niedziela, 31 maja 2009

Polska muzyka jak przerwa między zębami

Żeby być sobą, trzeba być kimś — twierdził Stanisław Jerzy Lec. I miał rację. Dlaczego dziś Polacy upodobniają się do amerykańskich wzorców? Era hamburgerów i śpiewających sobowtórów gwiazd show biznesu trwa. A co przed nami?

Żyjemy w czasach „kopiuj-wklej”. Jeśli coś sprzedaje się na Zachodzie, w te pędy w Polsce trzeba ulepić coś na wzór. Iść za ciosem — tak na to mówią. Zaroiło się od fast-foodów, sformatowały się media (kultura MTV rządzi), hipermarkety rosną jak grzyby po deszczu, a Polakom rosną brzuchy. Ameryka wdziera się do nas drzwiami i oknami, a my witamy ją z otwartymi ramionami. By żyło się łatwiej? By żyło się na światowym poziomie?

Oscypek ma się póki co świetnie. Bóg zapłać. Ale to jedno z niewielu dóbr narodowych trzymające jeszcze poziom. Bo górale powoli zdejmują swoje ludowe stroje. Z furmanek przesiadają się do mercedesów. Krupówki już dawno zatraciły swój klimat.

Muzyka też traci atmosferę. Gdzie się podziały tamte prywatki? Przepadły na rzecz skocznych party. Ludzie nie potrafią już słuchać starych polskich przebojów. Wybierają szablonowe łupanki. Właśnie z tego powodu olsztyńskie radio Wa-Ma przekształciło się w Planetę FM (jak i wiele małych rozgłośni). Muzyka bez jutra zastąpiła muzykę z przeszłością. Dzisiejsze pioseneczki często nawet miesiąca nie dożywają.

Polskie gwiazdy szukają sposobów, by wedrzeć się w łaski słuchaczy — sformatowanych i zamerykanizowanych. Pierwszą, o której zaczęto mówić, że sięga po skojarzenia, jest Małgorzata Ostrowska. Z ostrego wampa z wymalowanym okiem przeistoczyła się w sobowtór Madonny. Zmieniła nie tylko image, ale i styl — z rockowej damy stała się potulną popmamą. Oczywiście artystka zarzeka się, że nowy wygląd to tylko odruch serca, a nie ostatnia deska ratunku dla ryczącej czterdziestki (z hakiem).


To jest bardzo śmieszna sytuacja, bo ja zawsze chciałam mieć długie włosy — tak po prostu — banalnie. (…) Ja nie mam takiej przerwy między jedynkami, więc chyba z Madonny nici.
(wywiad z Małgorzatą Ostrowską)

Rzeczywiście — Madonna z niej grubymi nićmi szyta, ale podobieństwo i tak bije po oczach. Pazur ścięty, paznokieć przyszlifowany, siły włos przykryty farbą i ta przyprawiająca dreszcze łatka: druga młodość Małgorzaty Ostrowskiej. Sprzedaje się jednak, grana jest w radiu, więc cel osiągnięty. Ale z wolna gaśnie słoneczna żarówka.

Męskie serca zdobyte. Czas na dziewczynki. Teraz polską scenę chce zwojować nijaki Mrozu, czyli polski Justin Timberlake. Media rozpływają się w zachwycie:

Rewolucja nadeszła — polska muzyka rozrywkowa doczekała się, przesiąkniętej najprawdziwszym czarnym rytmem, produkcji na najwyższym światowym poziomie. (…) Debiut Mroza udowadnia, jak pełnym i utalentowanym artystą już jest. Wszystkie kompozycje i brzmienia są jego dziełem (…) Ciepła barwa głosu i zdolności wokalne mogą przynosić skojarzenia Mroza z takimi artystami jak Justin Timberlake.
(o debiucie Mrozu)

> Posłuchaj i zobacz Mrozu

Cudze chwalicie, a swego nie znacie? Oj, brakuje mi krwiście polskiej muzyki. Z polską duszą i — niech już będzie — z polskim przytupem. Może być Juhas spod samuśkich Tater. Może być poznańska pyra a capella. Bo plastikowa muzyka wychodzi mi uszami. Gitary mi się chce. Gitary i szczerości. Brakuje mi jej w radiu i TV. Dlaczego ciągle trzeba schodzić do podziemia, by nasycić się dobrym dźwiękiem?

Skoro moda na kopiowanie trwa... Może prezydent Kaczyński zmieni kolor skóry? A może jeszcze Polska nie zginęła?

Przeczytaj:
Oto polskie kopie zagranicznych gwiazd

sobota, 30 maja 2009

Czarujący Czarek

Takiej talii zazdroszczą mu wszyscy. Nawet dziewczyny. Czarek Dobrowolski jest magikiem amatorem i z kart potrafi wyczarować cuda. Potrafi zwędzić też butelkę wina — nawet jak ludzie patrzą mu na ręce. Znajomi już się nie dziwią. Mówią: on tak ma.


Jak poderwać dziewczynę? Wystarczy ją oczarować. Czarek Dobrowolski z Olsztyna ma na to sposób — używa magii.
— Podchodzę i zaczynam rozmawiać — opowiada chłopak. — Niby nic? Proszę o papierosa, ale go nie palę. Zaczynam czarować. Papieros znika w nosie, w uchu albo lewituje. Ludzie się dziwią: co to za koleś? Co on wyprawia? Najczęściej łapią bakcyla i chcą, bym pokazywał więcej. Nie sprzeciwiam się, działam. Wyjmuję karty i proszę dziewczynę, która w padła mi w oko, by wybrała jedną. By włożyła ją ponownie do talii. I co dalej się dzieje? Trzymam ręce nad kartami, a te same poruszają się i rozsuwają na pół. Pośrodku pojawia się wybrana karta. Dziewczyna jest w szoku, a ja mam u niej plus!

Zwinne palce.

Zaczęło się od programu „Lato z czarodziejem”. Czarek miał kilka lat i zafascynował się tym, co dzieje się na ekranie telewizora.
— Podpatrywałem proste triki, uczyłem się ich po swojemu i jakoś mi wychodziło — wspomina magik. — Ale w pewnym momencie zaprzestałem sztuczek. Miałem przerwę aż do pierwszego roku studiów. Spory przestój, prawda? Ale obejrzałem jakiś film i pasja wróciła. I trwa, trwa, trwa. Wiedzę czerpię z internetu. Co i raz pojawiają się nowe sztuczki, a ja próbuję rozgryźć ich tajemnicę. To dla mnie najlepsza szkoła. Znam wtedy wszystkie triki od podszewki. Hobby pochłonęło mnie całkowicie. Karty mnie kręcą, bo w sztuczkach z nimi liczy się zręczność dłoni. Triki zazwyczaj są banalne, ale bez wyćwiczonych palców nic ciekawego nie da się zrobić. Trening czyni mistrza! Dlatego każdą wolną chwilę poświęcam na naukę. Nawet w pracy, a jestem doradcą na infolinii. Mam wolne ręce, więc ćwiczę. Znajomi już się nie dziwią. Mówią: on tak ma. Inaczej reagują ludzie, którzy widzą mnie pierwszy raz.

Zaskakujący trik.
Czarek czaruje zazwyczaj w pubach. Lubi kameralną publiczność i to, że ludzie patrzą mu na ręce. To zmusza go do wytężonej pracy. Nie może się przecież zdradzić, że coś nie wychodzi.
— Ale zdarza się i tak — podkreśla iluzjonista. — Robię jakiś trik, ktoś wybiera sobie kartę, zapamiętuję ją, a potem tasuję talię. Mam wyjąć tę wybraną kartę, a znajduję inną. Pech, ludzie żartują, że czar prysł, a ja się z nimi zgadzam. Miała być karta? Miała. Nie ma? Cała zabawa polega jednak na tym, że jest w kieszeni osoby, która bawi się ze mną. Magia? Najprawdziwsza! Ludzie nie mogą ode mnie oderwać wzroku. Mam ich w garści. Raz nawet udało mi się podwędzić stojącą na stole butelkę wina. Nikt nie zauważył, że zniknęła. Pokazywałem wtedy sztuczki z chustą i tak odwróciłem uwagę, że butelka — pach — zniknęła. Nie używam jednak magii do oszukiwania. Ani w sklepach, ani w urzędach. Hobby służy mi tylko do tego, by sprawiać radość. I sobie, i wszystkim, którzy patrzą mi na ręce.

czwartek, 28 maja 2009

Bestia w białych rękawiczkach

Reżyser działa na zmysły młodego widza, wyostrza dźwięk, ale dzieciaki i tak patrzą na potwora pobłażliwym okiem. „Piękna i bestia” w Olsztyńskim Teatrze Lalek to bajka o tym, co siedzi pod skórą.

- A dlaczego potwór ma takie czerwone oczy? – pyta dziecko rodzica zaraz po rozpoczęciu spektaklu. – Po to, by strasznie wyglądać – słyszy odpowiedź. – Czyli to będzie straszna bajka?

Olsztyński Teatr Lalek na zakończenie sezonu serwuje „Piękną i bestię” w reżyserii Olega Żugżdy. To spektakl o wartościach, które zanikają. Dziś brzydota – nawet, gdy jest walorem – zostaje odrzucona. Do głowy nie przychodzi, by – nawet za największe pieniądze – bratać się z kimś wymykającym się z szablonu popkultury. W bajkach jednak wszystko jest możliwe.

Oleg Żygżda przed premierą zapowiadał, że jego sztuka będzie robiona z filmowym rozmachem. Sceniczna bestia niczym jednak nie przypomina znanej z disnejowskiej opowieści. Bliżej jej do mrocznego rycerza niż do książęcego żubra. Reżyser działa na zmysły widza i uzbraja potwora w mikrofon. Wyostrza każdy dźwięk - słychać warknięcię, sapnięcie, czy mlasknięcie. Na początku przedstawienia maluchy krzywią się, ale z biegiem wydarzeń patrzą na bestię pobłażliwym okiem. Biorą przykład z pięknej blondwłosej Belli, bo ona jedyna ma zaufanie do bestii. Takiej dziewczyny dziś ze świecą szukać.

Scenografia na pierwszy rzut oka nie zachwyca. Bajkowego klimatu nie dodają zwisające języki wykonane z bibuły ani stojące na scenie wielkie lustra siermiężnie wykonane. Ale reżyser tak je wykorzystuje, by podczas spektaklu nie wracać uwagi na formę, ale na treść. Lustra nie tylko odbijają obraz, ale są przezroczyste. Dzięki temu reżyser tworzy drugi tajemniczy plan. Tym samym przenosi widza do lasu lub do przeszłości. Materiał, z jakiego „lustra” są wykonane, sprawia wrażenie trójwymiarowości. To tak, jakby patrzeć przez szklaną kulę, gdzie przedmioty mają inne poczucie przestrzeni. Magii dodają też białe rękawiczki ubranych na czarno aktorów. Widać tylko ręce, które czarują i ustawiają rekwizyty. – Mamo, czy to ręce czarodzieja? – słychać szepty młodych głosów. Czyli, że białe rękawiczki działają na wyobraźnię dzieciaków.

Reżyser stawia obok siebie grających aktorów i lalki. Ale to człowiek odgrywa najważniejszą rolę. Lalki opowiadają historię i posuwają akcję do przodu. Aktorzy zaś podkreślają emocje i relacje międzyludzkie. Młody widz podświadomie rozumie, że dobroć, oddanie i miłość to cechy wartościowe. Bo „Piękna i bestia” to bajka o tolerancji i szacunku do siebie. To opowieść o ludzkich charakterach przedstawiona w prosty, ale sympatyczny sposób. Morał aż sam ciśnie się na usta – wszystko, co wartościowe, ukryte jest głęboko pod skórą.

