wtorek, 9 lutego 2010

Butla po mineralnej w roli głównej

Aktorzy tworzą fajny kumplowski klimat, który budują z serdeczności spojrzeń i przyjaznych uśmiechów – o „Twarzą do ściany” w reżyserii Iwo Vedrala w olsztyńskim Teatrze Jaracza słów kilka.


Scena przykryta jest folią – jakby przed remontem, przed zmianą. Ale oddziela też od świata, od rzeczywistości. Pojawiają się bohaterowie – jest och czworo. Troje z nich zostaje na scenie, jeden staje w kącie – niczym ochroniarz. Nie wiadomo kim są, dlaczego się spotykają. Zaczyna odliczanie, aktorzy recytują: one, two, three, four… Scena ta trwa około pięciu minut, ale nie jest to bezmyślne powtarzanie cyfr. W tej matematycznej litanii niektóre cyfry zostają pominięte. Czyżby ma to dać do zrozumienia, że nie ma rzeczy idealnych?

A potem? Dziewczyna – Milena Gauer - odsłania szkolną tablicę, na której napisane jest zdanie. I właśnie od niego zaczyna się tworzenie historii. Głośno wypowiedziane pobudza lawinę skojarzeń. Bohaterowie – niczym paczka serdecznych przyjaciół – dorzucają swoje pięć groszy. Tworzą piękną opowieść o życiu. Przez usta aktorów – niczym przez dziurkę od klucza - podglądamy kobietę troszcząca się o dziecko i mężczyznę, któremu wszystko się układa. Ale życie nie jest aż tak banalne. W opowiadanych historiach brakuje krwi. Szczęście szybko się nudzi, więc trzeba dorzucić trochę do kotła, aby podgrzać atmosferę. I tym sposobem szczęśliwa mężatka uznaje małżeństwo za błąd, a spełniony mężczyzna strzałami w głowę zabija dzieci. Niczego mu nie brakowało, nie ma traumatycznych przeżyć, a jednak naciska spust. Bohaterowie wczuwają się w jego psychikę, ale okazuje się to niemożliwe. W nikim ten facet nie wzbudza pozytywnych emocji, nikt nie chce go nawet bronić. Z tej rozmowy wyłania się więc przeraźliwy obraz człowieka, którym targają bezpodstawne impulsy. Wyłania się też obraz przemocy, której nie można przewidzieć. Czyżby człowiek był bezsilny wobec zła, jakie zalewa świat?

Reżyser Iwo Vedral mówi, że „Twarzą do ściany” to teatr przezroczysty. I rzeczywiście – nie ma tu wartkiej akcji, nie ma wielkich kreacji na miarę Hamleta. Ale jest coś, co pociąga w tym spektaklu – atmosfera. Aktorzy tworzą fajny kumplowski klimat, który budują z serdeczności spojrzeń i przyjaznych uśmiechów. Rozciągają miedzy sobą nić porozumienia. Jest niewidoczna, ale można ją dostrzec – wystarczy uważnie patrzeć, a właściwie słuchać. Bo aktorzy grają emocjami i wyobraźnią, a nie ruchem. Zakleszczają widza w świecie swoich fantazji i pomysłów, które stają się lustrzanym odbiciem tego, co dzieje się naprawdę – gdzieś za rogiem, gdzieś w przyszłości.

Spektakl wciąga jeszcze z innego powodu. Aktorzy nie odgrywają swoich wymyślonych bohaterów, tworzą ich „na żywo”, żonglują pomysłami. A że są w na tyle dobrej komitywie – chyba że tak świetnie grają – że spektakl rodzi się tu i teraz, na oczach widzach. To tak, jakby patrzeć na ręce kucharzowi, który właśnie przyrządza pizzę. Niby się wie, jakie składniki wrzuca na placek, ale smak można poznać dopiero po upieczeniu. I tak jest z „Twarzą do ściany” – aktorzy komentują swoim spojrzeniem i mimiką nawet odgłosy dobiegające spoza sceny. Jakiś pisk, szum wody w rurze, odgłos przejeżdżającego samochodu stają się elementem spektaklu.

Dźwięki mają w „Twarzy do ściany” wiele do powiedzenia. Najciekawsza jest muzyka, którą tworzą sami aktorzy - Grzegorz Gromek gra na butli po mineralnej niczym na perkusji, Marek Szkoda gra na jakimś niezidentyfikowanym przeze mnie „bimbadełku”. Leszek Spychała – który przez cały spektakl stoi w kącie, ma swoje pięć minut i śpiewa bluesa o ojcu listonoszu, któremu nie chce się wstawać do pracy. Nie ma chyba osoby, która w tym momencie nie tupałaby nogą. Aż żal ściska, że w teatrze nie można bisować.

Bookmark and Share

poniedziałek, 8 lutego 2010

Celińska: O zdrowie pieska trzeba dbać

— Ma na imię Tekla. To mieszanka jamnika z białym kudłatym owczarkiem nizinnym — o swoim psie opowiada Stanisława Celińska, aktorka.


Czy z każdym trzeba rozmawiać o sprawach poważnych? Ze Stanisławą Celińską pogadałam o psie. Jej psie. To też poważny temat.

Lubi pani leniuchować?
— Oj, zapracowana jestem i mało mam czasu na leniuchowanie. Praca, praca i praca.

Ale chyba kiedyś pani odpoczywa.
— Tak, na spacerze z pieskiem. Ale nie zawsze te spacery są przyjemne, bo ulice za bardzo sypią solą. Nie wychodzi to pieskowi na zdrowie. Łapek szkoda. A gdy jest zimno i mroźno, chodzi na trzech łapkach. Ciężka pora roku nadeszła dla czworonogów.

Człowiek buty ciepłe włoży i ma spokój.
— Ale piesek też ma swój strój! Butów nie nosi, ale ma bardzo ładny ortalionowy skafanderek. Pod spodem ma polarek, więc mrozy pieskowi niestraszne. Trochę się wkurza, gdy go ubieram w ten uniform, bo najlepiej się czuje bez, ale cóż — zima jest, piesek nie ma wiele do gadania. Właściwie już się przyzwyczaja i nie marudzi przed wyjściem. Jeszcze się troszeczkę otrzepuje, ale sam się nie rozbierze, więc wychodzi w ubranku.

