poniedziałek, 30 listopada 2009

Kobra: Nie wystawiam nosa z lasu

— Widzę, ile moich znajomych wyjechało za chlebem i połowa już wróciła. Na ile oni pokochali Irlandię? Można dyskutować — mówi Andrzej „Kobra” Kraiński, lider Kobranocki.


30 listopada — andrzejki. Czas więc na rozmowę z Andrzejem "Kobrą" Kraińskim, człowiekiem Kobranocki, głosem „Kochać cię jak Irlandię”.

Drogi Andrzeju, szykujesz się na andrzejki?
— Dla mnie to żadna wielka impreza. Nie ma dla mnie znaczenia to, że akurat wypada taka, a nie inna data w kalendarzu. Imienin nie obchodzę i nie przywiązuję wagi, że akurat wszyscy wznoszą toasty i bawią się jak szaleni 30 listopada. To urodziny są dla mnie ważnym świętem. Ale każdy pojmuje zabawę jak chce, więc fajnego szaleństwa życzę.

Czyli wypadu na imprezę nie będzie.
— Wypad będzie, ale w innym znaczeniu. Często bywam na Pojezierzu Brodnickim, bo tam, 50 kilometrów od Iławy, od dziesięciu lat mam domek w lesie. Moja żona swego czasu wymyśliła sobie, że chce mieć ziemię. I tak, jak sobie zamarzyła, zrealizowaliśmy, kupiliśmy domek i ja jako stary mieszczuch stałem się swoim przeciwieństwem. Nie cierpię teraz wracać do miasta i stać w korkach. Wolę mój wolnostojący domek i kawałek przestrzeni bez żadnego sąsiada zaglądającego w okna. Tak, uwielbiam odpoczywać na łonie przyrody. Każdy weekend niezależnie czy jest słońce, czy ostry mróz, spędzamy tam. W sezonie — od kwietnia do października — nie wystawiam stamtąd nosa. No, chyba że jadę na koncerty.

Pozazdrościć... Ja z Olsztyna nosa wystawić nie mogę.
— Olsztyn jest mi bardzo bliskim miastem, bo mój wujek, brat mojej mamy, tam mieszka. Niestety nie odwiedzam go często. Ostatnio byłem na koncercie Alison Moyet w lipcu. Wcześniej grała rewelacyjna Gaba Kulka. Wtedy pierwszy raz ją usłyszałem i zobaczyłem. Koparka mi opadła! Alison znałem, bo już ją słyszałem, ale Gaba mnie zachwyciła.

Kto wie, może Gaba zaśpiewa kiedyś po swojemu „Kocham cię jak Irlandię”?

— Może... Utwór traktował o dwóch sprawach. Jedna kwestia to porównanie historii, walki o patriotyzm Polski i Irlandii. Nie porównuję Solidarności do Iry, ale pewne podobieństwo zauważam. Druga sprawa to męska miłość do pewnej pani zamieszkałej we Włocławku przy ulicy Fabrycznej. Kilka lat temu doszedł jeszcze jeden aspekt, bo ludzie wyjeżdżali na zachód. A że graliśmy w wielu miastach — od Moskwy poczynając, po Chicago kończąc — zauważaliśmy wiele emocji. Wystąpiliśmy też w Edynburgu i wyobraź sobie, że na koncert przyszło mało ludzi. W Dublinie na szczęście było lepiej — na brak publiczności nie narzekaliśmy. Tam ludzie ewidentnie czekali na ten kawałek.

Czwarty aspekt pojawia się teraz, kiedy ludzie wracają...
— Widzę, ile moich znajomych wyjechało za chlebem i połowa już wróciła. Na ile oni pokochali Irlandię? Można dyskutować.

Ta piosenka wyróżnia się z waszego repertuaru. To, że lubicie ostre i szalone granie potwierdza pierwsza nazwa kapeli...
— Latający Pisuar był tworem jednorazowym. Planowaliśmy kilka koncertów, a później koniec i kropka. To były lata osiemdziesiąte, zapadła komuna, a my chcieliśmy trochę olać ten czas. Nagraliśmy kilka antykomunistycznych piosenek, które miały polecieć w Radiu Wolna Europa. Tak też się stało. Potem planowaliśmy się rozpaść, każdy miał iść w swoją stronę, ale losy potoczyły się inaczej. Zagraliśmy kilka imprez zamkniętych, zaczęliśmy odnosić sukces i pchaliśmy ten wózek dalej. Chcieliśmy wyjść do ludzi, ale z taką nazwą? Trzeba było ją zmienić — tworzyliśmy w podobnym klimacie co Latający Pisuar, ale już z inną — bardziej przyziemną Kobranocką.

niedziela, 29 listopada 2009

Festiwal Bez Tabu i bez ludzi

Olsztyn ma za sobą Festiwal Bez Tabu, czyli imprezę o tolerancji. Na ile jednak było to spotkanie kółka wzajemnej adoracji, a na ile wyszło w miasto? Impreza, owszem, udała się, ale… nie wyszła.


Skończył się. Skończył się Festiwal Bez Tabu, ale gór nie przeniósł. Szczyty nietolerancji wciąż stoją w tym samym miejscu. Ani się zmniejszyły, ani nie są mniej skute lodem. Oczywiście nie nastawiałam się na rewolucję, bo w Olsztynie o nią ciężko, ale ciekawa byłam reakcji olsztyniaków.

Kiedy kilka dni temu rozmawiałam z Robertem Biedroniem. Powiedział mi, że miasta organizujące imprezy promujące tolerancję zyskują. Że przyjeżdżają ludzie zainteresowani tematem równości, wydają pieniądze, a potem może i nawet opowiadają w innych miastach, jakie to rewelacje działy się w Olsztynie. Z punktu ekonomicznego — racja. Hotele zgarną za noclegi, a knajpy wystawią rachunki za kurczaki i drinki. Ale nie chodzi przecież o pieniądze, a o ludzkie głowy.

Festiwal Bez Tabu był pierwszą na taką skalę imprezą tego typu w Olsztynie. Cieszę się, że ktoś (dokładnie MOK i KPH Olsztyn) wpadł na pomysł, by wziąć na języki różnorodność społeczeństwa. Rozmawiać trzeba i należy nazywać to, co nie istnieje tylko dlatego, że nienazwane. Na ile jednak te rozmowy wpłynęły na świadomość olsztyniaków?

Nie jesteśmy miastem tolerancyjnym. Jesteśmy miastem, które chowa głowę w piasek, a uaktywnia się bezczelnie w internecie. Pan Zenek pisze wtedy tylko o seksie, a pan Józek chwali się, że wie, z czego rower jest zbudowany. Mietek dorzuca, że „jest wkurwiony”, a Stasiek, że wykastruje. A potem idą razem na piwo i gadają… żeby chłop nie mógł z gołą babą?

Nie potrafią mówić innym językiem niż wulgaryzmy i wyzwiska. Nikt ich tego nie nauczył, nie wytłumaczył. Bo wciąż nosimy w sobie piętno socjalizmu. Tak, najlepiej, gdyby wszyscy byli równi, a ci najrówniejsi kontrolowali wszelakie nierówności. Ba — wszystkie zagięcia trzeba wyprasować, wywałkować i wyklepać. Wygodne?

Zenek z Józkiem żyją w więzieniach własnych stereotypów i dobrze im za kratkami. Rozdrapywana rana nie boli — fakt. Nosa nie wystawiają, bo i po co? I tak świat się kręci, a życie przypomina „dzień świstaka”. Z pokolenia na pokolenie, te same świadomości przekazywane w genach.

Większość imprez, które mają niby przecierać oczy społeczeństwu, nie przecierają nawet szlaków. Organizowane są sobie a muzom, bo udział w dyskusji biorą wciąż te same, zainteresowane osoby. Wypowiadają głośno to, o czym rozmawiają w swoim gronie. Karuzela się kręci. A Zenek i Józek właśnie w tym momencie dłubią w nosie, bo telewizja akurat nadaje reklamy. Nowa margaryna, nowy proszek. A gdzie nowy światopogląd? Nuda, po prostu nuda, więc trzeba wsadzić palec w nos — byle nie kij w mrowisko… Bo co kumple powiedzą? Nawet jeśli Zenek chciałby zrozumieć różnorodność, boi się Staśka, że ten da mu w zęby. Może i przyszedłby pogadać, ale co ludzie powiedzą? Przychodzi na wykład geja, więc też jest gejem?

Olsztyn Festiwalem Bez Tabu podpiął się do miast organizujących podobne imprezy. Chwała za to, ale… wpiął się jednocześnie w pewien szablon — spotkania, filmy „A Million Different Loves”, występy drag queens. Kółko wzajemnej adoracji trochę się rozerwało, zanotowało w kalendarzu swoją aktywność i tyle. Zenek z Józkiem oglądali w tym czasie mecz. Jedna drużyna dokopała drugiej — bo na tym właśnie polega rywalizacja. Swoim przyklaskujemy, na innych bluzgamy.

Ach, a gdyby tak pewnego razu zorganizować w Olsztynie mecz geje kontra hetero? Walka byłaby zacięta, a i na trybunach zasiadłyby setki kibiców — tych tolerancyjnych i tych nerwowych. Aż strach myśleć, co by się działo po rozgrywkach… Nie daj Boże, gdyby geje wygrali. A może właśnie przegrani podaliby im ręce?

Nie uważacie, że do ludzi trzeba mówić ich językiem, ich zainteresowaniami? Że lepiej zaprosić na przejażdżkę rollercoasterem niż napędzać wciąż monotonną karuzelę?


Przeczytaj:
Biedroń: Musi wybuchnąć bomba!
Dzień dobry, jestem gejem

Zobacz:
Faceci w damskich ciuszkach i sutannach
Rozmowa na noże: Robert Biedroń i Łukasz Adamski

piątek, 27 listopada 2009

Biedroń: Musi wybuchnąć bomba!

— Nie spotkała mnie nigdy dyskryminacja w Olsztynie, o czym nie mogę powiedzieć o innych miastach Polski. Ale nadal środowisko homoseksualne musi się tu ukrywać. Nie widzimy przecież na ulicach trzymających się za ręce osób homoseksualnych — twierdzi Robert Biedroń, który studiował w Olsztynie.


Potrzebny jest taki człowiek jak Robert Biedroń. Bo polskie społeczeństwo musi się nauczyć, że świat nie jest jednolity. Tyle wstępu — więcej postępu! Popieram.

Jesteśmy tolerancyjni?
— Polskie społeczeństwo dopiero poznaje, że jest różnorodne. Niestety nie jesteśmy — jak chcieliby tego niektórzy — wyłącznie katolickim, zarezerwowanym dla białych ludzi narodem. Nie ma też szablonowego światopoglądu. Świat jest ciekawy, a nie tylko czarno-biały.

Ale niektórzy widzą tylko czarne i białe.
— Bo nie mają śmiałości, żeby poznawać. Nie odnaleźli jeszcze klucza do różnorodności. Ale na całe szczęście pojawia się coraz więcej inicjatyw, które pokazują naszą indywidualność. Jest takie hasło: wszyscy jesteśmy równi, ale wszyscy jesteśmy różni. Dzisiaj panuje też trend, aby pokazywać różnorodność. I bardzo dobrze. Mieszkańcy Olsztyna są coraz bardziej tolerancyjni, chcą się uczyć i poznawać swoje miasto z innej strony.

