środa, 30 września 2009

Lenor Perfumelle, czyli producent się nie zna 


Mam ciekawość do nowości. Lubię smakować, testować i oceniać. No właśnie, a co myślę o nowym zapachu Lenora?


Co myślę, to mówię. Co myślę, to piszę. Tak wyglądała moja rozmowa na temat nowego zapachu Lenora na gg:

D: Ada!
D: A jak nowy zajebisty Lenor Perfumelle?
D: Czy otulił cię zapach perfum dla ubrań?
D: Z miokrokapsułkami?
Ada: Otulił.
D: A poczułaś się luksusowo?
Ada: Aż tak to nie.
D: Niedobrze.
Ada: Why?
D: To coś z tobą nie tak.
Ada: Żaden Lenor nie będzie mi mówił, jak mam się czuć.
D: Producent mówi, że każda kobieta czuje się po nim luksusowo.
Ada: Czyli, że albo ja nie jestem kobietą, albo producent się nie zna.
Ada: Czuję się tak samo, znaczy bez zmian na lepsze.
Ada: Ale pachnie ładnie ten Lenor, fakt.
D: Może zepsuty?
Ada: Może zepsuty.
Ada: Może muszę dojrzeć do tego Lenora.
D: Będziemy pracować ...
Ada: A ty się czujesz luksusowo?
D: No nie za bardzo...
D: Ale że ze mną jest coś nie tak, to się nie zdziwiłam...

wtorek, 29 września 2009

Co się teraz dzieje w polskiej polityce?

Co tam, panie, w polityce? Aż strach myśleć. Anegdota Holoubka zdaje się być wiecznie żywa, wiecznie prawdziwa i wiecznie fantastyczna. Za każdym razem — gdy czytam, słyszę, opowiadam — śmieję się do łez. Zresztą nie tylko ja.


Redakcyjny kolega P. popłakał się dziś ze śmiechu, gdy podsunęłam mu tę anegdotę. Nie mógł się opanować, a ja patrzyłam i podziwiałam płaczącego mężczyznę po czterdziestce. Widok niecodzienny. Pyszny wręcz!

Przytoczę taki obrazek obyczajowy, który moim zdaniem dobrze ilustruje to, co się teraz dzieje w polskiej polityce. W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: „Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: „Odpierdol się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: „Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!” Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: „A pan jest chuj!” Przy czym strażak na posterunku też już był inny. Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju.

Autor: Gustaw Holoubek. Boski, prawda?

Dzieci Ireny Sendlerowej: kicz za miliony

Zły reżyser nawet z dobrej historii zrobi zły film. „Dzieci Ireny Sendlerowej” Johna Kenta Harrisona to film dla Amerykanów, którzy holocaust zestawiają w jednym rzędzie ze zdrowym odżywianiem. Dlatego czuję straszny niesmak po wyjściu z kina.


To nie jest recenzja. To jest wyraz mojego rozczarowania filmem „Dzieci Ireny Sendlerowej”. Temat piękny — kobieta w czasie wojny ratuje 2500 żydowskich dzieci. Naraża swoje życie, by ocalić jak najwięcej maluchów z warszawskiego getta. Wjeżdża do getta ambulansem jako pielęgniarka, a następnie — razem ze współpracownikami — podaje dzieciom środki usypiające, wkłada je do worków lub skrzynek i przewozi na aryjską stronę. Jednocześnie mówi gestapowcom, że wywozi zmarłych na tyfus. Nazwiska dzieci zapisuje na bibułce i ukrywa w butelce pod jabłonką. Nic, tylko siąść i podziwiać. No i siadłam w kinie, ale podziwu nie znalazłam za grosz. Dla Ireny wielki ukłon, ale dla reżysera rózga. Jak można tak spieprzyć (inne słowo nie przychodzi mi do głowy) tak fenomenalną historię? Jak można z bohaterki zrobić bezjajnikową kobietę czynu? Ja chciałam czuć ten czyn, przeżywać, dopingować, a nie tylko patrzeć, jak Irena siada i mówi: będę ratować dzieci. I ratuje. Tak z automatu, szablonowo. Bla, bla, bla.

Jak można spieprzyć Irenę? Można. Wystarczy wziąć kamerę do ręki i nakręcić bezduszny film. Bo, proszę państwa, film został odarty z uczuć. Siedzi się i patrzy na ekran jak na jakieś pocztówki z przeszłości. Jedna, druga, trzecia… Film jest płaski, jakiś daleki, obcy. Miałam wrażenie, że reżyser John Kent Harrison chwycił za kamerę chwilę po tym, jak skończył kopać rowy. Zmęczony nie miał już sił, by sklejać ze sobą poszczególne sceny, by natchnąć grających bez wyrazu aktorów. Jedynie Danuta Stenka, którą uwielbiam nad życie, pokazała kunszt swojego aktorstwa. Ale dobremu warsztatowi nawet i reżyser z łopatą nie zagrozi. Stenka nie stękała. Stenka po prostu grała.

Podczas konferencji prasowej w Rzeszowie John Kent Harrison mówił, że film koncentruje się na emocjach, na życiu w getcie. Słucham? A pan wie, co to jest emocja? Czy obejrzał pan swój film, gdy już pan odpoczął po pracy? „Lista Schindlera” jest mistrzostwem świata przy pana tworze.

W ogóle dystrybutor przegiął reklamujące film zdaniem: uratowała dwa razy więcej ludzi niż Oskar Schindler. I jak to rozumieć? Czyli że Spielberg to pikuś przy Harrisonie? Czyli Oskar do pięt Irenie nie dorasta? Ludzie, przecież holocaust to nie zawody! Spielberg powinien wytoczyć proces dystrybutorowi za ten cios poniżej pasa. Takie czasy, sędziowie tylko czekają.

Nie mogłam przebić się też przez warstwę dźwiękową filmu. Podkłady głosowe — dubbing? — oddzielają grubą krechą to, co dzieje się na ekranie, od tego, co wpada do ucha. Miałam wrażenie, że aktorzy mówią sobie a muzom. A przecież wojna to strach, łzy, wściekłość, ból, tęsknota. Ale pan jest Amerykaninem, może pan tego nie wiedzieć. Książki tylko opisują, a przodkowie… opowiadają. Może tu jest pies pogrzebany? Może trzeba czuć, by opowiadać historię nie samymi obrazami, ale emocjami? Zrobił pan film dla Amerykanów, którzy holocaust zestawiają w jednym rzędzie ze zdrowym odżywianiem. Wystarczy tylko zmienić kanał w TV.

A może ja — jako Polka — zbyt wiele wiem o holocauście? Zbyt go czuję, mimo iż nie rozumiem? Wychowana na „Shoah” Clauda Lanzmanna znajduję w sobie zupełnie inne emocje niż produkowane w amerykańskich fabrykach. Być może. Dla mnie pocztówki to za mało.

Film "Dzieci Ireny Sendlerowej" jest jednym z większych polskich przedsięwzięć kinowych ostatnich lat. W tej amerykańsko-polskiej koprodukcji o budżecie ponad 38 mln złotych zaangażowano ponad 2 tys. statystów, a rekwizyty i kostiumy sprowadzane były z Polski, Anglii i Czech. W trakcie samej produkcji prawdziwym ewenementem okazało się zastosowanie naturalnych obiektów i wnętrz z epoki, a przez to brak konieczności jakże powszechnej i popularnej dzisiaj komputerowej ingerencji w końcową obróbkę obrazu. Dla zwiększenia autentyczności dzieła, zdjęcia realizowane były na ulicach Rygi, która do złudzenia przypomina okupacyjną Warszawę.
(o filmie)

Jedyne, co broni film Harrisona, to temat. Pamiętać o wielkich ludziach trzeba — jak i trzeba o nich opowiadać. Dla pokoleń, dla prawdy.