Rozumiem, że piesek to... chłopczyk.
— Dziewczynka! Ma na imię Tekla. To mieszanka jamnika z białym kudłatym owczarkiem nizinnym.

Mieszanka wybuchowa!

— Ale nie ma wybuchowego temperamentu. Tekla jest bardzo kochana.

A co lubi najbardziej jeść?
— O, różne rzeczy! Ale największy apetyt ma na ciasteczka. Nie zawsze jednak dostaje, bo o zdrowie pieska trzeba dbać.

Nawet jak patrzy błagalnym wzrokiem?

— Oj, te psie spojrzenia w oczy są zabójcze dla człowieka. Czasem serce ściska, ale — powtórzę — o zdrowie psa trzeba dbać. Na szczęście Tekla ma psie ciasteczka, więc w przerwie między moimi słodyczami, dostaje kilka swoich smakołyków.

A jest coś, czego Tekla nie lubi?
— Tekla? Ona wszystko uwielbia! Jak to pies... ma wilczy apetyt. Nie krzywi się na żadne danie, wszystkiego z przyjemnością posmakuje. Oj, ta kochana sunia moja...

Bookmark and Share

czwartek, 4 lutego 2010

Ciachorowski: Nie w głowie mi Hamlety i Konrady

— Tęsknie za Olsztynem. W pamięci mam plażę miejską, na której smażyliśmy się z kolegami przy pierwszych upałach oraz puby na starówce, w których niekiedy do rana piliśmy nie tylko soki — opowiada Tomasz Ciachorowski, który gra główną rolę męską w serialu „Majka”.


Ciacho... bo jak inaczej mówić o Tomku Ciachorowskim?

Nie oglądasz telewizji. Z przekory, z nudów, czy po prostu z braku telewizora?
— Telewizji nie oglądam głównie z braku czasu, a kiedy już zdarzy mi się jakiś wolny dzień lub popołudnie, wolę ten czas celebrować z przyjaciółmi — zwykle na niezbyt wyszukanych rozrywkach np. przy kuflu z piwem. Poza tym mało jest w telewizji propozycji naprawdę wartych uwagi, a jeżeli już coś w programie TV mnie zainteresuje, to i tak w natłoku zajęć, i z powodu mojego roztrzepania, z pewnością to przegapię.

Niektórzy nie wyobrażają sobie dnia bez telewizora — zwłaszcza kiedy leci „Majka”. Powoli stajesz się więc gwiazdą telewizyjną. Przyznaj, „Majkę” chyba widziałeś...
— Obejrzałem kilka odcinków, które z mojej perspektywy oglądam inaczej. Mniej interesuje mnie sama fabuła. Z dużą przyjemnością przyglądam się natomiast kolegom z pracy, oceniam finalny efekt wielogodzinnego wysiłku, który wspólnie włożyliśmy w każdą ze scen. Biorę też pod lupę siebie, żeby na przyszłość uniknąć błędów i potknięć, które ekran bezlitośnie obnaża.

Co intryguje cię w Michale, chłopaku którego grasz?
— Podziwiam jego konsekwencję w dążeniu do obranych celów. Czasem w imię swoich ideałów stawia na szali wszystko, ale jak się na coś uprze, wiem, że nie odpuści.

A przyjemnie jest być amantem? Tak jesteś już postrzegany. No, a to dopiero mała kula śniegowa, która toczy się i toczy.
— Z niekłamaną przyjemnością wcielam się w rolę "przystojnego architekta o dobrym sercu", ale często zazdroszczę kolegom po fachu, którzy dostają bardziej krwisty materiał do grania, wymagający charakterystycznej ekspresji. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miał szansę zmierzyć się ze skrajnie różnymi rolami, o różnym ciężarze gatunkowym — niekoniecznie tylko w telenoweli.

Pierwszy raz na ekranie pojawiłeś się w „Złotopolskich”. Jak to wpłynęło na twoją popularność?
— Rola Janka Złotopolskiego, mimo że odbiła się skromnym echem, sprawiła, że zostałem zauważony i zacząłem być zapraszany na castingi.

Tak też było z „Majką”?
— Pewnego dnia dostałem telefon z zaproszeniem do Krakowa i postanowiłem spróbować swoich sił. Nie miałem większych nadziei, ale los okazał się łaskawy. Po kilku wycieczkach — w owym czasie byłem w próbach do spektaklu w Teatrze Lubuskim — i serii przesłuchań zdecydowano się na mnie.

Niedawno obroniłeś licencjat z kulturoznawstwa w Wyższej Szkole Zarządzania i Informatyki w Olsztynie. Czyżby to koniec twojej „przyjaźni z Olsztynem”?
— Z pewnością nie. Ciągle mam tu przyjaciół, których z pewnością będę odwiedzał. Poza tym jest też Teatr Jaracza, z którego wyszedłem i który ciągle jest mi bliski. Na bieżąco śledzę repertuar, a kiedy bywam w Olsztynie, staram się oglądać przedstawienia. Nie wyobrażam sobie, że nie zobaczę kolejnego spektaklu Weroniki Szczawińskiej — reżyserki „Jackie”, która — jak donoszą znajomi — już wkrótce rozpocznie kolejny projekt w olsztyńskim teatrze.

Skończyłeś też studium aktorskie w Olsztynie. Jak wspominasz studenckie lata?
— Trzy lata spędzone w Olsztynie to, oprócz solidnego treningu aktorskiego, czas beztroskiej zabawy i niezapomnianych przygód. To też koleżeńskie więzi i przyjaźnie, które trwają do dziś.

Za czym olsztyńskim tęsknisz?
— Wspominałem już o teatrze… Może kiedyś okaże się, że to jeszcze nie zamknięty rozdział? W pamięci mam także plażę miejską, na której smażyliśmy się z kolegami przy pierwszych upałach oraz puby na starówce, w których niekiedy do rana piliśmy nie tylko soki.