Chcą poznawać? Mówią, że są tolerancyjni, ale ujawniają swoje poglądy na forach internetowych, że aż włosy dęba stają!
— Łatwo się chwalić, że jesteśmy tolerancyjni, ale kiedy jesteśmy z tym konfrontowani, nie zawsze potrafimy sobie poradzić. Jesteśmy w stanie tolerować czarnoskórego polityka, ale jeśli nie jest czarnoskórym politykiem w polskim parlamencie. Jesteśmy w stanie tolerować czarnoskórego mieszkańca Nowego Jorku, ale kiedy on staje się mężem naszej córki, nie chcemy już mieć takiego zięcia. Jesteśmy w stanie tolerować gejów i lesbijki, ale kiedy okazuje się, że to nasze dziecko, mamy problem.

Ale skoro kochamy swoje dzieci, więc skąd ten problem?

— Bo niestety nosimy w sobie bagaż uprzedzeń i stereotypów. Myślimy, że nasze dziecko jako gej czy lesbijka będzie nieszczęśliwe. Boimy się o jego przyszłość — że w szkole i w pracy będzie dyskryminowane. Wtedy budzą się w nas wszystkie lęki, które na co dzień nie mają ujścia. Jeżeli jednak poznamy mniejszości, nasze obawy wydają się bezpodstawne. Czarnoskóry mąż naszej córki może być równie fajny jak Janek z sąsiedztwa. A gej w szkole jest takim samym uczniem jak chłopak heteroseksualny. Różnice są w naszych głowach — tak jak i obawy. Zaczynamy sobie wyobrażać, że ktoś może nas namawiać do homoseksualności, może dobierać się do nas, próbować skrzywdzić nas albo naszych bliskich. To są właśnie stereotypy. Trzeba obnażać tego typu sytuacje i pokazywać, że nie ma żadnych powodów, aby bać się osób homoseksualnych.

Ale czy w takich rozmowach wezmą udział osoby nietolerancyjne? Może głos zabierze jedynie kółko wzajemnej adoracji...
— Osoby uprzedzone przeczytają artykuł i nawet jeśli skomentują go negatywnie, to jednak go przeczytają. Dowiedzą się, że geje i lesbijki żyją w ich mieście. Bo osoby homoseksualne nie mieszkają tylko w Warszawie, nie paradują tylko na paradach równości, ale mieszkają w Olsztynie, chodzą na ten sam uniwersytet i pracują w tej samej firmie, kupują w tym samym sklepie... Dlatego trzeba o tym rozmawiać, bo inaczej będziemy pogłębiać swoje uprzedzenia. Myślę, że przez to będziemy też coraz bardziej ludzcy. Jako społeczeństwo szybko się zmieniamy i interesujemy różnorodnością. Jestem optymistą i myślę, że pewnego dnia rozmowy „bez tabu” nie będą już potrzebne.

Ale zanim — czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Stąd wydanie książki o dwóch wychowujących dziecko pingwinach „Z Tango jest nas troje”?
— Dokładnie. Trzeba pamiętać, że to my uczymy dzieci uprzedzeń. To my pokazujemy im, że można dzielić świat na ludzi, którzy mają więcej i mniej praw. Dzieci nie rodzą się z tymi stereotypami. To my, dorośli, nabijamy im do głów takie, a nie inne myślenie. To my uczymy ich nietolerancji. Im wcześniej pokażemy dzieciom różnorodność i nie będziemy im zafałszowywać świata, tym lepiej dla nas wszystkich. Nie wychowujmy homofobków, ksenofobków i rasistów! Bajka „Z Tango jest nas troje” pokazuje różnorodność i uczy szacunku dla wyborów innych. Pokazuje również, że dwóch panów i dwie panie mogą żyć ze sobą w szczęśliwym związku, a nawet razem wychowywać dzieci. Takie pary żyją wśród nas, wychowują dzieci — nawet w Olsztynie. I my, dorośli, będziemy z takimi parami konfrontowani coraz częściej. Nasze dzieci będą to widziały i będą o to pytały. Myślę, że ta książeczka jest idealnym narzędziem do tego, żeby takie dyskusje z dziećmi przeprowadzić. A dzieci są otwarte. Wiem, że ta bajka nie jest dla nich żadnym zaskoczeniem. Maluchy widzą orientację seksualną jako coś naturalnego. Dwóch tatusiów pingwinów traktują tak, jakby tam była pingwinia mamusia. A dorosły? Zgrzyta zębami. I to jest też lekcja dla nich — niech zastanowią się, co złego dzieje się w naszym życiu, że uczymy się uprzedzeń. Dzieci są szczere, nie podlegają stereotypom. A my? Skąd się to bierze?

No właśnie, skąd?
— Żeby odnaleźć się w świecie, kategoryzujemy ludzi. Sami sobie gotujemy taki los. Ale im więcej będziemy się nad tym zastanawiać, tym lepiej dla nas. Może okazać się przecież, że nasze dziecko jest homoseksualne i będziemy musieli sobie z tym poradzić.

To może kilka słów do rodziców, którzy jednak nie mogą sobie poradzić...
— To bardzo trudne, bo nikt rodziców tego nie uczy. Szkoła milczy na temat homoseksualizmu, a kiedy już pojawiają się hasła, są one pełne stereotypów. Trzeba więc z tym problemem poradzić sobie samemu. Na szczęście jest coraz więcej organizacji, do których można zwrócić się o pomoc. Jest Kampania Przeciw Homofobii, która ma swoje oddziały w całej Polsce. Mamy psychologów i osoby, które są wyspecjalizowane w takiej pomocy. Jestem przekonany, że zgłaszając się do nas, można uzyskać podstawowe informacje. Nasze badania pokazują, że najczęściej problem nietolerancji dotyka właśnie najbliższych. Homoseksualność staje się tajemnicą rodzinną. Matka tłumaczy dziecku, że nie wolno się z nią ujawniać, bo co powiedzą sąsiedzi? Ojciec czasami stosuje przemoc, rodzeństwo też nie akceptuje... Warto więc szukać informacji, jak traktować osobę homoseksualną w swojej rodzinie. Pomocny może być na przykład mój „Tęczowy elementarz”, który w Olsztynie wzbudził duże zainteresowanie. Dopóki panuje zmowa milczenia, dopóty będziemy obciążeni przerażającą wiedzą.

Zmowa milczenia panuje też w Olsztynie? Tu studiował pan politologię, zna pan olsztyńskie zwyczaje...
— Mam bardzo miłe wspomnienia z Olsztyna. Mniejszość niemiecka, osoby pochodzące ze wschodu — ta mieszanka sprawia, że w Olsztynie czuje się ducha różnorodności, a nie w każdym polskim mieście jest to odczuwalne. Miałem szczęście, że potrafiłem odnaleźć się w środowisku gejów i lesbijek. Owszem, było ono ukryte, ale było. Nie spotkała mnie nigdy dyskryminacja w Olsztynie, o czym nie mogę powiedzieć o innych miastach Polski. Ale nadal środowisko homoseksualne musi się tu ukrywać. Nie widzimy przecież na ulicach Olsztyna trzymających się za ręce osób homoseksualnych.

A w innych miastach widzimy?

— Też nie. Ale nie jest to wymówka, aby nic w tym kierunku nie robić. Jednak nic się nie dzieje w Olsztynie, żeby to zmienić. Mamy dużo do nadrobienia. Wróćmy do wspomnianej już szkoły — wejdźmy do pierwszej lepszej klasy i zapytajmy o homoseksualizm. Wszyscy zrobią wielkie oczy i powiedzą, że nie ma gejów i lesbijek w Olsztynie. A kto wie — może nauczyciel jest gejem... W każdej klasie statystycznie znajdzie się osobę homoseksualną. Ignorancja nie świadczy o tym, że jest dobrze. To, że nie ma spektakularnych pobić, nie znaczy, że tych pobić w ogóle nie ma. Jeżeli ktoś jest dyskryminowany, to przede wszystkim przez zmowę milczenia. Nie przyzna się do swojej indywidualności, ale to nie znaczy, że nie przyzna się w ogóle, że ją zatuszuje. Nie da się tego zrobić. Oddział KPH dopiero zaczyna działać w Olsztynie. Obawiam się, że tak jak w innych miastach, demony drzemiące w naszym społeczeństwie wcześniej czy później się odezwą. Obok rozpoczęcia dyskusji w danym regionie, ujawniają się diabełki drzemiące w naszych głowach. Najpierw musi wybuchnąć bomba, żeby potem nastał spokój. Dyskryminacja jest — pokazała się już w internecie i być może wyjdzie na ulice. Oby nie.



Przeczytaj:
Dzień dobry, jestem gejem

Homofobia, czym właściwie jest?

czwartek, 26 listopada 2009

Gorycz "Białej wstążki"

Michael Haneke w "Białej wstążce" rozdrapuje rany, sięga do korzeni zła i ukazuje, jak zniewolić umysły. To one potem zniewalają świat, bo nazizm nie wziął się znikąd. Wziął się z miłości rodziców do dzieci. Kontrolowanej miłości.



Jest w "Białej wstążce" polski akcent. Dożynki u barona, chłopaki piją piwo, wykrzykują coś po polsku. W tej scenie jest też olsztyński moment — przy stole siedzi Sebastian Badurek, aktor z teatru Jaracza. Gratuluję, Sebastianie, bo to wielki film, a dla ciebie pewnie równie wielkie przeżycie — mimo iż rola epizodyczna, ale mówiona!

W "Białej wstążce" nie ma wiatru, nie ma deszczu. Ani wielu łez. Reżyser Michael Haneke sieje ziarno, a widz — już na własny rachunek, już we własnym świecie — zbiera plon. Ale nie znaczy to, że film nie trzyma w napięciu. Ani razu nie spoglądam na zegarek, co zdarza mi się często — zarówno w kinie jak i w teatrze. Tu czas się zatrzymuje. Tak, zatrzymuje się, gdy Haneke rozdrapuje rany. Precyzyjnie, aby wejść jak najgłębiej.

Wiejską sielankę zakłóca seria dziwnych zdarzeń. Najpierw ktoś rozwiesza niewidoczną linkę na trasie codziennej konnej przejażdżki miejscowego doktora. Dochodzi do wypadku, w wyniku którego lekarz trafia na długie tygodnie do szpitala. Niedługo potem w tajemniczych okolicznościach ginie chłopka, syn barona zostaje ciężko pobity, a upośledzone dziecko akuszerki niemal oślepione. Kto jest odpowiedzialny za te wszystkie akty okrucieństwa? Co kryje się u ich podstaw? Zemsta? Kara? Sadyzm?
("Biała wstążka": mroczne zakamarki ludzkiej duszy)

Tu nie chodzi o te tajemnicze wypadki. One są tylko tłem, pretekstem. Haneke skupia się na emocjach, relacjach, powiązaniach i wreszcie uzależnieniach ludzi od siebie. Nie jest dobrze, ludzkość w ludziach wymiera, a cierpią na tym przede przede wszystkim dzieci. Przykład? Rodzice wymierzają karę rodzeństwu, bo te spóźniło się na kolację. Nie pytają o powód, postępują wedle utartych schematów. Jest wina, musi być kara — najpierw bolesne razy, później zawiązana na ręce biała wstążka, symbol niewinności. Ale ta biel czernieje i to bardzo szybko. Rodzi się nienawiść, zemsta, złość. Dlatego mówi się, że ten film opowiada przede wszystkim o narodzinach nazizmu. Coś w tym jest, bo wszystko ma swój początek i powód. Ale to tylko domysły. Haneke nie podaje niczego na talerzu. Częstuje widza goryczą, która piecze w gardło i jest aż nieprawdopodobna.


