środa, 27 lipca 2011

Jakby lało... Manu Chao!

Lipiec w tym roku nas nie oszczędza. Ale co tam — muzyka potrafi rozgrzać lepiej niż słońce. Ba, a muzyka stworzona pod hiszpańskim słońcem jeszcze bardziej!


Antidotum na lipcowy deszcz i samopoczucie "pod psem" — Manu Chao. Gdy parno, duszno i żółto od promieni, też słucha się świetnie!

Ekspresja, zywiołowośc, radość z muzyki i super zabawa to najprostsza definicja sukcesu tego pochodzącego z Hiszpanii a wychowanego na przedmieściach Paryża chłopca, który podbił świat swoją muzyką. Dla mnie, zakochanej we Francji i gustującej ponad wszystko w klimatach hiszpańskich to idealne połączenie!

Pobawmy się razem!





poniedziałek, 25 lipca 2011

Zwolnij, z policją nie wygrasz

Dziewczyna z suszarką nie powinna kojarzyć się tylko z łazienką, ale też z drogówką. Bo dziewczyna lepiej wygląda, gdy jest ubrana... i to w mundur! Sprawdzam to i towarzyszę policjantkom z olsztyńskiej drogówki w pracy.

Fot. Wojtek Benedyktowicz
Jak reaguje facet, gdy zatrzymuje go policjantka i wypisuje mu mandat?
— Niektórzy chcą nas przekupić albo zapraszają na obiad — zdradza sierż. Honorata Gumińska z Wydziału Prewencji i Ruchu Drogowego Wojewódzkiej Komendy Policji w Olsztynie. — Ale nie z nami takie numery!
— Są też tacy, którzy traktują mandat wypisany naszą ręką jako zniewagę — dodaje sierż. Katarzyna Charubin. — Dla nich zatrzymanie przez policjantkę to spawa honoru! Wielu jednak się uśmiecha. Z paniami jest podobnie. Jak się przekroczy prędkość, trzeba ponieść konsekwencje i nie pomagają żadne wymówki. Ludzie najczęściej mówią , że strasznie im się spieszy, że stali w korku i teraz chcą nadrobić stracony czas. A dla nas szybka jazda wiąże się z niebezpieczeństwem.
— Widziałyśmy zbyt wiele wypadków, żeby przymykać oko na dużą prędkość — podkreśla Honorata Gumińska. — Do tego wiemy, jak jeżdżą Polacy. Wiemy też jakie mamy drogi...

Łapanie z kilometra
Wsiadamy w oznakowaną lancię i jedziemy w stronę Ostródy. Policjantki z drogówki właśnie zaczynają dyżur. Za kierownicą siedzi Honorata, a tuż obok niej — przed monitorkiem, na którym widać jadący przed nami samochód — Kasia. To ona operuje też guzikami, które ma na wyciągnięcie lewej ręki. Wystarczy kliknąć, aby sprawdzić, ile wyciąga samochód jadący przed nami.
— Ile jechałyśmy najszybciej? Niedawno zdarzyło nam się, że cisnęłyśmy 180 km/h — wspomina Katarzyna Charubin. —
Innym razem goniłyśmy motocykl, który uciekał aż 240 km/h. Ale ucieczka nie ma sensu, bo nawet jeśli nie złapiemy kierowcy, mamy nagrany cały pościg. Policji się nie ucieknie!
Gdy jedziemy, nikt nie ciśnie na gaz, bo widok radiowozu paraliżuje kierowców. Trzeba więc zjechać na pobocze, wyjąć „suszarkę”, czyli miernik prędkości i zacząć pracę. Taki sprzęt działa świetnie, bo sczytuje prędkość już z kilometra. Na nic więc zdjęcie nogi z gazu na widok policjantki... Ona i tak wie lepiej!