A jak złamałeś nogę? Mam nadzieję, że nie po soku…
— Trzeba to powiedzieć jasno — bywam straszną łamagą. Wywaliłem się, po raz nie wiem już który, lecz tym razem nie wstałem raźno na nogi. Trzeba było jechać na pogotowie. Naturalnie wpłynęło to na scenariusz serialu, ale szczegółów nie mogę zdradzać. Powiem tylko, że Michał również będzie poruszał się o kulach.

Dzięki „Majce” zyskujesz popularność — z punktu widzenia widza. A czego ty się uczysz na planie?
— Przede wszystkim wzbogacam swój aktorski warsztat. Kamera wymaga innych umiejętności i środków ekspresji niż scena. Uczę się też pożytecznych cech od mojego bohatera. Jestem z nim w tak bliskiej relacji, że siłą rzeczy przejmuję od niego niektóre cechy — na przykład asertywność, której przedtem odczuwałem deficyt.

A o jakiej roli marzysz, jaki jest twój cel?
— Nie dążę do jakiejś konkretnej roli. Nie marzą mi się wcale Hamlety i Konrady. Chciałbym grac zwyczajnych bohaterów, z którymi mogliby się identyfikować zwyczajni widzowie, bo są na co dzień stawiani w podobnych potocznych sytuacjach.

Grasz też w teatrze w Zielonej Górze, marzysz o olsztyńskim... Mniejsza sława, mniejsze pieniądze, ale jest na pewno coś, czego nie daje kamera.
— W teatrze jest żywy kontakt z widzem. Dla mnie istotą jest język wypowiedzi. Telewizją rządzi „mały realizm”, który mimo banalności wcale nie jest taki łatwy do odtworzenia. W teatrze świat tworzy się od podstaw, a granicę wyznacza jedynie wyobraźnia. Tu proste robienie pompek może być metaforą zarówno miłości jak i przemocy. To jak proza i poezja, nie wartościuję ich, a jedynie rozróżniam.

Bookmark and Share

wtorek, 2 lutego 2010

Olsztyn — ogród bez pomysłów

Olsztyn kwitnie? Śniegiem zasypany… Pomysły na promocję miasta wciąż mrożą krew w żyłach zamiast zagrzewać do podboju Polski. Było: „Olsztyn — przestrzeń radości”, jest: „Olsztyn — ogród Europy”. Tylko co po nowym haśle, skoro kiepski ogrodnik wciąż ma głos?


Olsztyn główkuje jak się wypromować, ale dobrych pomysłów brak. Może i by się znalazły, ale za promocję odpowiedzialna jest krakowska firma Eskadra. Nie to, że kawał drogi od Olsztyna, to i kawał kasy za rachunek. Olsztyn zapłacić musi. Ale za co? Urząd Miasta stawia więc na promocję po swojemu.

Rok temu Eskadra wymyśliła hasło „Olsztyn — przestrzeń radości”, które komentowane było na prawo i lewo. Głosów pozytywnych padło niewiele. Mówiąc językiem ulicy — ludzie psy wieszali. Ja zresztą też nie szczędziłam swoich uwag.

Eskadra głowę spuściła, czas więc wprowadzić poprawki do pomysłu. Serwuje się więc kolejne genialne i przemyślane hasło: „Olsztyn — ogród Europy”.

Znowu łapię się za głowę, bo Olsztyn nie kojarzy mi się z ogrodem — pomimo wszechobecnego bukietu zieleni. Z lasem i owszem — z Lasem Miejskim, ale ogrodów tu ze świecą szukać. Las to dla mnie ucieczka z miasta, ogród — miejska ucieczka w naturę. Nie ma tu nawet porządnego parku do spacerowania. Prym wiedzie olsztyński klasyk — Park Kusocińskiego, ale poza alejkami, ławkami, oczkiem wodnym i skyteparkiem niczego więcej nie oferuje. To park, a nie ogród! Różnica kolosalna.

Ogród jest, owszem, ale za miastem. Arboretum się nazywa. Botaniczny jest nawet! Może właśnie to sąsiedztwo skłoniło do wymyślenia nowego hasła? A może ogrodowe liczne ścieżki rowerowe? Ale z tym to przesada. To pięta Achillesa stolicy zielonej Warmii od lat. Nawet wokół jezior nie ma jak pedałować, bo albo się trafi na wystające z ziemi korzenie, albo tak człowieka wytrzęsie, że dalej jechać się nie chce.

Olsztyn jest zielonym miastem, ale ogród to za wielkie słowo. Nie ma tu nawet porządnych placów zabaw, a ogródki jordanowskie to tylko wspomnienia, które gdzieniegdzie jeszcze straszą. Europa zapewne wstydzi się takich strachów. Pordzewiałe sprzęty, połamane piaskownice... Jeśli mieszkańcy sami nie postawią huśtawek, na stare — niegdyś jare ogródki — nie mogą liczyć. Wiem, co mówię, bo rozpad dumy PRL-u oglądałam z okien domu. Złomiarze nieźle się obłowili... Oby taki los nie spotkał tych nowych placyków zabaw. Nie powiem, nowe osiedla troszczą się o maluchy, gospodarują ogrody wśród blokowisk.

Jednak nie o powyższe się rozchodzi. Miasto-ogród to koncepcja znana od dawien dawna. Wymyślił ją Ebenezer Howard, dziennikarz, stenograf, z zamiłowania urbanista. W 1898 r. przedstawił koncepcję osiedla, które łączy w sobie zalety wsi i miasta. Eskadra zaszalała, sięgnęła do źródeł i pewnie czeka na pochwały:

Jak wskazują badania i obserwacje architektów krajobrazu i konserwatorów zabytków, w wielu miejscach Olsztyna na początku XX wieku realizowano koncepcję nawiązującą do idei miasta-ogrodu Ebenezera Howarda. Efekty wspomnianych zabiegów widoczne są do dziś: osiedle nad Jeziorem Długim (ze szczególnym uwzględnieniem ul. Rybaki), osiedle Zatorze (szczególnie trójkąt ul. Limanowskiego, Reymonta, Zientary-Malewskiej), Brzeziny, Kolonia Mazurska, ul. Radiowa, ul. 1 Maja, ul. Kajki, zieleńce miejskie na pl. Konsulatu Polskiego, Jedności Słowiańskiej, Bema, Pułaskiego oraz wiele innych.
(Miasto — Ogród: Wizja — Uzasadnienie — Realizacja)

Olsztyn ma tyle do ogrodu Europy, ile piernik do wiatraka. Nie zgadzam się z pomysłem. Nie podoba mi się i chwalić nie będę. Dlaczego?