Instytut Yad Vashem w Jerozolimie przyznał Irenie Sendlerowej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Otrzymała honorowe obywatelstwo Izraela, odznaczono ją Orderem Orła Białego, została nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. Jak powiedział Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, ratowała nie tylko żydowskie dzieci, ale też duszę Europy. Zmarła 15 maja 2008 roku. Miała 98 lat.

poniedziałek, 28 września 2009

Porcupine Tree coraz bliżej

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą — Steven Wilson na pewno. Dokładnie za miesiąc, bo 28 października, Porcupine Tree zagra we Wrocławiu. Zaczynam odliczanie!


Porcupine Tree przyjedzie z koncertem promującym swój najnowszy album „The Incident”. Jak zabrzmi na żywo? Mam nadzieję, że co najmniej tak doskonale, jak poprzednie krążki brzmią w moim pokoju. Bo do dziesiątej już płyty w dorobku „jeżozwierzy” nie mogę się jeszcze przekonać. Piękna jest, fakt, ale nie przepiękna. Wcześniej, co Steven Wilson dotknął, zamieniało się w złoto. Czyżby tym razem przemiana potrzebowała czasu? Pewnie 29 października zmienię zdanie.

— Jestem już w tym biznesie tak długo i tyle zdążyłem wycierpieć, tyle przeżyłem załamań, tylu doznałem zawodów, że wiesz na pewno, iż nie tworzę muzyki z żadnego innego powodu niż z miłości do niej. Może to zabrzmi jak wyświechtany zwrot, ale nie interesuje mnie sukces dla sukcesu. Niespecjalnie jestem też zainteresowany pieniędzmi.

Wiem, że przez te lata zmieniłem się jako człowiek. Ba, zmieniłem się nawet od nagrania ostatniego albumu. Zmieniło się moje życie, zmieniły je filmy jakie oglądam, sposób w jaki słucham muzyki. Odmienia mnie to, co mi się przydarza. Suma tych składników powoduje zmianę we mnie i w muzyce, którą tworzę. Popycha ją na przód, poszerza, rozwija. Ale to nie tak, że ja sobie siedzę i wykrzykuję: „O, musimy się zmienić, trzeba przejść na wyższy poziom”. Ja ufam muzyce, pozwalam jej tworzyć się samej, oczywiście mając nadzieję, że zabrzmi inaczej i lepiej niż poprzednia. Ma w sobie rozpoznawalną markę, a jednocześnie niesie element świeżości, spojrzenia z nowej perspektywy. Dzieje się to bardziej intuicyjnie niż świadomie, chociaż zdaję sobie z tego sprawę.
(Steven Wilson dla Trójki)

"Trains" darzę ogromnym sentymentem:



"Arriving Somewhere But Not Here" to mój ukochany kawałek:



Przy "Heartattack in a Layby" zamieram:



> Kup bilet na koncert

niedziela, 27 września 2009

Mordowaliśmy się z sąsiadką na alei Przyjaciół

— Wolnoć, Tomku, w swoim domku! — tak mówią do siebie sąsiedzi na alei Przyjaciół w Olsztynie. Bo zgodzić się nie mogą. Każdy chce urządzić się po swojemu, co drugiemu nie odpowiada. Czy to aleja Nieprzyjaciół?


Paweł i Gaweł w jednym stali domu... Tak samo może zaczynać się historia sąsiadów na alei Przyjaciół w Olsztynie, którą mieszkańcy nazywają Aleją Przyjaciół i Nieprzyjaciół.
— W jednym domu mieszka trzech właścicieli — opowiada pan Janusz. — Nie ma tu wspólnot mieszkaniowych, więc każdy walczy o swoje. Jeden chce coś wyremontować, drugi z trzecim się nie dołożą, bo nie chcą. Ten pierwszy się denerwuje, bo chce mieszkać jak człowiek, inni mają mu za złe, że trzeba pieniądze wyłożyć. I tak konflikty się zaogniają. Siekiery mamy cały czas naostrzone!
— Mordowaliśmy się z sąsiadką — potwierdza pani Maria. — Ona na szczęście się wyprowadziła i teraz mamy spokój. Ale to, co się działo, przechodziło ludzkie pojęcie. Przykład? Mieliśmy psa, który był wysoki na trzydzieści centymetrów. Biegał po ogrodzie — jak to pies, był u siebie. Sąsiadka w gniew — dzwoni na policję, że pies szczeka przed ósmą rano. Mówi: przecież ten pies stwarza zagrożenie! Policja przyjeżdża, patrzy na zwierzaka... Taki pies stwarza zagrożenie? Trzydziestocentymetrowy? Ona też miała psa, ale jemu wszystko było wolno. Bo to jej pies — większy od naszego. Ale zdechł. Miała też kota Kazia. I co robił Kazio? Przechadzał się po posesji i nikt nie mógł mu zwrócić uwagi, że wchodzi nie tam gdzie trzeba. Kazio mógł paradować po ogrodzie, a nasz pies nie. Sąsiadka była nieznośna. Nasz sąsiedzki konflikt skończył się nawet w sądzie.

Ocieplenie z wyroku.
Pani Maria jako pierwsza z ulicy postanowiła ocieplić dom. Zimy coraz bardziej srogie, a dom nie młodszy — grzać trzeba.
— Zaproponowaliśmy, by wszystkie ściany ocieplić wspólnie — opowiada pani Maria. — Ale niestety — sąsiadka była przeciwna. Postanowiłam więc ocieplić tylko to, co moje. Wzięłam się do roboty i... zamiast pilnować fachowców, musiałam iść do sądu. Powód? Że ocieplam, bo mi zimno. Sześć lat się sprawa ciągnęła. W końcu sąd wydał wyrok, że trzeba ocieplić cały dom. Ale niestety — pełnego ocieplenia nie ma, wyróżnia się tylko moje. Tam gdzie mam pokoje, położyłam styropian, ale tam, gdzie jest klatka schodowa, nie ma nic — bo klatka jest wspólna. Ale sąsiadka — cwana. Gdy ocieplaliśmy, mówi: a może pani dociągnie do mojego okna? Żeby równo było. Nie było równo i nie będzie! Nie będę się w koszty wpędzała, by sąsiadce dobrze zrobić. I do dziś mój dom wygląda jak łaciata szkarada. Połowa ocieplona, połowa po staremu.
— Bo z sąsiadami to czasem lepiej na zdjęciach się wychodzi — dodaje pan Janusz. — Mech rośnie na dachu, ale nie ma komu zdjąć, bo nikt nie chce wyłożyć pieniędzy. Każdy też chce, by ktoś inny się tym zajął — byle nie on. A mech rośnie. Tak samo jest z tynkiem. Odpada. Jest komu się za to wziąć? Każdy tylko siedzi patrzy i stwierdza, że tynk odpada. Ale jak ma nie odpadać, skoro się go nie poprawi?

Za głośno.
Kruk krukowi oka nie wykole, ale sąsiad sąsiadowi dokuczyć potrafi.
— Sąsiadka lubiła wzywać na mnie policję — wspomina pani Maria. — Z rodziną śpiewałam „Miała matka syna, syna jedynego”. A dlaczego śpiewałam? Bo sąsiadka to stara panna z synem. Gdy przyjeżdżał patrol, wzruszałam ramionami: to ja w domu już nawet śpiewać nie mogę? Sąsiadka nie wytrzymywała. Na posesji obok domu każdy ma garaże. Ona odgradzała kamieniami swój, przez co nie mogłam dojechać do swojego. Koszmar. Na szczęście już się wyprowadziła. Ale ona to tylko przykład jak ludzie żyją na naszej ulicy.
— Swoją ulicę nazywamy aleją Przyjaciół i Nieprzyjaciół — mówi Małgorzata. — Bo mieszkają tu ci, co się lubią, ale też ci, co się czubią. Piękna okolica, jezioro za płotem, a ludzie — różnie z nimi bywa.
— Kiedyś oglądałem telewizję o godzinie 18 — wspomina Rafał. — Raptem policja puka do drzwi, że oglądam za głośno. Sąsiadka wezwała patrol, bo wytrzymać nie mogła. Nie pofatygowała, by mnie upomnieć, ale wezwała gliniarzy. A ja nie jestem głuchy, nie nastawiam telewizora na full! To jej coś w głowie się pomieszało. Ma czterdziestkę, więc nie powinna marudzić. Nawet grilla z rodziną nie możemy robić w ogrodzie, bo się krzywi, że dymi, śmierdzi, że się śmiejemy. Też za głośno. Ale tak się mieszka na alei Przyjaciół. Ludzie się kumplują, ale tylko gdy mieszkają od siebie w pewnej odległości. W jednym domu nie ma przyjaciół.