Haneke nie wchodzi butami w życie swoich bohaterów. Właściwie nie wchodzi z kamerą, bo często ustawia ją za zamkniętymi drzwiami, za ścianą, gdzieś z boku. Przez to widz wdziera się w opisywany świat jeszcze bardziej. I to jest siłą tego filmu — nie trzeba pokazywać, by opowiadać. W "Białej wstążce" najwięcej dzieje się właśnie w wyobraźni, samemu snuje się bolesne historie. Otwiera się szuflady emocji i do każdej sceny dopasowuje odpowiednie uczucia, poczucia. Dlatego mam wrażenie, że Haneke reżyseruje ten film nieustannie — na każdym seansie pociąga sznurki wspomnień, opowieści i wyobrażeń, które należy samoczynnie posklejać. Rozrzuca puzzle na ekranie, które układa się indywidualnie, ale z pożądanym przez niego efektem.


A miłość? Jest i miłość, zaledwie kilka scen. Młody nauczyciel zakochuje się w opiekunce do dzieci. Są jakby z innej bajki — delikatni, ostrożni, skrępowani. Ich rozpoczynający się romans przykraszony jest nutką dowcipu, humoru skojarzeń. To świeży oddech w zaryglowanym pokoju. Jest też piękne uczucie siostry do braciszka, który zaczyna rozumieć świat. Nie mogę zapomnieć sceny, w której ona tłumaczy chłopcu, czym jest śmierć. Nie potrafi kłamać, nie potrafi powielać ułudnych scenariuszy. Przyznaje, że śmierć dopada każdego — wcześniej, później. Chłopiec: To mama jednak nie wyjechała w podróż?

Scena ta przypomina mi scenę z Dekalogu I Kieślowskiego, w której bohaterka grana przez Maję Komorowską odpowiada na pytanie młodego Pawła "Kto to jest Bóg?". Równie mocna.

Ale czy ta miłość nie płowieje? Haneke nie daje nadziei, rany posypuje solą. Szczerość przeradza się w kłamstwo i podkreśla to scena, w której malec przyłapuje swoją ukochaną siostrę w jednoznacznej sytuacji z ojcem.
— Dlaczego płaczesz?
— Tata przekłuł mi uszy.


Z ekranu wieje chłodem, a lodu dorzuca jeszcze czarno-biały obraz. W „Białej wstążce” nie ma też muzyki. Jest to film, w którym wrzeszczy cisza — niczym tajemnica duszy, zranione uczucie, które nie ma ujścia. Rodzicom się nie pyskuje, nie w tych czasach, nie w Niemczech. Słowo kindersztuba nie wzięło się znikąd. Tak, kindersztuba miała swoje ujście w czasie II wojny światowej — w czasie, kiedy dyktator obiecuje zniszczenie starego porządku. A zniewolony umysł zdecydowanie ma słabość do przywódców.

Przeczytaj też:
Sebastian Badurek z Olsztyna w „Białej wstążce”

środa, 25 listopada 2009

Przedszkolaki: Berek z Marsjankami


25 listopada obchodzimy Światowy Dzień Pluszowego Misia, więc o misowych przygodach i snach rozmawiamy z sześciolatkami z Przedszkola Miejskiego nr 15 w Olsztynie.


Co to jest miś?
— To taka pluszowa zabawka, która służy do przytulania.
— To przytulanka i sama nazwa już głosi, że służy do przytulania.
— Można się bawić misiem.
— A miś ma różne kolory.

Jakie?
— Misie są zazwyczaj brązowe, ale niekoniecznie.
— Biały może być i szary.
— Czerwony też może być! Ja mam czerwonego.
— To jest zakrwawiony miś.
— Ja mam białego misia i to jest miś polarny.
— A ja z brązowym misiem śpię.
— A ja śpię z krecikiem.
— A ja z zającem, pieskiem i krecikiem też.

Co śni się misiom?
— Mojemu misiu się śniło, że wpadł do ognia.
— A mojemu się śniło, że siostra namaściła go olejem i wypuściła w krzaki.
— A mojemu śniło się, że był w telewizji i ktoś chciał go sprzedać.
— A mojemu śniło się, że kot go wziął. No i jak ten kot go wziął, to odgryzł mu potem ucho.
— A mój miś we śnie czytał książkę o morzu i marynarzu.
— A mój śnił, że na klatce ktoś go gonił i tak go gonił, że spadł aż z łóżka.
— A mój leciał w kosmos i zobaczył potwory, co miały trzy oka.
— A mój jechał motorówką i tam byli bandyci, ale inny miś rzucił mu koło ratunkowe i wtedy właściciel miśka się obudził.
— A na mojego misia pędziła rakieta i tak gnała, że miś myślał, że go walnie. Ale nie walnęła, bo przeleciała mu koło ucha. Potem w głowie mu szumiało.
— A mój miś poleciał na Marsa i widział pięćdziesiąt Marsjanek! Bawili się w chowanego i w berka. A potem miś spadł z księżyca na pupę.
— I miał siniaka?
— Nie wiem, nie zaglądałem mu tam...
— A mój leciał z naleśnikami i polewą czekoladową.
— A mój był w wojsku i tam koty go rozszarpały.
— To nie było marszu orła białego?
— Nie, miś wszedł na bombowiec i strzelał marchewkami.
— A mój miś zmienił sobie we śnie imię, ale nie pamiętam, czy mi się podobało.

Jakie imiona mają wasze misie?
— Orzeszek, bo ma kolor orzeszka.
— Mój Bąbelek się nazywa, bo ma bąbelki zwisające na sznureczku.
— A mój jest Plamką, bo ma dużo łat.
— A mój nazywa się Małpka, bo jest małpką.

Jakie przygody przeżyliście ze swoimi misiami?
— O, dużo było tych przygód! Mój miś spadł z łóżka i tak się poturbował, że aż się rozwalił.
— A moja siostra poszła do łazienki i ogoliła misia golarką. I miał gołe spodnie i bluzeczkę.
— A ja kiedyś bawiłem się z misiem w football i kopałem inne misie. Trafiłem w swoje lego i klocki mi się zepsuły. A to były moje najlepsze klocki.
— A ja spałem z misiem, a jak się obudziłem, miś był pod łóżkiem. W nocy łóżko musiało się przechylić i miś zleciał.
— A ja szłem i poślizgnąłem się na kostce lodu, a potem kot włączył kran i wlała się woda do wanny. No i miś wypadł mi z ręki w wannę i w wodę. Siostra musiała suszyć misia suszarką.
— Ja mam misia pandę. Jak byłem mały, siostra oderwała mu nos. Okazało się, że w środku były kulki styropianowe.
— A ja mam misia Zieloną Matyldę!
— A ja misia przytulę, bo jest mięciutki.



Przeczytaj:
25 listopada - Dzień Pluszowego Misia

wtorek, 24 listopada 2009

Alfabet Darwina

150 lat temu w Londynie ukazało się dzieło Darwina „O powstaniu gatunków”, które jak książka Mikołaja Kopernika, zmieniło sposób myślenia i wywarło ogromny wpływ na kulturę i filozofię. Kim był Darwin? Co oznaczała jego teoria ewolucji? Prof. Alicja Boroń z Wydziału Biologii UWM opowiada o naukowcu w... alfabecie Dawina.


D jak dorastanie Darwina
Przykład Darwina daje nadzieję tym dzieciom, które nie przykładają się do nauki. Kto wie, może właśnie tacy znudzeni szkołą uczniowie dokonają kiedyś wielkich odkryć? Darwin uczył się niechętnie i uważał czas spędzany w szkole za stracony. Uwielbiał psy, zajmowało go zbieranie owadów, muszli i minerałów. Był bardzo inteligentnym dzieckiem o dużej wyobraźni. Czasami uciekał z lekcji i włóczył się po lesie obserwując rośliny i zwierzęta. Jako młodzieniec większość czasu spędzał na polowaniach. To z otoczenia czerpał o wiele więcej. Ale nauka była ważna. Ojciec Darwina był lekarzem, a matka pochodziła z bogatej rodziny producentów porcelany, więc edukacja syna była dla nich istotna. I właśnie ojciec wysłał go na studia medyczne do Edynburga, ale Darwin kierunku nie ukończył. Były to czasy, kiedy podczas operacji nie stosowano żadnych środków znieczulających i obecność przy dwóch zabiegach spowodowała, że uciekł ze studiów. W tym czasie zajmowała go entomologia i zbieranie owadów. Za namową ojca rozpoczął studia teologiczne w Cambridge. Szybko się tam zadomowił i wiódł bardzo rozrywkowe życie — ucztował do późna, grał w karty, strzelał nawet w pokoju do świecy trzymanej przez kolegę. W tych studenckich czasach nie zaniedbywał jednak entomologii i dalej z zapałem zbierał chrząszcze.

A jak... ale małpa!
Darwin uważał, że osobniki przekazują swoje cechy potomstwu. Cechy odziedziczane po rodzicach mogą dawać im większe lub mniejsze szanse na przeżycie. Korzystne z przekazywanych cech rozwijane w kolejnych pokoleniach pomagały przetrwać i w dłuższym okresie mogły doprowadzić do powstania nowej grupy zwierząt. Przeżywają organizmy lepiej przystosowane do środowiska, wygrywające w walce o byt. Prawo doboru naturalnego poza zwierzętami musi dotyczyć także i ludzi. Przeciwnicy Darwina szybko to podchwycili, nie mogąc pogodzić się z wizją poniżającego zwierzęcego pochodzenia. Rysowano nawet jego podobiznę z tułowiem małpy, chociaż autor teorii ewolucji nigdy nie powiedział, że człowiek pochodzi od małpy. Podkreślał w swojej książce, że ludzie wiele mogliby zrozumieć, gdyby tylko obserwowali zachowanie orangutana na przykład w ZOO. Podam przykład — widziałam niemowlę szympansa i było to lepsze niż wiele wykładów. Zachowanie małej małpki jest identyczne jak noworodka ludzkiego. Dla mnie było to urocze i jednocześnie dosyć mocne przeżycie. Jak wskazywał Darwin, jesteśmy podobni w reakcjach, grymasach. Szympans trzymał się opiekunki, przytulał się do niej, chował się za nią, kiedy się bał...