W rankingu najbardziej zielonych miast Starego Kontynentu „European Green City Index” nie widać Olsztyna nawet na szarym końcu. W czołówce znajduje się Skandynawia: Kopenhaga, Sztokholm i Oslo. Warszawa zdobyła 16 miejsce.

W październiku o zieleni w mieście pisała też Polityka.

Ponadstuletnia idea miast ogrodów znów staje się modna. (…) W Polsce najbardziej znanym i najlepiej zachowanym miastem ogrodem jest Podkowa Leśna. Początki jej sięgają 1925 r. (…) Podkowa ma to szczęście, że nie postawiono w niej wielorodzinnych blokowisk. Plany zagospodarowania dopuszczają zabudowę maksymalnie dwukondygnacyjną (plus mansarda), w sumie nie wyższą niż 12 m od gruntu. Uniknęła także inwazji inwestorów, co też zawdzięcza głównie planom zagospodarowania. Dwie trzecie miasta nadal zajmują publiczne tereny leśne. Większość terenów prywatnych (ok. 70 proc.) to też zresztą działki leśne. Zachowany został pierwotny, koncentryczny układ urbanistyczny, działki odwracają się plecami na zewnątrz miasta, stanowią zamkniętą, luksusową enklawę.

Milanówek, kolejne miasto ogród, nie powstał według koncepcji wymyślonej przez Howarda. Już wcześniej, na przełomie XIX i XX w., był znanym letniskiem dla zamożnych mieszczuchów. Jego stara część wygląda jednak dokładnie tak, jak wyobrażamy sobie miasto ogród: okazałe wille na dużych działkach toną w zieleni. Będzie je można podziwiać jeszcze długo, bo 21 willi wpisano do rejestru zabytków, a ponad 200 objęto ochroną konserwatorską. Miasto nie ma już jednak jednolitego charakteru, stoją w nim także blokowiska.

Mało kto wie, że Włochy, dziś dzielnicę Warszawy, też zaczęto budować jako miasto ogród. Taki sam charakter miały mieć Ząbki, Młociny, Ostoja. Wojna przerwała realizację planów. Później już do nich nie wrócono. W czasach PRL budowało się, jak mówili projektanci, „jednostki mieszkaniowe dla anonimowego odbiorcy”, czyli głównie małe M3 w dużych blokach.

Najwięcej miast ogrodów jest wokół Warszawy, ale najstarsze powstało na Śląsku, w gminie Janów, w dawnym zaborze pruskim. To Giszowiec, dzisiaj dzielnica Katowic. W latach 1907–1910 zbudowano tu osiedle dla robotników koncernu Giesches Erben, głównie górników kopalni Giesche (dziś Wieczorek). Zaprojektowane zostało zgodnie z koncepcją Howarda: w centrum znajdował się plac, wokół niego szkoła, sklepy, poczta, karczma. Przy wewnętrznych ulicach, które jak obwodnice otaczały plac, stanęły dwu-, czterorodzinne domy z ogródkami. Wszystkie budynki zaprojektowano w stylu śląskich chałup: ze spadzistym dachem z dużym okapem, z otwartym przedsionkiem.
(Powrót do ogrodu)

A Olsztyna ani widu, ani słychu. Nawet jednego zdania nie ma. Olsztyn: miasto-ogród...

Dla mnie Olsztyn to miasto wody, czyli 13 jezior w granicach administracyjnych. Wiem — przy Mazurach to pikuś, ale… czy jest jakieś inne miasto, które może poszczycić się aż tyloma jeziorami? Przy Mazurach to pikuś... Pan Pikuś. Stolica regionu przecież!

Dla mnie „Olsztyn to jezioro osobliwości”. Krystyną Siesicką nie jestem, która napisała książkę o cytowanym przeze mnie tytule („Jezioro osobliwości”), ale olsztynianka ze mnie stuprocentowa. Od urodzenia. Wiem, gdzie żyję, wiem, co mówię. To rzeczywiście osobliwe miasto — inne od wszystkich, leniwe, spokojne, ale i tryskające energią młodych głów. Mamy Kortowiadę i najpiękniejsze miasteczko akademickie w Polsce. Tam można buszować nie tylko w zieleni...

Przeczytaj też:
Poznań się promuje — tnie ceny. A Olsztyn?
Chcesz zjeść rybę w Olsztynie? To ją złap!

Najciekawszy pomysł:
Olsztyn - O!GRÓD Z NATURY

Bookmark and Share

poniedziałek, 1 lutego 2010

Poznań się promuje — tnie ceny. A Olsztyn?

Poznań to miasto biznesu — pieniądz goni pieniądz. Jaki więc sens jest w cięciu kosztów o połowę? Wielki. Jak Kazimierz Wielki, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. W podobnym stylu Poznań rozwija swoją turystykę. A Olsztyn buja w obłokach, w latawcach...


Lubię Poznań, bo za każdym razem mnie zaskakuje. Nawet gdy jestem daleko i wędruję palcem po mapie albo internecie. Poznań otwiera się na turystów i zaprasza do siebie na pół roku przed...

5 i 6 czerwca w Poznaniu będzie taniej. Ruszy wtedy akcja promocyjna „Poznań za pół ceny”, czyli będzie można zaoszczędzić na spaniu, zwiedzaniu i jedzeniu. Brzmi smakowicie, a jako że Poznań lubię i mam miłe wspomnienia, naszła mnie ochota na podróż w przyszłość. Zeszłoroczne atrakcje kusiły. I jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, w tym roku może być tylko lepiej.