OPINIE:

Aneta Szpaderska, rzecznik olsztynskiego ratusza
— Wszystko, co się działo po roku ''89 zmierzało do tego, by państwo i instytucje jak najmniej ingerowały w życie obywateli. Dlatego też gmina szanuje prywatność mieszkańców Alei Przyjaciół. Na konflikty sąsiedzkie mają wpływ emocje, sympatie, antypatie — zazwyczaj bardzo osobiste rzeczy. Urząd Miasta nawet nie chce wydobywać tych niesnasek na światło dziennie. Myślę, że w tej kwestii niezbędna może okazać się pomoc mediatora. W Polsce mediacje nie są jeszcze popularne, bo ludzie źle interpretują pracę mediatora. Nie jest tak, że mediator sadza na przeciw siebie dwie zwaśnione strony i rozpamiętuje to, co było. Mediator patrzy w przyszłość i operuje faktami, na które skłócone osoby mają wpływ i które mogą zmienić na lepsze.

Anna Fic, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji
— Wiele lat temu na Alei Przyjaciół toczył się bardzo nagłośniony konflikt sąsiedzki. I dzisiaj konflikty — chociaż nie tak zaostrzone — cały czas mają miejsce. Mieszkańcy przychodzą do dzielnicowego ze skargami na swoich sąsiadów. A to, że ktoś źle postawił samochód, a to że zakłóca spokój. Powodem konfliktów jest to, że mieszkańcy dzielą ze sobą wspólny teren, czyli mają wspólną klatkę schodową lub posesję przed domem. Są właścicielami mieszkań — najczęściej trzech, czterech w budynku — a nie potrafią wytyczyć granic.

piątek, 25 września 2009

Iwona Pavlović wzięła ślub. W czerwonej sukni!

Poprosił ją do tańca? Na pewno poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. Iwona Pavlović 25 września 2009 roku w Olsztynie wyszła za mąż za Wojciecha Oświęcimskiego.


O godz. 17 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Olsztynie odbyła się ceremonia zaślubin znanej tancerki i jurorki "Tańca z gwiazdami”. Iwona Pavlović zaprezentowała się w specjalnie dla niej zaprojektowanej przez Ewę Minge czerwonej sukni.


— Wydawało mi się, że jestem świadomą, dorosłą kobietą, która ma dobrze poukładane w głowie. Taką, która ma swój system wartości, która idzie konsekwentnie raz obraną drogą. Aż znienacka dostałam obuchem w głowę. A właściwie — strzałą w serce. (...) Do głowy by mi nie przyszło, że mogę się jeszcze aż tak zakochać.


— Poczułam, że moje ciało zachowuje się inaczej. Zanim cokolwiek pomyślałam, ono już dało mi znać, że coś się dzieje. Denerwowałam się jak 15-latka. Coś mnie ścisnęło w brzuchu. Byłam tak onieśmielona, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Proszę sobie wyobrazić: czerwcowy wieczór, impreza w domku letniskowym u znajomych. On sportowo ubrany, wiatr we włosach. Wiedziałam, że muszę zostać.




> Obejrzyj inne zdjęcia ze ślubu

Cytowane wypowiedzi Iwony Pavlović z wywiadu dla Gali

czwartek, 24 września 2009

Ostrowska: Odrobina prowokacji

— Czuję pod skórą chęć do bycia wbrew czemuś — przyznaje Małgorzata Ostrowska, piosenkarka. — Dlatego kiedyś tak ostro się malowałam. Jak to przyjmowano? Napluto mi nawet raz pod nogi.


Kto nie zna „Szklanej pogody”? Jest ktoś taki? Małgorzaty Ostrowskiej też nie da się zapomnieć.

Gdy myślę Ostrowska, widzę... kosmiczny makijaż!
— O, to są dawne czasy! Być może wiele pań pomaluje się w ten sposób, ale przy tegorocznym sylwestrze będzie to interpretowane raczej jako zwrot ku latom osiemdziesiątym, a nie powrót do Ostrowskiej. Ale że wraca moda na te lata, więc mam nadzieję, że i ja się na to załapię. A skąd pomysł na makijaż? W tamtych czasach było szaro dookoła, więc robiłam wszystko — i nie tylko ja — by własny świat uczynić bardziej kolorowym. To był jeden ze sposobów. Pierwszy raz pomalowałam się tak w Holandii — jak pierwszy raz wyjechaliśmy z Lombardem zagranicę. Występowaliśmy wtedy w klubie, a że byłam na fali emocji oglądania kolorowego świata, więc pomyślałam, że makijaż będzie idealny na tamtą chwilę. I nie tylko.

Skusiła cię holenderska wolność i swoboda?
— Nie, ja wtedy tego tak nie odbierałam! Zresztą wtedy holenderskie zwyczaje nie rzucały się tak w oczy jak teraz. To kolorowość zachodniego świata wpłynęła na to, że w jakiś sposób chciałam zaznaczyć ją na sobie.

A nie obawiałaś się reakcji rodaków? Polska to jednak nie Holandia.
— Szczerze? Miałam ochotę trochę prowokować. Prawie każdy czuje pod skórą chęć do bycia wbrew czemuś. Ja i miałam, i cały czas mam tę chęć. Ale fakt — kiedyś reakcje były bardzo różne. W Polsce zawsze wszelakie odstępstwa od normy były szokiem. I jak jednym się podobało, tak inni reagowali negatywnie. A byli też tacy, którzy głośno wyrażali swoją opinię na ulicy. Gdy szłam ulicą, nie krępowali się i mówili mi, co myśleli — i to prawie prosto w twarz. Zdarzało mi się też, że pluto mi pod nogi! To akurat miało miejsce w Jałcie — jeszcze w Związku Radzieckim. Wtedy rzeczywiście miałam ochotę na odrobinę prowokacji. Wyruszyłam do miasta w pełnym makijażu i w skórzanym stroju. Ludzie wtedy rzeczywiście się za mną oglądali. Ktoś plunął, ale w sumie sama się o to prosiłam. Bo wyglądałam rzeczywiście prowokacyjnie.

Pomimo tych epizodów, makijaż przeszedł do historii...

— I cieszę się z tego!

Jak długo robiłaś sobie makijaż?
— To były czasy, kiedy na koncert jeździliśmy ze swoim sprzętem nagłośnieniowym. Bo wszystko trzeba było wozić ze sobą. I by się rozstawić, przyjeżdżaliśmy dużo wcześniej. Kiedy miałam z półtorej godziny do koncertu, musiałam coś ze sobą zrobić. A że ten czas miałam dla siebie, więc siadałam w garderobie i malowałam oko. Robiłam to sama, bo wtedy nie było makijażystów i stylistów. W ogóle nie korzystało się z usług takich ludzi, bo ich nie było. To teraz nastąpiła wielka rewolucja.

A jak zrobić dobry makijaż?

— Bardzo istotne jest, by dobrać odpowiedni makijaż do twarzy. Ale to jest rada, którą można znaleźć w każdym poradniku. Wiadomo, że wąsko osadzone oczy trzeba poszerzyć. Wąskie twarze malujemy jasno, a twarze szerokie zwężamy. Ale z mojego punktu widzenia jedna rzecz jest bardzo ważna. Nie dawajmy się podporządkować temu, co każą nam robić styliści. Jeżeli chcemy utrzymać ogólnie obwiązujący kanon, proszę bardzo — można się malować wedle porad. Natomiast jeśli chcemy wyeksponować coś, co nam się w naszej twarzy podoba, wszystkie wskazówki biorą w łeb. Malujemy się tak, jak chcemy — podkreślając to, co uważamy, że warto uwydatnić. Ja na przykład mam dosyć dużo miejsca pod łukiem brwiowym — mam wysoko osadzone brwi. Uważam, że to mój atut.