Fot. Wojtek Benedyktowicz
Żadnych rabatów!
Nie mija nawet pięć minut, a Honorata wyciąga lizak i zatrzymuje pierwszy samochód.
— Na tym odcinku wymagana prędkość to 60 km/h, a jechała pani o 24 km za dużo — oznajmia policjantka, prosi o dokumenty i dmuchnięcie w „balonik”. Nie ma skuchy, ale są nerwy. Złapana blondynka trzęsącą ręką zapala papierosa i łapie się za głowę.
— Ja pierwszy raz zostałam złapana! — denerwuje się dziewczyna. — Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym przekroczyła prędkość. Dzisiaj mam taki zjechany dzień. Nic mi się nie udaje... Nie da się czegoś zrobić?
— Pouczenie na kierowców nie działa — tłumaczy mi potem Honorata Gumińska. — Odjeżdżają zadowoleni, a potem opowiadają znajomym: terefere, ale mi się udało z policją! Wiem, bo nawet moi znajomi się śmieją, gdy im się upiecze. Powtarzam jednak kierowcom, że gdy spotkamy się drugi raz w takiej samej sytuacji, dostaną ode mnie większy mandat. A u mnie rabatów dla stałych klientów nie ma!
Blondynka jedzie dalej. Te 24 km/h więcej kosztują ją 100 zł i 4 punkty.

Fot. Wojtek Benedyktowicz
Kwiaty na przeprosiny
Mija chwila, a na pobocze zjeżdża kolejna bryka. Tym razem za kierownicą siedzi facet, który jechał 96 km/h. Gdy policjantki wypisują mandat w radiowozie, zdenerwowany kierowca przeklina.
— Ustawiły się za zakrętem, więc nie miałem szans! — facet uderza nogą w oponę. — Wybrały sobie takie miejsce, gdzie wszyscy się rozpędzają, bo zaczyna się górka i rozwidla się pas, więc można wyprzedzać tych, co wolniej jadą. I co, one myślą, że ja teraz będę potulny jak baranek? Z kobietą się umówiłem na wieczór, muszę więc być w Wałczu na dziewiętnastą! Nie mogę się spóźnić, a teraz tracę czas... Ile mi wlepią? 200 zł? Cholera, przecież to koszt mojej podróży do Wałcza! Teraz jeszcze będę musiał kwiaty kupić, bo jak się spóźnię... Muszę wyglądać na ludzi!
Kierowca dostaje 6 punktów i te nieszczęsne 200 zł.

Fot. Wojtek Benedyktowicz
Dumni mężowie
Nikomu nie radzę tak stać z suszarką wymierzoną w kierowców. Ten sprzęt trochę waży i po chwili ręka drętwieje. Zimą jest jeszcze gorzej, bo palce i twarz zamarzają.
— Latem z kolei człowiek aż cały płynie pod mundurem — opowiada Honorata Gumińska. — A jak się jeszcze założy kamizelę odblaskową, która nie przepuszcza powietrza, można zapomnieć o przyjemnym chłodzie.
— Ale noszenie munduru ma też swoje dobre strony — dodaje Katarzyna Charubin. — Co prawda podpadamy kierowcom, ale za to mężowie są z nas dumni! Nie każdy facet ma w domu policjantkę!

czwartek, 21 lipca 2011

Gortat: Szparag z wolą walki

— Zawodnik NBA jest jak żołnierz Legii Cudzoziemskiej — jeśli nie maszeruje, ginie — przyznaje Marcin Gortat, jedyny polski koszykarz grający w NBA.


W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".

Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.

Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!

Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.

A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.

Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...

NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.

A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.

Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.

Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.

środa, 13 lipca 2011

Przedszkolaki: Rozjechane dziecko po całym dniu


— Dziecko zmęczone jest ledwe i leżące jak placek — o swojej codzienności opowiadają dzieciaki z olsztyńskiego Przedszkola Miejskiego nr 12.

Fot. Wojtek Benedyktowicz

Jak dziecko zaczyna dzień?
— Wstajemy, przeciągamy się i szeroko ziewamy.
— Ja czytam książkę.
— Z samego rana?
— A ja jem śniadanie.

Co lubicie jeść najbardziej?
— Chrupki!
— Każdy ma jakieś ulubione jedzenie.
— Ja jem jajko w majonezie.
— A ja jajecznicę.
— Ja truskawki z bitą śmietaną i to z samego rana!
— Ja makaron.
— A ja tosty albo naleśniki.
— A ja płatki kukurydziane. To są takie chrupki, które wyglądają jak małe chmurki.