środa, 27 maja 2009

Wiersze chodnikowe wydeptują ścieżki w Olsztynie

Rymowanki wychodzą na ulice. Pomysł poety Michała Zabłockiego — „ideał sięgający bruku” — dociera do Olsztyna. Na chodnikach pojawiają się wiersze. Po to, by je deptać, czy czytać?


Centrum Olsztyna. Dwóch dresiarzy trafia na wiersz chodnikowy:
— Ty, piosenka chodnikowa się wylała.
— To kafelki dla inteligentów. Ja wolę krawężniki.

Czasy nie sprzyjają poetom. Przykładem jest powyższy dialog dwóch wyznawców adidasa. Wieczorki poetyckie nie dla nich — prędzej wieczorki na siłowni. Czy poezja ma więc dziś siłę rażenia?

Powinna mieć. Dlatego Michał Zabłocki wymyślił Multipoezję — zabawę słowem, które ma zwrócić uwagę, że wiersze nie umierają.

Poezja wymaga rewolucji i to rewolucji radykalnej. Wymaga jej właśnie po to, żeby zaspokoić potrzebę powrotu do krainy spokoju. Ale przede wszystkim żeby w ogóle zwrócić uwagę współczesnego człowieka na fakt, że istnieje sztuka słowa tzw. wiązanego, że ona doszczętnie nie umarła. Żeby miał tego świadomość. Żeby szukał. (…) Moim zdaniem Multipoezja spowoduje powrót do poezji drukowanej, bo będzie rodzajem przynęty, haczyka, który można połknąć i iść dalej. Nie ma być tylko haczykiem i nie ma być reklamą literatury papierowej. (…) Będzie pomostem pomiędzy tym, co popularne a tym, co ambitne. Może właśnie wręcz będzie tym, co popularne.
(Michał Zabłocki, Wiersze oczyszczają)

Czy wiersz chodnikowy może być dzisiaj haczykiem? Słowo musi wejść do głowy. Powinno zmusić do chwilowej zadumy. To tak, jakby upić się wierszem — na wesoło, na smutno, na chwilę. Ale na pewno. Dziś niestety ludzie upijają się czymś innym. Ot, społeczeństwo obrazkowe.

Czy wiersze Zabłockiego przetrą olsztyniakom oczy? Puk puk — tu poezja. Ja żyję! Właśnie po mnie depczesz! Młodzi panowie z łysymi głowami nawet nie przystanęli. Nawet nie przeczytali. Ale zauważyli… w końcu skomentowali! Na ile jednak to się zdało? Kupią tomik Szymborskiej?

wtorek, 26 maja 2009

Niezręczna tęcza, czyli jak rozumieć symbole

Olsztyn szykuje imprezę ekologiczną promującą segregację odpadów. Firmuje ją symbol tęczy. Ale tęcza jest nasza! — głoszą geje i lesbijki. Jak więc rozumieć zabawę: rób czystki, dbaj o środowisko?


Zabawa w skojarzenia? Proszę bardzo. W weekend Olsztyn obchodził Dni Równości, a kolejna sobota to czas Olsztyńskiej Tęczy Recyklingu. Dwa wydarzenia zlały mi się w jedno za sprawą tęczy.

W czym rzecz? Jeśli ktoś nie wie – tęcza jest symbolem tolerancji, walki z homofonią i rasizmem.

Już od lat 70-tych homoseksualiści amerykańscy zastanawiali się nad wypromowaniem uniwersalnego symbolu środowiska. Najbardziej kolorowym symbolem stała się tęczowa flaga, zawierająca spektrum 6 kolorów: czerwonego, pomarańczowego, żółtego, niebieskiego i fioletowego, które reprezentować mają różnorodność wspólnoty gejów i lesbijek. Wybór tęczy jako symbolu ma swoje uzasadnienie historyczne. Już w Starym Testamencie tęcza pojawia się jako symbol łączności między niebem a ziemią i przymierza między Bogiem a człowiekiem a także rękojmią, że potop nigdy nie zagrozi już rodzajowi ludzkiemu.
(Tęcza, pierścień i rosa Winkel)

Recykling w tym kontekście nabiera nowego znaczenia. Gorzej! Hasła, jakie serwuje organizator zabawy, też kojarzą się dwuznacznie. Bo jak odczytać stwierdzenie, że „wiele zyskujesz, gdy segregujesz”? Aż strach pomyśleć. Spece od segregacji rasowej lub seksualnej już zacierają ręce. Pewnie kiełkuje im w głowach hasło: róbmy czystki, dbajmy o środowisko!

Tęczowa flaga była też kiedyś symbolem spółdzielczości w Polsce. Sklepy Społem firmowały się tym „kolorowym szalikiem nieba”. Tęcza zniknęła jednak z logo na początku lat dziewięćdziesiątych. Ciekawe dlaczego… W wolnej Polsce nie jest już tak kolorowo?

Pomijając mój humor i skojarzenia — dbajmy o środowisko. Ekologia nie jest dziś dziwactwem, czy kaprysem. To konieczność. To styl życia i suma świadomie podejmowanych decyzji. O przyrodę trzeba się troszczyć, bo co zostawimy wnukom i prawnukom w spadku?

poniedziałek, 25 maja 2009

Co piłka znaczy dla pupy?

Niby piłka jest okrągła. Niby. Inaczej patrzy na nią kobieta, inaczej mężczyzna. Ot, jeden sport, a różny punkt widzenia.


Zasłyszane na osiedlowym boisku do kosza:

Kobieta: Gramy, by pupę zrzucić.
Mężczyzna: A my gramy, by pupę podnieść!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nieprawdaż?

niedziela, 24 maja 2009

Dziewica z brzuchem

Dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. „Wesele u drobnomieszczan” Giovanny’ego Castellanosa w olsztyńskim Teatrze Jaracza niby lekkostrawne, a nieżyt żołądka gotowy.


Jak kupić widza? Zaserwować mu wiązankę biesiady i disco-polo. I tym tropem idzie Giovanny Castellanos w „Weselu u drobnomieszczan” na podstawie sztuki Bertolta Brechta. Widownia atakuje aktorów salwami śmiechu, ale czy jest się z czego śmiać?

Z siebie. Nic nie jest tak zabawne, jak własny ogródek. Castellanos wskazuje palcem w publiczność – to wy jesteście śmieszni. To wy jesteście gośćmi na weselu. To wy reprezentujecie rozpadający się świat.

Oto na scenie trwa zabawa. Weselnicy rzucają się na stół, groteskowo skrobią w talerze. Są niczym zaprogramowane kukły działające na najwyższych obrotach. Nie jedzą, pożerają. Matka (Joanna Fertacz) wnosi rybę na tacy, za chwilę budyń z bitą śmietaną. Rozkosze podniebienia mieszają się z rozkoszami dyskusji. Ojciec (Marian Czarkowski) opowiada historie rodzinne, ktoś obok romansuje ze sobą, ktoś delikatnie się kłóci. Ale z biegiem czasu – z kolejnymi lampkami wina – rozwiązują się języki i krawaty, a wszelakie konwenanse idą na bok. Zasady padają – niczym krzesła i stół. Wystarczy siąść i trach! I właśnie rozpadające się meble są synonimem rozpadu świata, w którym żyją bohaterowie. Stół traci nogi, krzesła oparcia – wesele zaczyna się sypać. Czyli nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko trwałe, co stoi. Albo udaje, że stoi. Przykładem może być postawa Panny Młodej (Milena Gauer), która - ubrana w śnieżnobiałą suknię – ukrywa, że jest w ciąży. Nie ważne, że brzuch ją wyróżnia. Jeśli ona o ciąży nie wspomina, powinno być tak, jakby jej nie było. Ale gdy goście wspominają o jej „dziewictwie”, denerwuje się jak dziewczynka, której tajemnica zostaje odkryta. – Aż się zaczerwieniłam – stwierdza.

Castellanos ubiera aktorów w kiczowatym stylu. Ich fryzury i tandetne stroje podkreślają sztuczność świata. Każdy jest jakby z innej bajki, ale każdy stoi pod pręgierzem groteski. I to jest wspólny mianownik. Reżyser sięga po karykaturę, ale i sam się w niej zapętla. Nie może wyhamować. Wiele scen niczego nie wnosi, niczego nie tłumaczy. Castellanos nie tyle ośmiesza zachowania ludzkie, ile ich weselne tradycje – i to nie te najbardziej krępujące. Celuje w polskość. A z jakiego kalibru strzela? Nie wyśmiewa zabaw z wałkiem, zbierania na wózek, ani wulgarnych tańców z balonikiem. Wyszydza te najbardziej zakorzenione w polskiej zabawie. Na ile ośmieszają one współczesnego Polaka? Castellanos sięga między innymi po piosenkę Urszuli Sipińskiej „Cudownych rodziców mam” – symbol podziękowań za troskliwą opiekę rodzicielską. Czy jest się tu z czego śmiać? Może i jest, jeśli rodzice nie święcą przykładem. W „Weselu u drobnomieszczan” nie wyczuwa się jednak żadnych niesnasek dziecko-rodzic.

Castellanos bawi się spektaklem. Ma się wrażenie, że scena jest jak worek, do którego wrzuca każdy swój pomysł. Na scenie stawia mikrofon, do którego kolejno podchodzą goście. Jedni śpiewają, inni coś mówią. Ale mikrofon jest tylko zabawką. Czy reżyser za jego pomocą chce na coś zwrócić uwagę? Chce coś nagłośnić? Kwestie, które mogą podkreślać ludzką głupotę – drobnomieszczańskie zwyczaje – padają również poza głośnikami. Czyżby mikrofon był kolejnym elementem, by kupić widza? Czy to tylko sceniczny gadżet, który sprawia widzowi frajdę? A może to aluzja do filmowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego, gdzie triumfy święci Tymon Tymański ze swoim „Białym misiem”? Ale era tego przeboju skończyła się, gdy na sale weselne wdarła się grupa Masters z hitem „Żono moja”. Castellanos i po ten hymn nowożeńców sięga. Podchwytuje również „Złoty krążek”, ale w tej scenie przechodzi sam siebie. Przerost formy nad treścią – inaczej nie można nazwać wspólnego tańca z podrzucanym złotym hoolahoopem w tle.

Wesele się nie udaje. Zabawa jest nie do zniesienia - młodzi wciąż powtarzają: niech oni już sobie pójdą. I idą - pozostawiając po sobie niesmak. Panna młoda przeżywa, że wszyscy wezmą na języki jej ciążę. Że się wydała, a przecież miała tak dobrze skrojoną suknię. Jednak nie szata zdobi człowieka. Dlatego zdziera z siebie dziewiczą biel i paraduje z wydętym brzuchem. Zaczyna się codzienność – napęczniała, aż niesmaczna proza życia. Rachunki, kwoty w kopertach-prezentach... Life is brutal.

Giovanny Castellanos chce nie tyle wyśmiać społeczeństwo, ile pokazać, że człowiek jest zależny od społeczności, w której żyje. Że niewiele robi dla siebie, ale dla innych. Bo ślub to „nasz zbiorowy obowiązek”. Na ile mu się to udaje? Słyszałam w kuluarach, jak jedna pani drugiej pani szeptała w uszko, że jedna z bohaterek to wypisz wymaluj ich znajoma. A jednak jest się z czego śmiać – z siebie. Tylko dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija tą maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. Sam się uzależnił od tego, by widza przekupić. Bo to „nasz zbiorowy obowiązek”.

piątek, 22 maja 2009

Masłowska: Doda literatury

— Dres mieszka u mnie w żołądku i odzywa się przeze mnie — twierdzi Dorota Masłowska. Dziś jej proza przeradza się w kino, bo „Wojna polsko-ruska” wdarła się na ekrany. Kit czy hit? Na pewno debata nad mentalną kondycją Polaków. A może nad kondycją autorki?