Kiedyś nawet, by zmieścić makijaż, wygoliła pani część głowy!
— Tak, bo tak się artystycznie rozwinęłam, że potrzebowałam więcej miejsca.

Dzisiaj nie masz ochoty malować się jak kiedyś?
— Może i mam, ale wyglądałabym zupełnie inaczej niż kiedyś. Taki makijaż nie wyszedłby mi na dobre. Zmieniła mi się twarz, lata lecą. Jestem inna również wewnętrznie i lubię bardziej subtelne makijaże. Ale podobają mi się też bardzo mocne kolory — inne jednak niż kiedyś.

Zmieniłaś się ty, ale i twoja muzyka. Już nie ma drapieżnej Ostrowskiej...
— Na pewno jestem spokojniejsza. Muzyka łączy się z moją osobowością. To, co śpiewam i to, co maluję na twarzy, ma źródło w moim wnętrzu.

Czas zmienia nas. Kiedyś prowadziłaś sklep z ubiorami ze skóry, które sama projektowałaś. Można było kupić u ciebie pierwsze kwieciste „dzwony” w Poznaniu!
— To było wiele lat temu, lata dziewięćdziesiąte. A przecież tyle się wydarzyło w międzyczasie. Jednak ja od dawien dawna — od czasów szkoły — szyłam sobie ciuchy. A potem szyłam je i na scenę, i na co dzień. Robiłam nawet buty!

Buty? A jak się robi buty?
— Robiłam je tak, jak robili dawni szewcy. Mój dziadek zajmował się szewstwem, więc miałam maleńki wasztacik. Miałam kopyto ze swoim rozmiarem. To mi bardzo ułatwiało. Nakładałam więc kupioną skórę na nie i szyłem specjalnym szydłem. Kiedyś nie było łatwo dostać buty. A ja jeszcze mam taki rozmiar, że problemów było wiele. Mam rozmiar 35, więc było ciężko coś kupić. Nadal tak jest!

I nadal szyjesz?
— Owszem, maszyny do szycia stoją w domu, mam całą szafę materiału, mnóstwo pomysłów, ale czasu nie mam. Może kiedyś coś uszyję, ale nie wiem.

Kobietom w Polsce nie jest łatwo, a ty wróciłaś po dłuższej nieobecności na scenę. Jak przetrwałaś w polskim show biznesie, gdzie — jak wiadomo — trzeba mieć wytrzymały tyłek i twarde łokcie?
— Walkę lubię, ale do pewnego momentu. Jednak wiele razy schodziłam ze sceny, by nabrać sił, zająć się domem i rodziną. Lubię pracę fair, a nie uciekającą się do brzydkich posunięć. I — odpukać — udaje mi się zawsze wracać. Miejsce na rynku zawsze się dla mnie znajduje. Mama dużo szczęścia w życiu. Chyba nie jest najgorzej z moim śpiewaniem. (śmiech)

Ciekawi mnie twoja współpraca z muzykami Acid Drinkers... Chciałaś z nimi założyć kapelę! I co z tym pomysłem?
— A tak, był taki moment. Jako że obracam w kręgach rocka i popu, a ostatnio nawet i tylko popu, więc miałam ochotę nagrać coś ostrzejszego. Ale to tylko epizod.

O, chciałabym cię usłyszeć „na ostro”!
— To sobie włącz moje starsze nagrania. Nie wiem, czy ja w tej chwili mentalne potrzebuję ostrzejszych dźwięków. Owszem, zdarza mi się jeszcze takie granie, ale na zasadzie przygody.

Przygodą były też „Podróżach Pana Kleksa”, rock-opera „Jesus Christ Superstar” i musical „Pocałunek Kobiety-Pająka”.
Skąd aktorstwo? W śpiewaniu się nie spełniałaś?
— Nigdy jedno zajęcie nie daje w pełni spełnienia. Warto próbować. Moje przygody aktorskie traktuje z przymrużeniem oka.

Ale w „Podróżach...” dałaś się zapamiętać!
— Bo kreacja była fajna!

Myślałaś kiedyś o powrocie do zespołu Lombard?
— Myślałam może nie o powrocie, ale o wspólnych występach podczas jubileuszy. Myślałam o tym wiele lat, ale teraz już nie myślę, bo żadna propozycja nie padła. Tyle też złych słów się pojawiło, więc w tej chwili nie ma drogi powrotu.

Ale piosenki Lombardu śpiewasz na swoich koncertach.
— Tak, bo są to też moje piosenki z moimi tekstami. Lombard też je śpiewa, więc jesteśmy kwita.

wtorek, 22 września 2009

Carrefour robi klienta w trąbę

Tam cukierki rosną w torebce. Tam rośnie cena na rachunku. A potem rośnie ciśnienie. Niezapomniane doznania dla ciebie i twojego portfela. Gdzie? W Carrefourze!


Koleżanka D. zaciągnęła mnie do Carrefoura. Między innymi (zalety supermarketów) kupiłyśmy "krówki luz", więc sprzedawczyni wydrukowała wagę i kwotę do zapłaty: 4,59 zł. Nakleiła karteczkę na woreczku i z uśmiechem wręczyła: wasze krówki. A potem wydarzył się cud...

Kasjerka za pomocą zaczarowanej różdżki wybiła wyższą cenę na rachunku: 5,08 zł.

— Proszę nam wyjaśnić, jakim sposobem ta cena podrosła? — podchodzimy do działu obsługi klienta.
— A co się stało?
— Na krówkach wybita jest niższa, a kasa zażądała wyższej kwoty.
— To coś z wagą jest nie tak.
— Nie z wagą, z ceną!
— No tak, cena jest inna, bo waga jest inna.
— Nie, waga jest taka sama, to cena podskoczyła. Pani przy cukierkach wybiła maszyną jedną, a pani w kasie drugą. Jak to możliwe, że dwie maszyny w jednym sklepie nie są kompatybilne ze sobą?
— No bo przy cukierkach waga była inna, a przy kasie inna. To i cena jest inna, jak waga się zmieniła.
— To te cukierki urosły? Cena i owszem, ale cukierki ważą tyle samo!
— ??
— Pani przy cukierkach wybiła cenę, która nie zgadza się z ceną na rachunku. Te ceny są inne, proszę pani. I to nie na naszą korzyść. Na korzyść sklepu. Nie chodzi o wysokość tej niezgodnej z prawem nadpłaty, ale o fakt. Czy tak można oszukiwać klienta?

Pani oddała różnicę. Czy zrozumiała zagadkę? Ale jakie mają być te sklepowe, skoro w takich sklepach pracują?

Sklep — jak wiemy z czasów PZPR i PRL — Stój, kliencie, lub ewentualnie poproś. Do dnia dzisiejszego niewiele się zmieniło, może poza tym, że towaru dużo, a ludzi na niego nie stać.
(z Nonsensopedii)

Ktoś zauważy, upomni się o swoje, a tysiąc osób nawet nie zerknie na rachunek. A Carrefour składa na kupkę, składa. A ta rośnie i rośnie!

poniedziałek, 21 września 2009

Odlotowe latawce, ale mniej odlotowa promocja

Podczas I Festiwalu Latawców w niebo wzbiły się kolorowe latawce. Ale czy impreza wybiła Olsztyn ponad szeregi innych miast? Wybiła, nie wybiła — amatorów latania wzniosła w powietrze na pewno.


Olsztyńskie niebo nie widziało jeszcze tylu latawców naraz. Bez względu na wiek, każdy mógł wziąć udział w fantastycznej zabawie i realizować swoje marzenie o władaniu przestrzenią. To pierwszy krok do oderwania się od ziemi i urzeczywistnienia największego marzenia człowieka o lataniu.

Latawiec nie potrzebuje wiatru. Jeśli nie wieje, wystarczy się rozpędzić — wtedy latawiec szybuje po niebie. Ale w tej zabawie najważniejszy jest czas spędzony nad stołem modelarskim i wspólna zabawa na świeżym powietrzu. Szkoda, że w Olsztynie nie królowały latawce zrobione własnoręcznie. Każdy miał podobny i pewnie „made in China”. Niemniej jednak czuło się wolność w powietrzu — to po pierwsze. Po drugie — ludzie fantastycznie się bawili. Rodzinnie, więc razem. Czyli że latawce łączą.