Co robicie po jedzeniu?
— Myjemy zęby.
— Szorujemy pastą, szczotką i kubkiem.
— Ty kubkiem szorujesz?
— Nakłada się pastę na szczoteczkę z tubki i fiu!
— Tak jak wodę się leje do kubka, tak z tubki wylewa się pastę na szczoteczkę.
— A potem gramy na komputerze.

W piżamie czy na golasa?
— Ja się ubieram!
— A ja zostaję w piżamie.
— A ja idę do przedszkola, bo tam sprawdzana jest obecność.
— Ja bawię się lalkami, bo mam ich kilka albo rysuję książkę.
— Ja idę do kolegi!
— Na dwór też można wyjść, na plac zabaw albo do przedszkola.
— Tam jemy obiad.

Co najczęściej jecie?
— Hamburgery i frytki.
— Koniecznie z kurczakiem i sałatką.
— Ale hamburgery są niezdrowe!
— Dlatego ja jem owoce, jabłuszko i marchewkę.
— A ja kluski z sosem.
— A ja pieczeń rzymską z buraczkami.
— A po obiedzie idziemy na zajęcia dodatkowe.

A co to są zajęcia dodatkowe?
— To są takie zajęcia, gdzie się ćwiczy.
— Ćwiczymy angielski, tańce, logopedę, rytmikę i korektę.

I pewnie wracacie zmęczeni do domu... Jak wygląda zmęczone dziecko?
— Jest całe spocone i ledwe.
— Jest śpiące i pić mu się chce.
— I znowu by jadł.
— Wszystko go boli — tak właśnie czuje.
— Płakać mu się chce z tego zmęczenia.
— Ja się chyba wypiszę z tej korekty...
— A ja w takim razie z tańców...
— Dziecko zmęczone jest leżące.
— Leżące jak placek.
— Rozkłada materiały i się na nich kładzie. I śpi jak mu się chce spać.
— Albo śpi na cioci.
— Zmęczone dziecko jest rozjechane.
— A jak wypocznie, idzie na kolację.
— Znowu?
— Ja jem jajko w majonezie!

A co robicie po kolacji?
— Różne rzeczy.
— Ja myję zęby.
— A ja jem ser żółty na kolację. A potem serek wiejski.
— Ja rzodkiewkę i kanapkę z wędliną.
— Ja piję wodę.
— A ja „kakało”!
— Ja idę się myć żelem „aktybakteryjnym”.
— Żeby nie śmierdzieć.
— Bo dziecko po całym dniu wydziela różne zapachy.
— A ja idę spać.

Co wam się śni?
— Mi się śni kosmos.
— A mi Barbie, która chodzi po plaży i pływa.
— W moim śnie występują króliki.
— A w moim biegające konie!
— A ja mam zawsze straszny sen. Śni się dużo złych rzeczy i baba jaga.
— Mi też śnią się potwory!

Jak wyglądają potwory?
— Są zielone, czarne i mają trzy oczy.
— Mają aż czterdzieści pięć zębów!
— Potwór jest wielki i ma skrzydło!
— No, jest ogromniasty! I krzyczy do ucha!
— Na twarzy ma oczy!
— A ty gdzie masz oczy?
— O tu.
— A to nie jest twarz?
— Potwór ma krzywe nogi.
— Ma pięć dziurek w nosie.
— I pięćset zębów!
— A nie, bo ma jeden!
— Pięćset! Ja wiem, bo był u mnie we śnie!
— U mnie był z jednym zębem... Ale za to ząb był duży i czarny!
— A mi się śni film, w którym była głowa niemowlaka.

A co myślicie, gdy się obudzicie po takim strasznym śnie?
— Myślimy, że to był bardzo straszny sen.
— Albo że na szczęście to był tylko sen.
— Albo że kolejny dzień przed nami.
— I znowu wszystko to samo.
— I jajko w majonezie na śniadanie!