Ma dziewczyna szczęście. Wystrzeliła jak z procy i święci triumfy jako młoda polska pisarka. Opanowała księgarnie, teatr, a teraz film. Ale czy naprawdę jest za co chwalić Dorotę Masłowską?

Nie mogę się do niej przekonać. Do jej bełkotu, akrobacji językowych, sposobu myślenia. To taka Doda polskiej sceny literackiej. Dużo gada — charakterystycznym językiem — ale niewiele mówi. A nawet jeśli próbuje, ja jej nie rozumiem.

Mogę ci nawet na głos poczytać, jak masz chęć — mówi ona, taka jest dobra, takie ma raptem dobre serce, dokarmia sikorki, ściera śliną wulgarne napisy w windzie, proszę proszę, niewidzialna ręka odbita z całej pety na mej twarzy. I ku memu zdziwieniu czyta mi w skrócie różne książki, czasem nawet ciekawe to są historie, cała Polska czyta dzieciom, a czy ty czytasz swemu dziecku? Szczególnie mnie rusza jedna taka baśń, co jeden gość, Zenon z imienia, dostaje w pysk kwasem na odlew, co za hardkor, myślę sobie, to pewnie gra wstępna, a potem jest już tylko bardziej, lecz tego już nie napisali, gdyż to było politycznie nierentownie.
(fragment „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną")

Kiedy Masłowska otrzymała za swój debiut Paszport Polityki, jeździła po kraju i spotykała się z fanami. Trafiła też do Olsztyna, więc ja — ciekawa fenomenu — poszłam go obejrzeć. Od stóp do głów. Pomyślałam: przede wszystkim zajrzę Masłowskiej do głowy. Okaże się, czy ona głowę w ogóle ma. Był koniec lutego 2003 roku. Dorota miała wtedy 19 lat.

Jak wypadła? Prowadziłam dziennik i zanotowałam cytaty ze spotkania. Przytaczam i nie komentuję:

Ktoś z tłumu: W książce bohater rzyga kamieniami...

Masłowska: Wszyscy pytają mnie, dlaczego akurat kamieniami!

Ktoś z tłumu:
Ale mi chodzi o to, że kilka stron dalej – już po rzyganiu – bohaterka rzyga jeszcze kurwim kamieniem. Jak wygląda taki kamień?

Masłowska: To taki duży, chropowaty kamień... z obłupaną końcówką. Jak się go przepołowi, widać żyłki.

Ktoś z tłumu: Ale dlaczego ona wyrzygała ten kurwi kamień?

Masłowska: Bo zjadła go i nie mogła strawić. Bo ten kamień był ciężkostrawny.

(...)
Masłowska: Ostatnio byłam na imprezie i usnęłam w kiblu... bo byłam zmęczona. I przychodziły wycieczki, i robiły sobie ze mną zdjęcia.

(...)
Masłowska: Nie czytałam lektur w szkole, bo były bezsensowne. Jedną przeczytałam – „Granicę” Nałkowskiej – beznadziejna. „Granica” to zła książka.

(...)
Masłowska: Artykuły do gazet pisane są pod kontekst gazet. By pasowały. Gazety to pedalstwo!

Nie wiem, skąd ta nieustająca ruja dziennikarzy w kierunku mojej osoby. Każdy chce usłyszeć to samo, ale ważne, że osobno. Przy czym wszyscy ronią łzy nad "szumem medialnym". Czy nie męczy mnie już ten "szum medialny". Jak jeszcze raz usłyszę "szum medialny", to umrę. Jak dzwoni do mnie dziennikarz, to od razu wiem, że pisze artykuł o powietrzu i potrzebne mu jakieś mocne argumenty.
(z wywiadu „Pieszczoszek warszawki”)

Masłowska w 2006 roku otrzymała nagrodę NIKE. Czy zmądrzała?



> Walka o mięso trwa. Sobolewski rozmawia z Masłowską

czwartek, 21 maja 2009

Holocaust — Polakowi palec w oko

Holokaust to nie tylko niemiecka zbrodnia — pisze „Der Spiegel” i wini również Polaków. Prawda, czy nadużycie?


Egzamin z historii zdałam dzięki Hitlerowi. Był 1999 rok, pierwsza sesja na studiach. Wylosowałam pytanie z holocaustu. A że zagładą interesowałam się już od podstawówki — za sprawą wiersza „Warkoczyk” Różewicza — odetchnęłam. Na krótko, bo stoczyłam bitwę. Gdy wyliczałam, ile złego narobili Niemcy, profesor zmarszczył brew i zapalił papierosa. Przybrał pozę walecznego byka. Każdy mój argument zbywał swoim. Miał rację? Zna historię o milion razy lepiej niż ja, ale to i tak nie pozwoliło skulić mi uszu.
— Ale panie profesorze, przecież to Niemcy wymordowali Żydów!
— A Polacy niby tacy święci?

Dostałam tróję i zamknęłam indeks. Nie przyjęłam jednak do wiadomości, że Polacy też świnie. Przecież ratowali Żydów! To Niemcy i tylko Niemcy zgotowali światu taki los. Tak mówili podręczniki, nauczyciele, naoczni świadkowie. Może inni milczeli?

Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero Jan T. Gross książką „Strach”. Twierdzi w niej, że Polacy święci jednak nie byli. Podważył tym naszą heroiczną polskość. Wszyscy stanęliśmy okoniem — że piszący historyk przeinacza historię. Teraz śladem Grossa idzie „Der Spiegel”.

Bez Niemców nie doszłoby do holokaustu. To oczywiste. A inni pomagali z własnej woli, czy motywował ich strach, a może manipulacja?

O utracie moralnego kompasu na wielką skalę opowiadał mi prof. Jan T. Gross, autor kontrowersyjnego „Strachu”:

Nigdy nie rozmawiałam z wampirem... Jak pan podchodzi do takich określeń na swój temat?
— Powiem, że z humorem, aczkolwiek jest mi przykro, że człowiek na stanowisku, przedstawiciel bardzo poważnej instytucji używa takich słów. W rozmowie osobistej, jak ludzie się przezywają, to wszystko jest w porządku. A jak piastuje się urząd, to jednak kultura zobowiązuje. Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej, bo przecież o nim mowa, jest lekkomyślny. Tak właśnie bym go określił. A dlaczego tak powiedział? IPN prowadzi politykę historyczną i przygotowywał się niemerytorycznie na długo przed ukazaniem „Strachu”. Był gotowy dać książce opór, wydając równocześnie książkę Marka Jana Chodakiewicza i promując go jako alternatywę. To było przemyślane ze strony IPN-u, ale... Ta instytucja jest przecież siedliskiem tego, co ja nazywam w książce „katoendecją”! To specyficzne myślenie narodowo-katolickie wbrew wszystkiemu. Również wbrew rzeczywistości.

Jednak nie wszystko jest czarne. A pan poprzez „Strach” chce zmyć mit, że Polacy byli albo ofiarami, albo bohaterami. Mówi pan, że byli katami...
— Ja po prostu opisuję prawdę. Bo taka była historia w czasie wojny! To jest bardzo trudna wiedza i również trudno jest ją sobie uwewnętrznić.

W takim razie dlaczego do tej pory żyliśmy w świadomości bohaterstwa? Dlaczego wybielaliśmy tę czerń?
— Taka jest tendencja każdego z nas osobna i wszystkich grup społecznych. Ma się tendencję do myślenia o sobie w samym w samych superlatywach. Co złego to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu na wielką skalę. Ale fakt faktem, taka historia miała miejsce w czasie wojny i polskie społeczeństwo nie ma o niej wiedzy. Ale Polacy nie są jedyni w tej kwestii i nie tylko nam brakuje zdolności skonfrontowania prawdy na temat okupacji z własnymi wyobrażeniami. Wszystkie społeczeństwa, jakie znalazły się pod okupacją niemiecką, w jakiś sposób okazały się podatne na antysemityzm. Taki sposób myślenia był bardzo rozpowszechniony w połowie XX wieku. To, co wymyślił Hitler — mordowanie Żydów — oczywiście było unikalne. Ale na początku też nikt nie wiedział, w jaki sposób okupacja przebiegnie w Europie. Dlatego wiele osób nawiązało współpracę z Niemcami. I stało się to, co się stało. Po wojnie w Polsce w ogóle się o tym nie mówiło. Inaczej wyglądała świadomość zbiorowa w takich krajach jak Francja, Holandia. Tam wszystko było prostsze — była możliwość dyskusji. Kraje te nie były pod rządami komunistycznymi, jednak i tak temat antysemityzmu nie należał do najlżejszych. Nawet tam musiało minąć trzydzieści lat zanim zaczęło się o mówić w sposób naprawdę wolny i nieskrępowany. Dopiero po tych latach zaczęto myśleć w sposób prawdziwy i zdający sprawozdanie z tego, co się naprawdę działo.

A u nas — nie uważa pan, że to za wcześnie tak rzucać historią w twarz?

— Mówić prawdę nigdy nie jest za wcześnie.

Ale książka najpierw ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie w Polsce, skoro tyczy się Polaków?
— To totalny przypadek. Ja po prostu pisałem „Strach” po angielsku i miałem podpisaną umowę z wydawcą. Oczywiście, w trakcie pisania, zastanawiałem się, czy nie należałoby wydać książki najpierw po polsku. Ale nie było żadnego powodu. Przedstawiam fakty znane. Moim zadaniem było tylko ich wydobycie na wierzch i pokazanie nieznanej historii. Ale nieznanej ogólnie, bo poszczególne fakty były opisane, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by je zebrać do kupy. To już jest coś innego. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że historycy nie dopełnili obowiązku i tym bardziej jestem przekonany, że trzeba przedstawić tę kwestię społeczeństwu. O wielu rzeczach, które teraz znajdują się w „Strachu” pisałem już o wiele wcześniej. Dziesięć lat temu wydałem małą książeczkę „Upiorna dekada” i tam poruszam szalenie dużo tych samych wątków. Trzy ostatnie strony w „Strachu” to są te same strony, które kończą „Upiorną dekadę”. Przekaz obydwu tytułów jest bardzo podobny, ale wcześniej nikt nie podjął się komentarza czy debaty. Więc — a propos tego, że „Strach” nie ukazał się najpierw w Polsce — nie miałem żadnego poczucia obowiązku, że to właśnie w Polsce musi odbyć się premiera.

A co Amerykanie mówią na temat „Strachu” i polskiego antysemityzmu?
— Nic nie mówią! W Ameryce nie jest to dominujący ważny temat. W ogóle się nie interesują. To w pewien sposób bardzo prowincjonalne państwo, a jednocześnie olbrzymie. Amerykanie mają swoje problemy i najchętniej o nich rozmawiają. Książka oczywiście miała bardzo dobre recenzje, przez kilka dni była jakoś komentowana, ale nic ponadto. Przyszły następne książki i tyle było ze „Strachu”.

A w Polsce nieustająca debata trwa...

— Nie spodziewałem się, że reakcja będzie aż taka.

Nawet prokuratura czytała pana książkę. Nie obawiał się pan procesu? Bo i o takim pomyśle się słyszało — jako że znieważył pan polski naród...
— Nie sądzę, by doszło do procesu. A jeśli już tak się stanie, będzie to bardzo kompromitujące dla Polski.