Olsztyński festiwal to nie jedyna tego typu impreza w Polsce. Latawce sławią m.in. Gdańsk, Sochaczew, Darłowo, Dąbie, Wrocław, Kadyny, Płock. W latanie bawią się więc miasta duże i małe. W czym wyróżniła się warmińska impreza? Może koncertem Maryli Rodowicz? (zobacz zdjęcia z koncertu)

Festiwal Latawców to jeden z elementów strategii promocji Olsztyna, która kosztowała ok. 180 tys. zł. Na ile wypromuje Olsztyn? Czas pokaże. A może potrzebne są dobre wiatry? Niezadowoleni z takiej promocji wytykają brak odniesienia do tożsamości kulturowej regionu. Mówią, że taki festiwal może być realizowany w każdym innym mieście. Racja, ale czy wszystko musi być nastawione na reklamę? Przecież najważniejsza jest zabawa, a tej nie brakowało. Stawiam więc wielki plus. Ale i stawiam minus — bo jak święto latawców miałoby wybić Olsztyn w kraju? Dorabianie ideologii do tak banalnej imprezy jest niepotrzebne.

Festiwal cieszył wszystkich 19 września.

niedziela, 20 września 2009

Biljana Srbljanović lubi bunt eleganckich dam

Krystian Lupa teatralnego oskara otrzymał w tym roku. Biljana Srbljanović dwa lata wcześniej. Ceniona serbska dramatopisarka gościła w Olsztynie podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Demoludy.

Biljana w Olsztynie właściwie pojawiła się przez przypadek. Bo przecież przypadki chodzą po ludziach i odczuł to na własnej skórze szef Demoludów — Marcin Zawada. Podczas Premio Europa per il Teatro we Wrocławiu, kiedy to wyróżniono Krystiana Lupę, pił kawę na rynku z Goranem Injacem — teatrologiem i slawistą. Rozmawiali oczywiście o Demoludach, a pomysły mieszały się z kofeiną. Marcin przyznał, że marzy mu się przyjazd Biljany do Olsztyna i że pewnie trudno będzie ją ściągnąć, a co dopiero spotkać. To kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi, jeździ wszędzie, więc o Olsztynie nawet nie pomyśli. I traf chciał, że Biljana była akurat we Wrocławiu i… stała nieopodal. Podbiegli, dobili targu i tym sposobem autorka została gościem specjalnym Demoludów.

Kim dla bałkańskiego kina jest Emir Kusturica, tym dla teatru Biljana Srbljanović. Swoi traktują ją prawie jak Franza Kawkę, bo pisze to, co jest dla nich przykre.

Przeciwna bombardowaniom i reżimowi Milosevicia, naraża się hołdującym zasadzie „własnego gniazda się nie kala” nacjonalistom, którzy uznali ją za zdrajczynię i ochrzcili mianem „włoskiej dziwki”. Ale jak tu nie być przeciwną, skoro powietrze wokół jest zepsute, a Serbowie zachowują się tak, jakby łechtało ich nosy? Tak traktuje się Biljanę, uznaną swego czasu za objawienie współczesnego dramatu. Rację miał chyba serbski pisarz, który rzekł: „w takim kraju jak nasz, jeśli człowiek jest coś wart, musi być zdrajcą”. A Srbljanović warta jest wiele. Usiłując zmierzyć się z atakami na jej osobę odpowiada na pytanie kim jestem?: „nie chcę być poza i krytykować własny kraj, który kocham. Mam problem z patriotyzmem, który jest we mnie, po prostu nie rozumiem tego. Kocham mojego przyjaciela, moją matkę, ale nie kocham każdej cząstki ziemi, na której żyję”. I to jest w porządku.
(W Serbii czyli nigdzie)

Niestety spotkanie z Biljaną Srbljanović nie porwało tłumów. Po pierwsze niewiele osób przyszło. Ale jak ludzie mieli przyjść, skoro teatr nie promował spotkania? Na dobrą sprawę wiedzieli tylko wtajemniczeni. Po drugie problemem okazali się prowadzący spotkanie tłumacze, którzy – tak pochłonięci rozmową ze sobą – tłumaczyli piąte przez dziesiąte. Tak świetnie się dogadywali, że najwidoczniej zapomnieli, że widownia ni w ząb nie zna serbskiego. A posłuchać by chciała. Przetłumaczone wypowiedzi Biljany były często wyrwane z kontekstu.


Spotkanie skupiło się m.in. na dramacie „Upadek” prezentowanym podczas towarzyszących festiwalowi czytań performatywnych.
— Sztuka miała swoją premierę dwa dni po upadku rządów Miloszevića — wspominała autorka. — Musieliśmy zamknąć teatr, bo na zewnątrz nie było jeszcze spokojnie. Widownia też była podzielona na zwolenników i przeciwników tekstu. Ale właśnie najbardziej cenię to w teatrze, że potrafi sprowokować nawet najbardziej elegancko ubraną damę do głośnego wyrażenia swojego sprzeciwu.

Niewiele mogę cytować Biljany. A pewnie w tak drobnej posturce skrywa ogromny bagaż doświadczeń. Dlatego posłużę się wywiadem kolegi Romana Pawłowskiego.

Biljana opowiada o wojnie.

Wojna wybuchła, kiedy zaczynałam studia. Budynki mojego uniwersytetu w Belgradzie położone są naprzeciw autostrady biegnącej na północny zachód, czyli na tereny objęte wojną. Codziennie z okien widzieliśmy czołgi i ciężarówki z żołnierzami jadące na front. Z kolei dom moich rodziców położony jest na peryferiach Belgradu, niedaleko wielkiego wojskowego szpitala, do którego codziennie helikoptery przywoziły rannych. Chcąc nie chcąc, znalazłam się więc w samym środku wojny. Tak było z moją generacją, która nie miała żadnego wpływu na wojnę. Przywykliśmy do widoku żołnierzy jadących na front i ciał wracających z frontu. Dopiero kiedy wojna się skończyła, zrozumieliśmy, co się stało.

(…)

W 1991 roku, kiedy konflikt się zaczynał, ojciec postanowił, że mimo wszystko pojedziemy nad morze. Z Belgradu do Istrii jest 700 km, po drodze zatrzymywały nas posterunki wojskowe, było ich coraz więcej. Policjanci chorwaccy byli zaszokowani, że ktoś na belgradzkich tablicach wybrał się w takiej chwili na wakacje. W końcu na jednym posterunku policjant kazał ojcu wysiąść z auta, tata cały spocony ze strachu wysiadł i zobaczył martwego ptaka, który wbił się w naszą tablicę rejestracyjną. "Wy, Serbowie, zawsze musicie zabić coś chorwackiego, nawet gdy jest to ptak" — powiedział policjant i zawrócił nas do Belgradu. Przez dziesięć lat rodzice nie wyjechali ani razu na wakacje, postanowili, że skoro nie mogą jechać nad "ich" morze, nie pojadą nigdzie.

(…)

Moją największą stratą jest to, że dotąd nie mam dziecka. Miałam 20 lat, kiedy wojna się zaczęła, to nie był dobry moment na urodzenie. Wojna trwała, robiłam się coraz starsza. Kiedy skończyłam 29 lat, zdecydowałam się — muszę urodzić teraz, zanim przekroczę trzydziestkę. Wtedy zaczęły się naloty NATO na Belgrad. Moja bliska przyjaciółka rodziła w szpitalu, który został zbombardowany. Nie możesz mieć dzieci, kiedy nie ma elektryczności, z nieba lecą bomby, brakuje leków. Potem przyszła rewolucja, wydawało się, że zbiorę trochę pieniędzy, kupię mieszkanie i urodzę dziecko. Ale to się nie stało. Może nie byłam wystarczająco odważna. Tak czy inaczej moje nienarodzone dziecko jest jedną z ofiar tej wojny. Żałuję, bo świat nie zmieni się od sztuk teatralnych. Mogą go zmienić tylko nowi ludzie. Ale chyba jest za późno.