W weekend 13-14 czerwca w wybranych poznańskich hotelach, restauracjach, muzeach było o 50% taniej. Taniej w ten weekend oznaczało także lepiej. Przygotowano bogaty, darmowy program turystyczny. Z przewodnikiem można było zwiedzić Ostrów Tumski z pierwszą w Polsce katedra i grobami pierwszych władców Polski, Stary Rynek, kościół farny z podziemiami oraz Zamek Cesarski. W każdej z wycieczek uczestniczyło kilkaset osób! Zamek Cesarski zwiedzały grupy liczące 600 osób! Przez dwa dni otwarty wyjątkowo dla turystów fort VIIIa obejrzało blisko 2 tysiące osób!

W restauracjach, które przyłączyły się do akcji o wolny stolik było bardzo trudno. Pierwsze podsumowania pokazują, że sprzedano nawet czterokrotnie więcej posiłków niż zwykle. Tłumy turystów pojawiły się także w poznańskim ZOO, aby obejrzeć otwartą niedawno Słoniarnię oraz w jednej z największych w Europie palmiarni. Kilkaset osób brało udział w specjalnej edycji gry miejskiej "Poszukiwacze Prawdy", w której gracze rywalizowali o klucz do starej skrzyni ustawionej na środku Starego Rynku. O Poznaniu mówiono przez dwa dni we wszystkich mediach i gorąco zachęcano do odwiedzin miasta w weekend, dokładnie opisując przy okazji poznańskie atrakcje turystyczne.
(Głosujmy na Poznań za pół ceny!)

A co robi Olsztyn? Promuje się na pół gwizdka, a nie za pół ceny. Mam wrażenie, że Polacy widzą Olsztyn jako miasto niedźwiedzi, które nie tylko śpią zimą, ale nie wychodzą z lasu do ludzi. Bo i po co? Może i w ciągu roku pojawiają się w warmińskim kalendarzu ciekawe imprezy, ale szybko się o nich zapomina. Bo czy ktoś dzisiaj mówi o Święcie Latawców?

Olsztyn ma wiele zalet, ale też sporo istotnych wad. Ludzie nie znają olsztyńskich walorów, więc nie przyjadą, żeby poznać je na miejscu. Szkoda czasu i pieniędzy — lepiej bawić się w Poznaniu i wydać o połowę mniej. Do Olsztyna mamy też kiepski dojazd, co potwierdza, że to miasto peryferyjne, prowincjonalne. Po co więc tu zjeżdżać? Lepiej skoczyć dalej — na kultowe Mazury.

Szczerze? Święto Latawców można zrobić w każdej wsi. Podobnie jest ze Świętem Serów. Od kiedy Olsztyn kojarzy się z serami? Zakopane i owszem, z oscypkami, ale Warmia?

Ale Olsztyn to przestrzeń radości, więc nie wolno narzekać. Urzędowo zabronione. Tylko z czego się tu cieszyć? Chyba z tego, że najwięcej wycieczek wpada tu na hamburgera do McDonald'sa i na zakupy do Alfy. Wystarczy rzucić okiem na tablice rejestracyjne samochodów poustawianych rzędem na pobliskim parkingu. I to nie tylko wtedy, gdy są sezonowe przeceny do 70%.


Przeczytaj też:
Poznań — miasto doznań i dla ludzi
Chcesz zjeść rybę w Olsztynie? To ją złap!
Olsztyn — przestrzeń radości

Bookmark and Share

niedziela, 31 stycznia 2010

Kryzys o smaku pasztetowej

Nawet darmozjad może okazać się bohaterem. O „Samobójcy”, spektaklu dyplomowym słuchaczy olsztyńskiego Studium Aktorskiego przy Teatrze Jaracza, w reż. Giovanniego Castellanosa słów kilka.


Ile osób dzisiaj chciałoby włożyć sobie lufę pistoletu do ust i nacisnąć spust? Ile osób chciałoby swoje marne życie zmienić na lepsze? Ile osób chciałoby znaleźć pracę? Świat się nie zmienia, zmieniają się tylko czasy. Nie znalazł się jeszcze taki mądry, który rozwiązałby wszystkie problemy ludzkości. Bezrobocie wciąż wpędza ludzi w depresję i szaleństwo. Nie inaczej jest z Siemionowiczem Podsiekalnikowem. To marzyciel, który od roku żyje na utrzymaniu żony. To antybohater i antymężczyzna. Daleko mu do macho — w żonie nie widzi nawet kobiety, ale zaopatrzeniowca w pasztetową, którą wypycha sobie brzuch i zabija głód pożytku. Niby szuka pracy, ale więcej w tym gadania niż działania. Przykładem może być chęć nauki gry na helikonie. Sienia robi już plany, wylicza gaże za koncerty, ale… instrumentu brak. A gdy już dostaje upragniony sprzęt, poradnik nauki gry na helikonie każe mu kupić fortepian. Bo do wyjścia z kryzysu potrzeba pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Ale tych nie ma nawet na jajka, żeby zrobić kogel-mogel.

Jak wyswobodzić się z tego marazmu? Zabić się. Najlepiej się zabić. I ten pomysł okazuje się trafiony. Na Sienię spada lawina fałszywych przyjaciół — każdy chce wykorzystać jego śmierć. Walczą o nią więc różne warstwy społeczne i polityczne. I tak pojawia się rycząca czterdziestka, czyli Kleopatra. Ten babsztyl — połączenie podstarzałej Shazzy i równie wiekowej Edyty Górniak — chce, aby bohater zabił się z miłości i pożądania do niej. Pojawia się też działacz polityczny chcący wybić się z szeregów partii. Dodać trzeba, że to niezwykle utalentowany polityk — śpiewa banalne piosenki, gra na gitarze i wygląda jak Michael Jackson. Pojawiają się też zgarbiony, ale jurny kupiec, rozdarty wewnętrznie pop i mizerny pisarz. Nie brakuje więc całej palety gwiazd — różnorodnych postaci. Wszystkie świetnie i dowcipnie zagrane — aż trudno uwierzyć, że to dyplomowy spektakl słuchaczy Studium Aktorskiego. Młodzi aktorzy radzą sobie świetnie i czują spektakl. Nie bez powodu Castellanos podkreślał przed premierą, że „Samobójca” to dla nich podwójny sprawdzian — nie tylko umiejętności aktorskich, ale i zderzenie z rzeczywistością. Młodzi niedługo wyjdą z inkubatora i staną oko w oko z brutalnym kapitalizmem. Ich cele, marzenia zostaną skonfrontowane z miliardem okoliczności, które utrudnią ich realizację. Na ile jednak wykorzystają swoje pięć minut?