R jak rewolucja
Ludzkość musiała dojrzeć do teorii Darwina. Sam naukowiec nie był pewien wydania książki i nosił się z tym pomysłem ponad 20 lat. Zmusiła go do opublikowania dzieła rozprawa, którą przesłał mu przyrodnik Alfred Roussel Wallach, a która dotyczyła podobnej do jego własnej koncepcji walki o byt. Za namową i pomocą przyjaciół, 24 listopada 1859 w Londynie ukazała się książka „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w walce o byt”. Nakład, 1250 egzemplarzy, ku zdumieniu autora został wykupiony już pierwszego dnia, a książkę obwołano bestsellerem. Śmiało można powiedzieć, że teoria ewolucji Darwina wywołała rewolucję intelektualną w historii ludzkości. Jej efektem była globalna dyskusja naukowa. Podobnie do dzieła Mikołaja Kopernika, dzieło Darwina zmieniło sposób myślenia — dokonało rewolucji poglądów i wywarło ogromny wpływ także na współczesną kulturę i filozofię. Dzisiaj na forum światowym rozmawiamy dużo na temat, np. globalnego ocieplenia, a wtedy dyskutowano właśnie na temat przyczyn i przebiegu ewolucji. Możliwość, że wszystkie organizmy mogą pochodzić od jednego tak zwanego prototypu, była przedmiotem gorących sporów, poruszających nie tylko grono naukowców, ale większość ludzi.

W jak walka o byt
Zgodnie z poglądami Darwina chodzi tu o zmaganie się z warunkami środowiska i przeżywanie tylko tych osobników, które są najlepiej przystosowane do życia. Efektem procesu rozmnażania są nowe organizmy i tylko część z nich może się wyżywić i utrzymać przy życiu. Cechą charakterystyczną organizmów jest zróżnicowanie cech (zmienność) i niektóre z tych cech są korzystne w walce o byt i przyczyniają się do utrzymania przy życiu. Dobór naturalny sprawia, że przeżywa najlepiej przystosowany.

I jak inspiracja
Dzisiaj zastanawiają nas okoliczności powstania teorii ewolucji Darwina. Duże znaczenie miała tutaj na pewno trwająca całe życie fascynacja przyrodą, umiłowanie ptaków, innych zwierząt i roślin. Karol Darwin był wrażliwy na przyrodę, na jej piękno. Na widok lasu tropikalnego zareagował typowo dla siebie, bardzo entuzjastycznie, miał powiedzieć „Popadłem w delirium zachwytu”. Z drugiej strony był człowiekiem dosyć praktycznym. Jako powód tego, że wybrał życie we dwoje, powiedział „miło mieć na kanapie mięciutką żonkę”. Nie znaczy to, że żona była pulchna! Mawiał też, że do miłości i zabawy dzieci się lepsze od psów. Był ojcem dziesięciorga dzieci, z których troje zmarło. Wydaje się, że znajdował czas dla wszystkich, chociaż także cierpiał z powodu choroby, której nabawił się w podróży. Wiódł spokojne, rodzinne życie. Wcześnie wstawał i spacerował po ogrodzie. Po śniadaniu, około godziny 8., do południa zajmował się badaniami. Popołudniami spacerował i spędzał czas z dziećmi, które uwielbiał i z którymi chętnie się bawił. Nie musiał zarabiać, bo po ojcu otrzymał duży spadek, co było okolicznością istotną i warunkującą ten sielankowy tryb życia. Czy dzisiaj, w „szybkich czasach” zrealizowałby się nie tylko jako naukowiec, ale mąż i ojciec?

N jak niebywała podróż
Niebywała, bo była to bardzo męcząca i zarazem fascynująca, trwająca prawie 5 lat podróż. Jako 22-latek, bez wynagrodzenia podjął się obowiązków przyrodnika i zaokrętował na statku „Beagle”. Statek miał tylko 70 metrów długości, a płynęło nim ponad 70 osób i przebywanie oraz poruszanie się na pokładzie było uciążliwe — zwłaszcza dla Karola Darwina, który mierzył prawie 1,90 m. Pogodny charakter zjednał mu większość i towarzysze podróży nazywali go filosem od filozofa. Pełen podziwu obserwował dziwy przyrody i zbierał dowody o zmienności organizmów, także kości zwierząt wymarłych. Oglądał skamieniałe kości, zwierzęta żyjące, dziwił się i notował, zbierał, konserwował w alkoholu, preparował. Sam polował na ptaki, które następnie preparował. Zebrał ponad 1500 okazów zwierząt oraz prawie 4 tysiące kości, dziobów i skór. Do Anglii wysyłał także regularnie sprawozdania z podróży, dlatego kiedy wrócił był już sławnym uczonym. Przywiózł ze sobą także zakonserwowane ptaki z wysp Galapagos, wszystkie oznaczone zostały następnie jako zięby. Dzisiaj nazywane są ziębami Darwina, różnią się między sobą przede wszystkim kształtem dzioba i jest to efekt przystosowania do określonego pożywienia. Badania doprowadziły uczonego do wniosku, że ptaki te zaczęły się różnicować pod wpływem zmiennych warunków środowiska, w którym żyły.
Obserwacje te i wiele innych zaowocowały sformułowaniem teorii objaśniającej mechanizm ewolucji zawartej w książce, która ”urodziła się” 24 listopada 1859 roku.


Notatka Darwina z 1837 roku.


sobota, 21 listopada 2009

Grupa MoCarta: Bolesław miał romans

— Mozart? Nie śni nam się i nie straszy. I bardzo dobrze — przyznaje Filip Jaślar, pierwszy skrzypek Grupy MoCarta.

Fot. materiały prasowe

Mówi się, że muzycy klasyczni są poważni. Nic z tych rzeczy — Grupa MoCarta ma jaja, w właściwie jaj wiele na swoim koncie.

Jesteście kwartetem, gracie na czterech instrumentach, a każdy ma z nich cztery struny. Podróżujecie też z koncertami w cztery strony świata i gracie „Cztery pory roku”. A ja pytam — co dla was jest piątym kołem u wozu?
— A rzeczywiście! Dużo jest u nas czwórek! Nie pomyślałem, że aż tak dużo. A piąte koło? Nie ma takiego. Ale muszę przyznać, że jesteśmy jedynym kwartetem na świecie, którym gra w pięć osób. Mówię o Arturze Renionie, który zginął w 2000 roku, ale cały czas z nami koncertuje. Jednak czujemy jego obecność i pomoc codziennie. Nie potrafię nawet określić, jak to się przejawia, ale Artur cały czas gra z nami na wiolonczeli. Ale gdyby tak zastanowić się nad piątym kołem u wozu, to właśnie przyszło mi na myśl, że wszedłem w tak zwany okres wieku średniego. W gazecie przeczytałem, że zaczął się dla mnie taki, a nie inny czas. Ale ja nie czuję tego! Bardzo dobrze mi z moją metryką, mam dużo energii i atmosfera w zespole jest dobra. Wszyscy mamy głowy pełne pomysłu, więc nie przyjmujemy do świadomości wieku średniego.

Więc jesteście jak wino — im starsi, tym lepsi?

— Faktycznie, jak tak się nam przyjrzeć, to rzeczywiście mamy coś z tego powiedzenia. Ale czy jesteśmy im starsi, tym piękniejsi? Chyba z tym jest gorzej, ale podchodzimy do tego tak — im brzydsi, tym bardziej śmieszni. Nawet jeden nasz numer kończy się szpagatem. I myślimy, czy nie zagrać go za piętnaście lat na przykład. Wtedy bylibyśmy śmieszni.

Mówicie, że traktujecie matkę muzykę z żartobliwą ironią i jesteście pewni, że się nie obrazi... Ale za co miałaby się obrazić?

— Gdyby muzyka nie miała do siebie dystansu, nie gralibyśmy tak, jak gramy. Nawet gdy spotykamy się z naszymi profesorami, nie mają nam tego za złe. Mówią nawet, że nasza muzyka jest wyrafinowana. Ale co ważne — jesteśmy upoważnieni do tego, aby grać. Mamy dyplomy, jesteśmy magistrami sztuki, więc tym bardziej możemy uprawiać taką właśnie muzykę. Nie robimy tego byle jak. Nie mamy jednak wykształcenia kabaretowego, ale czy jest w Polsce szkoła kabaretowa? Nie ma.

Profesorowie trzymają za was kciuki... A co powiedziałby wam Mozart, gdyby stanął z wami oko w oko?
— Czytaliśmy, że Mozart miał poczucie humoru, więc na pewno by się na nas nie obraził. A może nawet trzyma za nas kciuki tam na górze? Bo przecież póki co nam się udaje.

Więc nie śni wam się w nocy?
— Nie śni i nie straszy. I bardzo dobrze.

Jesteście muzykami i kabareciarzami. Czym się różni publiczność z filharmonii od tej, która lubi boki zrywać ze śmiechu?
— Gramy dla wszystkich — dla profesorów, studentów szkół muzycznych i przysłowiowych Kowalskich. Gramy w filharmoniach i klubach. A szczerze — najlepiej gra nam się dla studentów muzyki, bo oni — mając z nami wspólny język — rozumieją nasze żarty. Rozumieją nas w stu procentach, bo mamy sporo gagów branżowych. Ale bawią się przy nas też ci przysłowiowi Kowalscy. I dobrze się bawią. Miło nam, gdy ocierają łezkę ze śmiechu. Lubimy to nietypowe podejście. A jeśli ktoś dzięki nam po raz pierwszy styka się z muzyką poważną albo jeśli pójdzie do filharmonii też dobrze. Ale i tak filharmonie nie narzekają, bo bardzo dużo ludzi chodzi na koncerty.

Poza muzyką klasyczną — jaka was pociąga?
— Powiem po kolei — Bolesław miał romans z festiwalem Warszawska Jesień, czyli festiwalem muzyki współczesnej. Bardzo mu się to podoba i ma też w tym doświadczenie. Paweł natomiast w swoim odtwarzaczu muzyki przenośnej ma i Beethovena, i muzykę symfoniczną i Ivana i Delfina. I każdego utworu słucha z tym samym zaangażowaniem. Michał lubi muzykę czarną — tworzoną przez artystów czarnoskórych. Kiedyś jego idolem był Michael Jackson. A ja? Ja słucham radia. Bardzo lubię jazz, a zwłaszcza jazz grany na skrzypach. I kupiłem sobie nawet elektryczne skrzypce, na jakich grają muzycy jazzowi. I sobie czasem na nich podgrywam.

Ciekawa jestem, jak powstają wasze przeróbki klasyki...
— Powstają w różny sposób i w różnych miejscach. Czasem podczas bezsennych nocy. Znamy swoje możliwości, więc możemy wymyślać. A jeśli sprawiamy tym przyjemność widzom, to tym lepiej.

czwartek, 19 listopada 2009

Jego jegomość kot Simona

Koty udały się Panu Bogu najlepiej — twierdzi Wisława Szymborska. Prawo Murphy'ego mówi zaś, że w życiu są tylko wierne trzy rzeczy: pieniądze, pies i stara kobieta. No właśnie, dlatego wolę psa.