Dowiedz się więcej:
Festiwal Demoludy
Kręte drogi serbskiej tożsamości w twórczości Biljany Srbljanović

sobota, 19 września 2009

Aleja Ofiar Kaczyńskich

17 września Prezydent Lech Kaczyński otworzył w Olsztynie… aleję Ofiar Kaczyńskich. Samokrytyka? O fakcie poinformował „Dziennik Gazeta Prawna”.


— Polska stała się ofiarą dwóch agresorów — mówił Lech Kaczyński. Przed południem podobne słowa wypowiedział w Olsztynie podczas uroczystości otwarcia alei Ofiar Kaczyńskich — pisze „Dziennika Gazety Prawnej”.

Głodnemu chleb na myśli?

Freud by zapewne powiedział: Nasze namiętności często stają się naszymi nieszczęściami.

Wpadka dziennika znalazła się na 5 stronie gazety. Anna Nalewajk i Marcin Graczyk opisują wizytę Lecha Kaczyńskiego w Olsztynie. Prezydent otworzył aleję Ofiar Katyńskich. W ten sposób upamiętnił bestialski mord polskich oficerów w Katyniu.

Korekta zrobiła więc głowie państwa psikusa!

Przeczytaj:
Za 1,50 zł do sądu

piątek, 18 września 2009

Karolina Wajda: Zwierzęta sprowadzają mnie na ziemię

— Gdy miałam pięć lat, dostałam konia na biegunach, który nazywał się Kary. On mi potem towarzyszył we wszystkich moich podróżach wyobraźni. Zaprzęgałam go do mojego łóżka i tym przejeżdżałam wszystkie ogrody i krainy fantazji — zdradza Karolina Wajda. — Od zawsze uwielbiałam konie.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Karolina Wajda przypomina mi do złudzenia swoją matkę Beatę Tyszkiewicz. Ile ma z ojca, Andrzeja Wajdy? Też pewnie wiele. Szkoda tylko, że jako córka sławnych rodziców, cały czas stoi w ich tle. Czego by w życiu nie zrobiła, zawsze będzie „tą Tyszkiewicz i Wajdy”.

Mieszka pani w domu we wsi Głuchy pod Warszawą, w którym urodził się Kamil Cyprian Norwid. Czuje pani ducha poety?
— Im jestem starsza, tym bardziej doceniam to, że mieszkam w domu jego narodzin. Jednak dla mnie był to zawsze przede wszystkim mój dom. Może dlatego że został kupiony rok przed moim narodzeniem, więc to w nim się wychowywałam, bawiłam i dojrzewałam. Dlatego też dziwiłam się jako dziecko, gdy wszyscy mówili: o, to jest dom Norwida! Ale teraz — z biegiem czasu — wiem o poecie więcej, rozumiem już jego poezję i dom nabrał dla mnie innego znaczenia. Miło jest mieszkać z poczuciem, że mój dom był również dla poety oazą bezpieczeństwa i szczęśliwego dzieciństwa. Na pewno potem wracał do niego myślami — tym bardziej, że życia nie miał łatwego. Dom jest zamknięty dla zwiedzających, ale ludzie przychodzą, pytają, opowiadają.

I pewnie nadziwić się nie mogą.
— To dwór osiemnastowieczny, modrzewiowy, wymagający ciągłej i troskliwej opieki. Ale tę opiekę traktuję jak misję. Dom nie jest przedmiotem, ale partnerem w życiu. Traktuję go jak schronienie. Jest szalenie ważnym dla mnie miejscem, więc nie tylko muszę się nim opiekować, ale chcę.

Ma pani swój dom, swoje konie...

— Bardzo kocham konie! Teraz mam ich około piętnastu. One są częścią mojego życia. Już od najwcześniejszych lat moje zabawy krążyły wokół tych zwierząt. Pamiętam, że gdy miałam pięć lat, na Boże Narodzenie dostałam konia na biegunach, który nazywał się Kary. On mi potem towarzyszył we wszystkich moich podróżach wyobraźni. Zaprzęgałam go do mojego łóżka i tym przejeżdżałam wszystkie ogrody i krainy fantazji. Całymi dniami siedziałam zamknięta w pokoju i tak właśnie podróżowałam z Karym. Od zawsze uwielbiałam konie i nawet nie wiem, skąd się ta miłość wzięła. To jak oddychanie, jedzenie, radość z życia. Uczucie do koni przyszło mi bardzo naturalnie i jest dla mnie oczywiste.

Czyli świetnie się pani rozumie ze zwierzętami. Dlatego w Olsztynie prowadziła pani spotkanie wspierające Fundację Eulalii Wojnicz.
— Bardzo lubię zwierzęta. Uważam, że to nasi młodsi bracia i ludzie powinni się nimi opiekować. Każdy mądry i odpowiedzialny człowiek powinien opiekować się zwierzakiem. Niektórzy rodzą się i wiedzą, że będą pomagali dzieciom, a ja od dawna czułam, że muszę się opiekować zwierzętami. One są bezpieczne, nie dają nigdy mylnych sygnałów. Są bezpośrednie. Zwierzęta są mi też potrzebne do zachowania równowagi. Świadomość, że jestem za nie odpowiedzialna, jest mi wręcz niezbędna w życiu. To daje mi dużą siłę. Kiedy przez chwilę zatracę proporcje między tym, co jest ważne a nieważne, zwierzęta swoimi potrzebami i ich bezpośredniością sprowadzają mnie na ziemię. Sprawiają, że cały czas muszę wypełniać swoją rolę.

Czyli wiele łączy panią z Eulalią.
Odwiedzam Eulalię i jej zwierzęta. Mazury to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Korzystam z gościnności jej pięknego pensjonatu, gdzie rano budzą mnie gęsi i przez cały dzień mogę wśród pagórków obserwować zwierzęta, którymi się opiekuje jej fundacja.

Odnoszę wrażenie, że i pani ma wiele zwierząt pod swoim dachem.
— Najchętniej miałabym więcej niż mam! Zdałam sobie jednak sprawę, że mam zbyt wiele zajęć, by zajmować się wszystkimi. Skoncentrowałam się tylko na tych, które już mam. Uważam, że posiadanie zwierząt, kiedy się nie ma dla nich czasu, jest bez sensu. A i tak mam ich całą masę — oczywiście konie, pięć owczarków kaukaskich, dwa dogi kanaryjskie, trzy koty i papugę.

Gadatliwą?
— Teoretycznie mogłaby się nauczyć, ale nie ma ochoty i nic nie gada.

Ceni też pani kury.
— Tak, bo kury są wspaniałe! Cenię je za ich fantastyczne stosunki społeczno-rodzinne. Ludzie, niestety, traktują kury bardzo instrumentalnie. A one są cudownie rodzinne, mają ściśle zachowaną hierarchię w swoich grupach. Bywają też piękne. Jednak najciekawsze dla mnie jest obserwowanie ich relacji między grupami i pojedynczymi egzemplarzami. Zachowują się niesamowicie! Ciekawi mnie też zachowanie kwoki, która wychowuje swoje młode. To wszystko jest bardzo interesujące. Moje kury potrafią na przykład gonić kota, który złapie mysz. One chcą mu tę mysz zabrać i zjeść!

Wiele czasu poświęca pani swoim podopiecznym. A czy pomogły one jakoś w rzuceniu palenia?
— Nie mają nic z tym wspólnego. Tę decyzję podjęłam sama, mimo iż długo we mnie dojrzewała. O rzuceniu palenia myślałam już dawno temu. Nawet moi pracownicy przestali palić, więc stali się dla mnie bodźcem. Uznałam, że skoro oni nie palą, to wstyd, że ja nie mogę rzucić. Tak, pomogła mi świadomość, że nikt wokół mnie nie pali, więc zawzięłam się i przestałam. Pierwszy raz o rzuceniu palenia pomyślałam z okazji moich czterdziestych urodzin. Chciałam coś dla siebie zrobić, ale musiało to jeszcze trochę poczekać zanim postanowienie wcieliłam w życie. I cieszę się teraz, że pozbyłam się nałogu. Mam nadzieję, że nie wróci!