Siemionowicz swój czas wykorzystuje. Z nieudacznika zmienia się w aroganckiego materialistę, lekceważącego tych, na których mógł polegać do tej pory. Szybko uczy się na swoich błędach i pada w ramiona nowych przyjaciół — równie interesownych jak on. Z kim się zadajesz, takim się stajesz. Spektakl nie tyle wskazuje problem bezsilności podszytej gniewem, ile obnaża małostkowość ludzi, którzy nie w miłości, przyjaźni i pomocy widzą sukces, ale idą — dosłownie — po trupach do celu.

Napisana w 1928 przez Nikołaja Erdmana roku tragikomedia opowiada o kryzysie, jakie dotknęło rosyjskie społeczeństwo w połowie lat 20. Jest też oskarżeniem sowieckiego systemu, w którym jednostka nie się liczy — chyba że umiera za tzw. słuszną sprawę. Castellanos ucieka od historycznego kontekstu sztuki i wskazuje na współczesny kryzys. Jego „Samobójca” mówi o „dzisiejszych niepotrzebnych” — takich, którzy z nieudaczników stają się niemymi dyktatorami. Nic to jednak nie zmienia — punkt wyjścia zostaje wciąż ten sam. Siemionowicz jest tylko odpadem kapitalizmu.

Bookmark and Share

czwartek, 28 stycznia 2010

Skiba: Porównują mnie do Mrożka

— Chcę żeby moje opowiadania nie tylko wzbogaciły życie wewnętrzne, ale w ogóle życie przedłużyły — opowiada Skiba, lider Bic Cyca.

Skiba to człowiek, z którym można boki zrywać. Gdy pierwszy raz do niego zadzwoniłam, usłyszałam w słuchawce: Osama bin Laden, słucham? Zareagowałam szybko i przedstawiłam się jako Barack Obama. Później jednak rozmawiałam z nim już jako Ada. Jajcarza było w nim mniej. Starzeje się chłopak?

Zima ci służy?

— Czuję się wyśmienicie! Gorzej czuje się mój samochód, bo został doszczętnie zasypany przez gęsty śnieg.

Zawsze można wziąć szczoteczkę i trochę poszaleć.

— No i poszaleję trochę, bo nie mam innego wyjścia. Zima zmusza ludzi do pewnych działań, których na ogół nie robimy. Ludzie chwytają za łopatę i inne archaiczne przyrządy. Osoby starsze dzięki odśnieżaniu przypominają sobie czyny społeczne z czasów PRL-u, kiedy malowano trawę na zielono i porządkowano chodniki przed przyjazdem pierwszego sekretarza. Takie odśnieżanie to też darmowa siłownia. Po co wykupywać sobie karnety w ekskluzywnych miejscach, kiedy mamy darmowe ćwiczenia na świeżym powietrzu? Taki kawał chodnika do odśnieżenia może zrobić z faceta kawał chłopa! A jeszcze będzie dżentelmenem, bo jego kobieta się nie poślizgnie i nie stłucze sobie tyłka.

A niektórzy zimę nazywają horrorem...
— Szczególnie faceci, kiedy odśnieżają samochody i mają za krótkie szczoteczki. Brudzą im się brzuchy. Ja zazwyczaj noszę czarne spodnie i zawsze się upaćkam. Dotknę albo progu samochodu, albo ochlapanych drzwi, to rzeczywiście horror! Śnieżek biały jest ładny tylko na wierzchu, pod spodem przeważają kolory czarno-brązowe. Zima zdecydowanie deformuje garderobę.

Lepiej zostać w domu z książką w ręku. Polecisz jakąś?
— Czytanie książek to dobre zajęcie dla muzyków rockowych. Zimą jest mniej koncertów niż latem, więc ja zawsze wykorzystuję mrozy na zaległe lektury. Pewnie zaskoczę wszystkich, bo czytam literaturę poważną. Ostatnio czytam rzecz o Czeczenii — „Wieżę z kamienia” Wojtka Jagielskiego. Ale fascynuje mnie też tematyka terrorystyczna i pochłaniam książki o legendarnej grupie Baader-Meinhof. Ale oczywiście nie zagłębiam się tylko w tak ponurą tematykę, bo czytam też „Dzienniki” Jarosława Iwaszkiewicza.

A „Opowiadań podwodnych” nie polecasz?
— (śmiech) To jest jak najbardziej poważna literatura rozrywkowa! Badania naukowe wykazały, że ludzie z poczuciem humoru żyją dłużej. Ja wychodzę naprzeciw tym badaniom, bo chcę żeby pojawił się uśmiech na twarzy czytelnika. Chcę żeby moje opowiadania nie tylko wzbogaciły życie wewnętrzne, ale w ogóle życie przedłużyły. To zbiór moich tekstów, które mnie nie sławiły — jak na przykład felietony. Publikowałem je od zawsze w poważnej prasie literackiej — w „BruLionie”, „Lampie i Iskrze Bożej” i „Przegięciu pały”. Teraz z tego wszystkiego zrodził się Skiba w pigułce.

A skąd tytuł? Rzucasz nas na głęboką wodę?
— W czasach PRL-u określenie „podwodne” określało podziemie. Poza tym część tych opowiadań podnosi ciśnienie, a pod wodą jest przecież ciśnienie zupełnie inne niż na powierzchni ziemi. Ale nie uważam się za pisarza, bo pisanie jest dla mnie zabawą. Są gry językowe, mieszanie konwencji, a czasem pojawiają się nawet problemy filozoficzne. Tak, zdecydowanie jest to Skiba w pigułce. Zaskoczyły mnie dobre recenzje tej książki — porównywano mnie nawet do Mrożka!

