straci, niż zyska. Co więcej - gdyby spieniężyć cały jego majątek w banknoty 100 dolarowe i ułożyć w wieżę – spadałby z niej prawie dwa dni. (Nonsensopedia)

Podobną „ścieżkę kariery” obrał Steve Jobs, założyciel i szef firmy Apple. Studiował po to, by po jednym semestrze zrezygnować z nauki. Uczęszczał tylko na kilka wykładów - w tym na zajęcia z kaligrafii. Później przyznał, że gdyby nie kaligrafia, zapewne system operacyjny Apple'a byłby uboższy o wiele czcionek.

Michael Dell także przerwał naukę - już w wieku 19 lat. Założył firmę PC's Limited, później przemianował ją na Dell. Przez całe lata koncern ten był największym i najbardziej dochodowym producentem komputerów osobistych na świecie. Ostatnio wyprzedził go HP, ale obie marki idą łeb w łeb, więc na rynku pecetów ciężko znaleźć firmę, która mogłoby równać się z Dellem.

Coco Chanel również nie szczyciła się swoimi dyplomami. W wieku 18 lat opuściła sierociniec i zaczęła pracować w warsztacie krawieckim. Tam poznała swojego przyszłego kochanka - angielskiego playboya Etienne'a Balsana. Zajęła się hobbystycznym projektowaniem kapeluszy, które szybko zyskały sobie uznanie pań z paryskiej elity. Tak rozpoczęła się wielka kariera największej ikony mody. Coco trafiła nawet na listę ,,100 najbardziej wpływowych osób XX wieku" magazynu Time.

A Arystoteles Onassis? Grecki biznesmen w wieku 17 lat wyjechał z domu, biorąc tylko walizkę i 450 dolarów. Jego majątek rozpoczął się od produkcji papierosów z importowanego - delikatnego w smaku - tytoniu. Swój pierwszy milion dolarów zarobił w wieku 25 lat. Jednak jako milioner Onassis kojarzony jest jako armator.

Ojciec kaczora Donalda też nie był szkolnym prymusem. Walt Disney porzucił szkołę już w wieku 16 lat. Chciał wstąpić do armii, ale tak młodych chłopców nie przyjmowano. Trafił do Czerwonego Krzyża i wziął udział w I wojnie światowej jako kierowca ambulansu. Po wojnie Disney pracował jako rysownik w gazetach i twórca plakatów kinowych. Później przeniósł się do Hollywood i tam zajął się filmem animowanym.

Te liczne wyjątki potwierdzają jednak regułę, że wykształceni zarabiają więcej od pozostałych. Myślenia nigdy za mało.

Jak zostać milionerem?
1. Patrz daleko na drogę przed sobą. Miej wizję. Każdy milioner musiał od czegoś zacząć. Warren Buffet - by zdobyć dzisiejsze 25 miliardów - startował z 25 dolarami w kieszeni. Postaw sobie poprzeczkę wysoko i idź do celu małymi kroczkami.
2. Rozwijaj się. Czytaj książki i pisma. Gdy czegoś nie wiesz - szukaj odpowiedzi. Zaskakująco dużo sukcesów finansowych milionerzy zawdzięczają czytaniu książek o finansach. Wiedza jest potęgą.
3. Pasja się opłaca. Musisz kochać to, co robisz. Gdy masz entuzjazm w swojej pracy, troszczysz się też o jej następstwa. Z wypowiedzi ankietowanych milionerów wynika, że 80% z nich nie odniosłoby sukcesu, gdyby to, co robią nie było ich powołaniem.
4. Rozkładaj zarobione pieniądze, ale najpierw zapłać sobie. Finansowy zastrzyk pozwala ci uciec z dotychczasowej sytuacji. Odkładaj także pieniądze na emeryturę i inwestycje.
5. Bądź śmiałym! Do odważnych świat należy. Ryzykuj. Ludzie sukcesu ponoszą najwięcej porażek, ale dbają o to, by móc próbować na nowo. Przeciętni ludzie nie próbują nic nowego, bo boją się porażki. Ludzi sukcesu nie interesuje „druga strona medalu” - skierowani są na pomyślność.
(www.wiatrak.nl)



Liczba milionerów w poszczególnych województwach według „Rzeczpospolitej”:
Zachodniopomorskie – 577
Pomorskie – 795
Kujawsko-Pomorskie – 526
Warmińsko-Mazurskie – 303
Podlaskie – 281
Mazowieckie - 2865 (w tym na Ursynowie i Wilanowie – 368)
Podkarpackie - 297
Świętokrzyskie – 222
Opolskie – 205
Łódzkie – 716
Lubuskie – 135

piątek, 13 marca 2009

Grabaż obchodzi urodziny 13-tego w piątek

„Są miejsca w których grzech spaceruje chodnikami. Są miejsca, w których gniew rozbrzmiewa milczącymi słowami” — to cytat jednej z piosenek Pidżamy Porno. Czyżby mowa o pechu? Grabaż, lider grupy, w tym roku obchodzi urodziny 13-tego w piątek.



13 w piątek! Koty przebiegają drogę — czarne, dziś tłuką się lustra, pech krzyżuje plany. Gra w kółko i krzyżyk? Pewnie tak, dla rozrywki. 

13 marca 1965 roku urodził się też Grabaż, lider zespołów Pidżama Porno i Strachy na Lachy. Wszystkiego najlepszego Krzysiu Grabowski (bo tak Grabaż ma w dowodzie).



Kiedyś — przy okazji koncertu w Olsztynie — rozmawiałam z Grabażem o... Grabażu.