Może właśnie warto o tym wszystkim mówić, by potem nie złamać danego słowa.
— Ja akurat nie liczę się z opinią innych w takich kwestiach. Najważniejsza jest świadomość, jak ja się czuję bez papierosa. A zdecydowanie jest mi teraz lepiej.

I pomyśleć, że zaczęła pani palić w wieku piętnastu lat. Nie za wcześnie?
— To chyba normalne! Wszyscy palacze tak wcześnie zaczynają. Papieros był przepustką — chciałam znaleźć się w grupie uprzywilejowanej, która siedziała zamknięta w toalecie na przerwach w szkole.

I to pani się podobało? Zamknięcie w toalecie z innymi?
— Było to miejsce nie formalnych spotkań uczniów i nauczycieli. Jak się nie paliło, nie było powodu, by z nimi siedzieć. Z papierosem do toalety było już łatwiej wejść.

Rodzice się nie krzywili, że tak wcześnie zaczęła pani palić?
— Oni nic nie wiedzieli! Sprytnie się ukrywałam.

Przeczytaj też:
Tyszkiewicz: Nie wysyłam smsów

czwartek, 17 września 2009

Katyń w Kortowie, czyli pamięć o ofiarach w sercu juwenaliów

Z czym kojarzy się olsztyńskim studentom Górka Kortowska? Z juwenaliami, szaleństwem, piciem i siusianiem. Politycy idą krok dalej — w tym miejscu ustanowili Aleję Ofiar Katyńskich. O zgrozo!

Do Olsztyna na okoliczność otwarcia Alei Ofiar Katyńskich przyjechał prezydent Lech Kaczyński. Odsłonił na Górce Kortowskiej tablicę "ku pamięci" i posadził pamiątkowy dąb. Cała aleja ma liczyć aż 26 młodych drzewek. Na każdym z nich umieszczono tabliczkę z nazwiskiem jednej z ofiar zbrodni.

— Kiedyś na masowych grobach polskich oficerów Rosjanie posadzili drzewa, by zatrzeć ślady zbrodni. Nasze dęby mają być symbolem pamięci — mówi prof. Norbert Kasparek.
— Ja na to, żeby wykrzyczeć swój ból i mówić o Katyniu, musiałam czekać 50 lat. A żeby posadzić dąb mojemu ojcu, prawie 70 lat — mówi Mirosława Aleksandrowicz, której ojciec zginął w Katyniu.
(Olsztyn: Lech Kaczyński otworzył Aleję Ofiar Katyńskich)

Niech no tylko przyjdzie maj i Kortowiada. Co się wtedy dzieje na Górce Kortowskiej? Młodzi szaleją, tańczą, piją i śpiewają. A co dzieje się na chodniku, który od dziś jest Aleją Ofiar Katyńskich? Właśnie tam studenci załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Co więc stanie się z 26 dębami? Będą rosły jak na drożdżach — zdrowo i dorodnie. Czy o to chodziło?

Pijany student nie jest sentymentalny. Pijany student myśli błyskawicznie — jak zamek błyskawiczny. Byle szybciej sobie ulżyć i iść dalej w tan.

Dziwię się politykom. Dlaczego wybrali akurat takie miejsce na czczenie pamięci ofiar z Katynia?

Ale przynajmniej dziennikarze będą mieli temat. Już widzę czołówki, że studenci nie szanują miejsca pamięci. Że je olewają.

Ale kto jest temu winien? Czy aby na pewno student? W końcu to jego teren. Podczas Kortowiady przede wszystkim. Może lać, gdzie popadnie — dosłownie. Kto był, ten wie, czym to pachnie.

środa, 16 września 2009

Szczuka: Telewizja to harówa

— Literatura kobieca daje odpowiedź na pytanie, jak sobie radzić, gdy wypadnie się z rynku erotycznego — przyznaje Kazimiera Szczuka. — Kobieta po czterdziestce staje się przezroczysta, a w książce jej opowieść się dopiero zaczyna.

Fajna z niej babka. Kiedy rozmawiałyśmy, piła kawę i jadła ciasto. Palcami. Każdy okruszek nabierała na opuszek i smakowała. A na początku spotkania spojrzała na mnie krzywym okiem: przecież ja muszę autoryzować tę rozmowę! Złapałam się za głowę, bo w redakcji czekają z gazetą, a Kazia Szczuka chce czytać i analizować. Nie dziwię się — wiele osiągnęła i ma prawo do kontroli własnych wypowiedzi. Głupia nie jest, więc ma prawo obawiać się nierzetelnych dziennikarzy. Takie prawo. Na szczęście po rozmowie zmiękła.
— I jak się umawiamy z autoryzacją?
— Nie trzeba. Będzie ok.
Mam nadzieję, że jest ok.

Uznawana jest pani za autorytet. Do czego to dzisiaj zobowiązuje?
— Autorytet? To za dużo powiedziane! Wszystko zależy przecież od tego, jak rozumiemy dzisiaj to słowo.

A jak pani je rozumie?
— Mamy autorytety, które dla wszystkich są wielkie i wspaniałe. Są z góry ustanowione. Ale jak się przyjrzeć — nie każdy się pod nimi podpisze. Ostanie badania pokazują, że Jurek Owsiak i Kuba Wojewódzki są wzorami dla młodych ludzi. Ludzie wskazują przede wszystkim na medialne osobistości. Niestety — prawdziwi mędrcy nie docierają do młodych ludzi. A może młodzi nie potrafią do nich dotrzeć. Dla mnie autorytetem jest prof. Maria Janion i prof. Barbara Skarga. To są profesorki z wielkim dorobkiem i bogatą biografią. Wchodzą tu też w grę kwestie etyczne i emocjonalne. Autorytetem musi być niezwykły człowiek, który osiągnął sukces, a jednocześnie jest człowiekiem prawym i moralnym. Autorytet powinien być duchowym nauczycielem. Oczywiście profesor Janion czy Skarga nie chcą być guru! One mają do tego dystans, bo są intelektualistkami. O autorytecie świadczy też odruch — kiedy nie wiadomo, co zrobić, pytamy się w duchu: a co by zrobił człowiek, którego cenię? Ja się do tej ligi nie zaliczam — mogę być lubiana, popularna, znienawidzona. Cieszę się jednak z tego, że dziewczyny, które lubią czytać, zaglądają też czasami do moich publikacji. Może nawet myślą: ciekawe, co by Szczuka zrobiła na moim miejscu… Ale to początek! To jest też paradoks medialnej popularności. Bo dzisiaj niestety autorytety zostały zastąpione przez medialność.

Niektórzy znają panią tylko z telewizji i poznają jeszcze bardziej — jest pani „kołem ratunkowym” w „Milionerach”. Występuje pani właśnie jako autorytet!
— Moja rola w programie jest niewielka. Występuję, ale czy jako autorytet? Górnolotnie można to tak nazwać.

Czyli, że im częściej pokazujemy się w mediach, tym bardziej jesteśmy uważani? Tędy droga?
— Zszokował mnie ranking, który stawia Kubę Wojewódzkiego czy Szymona Majewskego na piedestał. Jurek Owsiak zasłużył sobie na to miano, bo jest człowiekiem otwartym, tolerancyjnym, stawia na wspólnotę. To są wartości. A co z Kubą Wojewódzkim? Jakie niesie wartości? Można się od niego nauczyć, że dobrze jest być bystrym i inteligentnym. I tyle. Oczywiście lubię Kubę, nie chcę o nim mówić źle. Problemem raczej jest to, że my, ludzie, przestaliśmy szanować wykształcenie humanistyczne.

Ale humaniści „nie sprzedają się” w telewizji.
— Zgadza się, etos inteligencji strasznie się ostatnio zdegradował. Nie ma już misji. Po 1989 roku intelektualiści zostali nędzarzami, a ludzie nie szanują tych, którzy nie zarabiają pieniędzy.