Fiu fiu!
— To są opowiadania specyficznie. Jeśli ktoś kojarzy program „Lalamido, czyli porykiwania szarpidrutów”, jaki kiedyś robiłem z kolegą Konnakiem, który znany jest jako Konjo, to powinien załapać humor. To nie był tylko program muzyczny. To był dowcip zakraszany muzyką. Takich programów kiedyś w telewizji nie było, więc można uznać nas za prekursorów. Fajne to były czasy. Dziś głupot w telewizji jest o wiele więcej, ale nie są one z podtekstem i humorem, jaki my serowaliśmy. „Opowiadania podwodne” mają podobny klimat.

Bookmark and Share

wtorek, 26 stycznia 2010

„Nine — Dziewięć”, czyli mniej niż zero

Miał być hit, wyszedł kit. „Nine — Dziewięć” Roba Marschalla ma tylko jeden atut — gwiazdorską obsadę. Ale wielkie nazwiska, niczym jaskółka, wiosny nie czynią.



— Tyle sobie ta Sophia Loren robiła operacji plastycznych, a musi grać ducha zmarłej matki — mówi mi D. w kinie. — I po co się wygładzała, jak i tak straszy?

Straszy nie tyle Sophia (bo ładnie wygląda), ile sam film. Wybrałam się „Nine — Dziewięć” i strach mnie ogarnął.


Penélope Cruz
Pedro Almodóvar uznał Pe za swoją muzę i wcale mu się nie dziwię. Dziewczyna potrafi świetnie zagrać — o ile reżyser ją nakieruje, wykieruje, nakręci i nastroi. Inne kino jednak jej szkodzi. A musical — ten musical — przede wszystkim. Pe wypina pupę, kręci nią, miętoli sobie piersi, uwydatnia usta. Miała zagrać łatwą panienkę — zagrała Carlę. Nawet nie musiała się wysilać, bo uznawana jest w męskich kręgach za symbol seksu. A dzieci, ryby i symbole seksu głosu nie mają.

Nicole Kidman
Dawno jej w kinie nie widziałam. Blondyna jak z obrazka, muza Guido — głównego bohatera. Zrobiona na Marilyn Monroe — biała kiecka, włosy blond. Obróć się, spójrz w prawo, w lewo… To jej jedyne zajęcie na planie. Nie mówię, że Marilyn była leniwa, ale kultura sprowadziła ją do symbolu seksu. Już Pe ma więcej do zagrania. Jest kochanką, musi być zalotna, intrygująca (to nic, że bez podtekstu). A Nicole vel Claudia? Nijak się nią zachwycać. Szkoda, bo patrzy się na ekran i właściwie niewiele się widzi. Ot, laskę w białej sukni i napalonego przy niej Guido. Nicole jest mdła. Ani pikantna, ani słodka, ani gorzka.


Daniel Day-Lewis
Fajnie wypada, bo i ma ciekawą rolę. Pali papierosa, ma zabójcze spojrzenie i często kładzie się na blacie biurka. Zakłada nogę na nogę i jest egocentrycznym reżyserem. Ale bez jaj, bo nie może spłodzić scenariusza nowego filmu, przy którym już praca wre. I to największy absurd filmu — wszyscy pracują, szyją kostiumy, wybierają aktorki, wieszają plakaty i pałają wielkim uczuciem do Guido. To bóg — nie młody, ale z przeszłością. Nawet ksiądz się zachwyca. Ba — nawet biskup! Ale zachwyt znikąd nie wynika. Gdy patrzy się na tego faceta, chce się płakać. Cała jego rola jest jak moment złapany w kadrze. Ale zdjęcie jest kiepskie, nie ma drugiego dna. Nie ma nawet głębi, ostrości. Żona go zostawia, on niby mądrzeje… Ale nie czuć tego. Za grosz. To, że zapuszcza brodę, niczemu nie dowodzi.

Marion Cotillard
Edith Piaf. Patrzyłam na nią, a widziałam Edith z filmu „Niczego nie żałuję”. Czy uda jej się zagrać coś, co przebije jej genialną kreację? Gra żonę Guido i jest jedyną normalną kobietą w filmie. Delikatna, pragnąca miłości i trochę łatwowierna. Nawet taniec na wpół nago jej nie wychodzi. Przy Pe wypada słabo, ale dobrze jej z oczu patrzy. A poza tym strasznie przypomina mi koleżankę ze studiów, więc… widziałam w tych oczach rzeczywiście podwójne dno!

Więcej nie piszę, bo ręce mi opadają. O fabule niewiele można opowiadać — są od tego streszczenia, które i tak mówią o wiele więcej niż widać na ekranie. A piosenki? Nędza. Ale jest coś, co mnie bawi i bawić będzie na wieki wieków — słowa tych piosenek. Banał gonił banał. Nawet Doda lepiej pisze. Ale czego wymagać od amerykańskiego filmu?


U Marshalla kompozycje zawodzą przede wszystkim tekstowo. Miało wyjść naturalnie — niestety brakuje lekkości, miejscami jest wręcz pretensjonalnie i topornie. Słowa oraz ich przesłanie są przyziemne, pozbawione polotu, brzmią jak wypowiadane kwestie, które nie zmieściły się w dialogach. Kiedy aktorki, w każdym z poświęconych im epizodów śpiewają o miłości, dramatycznie ściskają się za biusty, ekstatycznie podszczypują w pośladki, w wyreżyserowanym geście szeroko rozkładają nogi. Wyglądają pięknie — ale ta ekstaza jest sztuczna, prócz seksualnego podtekstu, nic ze sobą nie niesie. Nie ma szczerej emocji, radości uwodzenia, bezczelnego flirtu. Nie ma Dolce Vita. Wyróżniający na tym pustkowiu wydaje się utwór Stacy Ferguson „Be Italian” — ale to z racji pasji wykonania, subtelna ballada Marion Cotillard oraz kabaretowe, autoironiczne wystąpienie Judi Dench. I tyle.
(Brokaty, szpagaty...)