Kot to przedziwny stwór antypieski. Kot właściwy składa się z kota górnego (tułowia), kota dolnego (łapy), kota tylnego (ogona), kota przedniego (pysk), dwóch fluorescencyjnych ślepi oraz organów: mruczącego, miauczącego, wyjącego i srająco-lejącego z przydatkami zapachowymi — tak podaje Nonsensopedia.

Kot zawsze spada na cztery łapy? Kot Simona chętnie polemizuje z tym przekonaniem, a jego upadki bolą. Kot Simona jest wcieleniem kociej postawy roszczeniowej wobec świata, a wszelkie dyskusje kończy bogatym w znaczenia gestem wskazania łapką na rozwartą łakomie paszczę. To zapewnia mu ostatnie słowo w ewentualnych sporach. Dlatego właściciel kota służy do karmienia - taki jest po prostu porządek świata. Właściciel zajmuje się też dostarczaniem pieszczot i udostępnianiem łóżka. Pozostałe rozrywki – darcie zasłon czy fotela, zostawianie kłaków w każdym miejscu, wywracanie kuwety, leżenie na świeżo upranej bieliźnie, polowanie – kot zapewnia sobie sam.

Kotu Simona dni upływają na słodkim przewracaniu się z boku na bok. Z wszystkimi kot Simona pozostaje w ciepłych relacjach. Doprawdy?


Na półce u koleżanki D. pojawiła się książka, w której kot Simona występuje w roli głównego bohatera. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że wspomniana D. ma już dwa koty. Czarne. Jeden gruby jak miniaturowy worek kartofli, drugi z rozczapierzoną kitą. Teraz mają konkurencję — kota papierowego, białego i z ambicjami gwiazdorskimi. Jest przecież kotem numer jeden w internecie. Dobrze, że czarne nie są zorientowane w trendach sieci i nie potrafią wyklikać łapkami adresu YouTube. Potrafią jedynie tarabanić miską... Miniaturowy worek kartofli jest mistrzem. Dosłownie! I ślipia ma piękne, proszące.



Pies myśli: człowiek karmi mnie, głaszcze, dba o mnie, kocha mnie... Musi być bogiem. Kot myśli: człowiek karmi mnie, głaszcze, dba o mnie, kocha mnie... Muszę być bogiem!

O łakomstwie psa nic nie powiem... pewnie dlatego, że jestem psiarą.



Przeczytaj:
Jak odchudzić swojego zwierzaka?
Jak kot przeżyje kryzys?

środa, 18 listopada 2009

Kozidrak: Wkładam serce w obiad

— Tańczyłam przez siedem lat w ognisku baletowym i nie myślałam wcale o śpiewaniu — przyznaje Beata Kozidrak, wokalistka zespołu Bajm. — Ale poczułam nagle, że muszę śpiewać. Powołanie?


Przyznaję się bez bicia, że nie pałam uczuciem do Bajmu. Stare kawałki i owszem — mają klimat, energię. A nowe? Brzmią jak kopie samych siebie. A może tylko mi się tak wydaje? Beata Kozidrak jednak nie zmienia się nic a nic. Przyznam, że byłą to pierwsza gwiazda, z jaką miałam do czynienia. Kiedyś — dobrych kilka lat temu — Bajm koncertował w Olsztynie. A że byłam dziecięcym łowcą autografów, więc wbiłam się za kulisy. Beata siedziała w samochodzie, na tylnym siedzeniu. Drzwi były otwarte, więc wskoczyłam do auta i siadłam koło niej. Za mną — pomyślcie, za berbeciem — wpakował się facet z kamerą i filmował. Przez pół miesiąca nie mogłam się opędzić od komentarzy: widziałem cię w telewizji...

Autograf zgubiłam.

Wzrusza się pani na koncertach...
— Zdarzają się takie momenty. Kiedy widzę reakcję publiczności na to, w jaki sposób i o czym śpiewam, nie mogę powstrzymać łez. To akurat tylko ja mogę zobaczyć stojąc na scenie. Widzę szalejący tłum, szczęśliwy i uśmiechnięty. Jestem uczestniczką tego wydarzenia.

Uczestniczką? Pani tworzy taką atmosferę!
— Tworzę również... Udzielają mi się wszystkie emocje. Jestem wtedy szczęśliwa, że napisałam piosenki, które trafiają do ludzi. To coś ode mnie dla wszystkich, którym z moją muzyką jest dobrze.

Czyli „nie odnajdzie nas ta sama chwila”.
— Dokładnie! Moje piosenki mają proste teksty, ale przecież z tego składa się nasze życie — nasze problemy, nasze radości. Ja o tym właśnie śpiewam. To nie jest wielka filozofia, ale coś, co jest bliskie sercu i skórze każdego.

Może inaczej — coś, co jest prawdziwe...
— Tak, jestem prawdziwa! Wzruszam się, kiedy jestem szczęśliwa, a kiedy jestem zła, przeklinam.

A kiedy pani przeklina?
— Kiedy jestem zdenerwowana. Zdarza mi się przekląć, gdy mi się coś nie udaje. Czasami też powiem mocniejsze słowo, gdy ktoś mnie nie słucha — w pracy na przykład. W domu natomiast tego nie robię, bo nie mam powodów.

A miała pani nieudane koncerty, że tylko siąść i... kląć jak szewc?
— Nie, akurat mam takie szczęście, że nie. Staram się jednak być przyjazna i podchodzę do ludzi z uśmiechem. Ale generalnie — jak powiedziałam wcześniej — jestem osobą szczerą i tak się zachowuję.

A co panią wzrusza?
— Tragedie zawsze mnie wzruszają. Jeśli ktoś młody, zdolny i pełen życia odchodzi, to smuci. Człowiek się wtedy zastanawia: co jest grane? Czasami nawet trudno sobie wyobrazić takie sytuacje. Różne myśli przychodzą do głowy. Wzruszające mogą być również filmy, książki i piosenki — chociaż te ostatnio rzadziej.

Nie wzrusza panią muzyka? Czyżby brakowało w eterze wartościowych dźwięków?
— Nie ma wyjścia i trzeba słuchać tego, co dają nam media. Uciec od tego się nie da. Ale są też inne możliwości słuchania muzyki, dzięki którym możemy wzbogacić się muzycznie. Można przecież kupić sobie bardzo ciekawą płytę z niszową muzyką i posłuchać tego, co artysta ma do zaproponowania. W radiu takiej muzyki nie słuchać. Nawet wiele moich piosenek, które bardzo lubię, są w rozgłośniach rzadkością. Szkoda, zostaje kupić właśnie płytę. Ja jestem też w dobrej sytuacji, bo mam dwie córki, które cały czas podrzucają mi przyjemne produkcje.

Ba, jak się ma takie córki, przy których wygląda się jak ich koleżanka, nie dziwię się!
— O, dziękuję bardzo! Ale fakt jest faktem, że my to dwa pokolenia. Jednak w kwestiach muzyki cenię sobie ich zdanie — zwłaszcza mojej młodszej córki. Ona w tej chwili jest zafascynowana muzyką, a słucha różnej. Wchodzę w jej świat dźwięków, odkrywam wiele na nowo. Docierają do niej płyty naprawdę fascynujące, a dzięki temu i do mnie. Wchodzę więc w jej świat, którym ona się fascynuje. Ale Agatka bardzo interesuje się też modą i tym prawdopodobnie chciałaby się zająć w przyszłości. Interesują więc nas dwa światy — muzyka i moda. Dlatego mam z córką świetny kontakt. Muzyka i moda wiążą się ze sobą — to sztuka przecież.

Czyli uczy się pani od córki.

— Człowiek uczy się przez całe życie! Jeśli tego nie robi, współczuję. Młodzi ludzie mają wiele energii, bo są spontaniczni, pomysłowi i otwarci na świat. Trzeba z nich czerpać jak najwięcej.

Inne pokolenie, w innych czasach wychowane...
— Tak, moje córki to inne pokolenie mentalnie, ale serce mają takie same.

A pamięta pani kim chciała zostać, gdy była małą dziewczynką?

— Chciałam zostać baletnicą. Tańczyłam przez siedem lat w ognisku baletowym i nie myślałam wcale o śpiewaniu. Muzyką zaczęłam się interesować, gdy byłam w wieku mojej Agatki. Poczułam nagle, że muszę śpiewać. Powołanie? Może i tak. Cieszę się, że robię w życiu to, co kocham. Czas płynie, a ja wciąż mogę się realizować. Moje koncerty się zmieniają — inne czasy, ja bogatsza w doświadczenia.

Zmiany są zauważalne. Kiedyś Bajm był bardziej rockowy, dziś jest melancholijny.
— Wystarczy przyjść na koncert, żeby się przekonać, że nadal jesteśmy rockowi. Czasami dobór singli dla stacji radiowych powoduje to, jak jesteśmy spostrzegani.

Rodzina to pani siła — śpiewające córki, mąż meneger. Praca nie niszczy życia prywatnego?
— Rodzina daje siłę, święta prawda. I to mój największy sukces, że mogę godzić życie prywatne z zawodowym. Dumna jestem też z tego, że Bajm istnieje trzydzieści lat. Chyba niewiele jest takich grup na świecie, które tak długo istnieją i cały czas są na topie. My wciąż nagrywamy nowe płyty i koncertujemy. Wciąż mamy w sobie wiele energii.

Ale nie przenosicie pracy do domu?
— To wielka umiejętność, by móc się odłączyć od muzyki. W moim przypadku to jest właściwie niemożliwe. Nauczyłam się jednak jak z tym żyć. Relaksuję się w rożny sposób — na przykład w kuchni.

Jaki więc specjał ma Beata Kozidrak?
— Nie mam jednego! Lubię gotować, kiedy mam czas. Wtedy wkładam serce w gotowanie, bo kuchnia to tez sztuka. Wszystko, co zrobię, jest dobre. I przynajmniej moje jedzenie jest nie tylko smaczne, ale i zdrowe! Od tylu lat jeżdżę po Polsce i wiem, że jedzenie restauracyjne nie zawsze jest strawne.

Pewnie jadała też pani rybki na Warmii i Mazurach.

— Niestety rzadko u was bywam.

Jeziora panią nie pociągają?
— Był kiedyś taki moment, że pociągały i to bardzo, ale wakacje w Polsce są chłodne. Uwielbiam wyjeżdżać tam, gdzie jest dużo słońca.

Czyli Hiszpania?
— Stanowczo wolę ciepłe kraje. Gdyby w Polsce była taka temperatura, jaka mi się marzy, byłoby wspaniale. I Ale jeszcze wszystko przed nami. Być może z mężem będziemy jeszcze u was łowić ryby.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Co człowiek potrafi zrobić z lalką?

Dziecko prawdę powie — przede wszystkim w teatrze. Trwa Olsztyński Tydzień Teatrów Lalkowych, więc dzieciaki zacierają ręce — komentują w głos. A gdy im się nie podoba… dłubią w nosie. A co robią dorośli?


A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! Prawda, jednakże ja to między bajki włożę — stwierdził dobrych kilka lat temu Ignacy Krasicki. Nic dodać, nic ująć. W Olsztyńskim Teatrze Lalek rządzą maluchy. Ale cieszy też, że i dorośli przychodzą.