 Zadziwił mnie ten człowiek — przede wszystkim pewnością siebie. Sprawiał wrażenie, że zadziera nosa. Ba — nie krył, że czuje się gwiazdą!

Oczywiście chciał autoryzacji, ale okazał się łaskawy. W mailu napisał tak: „postawiłem tylko kropkę. Na koniec.”

Kim chciałeś zostać, gdy byłeś małym chłopcem?

— Strażakiem. 



Czyli jak każdy!

— No pewnie.



A jednak zostałeś Grabażem...

— Nie, nie... Grabarzem nigdy nie byłem, ale był takie czas, że pracowałem w zakładzie pogrzebowym. To wyglądało mniej więcej tak, że... w czasie studiów dorabiałem.



Ale malowałeś trupy, lakierowałeś trumny?

— Nie, sztaplowałem deski. Robota jak robota — jechało się do pracy na drugi koniec Poznania. Tam przyjeżdżały wagony z deskami, które z chłopakami musiałem układać. Ustawianie desek w kubiki nazywa się sztaplowaniem. (śmiech) Ale fajnie tam było. Panie szyły koronki na trumny i przywozili „pacjentów” do przymiarki. Panie to komentowały — o, tego to żal! 



Z mojego punktu widzenia — jak sobie wyobrażam — wyglądało to dość groteskowo!

— Groteska jak groteska! Ale bułki z szynką grzęzły w gardle!



Uuu, zmieńmy więc temat. Podobno na studia poszedłeś tylko dlatego, by grać w rockowej kapeli... Prawda czy fałsz?

— Studiowałem historię i śpiewałem. Prawda. 



I skończyłeś śpiewająco!

— Tak, nie miałem żadnej poprawki, żadnej lufy w indeksie. Dałem radę! A historię studiowałem, by szybciej wchodziła mi do głowy.



A czy wykształcenie ma jakiś wpływ na pisanie tekstów?

— Pomaga mi zrozumieć rządzące współcześnie mechanizmy. A te od początku są takie same. Jestem ich bardziej świadomy.



Wydałeś tomik wierszy, więc przelałeś tę świadomość na papier...

— Ja w życiu nie napisałem ani jednego wiersza! A te, które się ukazały, to teksty moich piosenek. One na papierze mają inną relację — są bardziej podredagowane pod wiersze niż pod teksty piosenek. Mój wydawca i edytor Paweł Dunin-Wąsowicz dokonał tego zabiegu, a ja się na to zgodziłem.



Czyli zrobił z ciebie poetę... Ale mówi się, że jesteś poetą rocka. Leży ci takie określenie?

— Albo się poetą jest, albo się nim nie jest. 

Ale rockowym?

A można być poetą disco-polo?

— Fakt, takie epitety — rockowy, nie rockowy — są zbędne. To śmieszne określenie, a jak już jest coś na papierze, to rocka się raczej z tego nie wyniucha! (śmiech)



Twoje życie związane jest z mikrofonem — nie tylko scenicznym. Można cię usłyszeć w radiu, bo prowadzisz audycję. Co cię ciągnie do radia, bo... ani Strachów, ani Pidżamy często w eterze nie słychać.
— W pewnym momencie poczułem naturalną chęć dzielenia się muzyką, której słucham. Mam wiele płyt i wiele muzyki na komputerze. Właśnie tym chcę się z ludźmi dzielić.



Czyli że jesteś też głosem radiowym, a nie tylko głosem polskiej sceny rockowej.


— Tym drugim byłem wcześniej!



A czujesz się gwiazdą?

— Jasne, jestem gwiazdą! (śmiech)



No proszę, jesteś gwiazdą! Ale czy tak świecącą jak Doda?


— Nie, bez przesady! Jeśli Doda jest gwiazdą, to ja nią nie jestem. Ale jestem gwiazdą w innym sensie. To bardzo pojemny termin. 



Po wielu latach działalności dostałeś „Paszport Polityki” (za 2007 roku). Co pomyślałeś, gdy okazało się, że padło w końcu na ciebie?

— Czas najwyższy! (śmiech) Odetchnąłem z ulgą i pomyślałem: no, już mam to z głowy! Tę nagrodę traktuje jako potwierdzenie swojej pozycji.



Pidżamę Porno widzę jako bunt Grabaża, a Strachy na Lachy jako dojrzałego pana Grabaża. Można tak Strachy określić?

— Pidżama Porno jako zespół w pewnym momencie wyczerpała swoje właściwości twórcze. To najważniejszy mój zespół, grałem w nim dwadzieścia lat. I właśnie z tego względu zawiesiłem działalność w najlepszym momencie dla Pidżamy. Uznałem też, że jakiekolwiek eksperymenty mogłyby tylko zespołowi zaszkodzić. Po to powołałem do życia nową kapelę. Teraz nie ma żadnych zahamowań, uwarunkowań, powiązań i uzależnień. To jest grupa z czystą kartą, co udowadnia każdą kolejną płytą. Trudno jest zdefiniować styl Strachów, bo to trudne zadanie. Z każdej płyty wydziela się inna muzyka.

Muzyka jest echem tego, co w tobie się zmienia...

— Oczywiście, zawsze tak jest. Wraz z dojrzewaniem zmieniają się poglądy, coś innego inspiruje. Z tego trzeba wyciągać wnioski w postaci kolejnych ujawnień. Wiadomo, że goście mający czterdziestkę nie są tak płodni, jak ci, którzy dopiero wchodzą w życie i twierdzą, że na wszystkim znają się najlepiej. Spojrzenie na świat młodych jest bardziej brawurowe i bezczelne, a później to zanika i siłą rzeczy człowiek zaczyna się kontrolować.