"Nine — Dziewięć" to adaptacja broadwayowskiego musicalu opartego na wybitnym filmie Federico Felliniego „8 i pół” z 1963 roku. Wielu uważa ten obraz za arcydzieło, bo ujmuje drażliwy temat kryzysu twórczej tożsamości i wyczerpania inspiracji. Film Roba Marshalla nawet do pięt pierwowzorowi nie dorasta. Zróbmy więc prosty rachunek. Odejmijmy od dziewięciu osiem i pół. Co nam zostaje? No może nie mniej niż zero, ale niestety niewiele więcej. Tak, Fellini na pewno przewraca się w grobie.

Bookmark and Share

poniedziałek, 25 stycznia 2010

GPS gratis do grata

Reklama dźwignią handlu? Prawie. Wystarczy odpowiednio nazwać, a już sprzedawany przedmiot zyskuje na wartości. Samochód przede wszystkim.




Rozmowa dwóch panów:

— Jak będę sprzedawał swój samochód, napiszę, że to niebywała okazja.

— Ten grat to okazja?

— Tak, bo dam nawigację GPS gratis. Żadne auto takiego nie ma.

— Żadne nie ma GPS-a? Na głowę upadłeś?

— Nie. Bo to papierowa nawigacja. Mapę dołożę.

Bookmark and Share

sobota, 23 stycznia 2010

„Wszystko, co kocham” jak pluszowy miś

PRL nie jest ponury, ale zwyczajny. Nadzwyczajna w filmie „Wszystko, co kocham” jest młodość. Serce Janka bije mocno i w rytmie punka. I ta energia bije też z ekranu.


Cudowny jest polski Leonardo DiCaprio. Cudowny, gdy roztrzepuje włosy, gdy się uśmiecha i zaciska zęby. Cudowny jest Mateusz Kościukiewicz — główny bohater „Wszystko, co kocham”. Cudowne jest też jego dojrzewanie, muzykowanie, a nawet łzy. Bije z jego oczu świeżość, energia i radość. Miał nosa reżyser Jacek Borcuch, że dostrzegł tego sympatycznego młodzieńca. Miał też nosa do innych chłopaków — grzecznych urwisów. Ale nie zrobił z nich punkowców. Zrobił młodych gniewnych bez brudu, alkoholu i narkotyków. Ale wcale mi to nie wadzi. Młodość, bunt i punk nie musi przerażać. Może cieszyć, a przede wszystkim wzbudzać zazdrość. Chciałam wejść w ekran, przejść się po helskiej plaży, a nawet poskakać na białym wartburgu.

Dzieło Jacka Borcucha, opowieść o grającym punk rocka licealiście, którego ojciec (jedyna wielka gwiazda w obsadzie — Andrzej Chyra) jest w marynarce wojennej, a matka w Solidarności, naprawdę zaskakuje i pokazuje, że i u nas można zrobić film z pomysłem, inteligentny, bez wpadek rzemieślniczych, świetnie dobrać i poprowadzić głównych aktorów — tak, aby nie widziano w nich jakiś serialowych bohaterów, złotych chłopców z Warszawy XXI wieku, a naturalnych i wiarygodnych chłopaków. Paradoksalnie chłopaków bardzo współczesnych. To samo można powiedzieć i o drugim planie: Chyry "reklamować" nie trzeba. Jak zawsze mistrzowski. Ale warto wspomnieć o Katarzynie Herman, której Borcuch powierzył rolę niemal epizodyczną.
("Wszystko, co kocham": film, którego nie wolno pominąć)

No właśnie, Kasia Herman jest nie do poznania. Zastanawiałam się: ona, nie ona? Oczywiście, że ona! Gra Grażyną Szapołowską — podobnie wygląda, porównywalnie mówi i na jej wzór się zachowuje. I ma ładną zapalniczkę… Kto na filmie był, ten w tym momencie na pewno się uśmiechnie. Dodam jeszcze, że Janek — czyli Leonardo DiCaprio — ma też bardzo zgrabny tyłek.

Janek to ja. To jest moja opowieść. W sumie 85-90 procent wspomnień i 10 "cukru pudru" czyli fakt, że akcja rozgrywa się w roku 1981, w którym miałem dopiero 11 lat. To jest ten procent mojej konfabulacji. Wiele rzeczy zdarzyło się dopiero cztery, pięć lat później. Byliśmy wówczas takimi właśnie chłopakami, którzy grali w szkołach czy innych miejscach. To jest jednak zabieg czysto techniczny, wszystkie emocje i uczucia, jakie mi wtedy towarzyszyły, są przeniesione w stosunku jeden do jednego.
(Jacek Borcuch, Zawsze miałem ciągoty do samostanowienia)

W czasach PRL-u też świeciło słońce, a wino gasiło pragnienie. Borcuch to zdanie podkreśliłby pewnie grubą kreską, bo tak właśnie przedstawia początek lat osiemdziesiątych w Polsce. Nie kojarzę, żeby jakiś inny polski reżyser pokazał okres "burzy i naporu" w tak sielankowy sposób. Jacek nie rozdrapuje ran, niczego nie zakleja plastrem. Nawet Jankowy ojciec — wojskowy — okazuje się dobrym człowiekiem.


Borcuch nawet przełamuje schematy ponurych obrazków z PRL-u. Nie mitologizuje tamtych czasów, raczej odziera z bohaterskiego tonu i sprowadza do zwyczajności. W symbolicznej scenie chłopaki mijają kolumnę maszerujących dziarsko żołnierzy. Idą na plażę oddychać pełną piersią. Idą łapać marzenia, fantazjować na temat kobiecych piersi i wolności. Idą z grającą im w głowach muzyką. Bo to ona, a nie polityka, jest dla nich najważniejsza. Tak, Chyra przejmująco płacze i stoi murem za filmowym synem.


Świat Jacka Borcucha jest jak pluszowy miś. Może i za dużo cukru jest w tej kinowej oranżadzie, ale film świetnie gasi pragnienie. A suszyło mnie od dawna — brakowało mi w kinie niezobowiązującego uśmiechu i zazdrości. Też chciałabym nosić różowe okulary, które Borcuch zakłada swoim bohaterom. Chciałabym być bezpretensjonalna, szalona i mieć tak blisko morze. Chciałabym mieć wszystko, co kocham.

PS. Jakie piękne fortepiany grają w filmie. To też kocham.

Bookmark and Share