A cóż to jest lalka?

Kojarzenie teatru lalek z młodym widzem ma dwie przyczyny. Pierwszą jest tradycja językowa, skojarzenie słowa lalka z dziecięcą zabawką. Takie powiązanie istnieje od lat, od wieków. W dawnej Polsce na lalkę teatralną mówiono łątka, jednak tak samo nazywano lalki jakimi bawiły się dzieci. XIX-wieczna kukiełka z uwagi na zdrobniałą formę nie kojarzyła się z czymś poważnym, przeznaczonym dla dorosłych. Dzisiejsza lalka i jej konotacje nadal bliżej są świata dzieci niż dorosłych. (…) Drugą przyczyną utożsamiania teatru lalek z teatrem dla dzieci jest tradycja teatrów lalkowych, które od XIX wieku wystawiały spektakle przede wszystkim dla dzieci. Na szczęście od kilku lat znów powstają spektakle lalkowe dla dorosłych nie tylko w teatrach instytucjonalnych ale i w grupach amatorskich, a do wzrostu zainteresowania tą formą teatru przyczyniają się organizowane szczególnie poza sezonem teatralnym liczne festiwale.
(Dla kogo lalki?)

„Anima” potrwa do 20 listopada.

A co ciekawego na scenie? Podpowiedź na filmiku. Przy tej okazji pozdrawiam wszystkie dzieciaki, które tłumnie chodzą do teatru. A że fajne są maluchy, widać:



Co dorośli robią w teatrze, gdy im się nie podoba sztuka? Przeczytaj:
Sen w teatrze pobudza

niedziela, 15 listopada 2009

Jak w głowie siedzi "Maj lof"

Jaka piosenka najlepsza jest na listopadowy wieczór? Dobra, wesoła i taka, przy której paluch u stopy wprawia się w ruch. Podświadomie. „Maj lof” spełnia wszystkie warunki.


To był wtorek. Akurat pamiętam, że był to dzień po poniedziałku. Nie mogę odkurzyć jednak w głowie ani roku, ani miesiąca, a tym bardziej dnia. Ba – godziny nawet! Wiem, że za oknem było jasno, a w radiu płynęła piosenka. Rytmiczna. Ale kto ją wymyślił, rozkołysał i nadał jej dźwięczny kształt? Żadnej wiadomości. Ale że była to miłość od pierwszego słyszenia, wszczęłam poszukiwania. Używałam lupy, znajomości, wyszukiwarki. Na nic to... Piosenka jednak wciąż tkwiła mi w głowie i Bóg zapłać mi za ten upór. Od tamtej chwili – od wtorku ze sporym nakładem czasu – „Maj lof” MENoMiNi siedzi mi w iPodzie. Na jesień jak znalazł.

Na pytanie "co to jest MENoMiNi" zespół odpowiada: maximum ludzkich emocji przy użyciu minimalnej ilości dźwięków.

Zgadzam się, bo właśnie ten minimalizm mnie urzeka. Przysłuchajcie się klawiszom – tak proste, a tak pocieszne.



Czy przypadkiem Porcupine Tree tworząc okładkę do płyty "The Incident" nie inspirował się debiutanckim krążkiem MENoMiNi "Z pierwszego tłoczenia"?


Post ukazał się w cyklu Moje ucho, czyli "co mi w duszy gra, param pam pam!"

sobota, 14 listopada 2009

Grabowski: Kiepski dobry aktor

— Bardzo się z tego cieszę, bo wśród kolegów aktorów nie jestem tylko Kiepskim, ale chyba... dobrym aktorem — przyznaje Andrzej Grabowski, aktor.


To człowiek ciągle zajęty. Zabiegany, zapętlony, ciągle w podróży. A może ja łapałam go w takich a nie innych sytuacjach? Że ciągle podróżował pociągiem? Andrzej Grabowski to więc aktor drogi.

Pierwszy pana sukces to rola w spektaklu „Przepraszam, czy tu biją?”. Czy wspinanie się po szczeblach kariery w Polsce jest bolesne?
— To oczywiście zależy od tego, jak się traktuje sukces. Jeśli jest to sprawa nadrzędna, to może boleć, ale jest to też bardzo przyjemne. I ja na przykład tak to postrzegam, bo przecież popularność jest często pomocna. Gdy załatwia się coś w urzędzie, gdy stoi się w kolejce — jest dużo łatwiej i szybciej. Ludzie są często mili i jestem zadowolony z takie stanu rzeczy. Mogę nawet powiedzieć, że jest fantastycznie! A czy boli? Boleć może, gdy aktora zaszufladkują. Ale ja gram i grałem i mam nadzieję, że będę grał, więc nie będę miał tym większych kłopotów.

Skoro o szufladkach mowa… Kojarzony jest pan przede wszystkim z Ferdkiem Kiepskim.

— Teraz to już pół biedy! Kiedyś było gorzej. I właściwie nie wiem, czy jestem zaszufladkowany. Dla osób, które oglądają tylko ten serial — na pewno. Bo widzą mnie jako Ferdka i tylko Ferdka. Ale udało mi się otworzyć szufladkę i z niej wyskoczyć w środowisku aktorskim. I bardzo się z tego cieszę, bo wśród kolegów aktorów nie jestem tylko Kiepskim, ale chyba... dobrym aktorem.

Każdy zna „Świat według kiepskich”. A jaki jest świat według Grabowskiego?
— Jest trochę bardziej skomplikowany. I ja jestem bardziej pracowity w odróżnieniu od Kiepskiego. Bo jak żyje Kiepski, każdy wie. Ja mam dużo na głowie.

Ktoś kiedyś powiedział, że aktorstwo to okresowa przeprowadzka…
— W pewnym sensie to przeprowadzka, bo jeśli mówi się o wcielaniu się w różne role... to jest właśnie przeprowadzka. Tym bardziej, że aktorstwo to przechodzenie z pomieszczenia do pomieszczenia, ze stroju w strój. To też inny sposób myślenia. Ale dużo też podróżuję, bo takie aktor ma życie.

Nie jest panu obcy Teatr Telewizji. Pamiętam Czopa w „19. południku” — spektaklu określanym jako political fiction. Główny bohater nie potrafi rządzić, ale… sam się rządzi. Myśli pan, że — w dzisiejszej dobie — spektakl to rzeczywiście fikcja?
— Kręciliśmy to kilka lat temu i wtedy nikt nie czuł, że sztuka może okazać się bardzo współczesna. Myślałem, by grać prezydenta nie tyle śmiesznie, ale i groźnie. Bo chciałem przerazić, a tu wyszło jak wyszło. Mieliśmy wtedy kłopoty, by w ogóle ta stuka pojawiła się w telewizji.

A dzisiaj jest szansa, żeby się ukazał?
— Ależ skąd! Przecież od tamtych czasów zmieniło się bardzo wiele. Zmienił się nam też sposób myślenia. Mamy takie rządy, jakie mamy...

piątek, 13 listopada 2009

Luksus od Lexusa czyli kuszenie Edyty

Służba zdrowia bieduje, PKP załamuje ręce, a Edyta Górniak je zaciera. I tak jak nasi przodkowie pocierali kamień o kamień, żeby rozniecić ogień, tak piosenkarka pali się, gdy jej wartość rośnie.


Prawda czy fałsz? Fakt donosi, że Lexus oferuje Edycie Górniak aż 500 tys. zł za to, że zostanie twarzą marki. Ma reklamować samochody. Bagatela? Lexus postawił jednak warunek piosenkarce — musi zrobić prawo jazdy. Edyta ma więc twardy orzech do zgryzienia, bo zawsze ktoś ją gdzieś podwoził. Ba — przy jej zarobkach to i taksówki są tanie jak barszcz!

Rozmawiam o tej sprawie z koleżanką D. Mówię:
— Że też wszyscy do Edyty biją drzwiami i oknami. 500 tysiaków za twarz Lexusa? Jak daliby mi 100 tysiaków, mogłabym i ja zostać twarzą... chociażby fiata.
— E tam fiata, ja zostanę twarzą poloneza!

Przeczytaj też o Edycie:
Najdroższa pupa w Polsce

czwartek, 12 listopada 2009

Zero seksu aż do świąt?

Dziewczyna o jednym, chłopak o drugim. Znaczy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?


Mikołaje już kwitną w centrach handlowych. Autobusy są pełne nie tylko zastygłych twarzy, ale i ciekawych spostrzeżeń. Dziewczyna do chłopaka:
— Zaczął nam się już się okres świąteczny.
— Nam?
— A komu? I będzie trwał aż do Bożego Narodzenia.
— To nie będzie przez ten czas bzykania?

środa, 11 listopada 2009

Groniec: boso, ale w ostrogach

Krótko. Kasia Groniec zaśpiewała w Olsztynie, a ja byłam, widziałam i teraz uprzejmie donoszę. Artystka nie tylko śpiewa, ale i tryska humorem!


Myszka. Tak, na koncercie pojawia się myszka, która wskakuje na wielki kubik nazywany w mojej głowie amboną. Wyjmuje malutki długopis, równie malutką karteczkę i prosi Kaśkę Groniec o autograf. Nie słyszy sprzeciwu — jedynie wielkie sapnięcie, bo na tak małym skrawku papieru trudno napisać: miłej myszce, Kasia. Myszce dedykacja jednak się nie podoba. Krzywi się, zadziera nawet nosa! Powód dąsu? Kaśka zygzakiem weszła na margines. Przeprosiny na nic, myszka się obraża.

Odbiło mi? Ależ nie! To tylko opis fragmentu koncertu Katarzyna Groniec. Bo Kaśka poza talentem wokalnym (oj, gigant!) ma wielki talent aktorski. I poczucie humoru. Widać to na naszych wspólnych zdjęciach, że nie jest czarną plamą w świetle reflektorów. Jest fantastyczna i kto był na jej recitalu, ten wie.


Najpierw na scenę wychodzą muzycy. Ten od klawiszy i ten od strun — pięciu, czyli od basu. Mają na sobie koszulki z twarzą Kaśki, która zdobi okładkę najnowszej płyty „Listy Julii”. (Tu powinno być miejsce na reklamę i jest, bo płyta zasługuje na wyraz szacunku i drobny pean.) Po chwili wychodzi ona — oczywiście bosa. Nie dodałam, że i panowie nawet skarpetek nie naciągnęli na stopy. Sceniczna trójka ma więc wspólny mianownik. Ba — nie tylko ten! Również i ona ma koszulkę z nadrukiem — z licem E.T. Skoro faceci mają Groniec na piersi, którego więc z tych utalentowanych muzyków ma Kasia na swoich sutkach? Nie odgaduję. Panowie zachwycają, a moją uwagę przyciąga przede wszystkim pianista. Bije w klawisze jak opętany, a nawet śpiewa delikatnym głosem. Publiczność kołysze się w wyobraźni, Kasia się zamyśla i puka palcem w ambonę. W ten sposób wybija rytm serca. Ja się uśmiecham.