Kardynał Dziwisz stwierdził, że „książka budzi demony antypolskości i antysemityzmu”. Według pana antysemityzm jest w Polsce nadal „aktywny”?
— Są badania na ten temat i wychodzi, że tak. Ujawnia się on nie tylko poprzez napisy na murach, ale przede wszystkim w mediach. Taki „Nasz Dziennik” na przykład co i rusz coś zapodaje. To, co się odbywa wokół Rydzyka jest naznaczone bardzo wyraźnie i nie jest to zjawisko marginalne. Towarzystwo Rydzyka przez ostatnie dwa lata wyszło na główne salony Rzeczpospolitej.

A skąd się wzięła nienawiść Polaków do Żydów? Czy wojna dała przyzwolenie na antysemityzm bez hamulców?
— Tak myślę, wtedy do głosu doszła eskalacja. Antysemityzm i antyjudaizm nie był zjawiskiem nowym, ale nie był też rozpowszechniony. Jednak trzeba powiedzieć, że to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla Polaków. Wszędzie tam, gdzie jest chrześcijaństwo, jest również antysemityzm w różnej postaci. Ale dopiero hitleryzm umożliwił antysemityzm na tak przerażającą skalę. Uruchomił zachowania i działania, których ludzie normalnie by nie podejmowali. Wcześniej przecież antysemityzm polski nie był antysemityzmem eksterminacyjnym! A podczas wojny poszło to najgorszym kanałem, a do tego ludzie korzystali na tym materialnie. Nie tylko polskie społeczeństwo, ale i niemieckie ciągnęło, ile mogło. To przecież było przemyślane przejęcie własności Żydów.

Nie tylko wyrywanie złotych zębów, ale i zagarnianie całych majątków...
— Oczywiście, że tak. Takie było zjawisko społeczne! Bo jeżeli trzy i pół miliona Żydów znika, to na ich miejsce ktoś się wprowadza. Ktoś na tym korzysta. A Żydzi przecież nie byli biedni, a korzyści nie oddaje się tak łatwo.

Ale gdzie moralność?
— Wielu ludzi ją miało. Oczywiście nie rozumiem zachowania tych, którzy czynili tak, jak nie powinni. Ale jak obserwuję to, co dzieje się na świecie, okazuje się, że człowieka bardzo łatwo jest zachęcić do tego, by robił krzywdę. Przykładem jest wojna domowa w Jugosławii, sytuacja w Ruandzie, w Kenii. Kenia było jednym z lepiej rozwijających się afrykańskich państw i nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Jak mówił Marek Edelman — w człowieku tkwi zło...

Do napisania „Strachu” tknęło pana jedno zdanie — że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza dziecka może okryć kogoś wstydem i hańbą. Nie mógł pan tego zrozumieć. Czy książka w czymś pomogła?
— Oczywiście ciągle nie przyjmuję do wiadomości, że można się tak zachowywać i przykładać rękę do zbrodni. Książka rzeczywiście wyjaśniła mi wiele rzeczy. Uprzedzenia antyżydowskie otworzyły bramkę, przez którą można było wejść w to zachowanie. Ludzie po wojnie mieli niewyartykułowane i głęboko osadzone w duszy poczucie wstydu. Za wojenny antysemityzm i gwałtowność w stosunku do Żydów. Polacy korzystali na śmierci Żydów i wstyd się im było do tego przyznać. W ten sposób wypierali ze świadomości to, co się działo. A ci ludzie którzy pomagali Żydom? Dla nich było to straszne! To był palec w oko! Czuli na plecach strach, bo co będzie, gdy się wyda? Wiele osób ukrywało i pomagało Żydom, biorąc od nich pieniądze w czasie wojny. Brali, by i tak ich potem zamordować. Jeśli już ukrywało się Żyda, trzeba było na tym zarobić. Takie było myślenie wielu. A Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata, czyli ci, którzy nie brali pieniędzy za pomoc, byli w jeszcze gorszej sytuacji. Bo co by było, gdyby napadła ich banda? Gdyby musieli wydać to, co rzekomo dostali od swoich podopiecznych? To nie były łatwe czasy.

środa, 20 maja 2009

Pieprz i zapieprz

Apetyt rośnie w miarę jedzenia — zwłaszcza, gdy portfel gruby. Ale nie wszystkim praca w olsztyńskiej lanserskiej knajpie smakuje. W restauracji „Przystań” nie tak łatwo przystanąć w pracy.


Wiaderko po ogórkach kiszonych. W nim zatopione dziesiątki petów. Właśnie ląduje kolejny. Psss. Chłopak w zielonym fartuchu gasi papierosa. Nie wygląda apetycznie. Ani chłopak, ani jego skręt w zalewie niedopałków. Ani najlepsza restauracja w Olsztynie.
— I co ja mogę powiedzieć o swojej pracy? Jest jak każda inna. Pospolity jestem. Szef zabronił gadać. I nawet jakbym chciał coś poopowiadać, patrzy na nas kamera. Nic się nie ukryje.
Chłopak pracuje w kuchni. Kocha tę pracę? Nie ma wesołych oczu, nie tryska energią. Nie lubi też chwili, gdy papieros ląduje w wiaderku po ogórkach.
— Koniec i kropka. Fajeczka wypalona. Czas na zapieprz.

Ser na gaz
Restauracja „Przystań” w miesiącu obsługuje kilkadziesiąt tysięcy osób. Przez kasy lokalu przelewają się też tysiące złotych. Tu nie jest tanio, ale ludzi nie brakuje. Cały nadziany Olsztyn tu jada, przyjezdni goście nie znają innego adresu. To miejsce smakuje przepychem. Pani w białej spódniczce zamawia tatara z polędwicy wołowej. Jej towarzysz ma ochotę na smażony ser camembert z konfiturą borówkową i grillowaną gruszką. Kelnerka przyjmuje zamówienie i idzie do kuchni. Tam chłopak w zielonym fartuchu podwija rękawy. Był dymek z papierosa, teraz jest patelnia na gazie. Kelnerka wraca do pracy.
— Może coś do picia?

Barowe buty

Łukasz Ziarko nie nosi zielonego fartucha, ale codziennie rano zakłada koszulę. Jest barmanem i na swoją pracę nie narzeka.
— Z samych napiwków bym wyżył. Nie jest źle. Ludzie dadzą raz więcej, raz mniej. Ziarnko do ziarnka, a uzbiera się miarka. A co kupiłem za pierwszą wypłatę? Buty. Gdy się pracuje tyle na nogach, trzeba mieć porządne.
W restauracji pracuje już półtora roku. Bywają dni, że wszystko z rąk wypada.
— Kiedyś pękła mi szklanka. Nalewałem piwo, a tu brzdęk i wszystko się rozlało. Bóg zapłać, że nie zmoczyłem sobie ubrania. Byłoby widać, że nabroiłem. Szybko wytarłem podłogę i udawałem, że nic się nie stało. Nie wydało się nigdy. Teraz zdradzam pani moją tajemnicę.
Za barem Łukasz stoi dwanaście, a nawet piętnaście godzin. Rano kawa i herbata, od południa wino. Do mięsa czerwone, a do ryb i sałatek białe. Lampka trunku ma podkreślić smak dania.
— I musi zadowolić klienta, a przychodzi do nas naprawdę przeróżna klientela. Nie brakuje zachcianek. Najbardziej dziwi mnie, gdy ktoś sobie życzy, by z trzech zdań zrobić jedno. To taki mix na życzenie. Ale czy to smaczne? Jak się ma pieniądze, wszystko smakuje.

poniedziałek, 18 maja 2009

Andrzej Sikorowski: Moje podwórko to papiloty

— Wolę talk niż show — mówi Andrzej Sikorowski, śpiewający autor, kompozytor i gitarzysta. — Nie lubię jak kamera jakiejś ważnej osobie, która mogłaby coś istotnego powiedzieć, zagląda do zęba.


Rozmawialiśmy przez telefon. Andrzej Sikorowski wyszedł na spacer z psem. Zwierzak szedł swoją drogą, a my swoją. Pochłonęła nas ta rozmowa. Mądra, szczera. Rozmawialiśmy długo — ten wywiad to zaledwie ułamek. Pies gdzieś uciekł, a nam uciekło poczucie czasu. Stwierdziłam nawet, że mogłabym tak rozmawiać bez końca: mogłabym z panem przeprowadzić wywiad-rzekę. On: a dlaczego nie? Jestem otwarty.

Zawsze, gdy słucham „Ciotki Matyldy... całej w papilotach”, zastanawiam się, czy śpiewa pan o autentycznej kobiecie.
— To jest wymyślona osoba, ale sytuacje, które opisuję w moich piosenkach, to są zawsze migawki z mojego życia. Bo Kraków to jest w pewnym sensie skansen, a tym bardziej, że wychowywałem się w starej czynszowej kamienicy i wiele widziałem. W okolicy mojego dziecinnego domu widywałem wiele starszych pań, które czekały na listonosza przynoszącego rentę, czyli jedynego towarzysza swojego życia. Takich ciotek Matyld miałem więc na pęczki! I stąd pomysł na piosenkę. A imię przyszło zupełnie przypadkowo. I kiedy piosenka stała się ogólnopolskim przebojem, wiele nowonarodoznych dziewczynek dostawało od rodziców to właśnie imię. A papiloty w utworze stąd, że należę do pokolenia, które pamięta jak panie kręciły sobie w ten sposób włosy. Ja jestem jednak pokolenie, którego młodość upływała w zupełnie innych warunkach — i nie tylko politycznych. Moje dzieciństwo to nie jest komputer ani cyfrowa telewizja. To nie są detergenty! Pamiętam, jak moja mama prała w szarym mydle i płatkach mydlanych, a nie w specyfikach reklamowanych na ekranie. Moje dzieciństwo to podwórko i papiloty. My żyliśmy biednie, ale podejrzewam, że zdrowiej. Jestem pokoleniem czytelników, bo była to — poza piłką — jedyna rozrywka w moich czasach.

A gitara?
— W moim przypadku tak, ale nie wszyscy grali na gitarach. Wszyscy jednak czytali. W tej chwili jesteśmy pokoleniem obrazkowym, patrzymy w ekrany i naciskamy jakieś przyciski. Nie powoduje to jednak, że jesteśmy mądrzejsi.

Jak więc dotrzeć ze swoją mądrą muzyką do dzisiejszych klikaczy?
— Wiele zawdzięczam swoim rówieśnikom, którzy wychowywali się z moimi piosenkami. I oni zaszczepili bakcyla Sikorowskiego swoim dzieciom. I to jest patent na to, by muzyka „z kiedyś” brzmiała dzisiaj.

Czyli muzyka łączy pokolenia...
— Łączy... Ale proszę zauważyć, współczesne media są aroganckie wobec wszystkiego, co nie jest komercyjne, co nie podoba się letniemu słuchaczowi. Przecież to nie znaczy, że ten klikający myszką nie jest zainteresowany moimi piosenkami. On po prostu — na miły Bóg — musi je gdzieś usłyszeć. Bo jeżeli radio i telewizja pompują w niego „coś tam”, to on to przyjmuje za dobre. Ale jeśli ktoś szuka z głową ciekawej muzyki, to ją znajdzie. I tu pole do popisu ma internet. A wie pani, że ja mam stronę internetową, której nigdy nie widziałem? Wie pani, że siebie w ogóle w telewizji nie oglądam? Zupełnie mnie to nie interesuje. Dla mnie najważniejszy jest kontakt z człowiekiem podczas koncertu. Jeśli śpiewam w plenerze dla ludzi popijających piwko i oni oderwą się od kufla... to jest dla mnie największa radość. Nie potrzebuję siebie oglądać, nagrywać...

Ale nagrał pan piosenkę „Tokszoł” — z przekory?
— Ta piosenka pojawiła się wiele lat temu, kiedy tego typu programy wchodziły do telewizji. Wtedy jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ten gatunek zdominuje media. To są hity telewizyjne przecież. Ale talk show talk showowi nie równy. Bo jeżeli rozmawiają rozsądni ludzie, to ja to kupuję. Ale nie obchodzi mnie to, czy komuś pocą się nogi, z kim sypia i jak często. Nie lubię jak kamera jakiejś ważnej osobie, która mogłaby coś istotnego powiedzieć, zagląda do zęba.

Czyli stawia pan bardziej na talk niż na show.
— Zdecydowanie. Ale dramat polega na tym, że telewizja ma niestety wielką siłę. A co za tym idzie — dziennikarze również. Kiedyś jak w Opolu dostałem nagrodę dziennikarzy za piosenkę śpiewaną przez Marylę Rodowicz „Polska Madonna”, byłem dumny. Wtedy było to wyróżnienie niezależnie myślących fachowców. A teraz? Dzisiaj Doda dostaje nagrody dziennikarzy. Widzi pani, jako społeczeństwo głupiejemy.

niedziela, 17 maja 2009

1989-2009: 20 lat wolności

System się nie zmienił. Zmieniły się ideały. Rządziła partia, dziś rządzi polityka. Kiedyś ludzie robili coś dla ludzi. Teraz robią dla zysku. W ciągu 20 lat wolności zmieniła się terminologia. Kiedyś obywatel trawiący ciężkostrawną rzeczywistość. Dziś konsument. System się nie zmienił.


Co mogę powiedzieć o sobie "dwudziestoletniej"? Chyba nic więcej niż napisał Radosław Orzeł:

Byłem tani, jestem drogi. Byłem parówką na kartki, jestem parówką bez mięsa. Byłem jaroszem, a nagle stałem się wegetarianinem. Byłem Stanem Wojennym, jestem pogrążony w apatii. Byłem analogowy, a teraz cały z pikseli.
(…)

Byłem tragedią, a jestem traumą.
(…)

Byłem lokatorem kwaterunkowym, jestem lokatorem kredytu. Byłem kinem studyjnym, jestem multipleksem. Byłem "Czterdziestolatkiem", "Kabaretem Starszych Panów", "Tolkiem Bananem", jestem tasiemcem, tombolą, plebiscytem.
(…)

Byłem lodem na patyku i oranżadą w proszku, jestem batonem, chipsem i snackiem. Byłem mały, jestem duży. Byłem zdobywcą Berlina i pogromcą spod Kurska, jestem przegranym w Powstaniu Warszawskim.
(…)

Byłem makulaturą, jestem segregowanym odpadem.
(…)

Byłem i jestem nadzieją. Byłem Made in Poland i byłem Made in USSR. Byłem Polakiem, jestem Europejczykiem. Byłem zakłamaną historią, jestem historią bez autorytetu. Byłem Zimą Stulecia, a jestem roztopem.

Pamiętam, jak tata przywiózł z Anglii pepsi. Jedną w puszcze, jedną w butelce. Żal mi było je otwierać, żal wypijać — bo co się stanie jak połknę ten lepszy świat? Zostanie mi pusta puszka, czyli atrapa lepszego życia.

Dziś śmietniki zawalone są pustymi butelkami i puszkami.

Pamiętam, jak mama kupiła mi purpurowy płaszczyk. Pamiętam, jak szłyśmy do jakiegoś mieszkania w wieżowcu. Płaszczyk pochodził z drugiej ręki, z Niemiec. W tym płaszczyku czułam się lepsza — jakby z żurnala wycięta. Wtedy modna była "burda". Pamiętam prośby mamy, by dbać o płaszczyk. Pamiętam też moją zabawę w piaskownicy po deszczu. — Obyś się nie przewróciła w błoto! — przestrzegała mama. Przewróciłam się.

Dziś można kupić dwa ciuchy w cenie jednego.

Pamiętam pierwszą pizzę na cienkim cieście we Wrocławiu. W Olsztynie jeszcze nie było pizzerii. To była zupełnie nowa jakość — kuchnia europejska kontra zupa pomidorowa.

Dziś pizza sama przyjeżdża do domu. Ale pomidorówkę i tak lubię najbardziej.

Pamiętam, jak kilka lat temu byłam w Paryżu. Pewien Francuz pomógł mi znaleźć linię metra jadącą na lotnisko. Rozmawialiśmy chwilę. Stwierdził: Polska to komunistyczny kraj. Piękny, ale komunistyczny. Oczy w słup. Komunistyczny? A Wałęsa?

Tak Polskę widzą cudzoziemcy. Powyższy filmik jest na to dowodem. 20 lat wolności na nic? O wolności bez Solidarności?


> Jedynki prasowe: 20 lat wolności

Poznaj głos mojego pokolenia:
Jesteśmy niewolnikami fantastycznego wyboru
Przez ostatnie 20 lat dojrzewałem razem z Polską
Déjà vu

sobota, 16 maja 2009

Jak się zaczyna przygoda z dziennikarstwem?

Czy jest sens studiować dziennikarstwo? Dziś to bardzo modny kierunek, ale z biegiem czasu studentom ręce opadają. Okazuje się, że studia nie są receptą na spełnienie marzeń, bo nie przygotowują do zawodu „Tomasz Lis”.

Pamiętam swoje pierwsze zajęcia na dziennikarstwie. Belfer zapytał: dlaczego zdecydowaliście się na ten kierunek?

— Bo chcę być gwiazdą mediów.
— Gwiazdą? – belfer złapał się za głowę.
— Tak jak Tomasz Lis.
— Ja chcę podróżować po świecie i pracować dla National Geographic.
— Ja mogę robić jakieś odjechanie talk-show. Jak Kuba Wojewódzki.
— A ja chcę pisać — padło na mnie. — Kończę filologię polską, a dziennikarstwo uważam za dodatkowy fakultet, a nie kierunek po maturze, kiedy wie się wiele, a tak naprawdę nic.

Zostałam wrogiem wszystkich dziennikarzy-maturzystów. Chcieli być Tomaszami Lisami, a w jednej chwili zostali ujednoliceni, zdeptani, opluci — i to przeze mnie. Przez polonistkę, absolwentkę studiów bez przyszłości. Przez starszą o pięć lat mądralę. Przecież dziennikarstwo to okno na świat. Przecież w tych czasach zawód dziennikarza to pępek świata! Wszystko wie, ma świetne wejścia — przede wszystkim na antenę. Tak o dziennikarstwie dyskutowali maturzyści. A ja myślałam wówczas — dziennikarstwo to nie zawód dla dzieci.

Studiowałam trzy lata na UWM. Maturzystów ubywało — nie dawali rady. Nie chcieli w przyszłości pisać o dziurawych asfaltach. Nie chcieli też poznawać historii gospodarczej świata ani kultury języka polskiego. Nuda. Potrzeba „Lisowania” była silna, a studia nie mogły im tego zapewnić. Podcinały wręcz skrzydła. Za mało im było warsztatów. Za mało publikacji. Za mało gwiazdorstwa. Za mało możliwości. Pięcie się w górę wyglądało jak wspinanie się na wierzchołek góry lodowej. Uczelnia nie dała odpowiedniego sprzętu (ani znajomości) i zamiast piąć się w górę, stało się w miejscu. Fakt, i ja czułam niedosyt. Dziennikarstwo to nie sama teoria. To praktyka. Ale studia to jednak świat zbudowany z książek. Dopiero po jakimś czasie można wystawić palec, by dotknąć rzeczywistości i zbadać — zgadza się z tym, co napisane w lekturach? Zgadza. Albo nie zgadza.

Dziennikarstwo to fantastyczne studia ogólnokształcące. Ciekawe, nowoczesne. Ba — bardzo medialne do tego. Ale nic po za tym. Studia te są dalekie od zawodowej rzeczywistości. Niestety nie dają nic poza wykształceniem wyższym. Potem zawodu trzeba uczyć się od początku.

„Gazeta studencka” — miesięcznik studentów UWM — poprosiła mnie o wywiad na temat dziennikarstwa. Zaczynałam w tym piśmie i jako jedna z niewielu osób z mojego roku pracuję w zawodzie. Młoda dziennikarka N. zadawała mi pytania tendencyjne. Padło też moje ulubione: jak się zaczęła pani przygoda z dziennikarstwem? Uśmiechnęłam się, bo nie jestem Indianą Jonesem, mimo iż praca dziennikarza jest pełna przygód.

Nie byłabym sobą, gdybym nie spytała młodziutkiej N. o powód wyboru kierunku studiów. Czy „Lisowanie” nadal przeważa? A może po kilku latach maturzyści z indeksami zmądrzeli?

Co mnie zachęciło? Ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Jest wiele czynników. Zaczynając studia nie myślałam o dziennikarstwie jako sposobie na życie. Mój kierunek to również komunikacja społeczna i na tej specjalności chciałam się skupić. Jednak, odkąd zaczęłam współpracować z „Gazetą Studencką”, stwierdziłam, że warto spróbować pracy jako dziennikarz. Nie wiem jeszcze, z czym będę wiązać swoją przyszłość, ale myślę poważnie o dziennikarstwie. Najbardziej "pociąga" mnie dziennikarstwo telewizyjne lub też praca w piśmie kobiecym. Moje marzenie to "Twój Styl".

Przeczytaj:
Czy studiować dziennikarstwo?
Po co studiować dziennikarstwo?
Prawda o studiach dziennikarskich

piątek, 15 maja 2009

Anonimowe przystanki wizytówką Olsztyna

Na gapę. Tak, olsztyńskie przystanki autobusowe stoją na gapę. MPK obiecało powiesić na nich tablice z nazwami, ale obiecanki cacanki, czas mija, a wiaty stoją wciąż bezimienne. Kryzys, skleroza, czy niedbalstwo?


Przystanek musi być przyjazny mieszkańcowi. Stoi śmietnik – punkt. Niezamazany rozkład jazdy – punkt. Niepołamana ławka – punkt. Nazwa przystanku? Jest, ale na rozkładzie. Tylko tym sposobem MPK zaznacza w Olsztynie „personalia” przystanku. To dziwne, bo skoro stoję na przystanku – a nie cierpię na Alzheimera – wiem, gdzie stoję. Gorzej z turystami, którzy jadą autobusem i muszą wysiąść na takim a takim przystanku. MPK uznaje jednak koniec języka za przewodnika. Motywuje turystów do nawiązywania kontaktów z olsztyńskimi tubylcami. MPK łączy ludzi. Nie tylko w ścisku.

Mamy więc nazwy na rozkładzie. Są zapisane drobnym maczkiem i wyglądają jakby zakreślone czarnym mazakiem. Jest powód do dumy? Polemizowałabym. Pasażer nie dojrzy nazwy z jadącego autobusu. Nawet pasażer jeżdżący z lunetą miałby problem. Ale kto dziś jeździ z lunetą? Nawet Kopernik woli Toruń.

W jakimkolwiek mieście nie jestem, staję się turystką. W jakimkolwiek mieście nie jadę autobusem (tramwajem), widzę nazwę przystanku bez patrzenia przez lunetę. Lepiej! W autobusie (tramwaju) wisi tablica informacyjna z podanymi kolejnymi przystankami. Śledzę więc palcem – przystanek po przystanku – i wysiadam we właściwym miejscu. Nikt ani nic mnie nie myli. Postępuję wedle zasady: umiesz liczyć, licz na siebie. I bardzo mi się to podoba. Nie muszę pytać o drogę przygłuchawego dziadka, nie muszę zagadywać nastolatki otulonej sznurem od słuchawek. Po prostu jadę do celu. Bez paniki, że przejadę.

W Olsztynie jest ponad 400 przystanków.