Piosenka za piosenką, ani słowa „między wierszami”, czyli gadania do mikrofonu. Są „Listy Julii”, są kawałki kabaretowe, liryczne, jest też wspomniana już myszka. Widownia się uśmiecha. Piękne to jest — każdy zaokrągla usta w rogal. A wystarczy wystawić nos za scenę — pognać gdzieś wzrokiem do centrum. Oj, jacy tam ludzie smutni i zabiegani. Oj, jak oni gubią czas i jak im radość przecieka przez palce.

Jest też chwila, gdy Kaśka udaje bigotkę, podciąga spodnie wysoko za kolana, łapie się za krok i wychyla przed siebie brodę. Garbi się przy tym niezgrabnie, ale tak właśnie ma wyglądać. Znowu wszyscy szczęśliwi. Boże, jak ludziom mało trzeba — wystarczy zrobić z siebie idiotkę, a już wszyscy szaleją. Ale przyznać trzeba, że nie każdy potrafi być idiotką z klasą. Kaśka Groniec jest w tym fantastyczna i fenomenalna. Czy to komplement? Jasne, że tak! Artysta na scenie musi być niebanalny. Musi też kokietować — i to w taki sposób, aby chciało się o tym opowiadać i pisać. Ja tę chęć w tej chwili czuję. O!

Głos silny jak dzwon — taki właśnie ma pani, o której tak wylewnie piszę. Pani ta potrafi też być subtelna w swoim śpiewaniu, a często nawet i śmieszna. Ale o tym już było piętro wyżej.

Przyglądam się jej podczas śpiewania. Nie gania po scenie, jest spokojna, dużo siedzi, ale w środku aż jej się gotuje. Spoglądam na place u stóp — wyginają się tu i tam. To dowód na to, że z ustami muzykuje również każda żyłka, nerka, wątroba i serce. Turbodymomen nie mógłby zawstydzić Kaśki — nie potrafiłby. To też komplement. Dowcip i komplement.

Lubię to jej zaangażowanie. Lubię interpretację jej tekstów do muzyki. Lubię to jej zgranie z muzykami. Tak na „raz dwa trzy”. Mówią na to profesjonalizm. A ja powiem — talent, za który DZIĘKI.


Po koncercie sznur. Tłum bierze przykład z myszki i prosi o dedykacje. Człowiek jednak tym różni się od myszki, że łaknie Kaśki, jej podpisu i skromności. Kaśka się uśmiecha, nikomu nie odmawia — nawet panu, który przynosi całą dyskografię z hasłem GRONIEC w tytule, kilka albumów, zdjęć i Bóg wie co jeszcze. Hurtowo bierze podpisy, a wszyscy oczom nie wierzą. Zachłanny? Kolekcjoner? Miłośnik? Gronkowiec?


Pojawiają się też ludzie z Częstochowy. Jeżdżą za Kaśką z koncertu na koncert. Piękne. Będą mieli co wspominać na stare lata. I trochę im tej pasji zazdroszczę — nadszarpują moją żyłkę podróżnika, wariatki i sentymentalnej gaduły.


Koncert odbył się 10 listopada 2009 roku w Olsztynie. Promował płytę "Listy Julii".



Przeczytaj mój wywiad zapowiadający koncert:
Groniec: Każda trąbka na wagę złota

wtorek, 10 listopada 2009

Przedszkolaki: Podawać słowa do ucha

Do czego służy poczta głosowa? Do głosowania! Tę tajemną wiedzę ujawniają dzieciaki z Przedszkola nr 19 w Olsztynie. O telefonach nie wie nikt tak dużo jak one!


Rzadko rozmawiam z przedszkolakami, bo to w redakcji działka kolegi Szymona. Ale czasem zdarzają się zastępstwa. Na prośbę czytelniczki mojego bloga (wow!) zamieszczam krótką rozmowę z maluchami.

Co to jest telefon?
— To jest takie coś, co służy do telefonowania.
— Przez telefon się dzwoni do kogoś.
— Jak się daleko dzwoni, to właśnie trzeba mieć telefon.
— Jak blisko to też można mieć, ale nie trzeba.
— To coś, co ma słuchawkę.
— I guziczki ma!
— Telefon robi też zdjęcia. Znad można albo z góry można coś zrobić. I wysłać przyciskiem palca.
— A ja wiem, jak wygląda telefon! Jest prostokątem.
— I ma brązowy kolor.
— Czerwony też może być.
— Albo zielony i niebieski.
— A pani wie, że telefonem dzwonimy do przyjaciół? Oni mają telefon i my mamy. Z jednej i z drugiej strony musi być telefon.
— Koledzy ze sobą rozmawiają.
— Ja mam kolegę z Francji!
— A ja przyjacioła z ulicy! Ale nie pamiętam nazwy tej ulicy.

O czym rozmawia się przez telefon?
— O tym, żeby przyjść.
— Dzwonię do kolegi i pytam, czy do mnie przyjdzie.
— Albo czy mama szybko będzie w domu.
— Albo do cioci się dzwoni.
— Albo pyta się o zdrowie.
— Albo o to, czy ktoś jest chory.
— A ja dzwoniłem wczoraj do brata!
— Ja do dziadka!
— Oj, a do kota nikt nie zadzwonił.

Co to jest pomyłka?
— Jak ktoś do kogoś dzwoni i się pomyli.
— Jak ktoś wykręca dobry numer, ale wykręci zły.
— Jak ktoś dzwoni do kogoś i naciśnie zły guzik.
— Ale zna dobry guzik, ale naciśnie zły!
— Może być też w pomyłce poczta głosowa.

A co to jest poczta głosowa?

— Że jest sygnał, a nie człowiek.
— Poczta głosowa służy do głosowania listów głosowych.
— Dzieje się to wtedy, gdy ktoś zadzwoni i się dodzwoni do poczty głosowej.
— I wtedy słychać: piiiip!
— To taki specjalny sygnał.
— I tylko poczta głosowa taki ma.
— Żaden człowiek inny go nie ma. Tylko poczta głosowa!
— I po tym piiipie trzeba gadać.
— A potem odebrać.
— Wysłuchać!

A co to jest głuchy telefon?
— Taki telefon jest wtedy, gdy mówi się dookoła.
— Cicho jakieś słowa.
— Podawać te słowa trzeba do innego ucha.
— To jest wtedy, gdy ja podawam słowa do Mateusza, a Mateusz do Gabriela, a Gabriel Adrianowi. I to już koniec.
— Na końcu osoba mówi głośno.
— I to nie jest ta osoba, która słowa podawała.
— I to słowo jest inne, bo przekręcone.
— Bo dzieci mogą inaczej to słowo usłyszeć.
— Było jabłko, a jest gruszka.
— Bo ktoś nie usłyszy, że jabłko.
— Od Szymka wysłuchałem serek, a to było inne słowo.
— To było słowo kapuśniak!

Przeczytaj:
Przedszkolaki: Ptaki śpiewają, a gołębie nie
Przedszkolaki: Mój tata barmankę wyrwał!

poniedziałek, 9 listopada 2009

Rysunkowy festiwal krzyku

Gdyby ze spektaklu zrobić kardiogram dźwięków, wyszedłby z tego niezły zygzak. O „Szelmostwach Skapena” w olsztyńskim Teatrze Jaracza w reż. Piostra Jędrzejasa słów kilka.

Wiele hałasu o nic? Coś w tym powiedzeniu jest, skoro można przyłożyć je do molierowskich „Szelmostw Skapena” - spektaklu dyplomowego studentów III roku Studium im. Aleksandra Sewruka. Aktorzy wyginają się, wyciągają jak guma, udają efekty specjalne, czyli dwoją się i troją. Fakt, przedstawienie dyplomowe ma być popisem aktorskich możliwości młodych aktorów, ale – jak brzmi kolejne powiedzenie – co za dużo, to nie zdrowo.

Piotr Jędrzejas chce udowodnić, że student potrafi zagrać wszystko to, co pomyśli reżyserska głowa. Owszem, potrafi, ale czasem noga mu się giba, czasem też ręka mu się za bardzo trzęsie. Do warsztatu droga daleka – po niespełna trzech latach nauki widać jeszcze niedociągnięcia dykcyjne i ruchowe. Ale trening czyni mistrza, więc im więcej dziwactw do zagrania, tym w życiu ciekawiej. Ale co na to widz?

„Szelmostwa Skapena” to rzeczywiście spektakl dziwny. Reżyser zrobił z niego kreskówkę – wystarczyłoby zamienić aktorów w rysunkowych bohaterów, a Disney by się nie powstydził. Jednak bajki naszpikowane gagami nie trwają prawie dwóch godzin bez kwadransa! Gęstwina pomysłów – komizmów sytuacyjnych – męczy i tłumi to, co dzieje się na scenie. Zwykły dialog zastaje „zagadany” wyciąganiem nogi, machaniem rękoma, czy nawet grą kolegi z boku. Oko widzi swoje, ucho słyszy swoje – i jak to pogodzić? Trzeba nie lada gimnastyki umysłu!

Wyobrażam sobie, jak wyglądały próby. Niewątpliwie były znacznie bardziej ciekawe niż sam spektakl. Studenci zrywali boki z grania i zgrywania się i pewnie z tej zabawy stworzyli interesujące postaci. Na uwagę zasługuje Krzysztof Jankowski wcielający się w Geronta i Piotr Chomik, czyli Leander. Chłopcy wyróżniają się płynnością gry i lekkością dialogu. Inni przekrzykują się na zasadzie „który głośniej”. Prym w hałaśliwych kwestiach wiedzie niewątpliwie Szymon Grzybek jako Argant. Ale nie tylko on wypowiada swoje kwestie w wniebogłosy. Widać takie jest zamierzenie reżysera, aby dobitnie wypowiadać swoje partie – a nuż przyjdzie głucha widownia. W tym krzyku niestety nikną niuanse charakterystyczne dla postaci. Brakuje intonacji i prawdziwych emocji. Ale gdyby widzowi było mało - Jędrzejas do krzyku dokłada też częste tupanie. Jedyną ulgą dla uszu jest delikatny dzwonek wybijany na każde wypowiedziane słowo „niebo”. Za chwilę jednak znów widz atakowany jest decybelami. Gdyby z tego spektaklu zrobić kardiogram dźwięków, wyszedłby z tego niezły zygzak.

Twórcy pracując nad konwencja spektaklu, korzystali z doświadczeń Jerzego Gondolla, polsko-włoskiego reżysera. Trochę dziwi ta inspiracja, bo Gondoll zwracał szczególną uwagę na głos. Nie pozwalał na tak zwane festiwale krzyku. Artysta mawiał też, że nie ma złych gagów – są tylko mało inteligentni ich odbiorcy. Dodawał też, że widz musi nauczyć się bycia widzem, tak jak aktor uczy się gry.

Pomimo gadżeciarskiego przegadania i przekrzykiwania „Szelmostwa Skapena” bawią. Pytanie jednak – czyja to zasługa? Reżysera, aktorów, czy samego Moliera?

niedziela, 8 listopada 2009

Przedszkolaki: Mój tata barmankę wyrwał!