Ale na razie pasażer nie dojrzy nowych nazw z jadącego autobusu. MPK nie umieściło ich jeszcze na wiatach przystankowych, a jedynie w rozkładach (…) — Na początku kwietnia, podczas konserwacji wiat, zaczniemy umieszczać na nich specjalne tablice z tymi nazwami — zapewnia rzecznik MPK.
(Gazeta Wyborcza, Przystanki autobusowe z nową, niewidoczną nazwą)

Powyższy tekst ukazał się 1 marca 2007 roku. Czas płynie, a tablic z nazwami jak nie było, tak nie ma. Pojawiła się za to w autobusach lektorka, która wyczytuje nazwy przystanków. Ale w tłoku i tak jej nie słychać. Nie ma, babka, siły przebić się przez ściśnięty tłum. Często też się myli i podaje przystanki w odwrotnej kolejności. Ruszam więc z Jarot i słyszę: następny przystanek – Kortowo (przeciwległe pętle linii nr 15).

Dlatego brak mi tablic z nazwami przystanków. Brak mi ich w mieście uniwersyteckim. Brak mi ich w mieście turystycznym. Obiecanki cacanki, a czas mija.

Zamiast nazw przystanków MPK zaserwowało tabliczki z numerami wiat. I tym sposobem wsiadam na przykład na przystanku 256, a wysiadam na 140. Umiem liczyć? A umiem, więc znów… liczę na siebie. Ale co mi po tych numerach?

Wiem, gdyby wiata się pomalała i przygniotła potencjalnego klienta MPK, można zadzwonić: panie, mamy problem z przystankiem nr 256. Chłop pod nim leży. Jeszcze oddycha.

Czy MPK nie mogło przy okazji numerowania wiat, również ich „otablicować”? Nie mogło iść śladem innych miast? Ale przecież MPK łączy ludzi. Nie tylko w ścisku.

Przystanek w Warszawie.


Przystanek w Gdańsku.

środa, 13 maja 2009

Bukartyk: Zjadłem zęby na rymach

— Ludzie wymyślają różne pierdoły na mój temat — twierdzi Piotr Bukartyk, kontrowersyjny muzyk i autor piosenek. — Ja mówię, że nieważne do jakiej szuflady mnie wsadzą — grunt, bym z niej wystawał.

Człowiek-orkiestra? Niech mu będzie. Facet ma bujną wyobraźnię, ale — jak przyznaje — mówi prawdę. Takie też odniosłam wrażenie. Piotr Bukartyk słowotoku się nie boi. Ba — słowem stoi, słowem żyje. Niech ktoś spróbuje mu język uciąć! Pewnie da popalić. Ot, cały on. Wesoły człowiek z łysą głową, by świat mu się mógł w niej odbijać.

Kolego Bukartyku, na czym straciłeś włosy?
— Na czym? Ogoliłem się w ‘87 roku. Jak miałem siedemnaście lat, miałem już takie zakola, że nie wróżyło mi to dobrego wyglądu na przyszłość. Byłem fajnym jasnym cienkowłosym blondynem i pech, włosy nie trzymały się mojej głowy. Musiałem jakoś temu zaradzić, ale bałem się ogolenia na zero. Wtedy nie było to takie akceptowalne jak dzisiaj. Ale koleżanka mi powiedziała, że nie wyobraża sobie mnie z włosami. Uznałem to za komplement i już dziś włos mi z głowy nie spadnie.

Wygrałeś prawie wszystkie przeglądy i festiwale, a w ich poczet wpisuje się również olsztyński konkurs „Śpiewajmy poezję”.
— To też były osiemdziesiąte lata. A jak wspominam występ? Wiesz, ja nie nadaję się w ogóle do występów. Męczyły mnie wtedy potworne fale tremy.

Ale wygrałeś!
— Może konkurencja była słaba? W każdym razie dla mnie wyróżnienie było szokiem. Naprawdę wtedy się spiąłem. Ale z tremą walczę w taki sam sposób, w jaki walczę z lękiem wysokości. Stawiam się w sytuacji bez wyjścia. Jestem zdania, że jak się człowiek nie utopi, to będzie pływał. A co do Olsztyna — bardzo lubię to miasto. Szczerze mówiąc — jakbym pojechał do Jarocina, zostałbym punkrockowcem. Dzięki Olsztynowi zostałem zaś śpiewającym autorem. Ale wyobraź sobie, dla mnie Olsztyn wtedy okazał się imperium! W porównaniu z Gorzowem Wielkopolskim, skąd pochodzę, to naprawdę świetnie rozwinięte miasto. Do tego w Warszawie jest na pęczki muzyków z Olsztyna. Sam gram z jednym — z gitarzystą Krzysiem Kawałko. Skąd aż tak wielu utalentowanych olsztyniaków? Może to z przyczyny położenia geograficznego? Może dlatego, że są lasy i jeziora? Może dlatego, że ludzie mają przestrzeń wokół siebie i fajniej im w głowie?

Co piątek można usłyszeć cię w radiowej Trójce u Wojciecha Manna. Co tydzień śpiewasz nową piosenką. Jesteś jak fabryka!
— Nie zawsze gram nowe piosenki. Zdarza się, że wykonuję też starsze. W ogóle napisałem kilkaset piosenek i czasem wracam do strych pomysłów. Dzisiaj na przykład grałem piosenkę, która ma dwadzieścia jeden lat. Przez lata wytresowałem swój mózg. To jest mój środek wypowiedzi i sprawia mi to przyjemność — pisanie piosenek, do których sam układam melodyjkę. To jest przyjemność, do której trzeba się zmusić. Wyobraź sobie, że na ogół kończę piosenkę o trzeciej nad ranem. Śpię dwie godziny i jadę do radia. Robimy dwudziestominutową próbę i wchodzimy na antenę.

Można powiedzieć, że jesteś prekursorem grania w radiu na żywo...
— No tak! Mało kto jest w stanie się tego podjąć. Dla mnie to jest fajne, bo to eksperyment. Tym bardziej, że nigdy nie wiem, co zaśpiewam. A pomysł urodził się jeszcze przed Wojtkiem Mannem. Zadzwonił do mnie znajomy z lokalnego radia i mówi: mam taki pomysł, byś komentował piosenką jakieś wydarzenie. Do jedenastej do ciebie zadzwonię i powiem, jaki mamy temat dnia, a ty o osiemnastej o tym zaśpiewasz. Zrobiliśmy kilka razy próbę, potem poszedłem z tym do Trójki, bo potrzebowałem szerszego audytorium. Zrobiło to duże wrażenie, że tak można i się przyjęło.

A może by nagrać te kawałki na płytę?
— Jasne, że tak! Chyba nawet niedługo to zrobię. Zebrało się już kilkadziesiąt kawałków, więc jest w czym wybierać. I zrobię to w podobny sposób, w jaki robię to w radiu. Wiadomo, że na żywo nie da się tego wydać. Bo przecież ja śpiewam do mikrofonu, do którego ktoś później czyta pogodę! Ale co za problem — usiądę z Krzysiem Kawałko w studiu i nagram kilkanaście piosenek w tym samym stylu. My będziemy tacy sami, tylko mikrofony będą lepsze. Na pewno jakaś płytka z tego będzie, bo wiele osób pyta się, gdzie taki a taki kawałek można dostać. A ja im mówię: ale jak można go dostać, skoro ja go napisałem trzy godziny wcześniej?

Mówi się na ciebie, że jesteś poetą rocka, elektrycznym bardem. A sam do jakiej szuflady się wkładasz?

— No tak, ludzie wymyślają różne pierdoły na mój temat. Ja mówię, że nieważne do jakiej szuflady mnie wsadzą — grunt, bym z niej wystawał. Ja po prostu robię swoje. Nie interesują mnie nurty muzyczne, bo nie jestem muzykiem ani kompozytorem. Jestem układaczem melodyjek. Chociaż w zasadzie tak mógłbym się nazywać, bo bracia Mroczek i Cichopek nazywają się aktorami. Ale szczerze — dla mnie kompozytorem był Mozart. Doceniam jego trud, a ja przy nim to pikuś.

Pamiętam twój hit z dawnych lat — „Prawo do orgazmu”. Nadal ten postulat — w świecie nagiego biustu i pupy na każdym kroku — ma rację bytu?
— Grałem ten numer z Krzysiem w więzieniu w Szczecinie tydzień temu. Muszę powiedzieć, że dzięki temu utworowi nawiązałem więź psychiczną ze środowiskiem przestępczym północno-zachodniej Polski. Nawet im powiedziałem, by teraz tego nie robili! Prawo prawem... Niech przyłożą się do tego, jak wyjdą na wolność. Będzie przyjemniej. Gram też piosenki o tym, że dziewictwo jest dziś stanem ducha, a nie ciała. Znalazłem też szerokie zrozumienie i dziki aplauz.

Bezzębnym wiele rzeczy łatwiej przechodzi przez usta. A co tobie nigdy przez usta nie przejdzie?
— Wulgaryzmy. Używam czasem brzydkich słów, ale bardzo rzadko.

Ale kiedyś w Trójce zaśpiewałeś piosenkę z brzydkim słowem na k...!
— No tak, ale słowo to zamieniłem na „kurkę” na użytek radia. Generalnie wulgaryzm jest środkiem ekspresji, więc jest dla mnie akceptowany. Sam jednak ich unikam. Zdarzają się co prawda jakieś ballady towarzyskie, ale nie są one przeznaczone dla szerokiej publiczności. Nie lubię jednak i staram się przez gardło ich nie przepuszczać. Jest granica, którą wyczuwam. Może dlatego, że się starzeję?

Skoro mówisz o wieku, czyli o doświadczeniu... Jest coś na czym zjadłeś zęby?

— O paru rzeczach mógłbym tak powiedzieć. Przez ileś lat tułaczki z futerałem zjadłem zęby na wynajmowanie mieszkań. Wyobraź sobie, że dopiero z okazji czterdziestych urodzin dopiero skończyłem z bezdomnością. I zjadłem zęby też na pisaniu do rymu. To na pewno.

wtorek, 12 maja 2009

Agent PZU na budę

Królestwo za konia? Nie, królestwo za profesjonalizm. Sztuka, z jaką prowadzą rozmowy agenci ubezpieczeniowi, prosi się o pomstę do nieba. A może tam gdzie diabeł nie może, agenta pośle? Ludzie, nauczcie się rozmawiać!

Biorą z zaskoczenia. Zawsze. Rzadko pytają, czy nie przeszkadzają. Często walą prosto z mostu. Miałam przyjemność odebrać telefon z ofertą i z podziwu wyjść nie mogę. Bo lubię czuć się klientem, którego obsługuje się profesjonalnie. Takie czasy — kto lepszy, ten wygrywa.

— Tu Urszula Jakaśtam. Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Powiedz mi, do jakiego funduszu emerytalnego jesteś zapisana?
— A my jesteśmy na ty?
— Tak, kiedyś się poznałyśmy.

Szukam w głowie poznania — Urszula Jakaśtam tłumaczy, że raz się widziałyśmy.

— To w jakim funduszu jesteś?
— (mówić prawdę, czy kłamać?) Commercial Union.
— Uuu, to radzę ci zmienić na PZU.
— Nie potrzebuję zmian.
— Ale Commercial Union kiepsko stoi. Spadło bardzo. To jak?
— Nie dziękuję.
— A pracujesz?
— Pracuję.
— I jesteś zadowolona z pracy?
— Jestem.
— I nie myślałaś o zmianie funduszu?
— Nie czułam potrzeby.
— Ale zastanów się i do mnie zadzwoń, dobrze?
— Niestety nie mam jak zapisać numeru.
— To ja do ciebie zadzwonię, dobrze? A ty się zastanowisz.
— Nie mam argumentów, by się zastanawiać. Nie jestem zainteresowana.
— Acha, no to trzymaj się.

I czego mam się trzymać? Commercial Union? Cała przyjemność po mojej stronie.