Dzieci wiedzą lepiej! Tak, uczmy się od dzieci na każdym kroku. W domu, na ulicy, w piaskownicy, a przede wszystkim w przedszkolu. Słuchajmy, co mówią… a słuch mają genialny. W disco polo są ekspertami!


Ten wywiad jest wypożyczony od redakcyjnego kolegi Szymona Liszewskiego, który co tydzień gawędzi z przedszkolakami. Nie mogłam się powstrzymać i dlatego go cytuję. Boki zrywać! Tak, tak, tak — warto przeczytać, co dzieciaki z Przedszkola nr 13 w Olsztynie mają do powiedzenia. Ja Amerykę odkryłam.

Co to jest piosenka?
— Taka rzecz, co można sobie śpiewać.
— Co na przykład można sobie włączyć i śpiewać, i tańczyć.
— A jak chce się tańczyć, to jeszcze można takie coś kupić, że są kolorowe płytki i się zapalają, i się można nauczyć.
— Muzyka to jest takie coś, że nie można jej zobaczyć ani dotknąć.
— Piosenka może rano obudzić.
— Piosenka to taki układ słów, który z muzyką razem się mówi, ale takim głosem jak nutki.

A co to jest disco polo?
— To jest impreza!
— Taki chłopczyk z Anglii jest, to kolega mojej koleżanki. I on lubi słuchać disco polo.
— I jeszcze taka koleżanka moja puszczała i siedziałyśmy i słuchałyśmy.
— Do disco polo można tańczyć i śpiewać.

Jakie znacie piosenki disco polo?
— (śpiewają) Żono moja, serce moje! Nie ma takich, jak my dwoje! Bo ja kochaaaam oczy twoje, do szaleństwa, do wieczora, jeeeee!!!
— Jesteś szalona, mówię ci, zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić. Nie jesteś aniołem, mówię ci, jesteś szalona!
— Jak anioła głos, usłyszałem ją. Powiedziała: patrz — tak, to on. Na rozstaju dróg, stoi dobry Bóg, on wskaże ci...
— Nie daj się! Ludzie niech swoje myślą! Nie daj się, z diabłem do piekła wyślą. Nie daj się, warto być zawsze...
— Biorę cię w aucie, farcie!
— ...każdy tu wie, że jestem królem tańca. Na fliperach mam wszystkie rekordy...
— Kanikuły, kanikuły, na uciobu ni pajdu!

No to sobie pośpiewaliśmy... I co? Słuchajcie, to są mądre piosenki?

— Tak. Są fajne i śmieszne.
— Brzydkie!
— Ja też znam taką brzydką.
— Z brzydkimi słowami.
— Ja uważam, że są niemądre, bo są brzydkie.
— Fajne są, ale „będę brał cię w aucie” to takie trochę głupie jest.
— Albo jak słowa się powtarzają.

To po co takie głupie piosenki śpiewać?
— Fajne są przynajmniej.
— Zatańczyć se można.

Co to jest biesiada?
— Kot z fiflakami?
— Idzie się do kibelka i tańczy w kibelku?
— Leży się na kanapie?
— Na scenie się tańczy?
— Biesiada to chyba takie miasto...

A wesele?
— To ktoś, kto ma ożenek i bierze wino i stuka do tyłu.
— Idzie się do kościoła, a potem do domu takiego. I tam jest jedzenie, się tańczy i śpiewa.
— Się pije.
— I buzi, buzi, buzi...
— Całuje się i pije piwo.
— Można się fajnie pobawić i potańczyć.
— Pije się whisky, szampana.
— Z dzieckiem i dwoma dzieckami można się bawić tak, że się robi węża i się wychodzi na podwórko. I się lata wszędzie. I w ogóle jest fajnie. Mój tata barmankę wyrwał!
— Śpiewa się „Sto lat”.
— I „Gorzka wódka”.
— Ja byłem na takim weselu.

A disco polo było?

— Wszystko było!

Przeczytaj:
Przedszkolaki: Ptaki śpiewają, a gołębie nie
Szczerość dziecka potrafi zabić

piątek, 6 listopada 2009

Groniec: Każda trąbka na wagę złota

— Wolę jak burczy mi niż się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa — przyznaje Kasia Groniec.


Muszę coś pisać o Kasi Groniec? No dobrze, niech będzie. Cenię babkę, oj cenię. Po pierwsze za to, jaka jest na scenie. Dopiero później chwalę ją za płyty. To w moim odczuciu jedyna artystka w Polsce, która jest niesamowita na żywo.

Często bywa pani w Olsztynie i znowu pani tu zawita...
— Ojoj, czy to aby nie zarzut?

Ależ nie! Radość!
— Staram się raz w roku przyjechać do Olsztyna z nowym projektem. Czasem bywam częściej — przy okazji letnich spotkań zamkowych „Śpiewajmy poezję”. Miło wspominam te koncerty, panuje na nich niesamowita atmosfera. Mam nadzieję, że i teraz będzie przyjemnie.

I romantycznie, bo o miłości.
— Przedstawię materiał prezentujący moją najnowszą płytę „Listy Julii”, ale w wersji kameralnej, czyli z dwójką muzyków.

Czyli nie będzie z panią siedmiu muzyków jak na innych koncertach?

— Niestety nie. Przyznam, że koncert z siedmioma muzykami jest kosztowny i nie wszędzie udaje się zagrać w tym składzie. Poza siedmioma muzykami jest też ósmy człowiek, który obsługuje wizualizacje, dziewiąty — od świateł, dziesiąty — od nagłośnienia, jedenasty — od organizacji i dwunasty — od śpiewania. Będzie dwóch muzyków, dziesiąty, jedenasty i dwunasty. Czyli pięcioro nas.

A tak się nastawiałam...
— I tak będzie pięknie. Chociaż musi się pani trochę odstawić! (śmiech) Dlaczego? Niewielki ośrodek, który organizuje ten koncert, dysponuje niewielkim budżetem. Nas niestety nie stać na to, żeby przyjechać całym zespołem. Bardzo chciałabym grać jak najwięcej i najczęściej w dużym składzie, ale niestety życie nas nie rozpieszcza.

Czyli nie będzie pani kibolem na scenie...
— Nigdy kibolem nie jestem! Kibol, czyli ja ucharakteryzowana na kibola, jest wyświetlany na scenie. Oczywiście tylko wtedy, kiedy jest pan od multimediów. Ale zawsze można kupić płytę i zobaczyć zdjęcia, które przedstawiają postaci piszące do Julii, czyli mnie w różnych odsłonach. Fotografie wydane są w formie pocztówek razem z tekstami piosenek. To bardzo piękne wydanie. Ale wracając do koncertu — zaprezentuję przemieszany materiał. Zaśpiewam kilka piosenek z „Listów Julii”. Nie wszystkie niestety da się zagrać w kameralnej wersji. Będą też starsze utwory z poprzednich płyt i piosenki kabaretowe, więc zapraszam.

Pani nowa płyta bazuje na krążku „The Juliet Letters” Elvisa Costello inspirowanym listami pisanymi do Julii ze słynnego balkonu w Weronie. Była pani w tym kultowym miejscu?
— Ja nawet nigdy nie byłam we Włoszech! Widzi pani, jakie mam zaległości? Byłam na Syberii, ale do Włoch nie udało mi się pojechać.

Opowie mi pani o Syberii?
— Zachwyciły mnie cudowne przestrzenie i to, że jest na nich tak mało ludzi.

Pojechała pani, aby odpocząć?
— Dokładnie. Byłam tam w sierpniu, dwa lata temu. W tym roku czułam, że muszę wygrzać się na słońcu. Bardzo mi tego brakowało. Ale kto wie, może w przyszłym roku pojadę znowu na Syberię? Tęsknię za tamtym specyficznym krajobrazem, stepem, Bajkałem. To jednak robi wrażenie i bardzo dystansuje do wielu rzeczy.

Czyli?
— Do życia, do kłopotów, które stają się raptem mniejsze. Jak się pobędzie z daleka od nich, to i one się oddalają. Człowiek się zamartwia, a potem dziwi się jak bardzo nie są tego warte.

A może w przyszłym roku przyjedzie pani w mazurskie przestrzenie?
— Może przyjadę... Ale przyznam, że rzadko bywam i bywałam na Mazurach. To nie jest moje miejsce. Gdy byłam dzieckiem, jeździłam bardzo intensywnie nad morze — i to na wiele tygodni. Jeździłam tam właściwie trochę przymusowo, bo byłam chorowita i to był sposób leczenia. Ten bardziej przyjemny oczywiście. I w związku z tym Bałtyk jest mi najbliższy jeśli chodzi o wakacje w Polsce.

I stawiała pani babki z piasku?
— Babki? To byłoby zbyt prozaiczne! Budowałam z piasku całe konstrukcje, rzeźbiłam psy, koty, krokodyle. Wszystko, co przyszło mi do głowy! Co roku bywałam nad morzem przez prawie dwa miesiące, więc na plaży spędzałam wiele czasu. Miałam ogromną wprawę w budowaniu piaskowych stworów.

A może uciekła pani na Syberię, by zmienić klimat?

— Ależ nie, uciekłam z potrzeby serca!

A propos „Listów Julii” — dzisiaj ludzie listów nie piszą. Pani kiedyś pisała?
— Pisałam, ale niechętnie. Dzisiaj wszystko załatwia się smsem. Wystarczy napisać krótką informację: „Ok, będę” i już wszystko załatwione.

A pocztówki pani wysyłała?
— Jak byłam mała, wysyłałam kartki, ale teraz czasy mamy inne. Pocztówki są miłe, kiedy się je dostaje — jako pamiątkę z wakacji albo ciekawego wyjazdu. To przyjemny gest. Gorzej z wysyłaniem! Zazwyczaj bywa tak, że kartki wracają w torbie i są albo doręczane osobiście, albo wysyłane na poczcie w Warszawie. Zawsze się zapomina — mimo iż na początku jest dużo czasu, ale on tak szybko ucieka, że nagle go brak.

11 listopada wystąpi pani w Olecku. To ciekawy sposób na spędzenie Święta Niepodległości.
— Jestem akurat w trasie i ta data wpisuje się w plan moich koncertów...

...które są nabite dzień po dniu.

— Taka trasa na pewno jest uciążliwa i wymaga dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Moje życie — poza śpiewaniem — polega wtedy na pakowaniu i rozpakowywaniu. Bywa ciężko, ale koncerty rekompensują tę uciążliwość.

I pewnie dużo kawy pani wypija.
— I jem bardzo nieregularnie w przypadkowych miejscach. Zdarza się, że dzień zaczynam od kawy na stacji benzynowej, a nawet — jak już jest jakaś straszna bieda — kupuję sobie hot-doga. Ale bywa też tak, że nie jem przez cały dzień, bo przed koncertem nie mogę jeść. A potem na noc najadam się jak bąk.

I nie burczy pani w brzuchu podczas koncertu?

— Wolę jak mi burczy niż jak się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa.

Ale z drugiej strony — kiedy występuje pani w okrojonym składzie — dodatkowa trąbka z pustego brzucha nie zaszkodzi.
— Pewnie! Przynajmniej mamy dodatkowy instrument! Gdy nas niedużo na scenie, każdy instrument jest na wagę złota.