Gratuluję profesjonalnego podejścia do klienta. Widzę, że pani Urszula (bo jednak nie jestem z nią na ty) perfekcyjnie zna techniki sprzedaży. Palce lizać! Winszuję też PZU — stawia przecież na zawodowców. Ale widać, że kryzys już wszędzie swoją łapę kładzie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Poetka z Częstochowy

Świat jest tak wielki i bogaty, a życie tak pełne różnorodności, że nigdy nie brak okazji do wierszy. Dlatego czasem warto im się przyjrzeć. W autobusie poezja to nawet święte słowa. I odkrywa nowe horyzonty!


Podróż przegubowcem. By zabić czas, koleżanka wymyśla quiz poetycki. Recytuje fragmenty wierszy z pamięci, a my zgadujemy autora.

Julia: szukam cię w miękkim futrze kota
w kroplach deszczu
w sztachetach
opieram się o dobry płot

Nie wiemy. Może jakaś podpowiedź?

Julia: Jak to nie wiecie? To poetka z Częstochowy!
Sebastian: Matka Boska?

PS. Odpowiedź: Halina Poświatowska

niedziela, 10 maja 2009

Sen w teatrze pobudza

Nuda w teatrze inspiruje. Wyostrzają się zmysły — oko się szerzej otwiera, ucho czujniej słucha. Spektakl nie porywa, a widzowie zainteresowani są... sobą. A co z aktorami? Grają sobie a muzom?

Podczas nudnej sztuki widownia wygląda tak: część śpi, część udaje zainteresowanie, reszta pęka ze śmiechu. Z czego? Z tych śpiących. Gdy scena nie przykuwa uwagi, wodzi się wzrokiem po twarzach towarzyszy niedoli. Gdy dojrzy się jednego śpiocha, szuka się kolejnego. Gdy ten pierwszy się obudzi, czeka się na kolejną wpadkę. I tym sposobem trwa się do końca spektaklu.

Nie tylko spanie bywa zaraźliwe. Obserwacja też łączy — tworzy się więc na widowni brać obserwatorów. Ci najpierw podświadomie, a potem już świadomie zaczynają komunikować się ze sobą. Jeśli ktoś śpi po lewej, trzeba dać cynk. Jeśli ktoś ziewa po prawej, warto wskazać palcem. Aktorzy schodzą na drugi plan.

Salwy śmiechu wybuchają samoistnie. Są nie do opanowania - a to ktoś usta otworzy podczas snu, a to komuś głowa się kiwa, a to – moje ulubione – ktoś chrapie. Zdarzają się też czkawki i wzbudzające najmniej emocji burczenie w brzuchu.

Raz na jakiś czas trafia się widz odważny. Gdy mu się nudzi, wstaje i wychodzi. Po prostu. Wtedy obserwatorzy mają kolejny powód do radochy – przebijający się przez rzędy dezerter staje się bohaterem narodowym. Wszyscy wyostrzają wzrok, by niczego nie przegapić. W tej chwili mile widziane są wpadki uciekiniera – gdy nadepnie komuś na palce, gdy potknie się albo usiądzie jakiejś „zainteresowanej” pani na kolanka. A finał takiej dezercji często przejawia się trzaskiem drzwi. Nie ma zmiłuj – śpiący się budzą, udający zainteresowanie wystraszeni podskakują. Tylko aktorzy nie reagują – grają, grają, grają. I tu podziw dla nich, ukłon w ich stronę, oklask – za profesjonalizm. Nikt mi nie powie, że praca odcina ich od publiczności. Przecież czują ten brak dialogu, brak reakcji publiczności. Ba – nadmiar reakcji na pewno słyszą.

Z nudą w teatrze zmagałam się przy okazji „Spalonej powieści” Białostockiego Teatru Lalek. Osób śpiących zliczyłam siedem. Ziewających było o połowę więcej. Śmiejących się jeszcze więcej. Współpracujących ze sobą – już zliczyć nie mogłam. Jedna dłubała w nosie.

W spektaklu Wojciecha Szelachowskiego wszystkiego jest za dużo. Za dużo aktorów na scenie, za dużo zdań wielokrotnie złożonych, za dużo słów trudnych, za dużo powtórzeń, za dużo sensów możliwych, a nie do końca wyartykułowanych.
(Jerzy Szerszunowicz, Udławili się słowami)

Sztukę obejrzałam podczas 29. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

A ty jaki masz sposób na nudę w teatrze? Komentuj, nie wstydź się!

sobota, 9 maja 2009

Europa dała Polsce kawę latte

9 maja w czasach PRL był Dniem Zwycięstwa. Dziś świętujemy Dzień Europy. Ale czy Europa daje Polsce kopa?

Jak żyje się Polakowi w środku Europy? Marek Raczkowski zna odpowiedź na to pytanie:
Czujesz się Europejką? – spytałam Justynę Steczkowską, która koncertuje w Olsztynie właśnie z okazji Dnia Europy.
— Jasne, że się czuję. Dzisiaj można się czuć bardziej niż kiedykolwiek. Jeśli ludzie tego nie doceniają, to jest to bardzo nie fair z ich strony. Jeśli ich dzieciństwo i młodość przypadły na lata siedemdziesiąte czy osiemdziesiąte, to doskonale pamiętają, jak się wtedy żyło. Ja pamiętam stan wojenny i to, że nie mogliśmy pokazywać się wieczorem na ulicy, bo o godzinie 21 zaczynała się godzina milicyjna. Było mnóstwo różnych problemów i nie było wtedy fajnych knajpek z kawą latte. (śmiech) Nie było w ogóle wolności słowa i wszyscy musieliśmy się ukrywać. Jeśli ktoś dzisiaj mówi, że czasy zmieniły się na gorsze, gada głupoty. Czasy zmieniły się absolutnie na lepsze.

PS. 9 maja 1966 roku po raz pierwszy w telewizji pokazano serial „Czterej pancerni i pies”. W Europie seriale zamieniły się w sitcomy i tasiemce, czyli niekończące się opowieści o niczym konkretnym. Kawę latte można wypić w przerwie na reklamę.

Przeczytaj:
W środku Europy

piątek, 8 maja 2009

Portret egoisty

Jak wygląda egoista? Wystarczy przyjrzeć się i przysłuchać. Opowiada o sobie zazwyczaj śpiewająco. I ja to udowadniam!

Człowiek z natury jest egoistą - myśli o sobie. Gdy jest głodny i ma tylko jedną kromkę chleba, zje ją sam.

Egoiści zazwyczaj jeżdżą autobusami i tramwajami. Tu nie ma przyjaźni, a przejawy altruizmu są wymuszone.

Listonosze są często egoistami. Zostawiają awizo w skrzynce na dole, bo nie chce im się wchodzić na czwarte piętro.

I bracia syjamscy mogą być egoistami.

Osoby na świeczniku też mogą być egoistami.

To oczywiste, że każdy lider jest narcyzem i egoistą. Ostatnio namnożyło się nam liderów. Liderem może być mały siwy facet z głupim uśmieszkiem i nowoczesna lodówka z odtwarzaczem kompaktowym oraz przyrządem do masowania stóp. (…) Megaegoistami są liderzy grup artystycznych. Tu już nie ma zmiłuj! Lider grupy muzycznej, teatralnej czy jakiejkolwiek innej to zwykle przewrażliwiony na swoim punkcie narcyz, przekonany, że mu słońce z tyłka świeci. Taki to myśli wyłącznie o sobie i swoim geniuszu. Znany jest przypadek słynnego polskiego aktora, który po zejściu ze sceny zwykł komentować publiczność, mówiąc do kolegów aktorów zawsze to samo: - Jakie oni mają szczęście, że mogą mnie oglądać na scenie!
Lider na ogół jest kabotynem i jako jedyny nie ma o tym pojęcia. Traktuje siebie zawsze z wielką powagą i wymaga tego także od otoczenia, które co prawda dostrzega owo kabotyństwo, ale milczy, gdyż uznaje pozycję lidera. Uwagi powyższe nie dotyczą jedynie liderów w wyścigach. Tu sprawa jest prosta jak struktura organizacyjna Samoobrony. Lider wysuwa się na przód, bo ma silniejsze nogi albo szybszy samochód.
(Krzysztof Skiba, Egoizm liderów)

A jak wygląda egoista? Nosi wąsy? Okulary? Beret? A może żeluje loki na głowie?

Egoista najczęściej wygląda przez swoje okno na świat. I wygląda normalnie. Dlatego postanowiłam zabawić się w komedianta, parodystę, kabareciarza i przedstawić egoisty portret własny. Jeśli ktoś znajdzie podobieństwo, powinien się zawstydzić. Albo i nie. Po co wstyd sobie przynosić?

Podkreślam też przy okazji, że egoista poliglotą nie jest i zna tylko jedno słowo. Zna je nawet śpiewająco! To oczywiście: JA, JA, JA…

środa, 6 maja 2009

Na Warmii nazwy ulic się dublują

Co dwie głowy, to nie jedna. A co w sytuacji, gdy nazwy ulic są takie same? Można mieć jeden adres, a dwa domy. Tylko że klucze nie pasują. Ale na Warmii i tak warto mieszkać — absurdów ci tutaj dostatek.

W tym cały ambaras, aby dwoje chciało na raz. Ambaras jednak przeradza się w absurd, bo oto Warmia ma nowe zwyczaje. Tylko tutaj dubluje się nazwy ulic. Tylko tutaj ludziom włosy stają dęba. Tylko tutaj życie przypomina atmosferę z komedii Barei.

Osiedle domów jednorodzinnych powstaje przy ul. Bartąskiej. Mimo że zabudowania sąsiadują z blokami olsztyńskiego os. Zacisze, dzieli je granica administracyjna. Domki znajdują się na terenie gm. Stawiguda, lokatorzy bloków mieszkają już w Olsztynie.
W 2008 r. władze gminy zdecydowały o nadaniu nazw swoim ulicom. - Okazało się, że dublują się ze znajdującymi się na terenie miasta - mówi Sławomir Kałwianiec, olsztyński taksówkarz. I wylicza: - Chodzi np. o ul. Jeziorną, Lawendową, Klonową, czyli ulice, które znajdują się m.in. na Likusach i Redykajnach. Dostajemy takie wezwania, wsiadamy, jedziemy i... czekamy do czasu, aż wyjaśnimy pomyłkę.
(Gazeta Wyborcza, Nie ma monopolu na ulice)

Powiedzmy, że chciałabym zamieszkać na ul. Lawendowej. Ale która lepsza? Ta z Olsztyna, czy ta kilka metrów za jego granicami? Nazwa piękna, pachnąca… ale dubel już ładnie nie pachnie.

Podobne problemy mieli mieszkańcy ul. Sójki w gminie Jonkowo. Ta sama nazwa ulicy znalazła się w Gutkowie w części gminnej i równocześnie w części miejskiej tej miejscowości. Obie Sójki były od siebie oddalone zaledwie o kilometr. Sprawę na szczęście rozwiązano, zmieniając miejską Sójkę na ul. Drozda. I po ptakach. A jak będzie teraz z roślinnymi ulicami?

Ta sytuacja przypomina mi jeden z odcinków „Alternatywy 4”, w którym dwie rodziny dostały przydział na jedno mieszkanie. Innymi słowy – dostały przydział na jeden adres.

wtorek, 5 maja 2009

Jaki kanał, taki rejs!

Puściłam się na głębokie wody... No, może nie takie głębokie, ale Kanał Elbląski głębokie korzenie ma na pewno. By wybudować system pochylni, ich konstruktor musiał czekać 20 lat. Ja przepłynęłam kanał w 11 godzin. Mówią, że to cud Polski. Ja wiem, że to ewenement na skalę światową.


Cudze chwalicie, swego nie znacie. Zawsze ciągnęło mnie gdzieś daleko, a tym razem — z okazji majowego weekendu — wybrałam się w rejs Kanałem Elbląskim.

Ach, było fantastycznie! Nie to, że dziewicza przyroda, nie to, że czyste powietrze, to przede wszystkim malownicze brzegi zamieszkałe przez ptactwo i zwierzynę leśną. Główną atrakcją jest też jedyny na świecie funkcjonujący system pochylni. Wykorzystują one napęd wodny i dzięki temu statki przemieszczają po lądzie w górę lub w dół — zależnie od kierunku rejsu. Dzieje się to dzięki szynowym urządzeniom wyciągowym napędzanym mechanicznie siłą przepływu wody. Genialne, prawda?

Kanał Elbląski jest unikalnym systemem wodnym łączącym kilka zachodniomazurskich jezior z Zalewem Wiślanym. Jego oryginalność polega na pokonywaniu przez statek naturalnie występującej w tym regionie 100-metrowej różnicy poziomów wody. Nic mu nie straszne — daje radę właśnie dzięki systemowi śluz i pochylni.

Ten światowej klasy zabytek sztuki hydrotechnicznej został zaprojektowany przez holenderskiego inżyniera Jakoba Georga Steenke na początku XIX wieku. Facet miał połączyć Prusy Wschodnie z Bałtykiem. Wymyślił, ale... prawie 20 lat czekał na rozpoczęcie budowy. Ta jednak trwała już znacznie krócej — tylko 8 lat.

Kanał Elbląski znalazł się na liście Siedmiu Cudów Polski — tuż obok Kopalni Soli w Wieliczce, zamku w Malborku i katedry na Wawelu.

Kanał liczy 83,3 km. Cały rejs trwa 11 godzin. Co widziałam, podaję w ruchomym obrazku:

poniedziałek, 4 maja 2009

Jak odchudzić swojego zwierzaka?

Uwaga, niech spada waga! — Zwierzak często waży o połowę więcej, niż powinien. To straszne! — twierdzi weterynarz Mirosław Obijalski i radzi, jak zadbać o właściwą wagę czworonoga. Ważą się więc losy psów i kotów.

Zwierzak powinien zdrowo wyglądać, a nie tylko zdrowo jeść. Ale niestety — Polacy dopieszczają swoich czworonożnych ulubieńców. A to smakołyk, a to paróweczka, a czekoladka. A zwierzak jest jak odkurzacz — z tą tylko różnicą, że wszystkie „śmieci” idą mu w boczki.

Poszłam do Mirosława Obijalskiego, by doradził, jak dbać o zwierzaki — by przypominały siebie, a nie chodzący kwadracik. Weterynarz ten leczy mojego wiecznie zadowolonego psa, Figę. Pies pod jego okiem ma się nieźle — żywe oczy, wciąż ruszający się ogonek. Lekarz zajrzał do swojego komputera, zmrużył brew i pyta:

— To pani z tym pieskiem do mnie przychodzi?
— Nie, tata...
— A ten piesek jeszcze żyje?

Ręce mi opadły. Ależ żyje! Na ryby jeździ, na grzyby. Szczeka na księżyc, na słońce, na wróbla i kota. Śpi chętnie, jeszcze chętniej je...

Dlaczego nasze zwierzaki są takie okrąglutkie?
— Z winy właścicieli oczywiście. Rzadko przyczyną otyłości jest patologia. Ludzie po prostu przekarmiają zwierzęta albo stosują im nieprawidłową dietę. A skłonność do tycia mają zwierzaki po operacjach sterylizacji i kastracji. Takim zwierzakom trzeba serwować specjalną karmę. Ale też trzeba uważać! Sama karma sprawy nie załatwi. Może powiem tak — przychodzi kobieta do lekarza, bierze tabletki na odchudzanie, ale nie widać efektów. Ma pretensje. Lekarz pyta: a ile pani tych tabletek je? A ona: tyle, aż się najem. Tak samo jest z pieskami i kotkami. Trzeba je karmić, ale z głową. Trzeba dawać dawki dopasowane do gabarytów zwierzęcia. I trzeba być w tym konsekwentnym.

Ale jak być konsekwentnym, gdy pies patrzy w oczy?
— Tak właśnie mówią właściciele zwierząt. Siedzą na kanapie, podjadają chipsy, paluszki i częstują tymi smakołykami zwierzaka. A ten bierze i ciągle patrzy w oczy. Nie wolno karmić zwierząt z ręki! Pupile takie karmienie traktują jako nagrodę, więc się nie dziwmy, że zwierzak prosi. I potem idzie mu w boczki. A zwierzę powinno wyglądać jak zwierzę. Pies powinien mieć widoczną talię, a niektóre rasy nawet żeberka.

Jak otyłość wpływa na zdrowie zwierząt?

— Tak samo, jak na nasze zdrowie. Czy przyjemnie chodzi się z dwudziestokilowym plecakiem? Człowiek bagaż zdejmie, a zwierzak dźwiga go przez całe życie. Nadwaga szkodzi stawom kończyn i kręgosłupowi. Ale cierpi też otłuszczona wątroba, serce i nerki. Można sobie wyobrazić, że narządy te wciśnięte są w pancerz tkanki tłuszczowej. Żadna to przyjemność, ale zwierzę — z naszej winy — musi cierpieć. Tym gorzej, że zwierzak często waży o połowę więcej, niż powinien. To straszne! Najgorzej ze zwierzakami postępują babcie. One mają potrzebę dbania o wnuki. I pupile są właśnie takimi „zastępczymi” wnukami. Myślą: niech je. Skoro ma apetyt, to jest zdrowy.

Jak odchudzić zwierzaka?

— Oczywiście dawać mu mniej jedzenia i umożliwić ruch. Zwierzak musi spalić to, co zjadł. I co najważniejsze — należy karmić zwierzęta raz dziennie. Ale nie raz dziennie przez każdego domownika! Trzeba też ograniczyć częstowanie ludzkim smakołykami. Zwierzak powinien mieć i swoją miskę, i swoje jedzenie.


Ile powinien ważyć twój pies?
Ile powinien ważyć twój kot?

niedziela, 3 maja 2009

Cejrowski: WC to nie oranżadka

— Pierwszą noc w Meksyku spędziłem z żebrakami na kratkach od metra, bo tam było ciepło — wspomina Wojciech Cejrowski. — A potem robiłem drinki.

Tego faceta jadłabym łyżkami. Smakuje mi jego mądrość, dowcip i pewność siebie. Wojciech Cejrowski dobrze zna swoje imię i nazwisko. Świetnie zna też swoje inicjały. WC brzmi dumnie!

Panie Wojtku, kim chciał pan zostać, gdy był małym chłopcem?
— Papieżem. Chciałem udowodnić światu, że Polak potrafi. Zrezygnowałem, kiedy wybrano Karola Wojtyłę - cel został zrealizowany, a ja mogłem się zająć zostawaniem milionerem, bo to był mój plan B. Udało się. Był jeszcze plan C - pisarz. Udało się. Teraz bardzo chciałbym zostać profesorem antropologii i wykładać na uniwersytetach. Taki wiek - człowiek zebrał pewną porcję wiedzy i teraz czas się nią zacząć dzielić.

Co jak co, ale pana inicjały biją na głowę. Dobrze że nie chciał pan zostać babcią klozetową, a wyszedł na ludzi... Jednak z WC nie było tak łatwo. Miał pan przykrości?
— Przykrości mnie nie obchodzą, bo... pochodzą od nieżyczliwych małostkowych ludzi. Zawsze starałem się jakoś mimo wszystko przekuwać moje wady na sukces. Wychodzę z założenia, że wszytko da się sprzedać (to ten milioner we mnie). No i chyba udowodniłem, że moje nieciekawe inicjały - WC - to całkiem niezły towar. Sprzedałem je w tytule "WC Kwadrans" i natychmiast stałem się rozpoznawalny. Posługując się pełnym imieniem i nazwiskiem nie dorobiłbym się "nazwiska" tak szybko.

A gdy wydoroślał pan, świat stanął przed panem otworem. Na pewno pamięta pan swoją pierwszą podróż – co to była za przygoda?
— To akurat opisałem dość dokładnie w książce "Gringo wśród dzikich plemion". Brakowało mi forsy na bilet lotniczy do Meksyku. Nie zastanawiając się wiele sprzedałem lodówkę i kupiłem bilet. W Meksyku wylądowałem z osiemnastoma dolarami w kieszeni. Na trzy miesiące to trochę mało, więc pierwszą noc spędziłem z żebrakami na kratkach od metra - tam było ciepło - a potem poszukałem sobie pierwszej pracy. Ostatecznie wylądowałem jako barman w najdroższym hotelu w Acapulco. Dodam jeszcze, że potrafiłem wtedy robić tylko dwa drinki - Margaritę i Pina Coladę. To była prawdziwa przygoda! (śmiech)

A skoro już o przygodach – ta najbardziej zadziwiająca... Co to było?
— Jeszcze nie było. Ja dopiero zaczynam.

Odkrywa pan nieznane plemiona. Według pana – w czym one są lepsze i mądrzejsze od Polaków?
— A bo ja wiem? Słowo "lepsze" nie bardzo pasuje. Bo o co niby chodzi? O to, że są lepsi w strzelaniu z łuku chyba nie, prawda? Czyli "lepsi" w sensie dobra wyższego i mądrości życiowej? Tak nie bardzo się da wartościować ludzi, a już szczególnie kultury. Mogę pani powiedzieć czego ja, jako Polak, zazdroszczę Indianom. Boga. Oni są bliżej Boga, nie znając go, niż ja, który codziennie czytam Biblię i modlę się na różne sposoby.

Uwielbia pan Amazonię, więc... Amazing Amazonia. Ten obszar nazywa się roślinnym piekłem. Spotkał pan tam diabła?
— Diabeł jest wszędzie, on chodzi za człowiekiem i... najczęściej siedzi w środku - w ludziach. Boję się więc złych ludzi - na przykład komunistycznej partyzantki w Kolumbii. Natomiast nie boję się zielonego "piekła" tropikalnej puszczy. Natura bywa groźna, ale jest też przewidywalna - zwierzęta i rośliny zachowują się według swoich naturalnych instynktów czyli schematów. Człowiek natomiast jest groźny, bo nieprzewidywalny.

Opisuje Pan swoje wyprawy wydając książki. Na ile słowo i zdjęcie może oddać klimat odwiedzanych przez pana miejsc?
— Nie umiem tego ocenić. Mogę się tylko bardzo starać. I mam wrażenie, że moje książki robią na ludziach mocne wrażenie. Niekoniecznie identyczne z moim wrażeniem z opisywanych miejsc, ale na pewno mocne. Staram się pisać wyraziście. Moje książki to nie oranżadka, tylko mocna Margarita z podwójną tequilą. Jak rozśmieszać, to do posikania w gacie, jak wzruszać to do szlochu w poduszkę - taki jest mój pisarski cel. I z listów wynika, że często mi się udaje.

Słynie pan z ostrego języka – legendarna rozmowa z Frytką może służyć za przykład. Dlaczego lubi Pan czasem ludziom dokuczyć?
— Nie lubię dokuczać. Dokuczanie to efekt uboczny konfrontacji. A idee, poglądy, systemy filozoficzne, moralne... wszystko to wymaga dyskusji, wymaga ścierania się poglądów przeciwstawnych, wymaga... konfrontacji. Jezus działał nie tylko miękką ręka miłości - on także ukręcił bicz z powrozów, krzyczał na przekupniów, używał ostrego słowa przeciw faryzeuszom... Staram się brać przykład z Nauczyciela.