Czyli sięgamy po to, co zarabia na siebie? Wzięcie ma dziś Katarzyna Grochola i Małgorzata Kalicińska, czyli literatura łatwa i przyjemna.
— Napisać bestseller jednak nie jest łatwo. Ja dla tych autorek byłabym akurat miła. To jest pisanie popularne, ku pokrzepieniu serc. To pisanie, które nie odrywa od rzeczywistości jak Harlequin, czyli wirowanie w ramionach hrabiego. Tu jest duży ładunek emancypacji. Ta literatura jest o nas i dla nas. To jest też odpowiedź na pytanie, jak sobie radzić, gdy wypadnie się z rynku erotycznego. Kobieta po czterdziestce staje się przezroczysta, a w książce jej opowieść się dopiero zaczyna — jak u Kalicińskiej. A u Grocholi nagrodą za emancypację jest facet. Książka „Trzepot skrzydeł” to powieść o przemocy domowej i trafia do emocji kobiet. To naprawdę jest dobra książka o mechanizmie uzależnienia od sprawcy. Ale nie jest to prosty masochizm — to mądra psychologiczna proza. Ja się cieszę, jak kobiety zarabiają piórem! Cieszę się też, jak czytają! I przyznajmy — to kobiety najwięcej czytają.

Jesteśmy mądrzejsze od mężczyzn?
— Świat jest dla nas trudniejszy i przez to lubimy chować się w fantazjach. Ale przez dwadzieścia lat wolności te fantazje też się zmieniły. One są bliższe realności. Dzisiejsza proza czyni kobietę podmiotem działania, a nie czekania na faceta. Książki uczą pewnych zachowań.

Czyli pisarki są dzisiaj autorytetami.
— Są, oczywiście. Współczesna proza kobieca zasługuję na bardzo dobrą ocenę. Prezentuje naprawdę ważne wartości, których potrzebuje kobieta.

Kazimiera Szczuka też ma swoją wartość. Pracowała pani lata na swoją pozycję, a dziś zdobywa popularność w mediach. Ale jak się nie dać sprzedać i zachować swój dorobek, a jednocześnie zarabiać? Bo jednak zarabia pani dzięki telewizji.
— Aż tak dużo nie zarabiam, bo nie mam teraz swojego programu. Były programy książkowe, potem teleturniej „Najsłabsze ogniwo”. Ale to było dla mnie szalenie wyczerpujące. Gdy jest się celebrytą telewizyjnym, trudno jest realizować swoje intelektualne aspiracje. Może ja jestem nadmiernie wrażliwa na to? Rzemiosło telewizyjne to potworna harówa. Tylko zwierz medialny ma to do siebie, że po nim nie widzi się zmęczenia. Popularność plus praca nad programem strasznie męczą, naprawdę.

Ale gwiazdorstwo nie uderzyło pani do głowy.
— O to musiałaby pani zapytać moich znajomych!

W „Playboyu” się pani nie rozebrała.
— Ależ nie! Umówmy się, że są granice! Nie wystąpiłam nawet w reklamie jeansów i nigdy bym takiej propozycji nie przyjęła. Przyznam, że miałam dużo takich zachęt, ale stawiam sobie wspomniane granice. Po prostu trzeba sobie mówić nie. Ale muszę też zaznaczyć fakt, że poszłam do telewizji jako osoba, która miała już swój zawód.

I dziś pracuje pani na dwie ręce.
— Inaczej sobie nie wyobrażam.

wtorek, 15 września 2009

Demoludy poszły w ruch

Przez żołądek do serca? W takim klimacie rozpoczął się Międzynarodowy Festiwal Teatralny Demoludy. Czyli że pierwsze koty za płoty.

By zachęcić widzów do oglądania spektakli, teatr Jaracza na dzień dobry zaserwował festyn i darmowy koncert na teatralnym dziedzińcu. Hasłem przewodnim były oczywiście Bałkany – jako że w tym roku Demoludy sięgają do krajów byłej Jugosławii.

Nikt nie spodziewał się takich tłumów. Przynętą zapewne okazała się degustacja tradycyjnych potraw bałkańskich i otwarte mistrzostwa Warmii i Mazur w balote – pradawną, ale wciąż popularną grę. Francuzi mówią na to bule, Polacy grają w kulki, a ci znad Adriatyku grają właśnie w balote.

Grali też na scenie – rockowo i skocznie Kuśka Brothers, a jazzowo Aron Blum Balkan Stetl Orkestar. Koncert nazwany Poliż Balkan Mjuzik łączył bałkańskie rytmy przefiltrowane przez słowiańskie dusze.

Największą atrakcją okazał się jednak pchli targ, czyli buvljak. Organizatorzy nazwali to „teatralnym mydłem i powidłem” i trafili w dziesiątkę. Wyprzedawali sceniczne rekwizyty, dekoracje i teatralne stroje. Można było kupić gliniane matki boskie (5 zł sztuka), maszynę do szycia Marka Hłaski (10 zł), habit (20 zł), styropianowego konia (100 zł), olbrzymią replikę radia Pionier wymiarów porządnego segmentu i angielską budkę telefoniczną (800 zł). Chętnych nie brakowało.

Oto subiektywna wizja pierwszego dnia:


> Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie


poniedziałek, 14 września 2009

Ten krążek, złoty krążek: Polacy mistrzami Europy!

Z naszych siatkarzy to złote chłopaki! Pobili w finale 3:1 Francję. Teraz każdy Polak ma tylko jedno na języku. A niby milczenie jest złotem...


Janek: Polska mistrzem Europy jest!
Monika: A ja myślałam, że Chrystusem narodów.

No, skoro puszczasz oko, Moniko, niech będzie Twoim językiem. Prawie zmartwychwstanie — nie udało się chłopakom Huberta Wagnera, ale udało się siatkarzom Daniela Castellaniego.

Polacy zostali mistrzami Europy, Paweł Zagumny (były gracz AZS-u Olsztyn) najlepszym rozgrywającym, a Piotr Gruszka najlepszym siatkarzem starego kontynentu. Wow!

Piotr Gruszka huknął raz, huknął drugi. Wszyscy Francuzi leżeli już na boisku plackiem w poszukiwaniu piłki. Nie znaleźli jej, meczbola nie obronili. Kiedy zbija Gruszka, piłka ucieka daleko.
(ME siatkarzy. Polacy mistrzami Europy)

Zdjęcia z www.sport.pl i www.dziennik.pl

niedziela, 13 września 2009

Faja dla małolata

Papierosów niepełnoletnim nie sprzedajemy. Doprawdy? Sprzedawcy patrzą na pieniądze, a nie wiek klientów. Biznes to biznes. A zdrowie i przepisy prawa?


Nasz klient, nasz pan? Sprawdzam w Olsztynie, że to powiedzenie ma się świetnie do kupna papierosów przez nastolatków. Wyruszamy w miasto, by kupić papierosy. Towarzyszy mi Kasia*, uczennica II klasy liceum i jej przyjaciel. Dziewczyna nie ma jeszcze dowodu. Zaczynamy na starówce — wchodzimy do małego sklepiku. Zaczyna się jazda!
— Poproszę papierosy — Kasia mówi pewnym głosem.
Sprzedawczyni podaje, prosi o zapłatę. Wkraczam do akcji.
— Pani tak bez dowodu? Skąd pani wie, czy ta dziewczyna ma 18 lat? — pytam z grubej rury.
— Ma. Przecież widać — sprzedawczyni idzie w zaparte.
— Widać? Tak pani ocenia wiek? Na wygląd?
— Mi się wydaje, że ma. I dowód też pewnie ma. A w ogóle to osoby niepełnoletnie nie mogą kupować tylko alkoholu. Papierosy możemy im sprzedawać.
— Możecie?
— Oczywiście. Takie jest prawo.
Wychodzimy z paczką papierosów. Punkt dla nas!

Metoda na kolegę.
W spożywczaku Kasia prosi o kolejną paczkę. Sprzedawczyni wykłada papierosy na ladę i wybija na kasie cenę. Czeka na zapłatę. Znów wkraczam do akcji.
— A czy ty masz osiemnaście lat? — udaję zatroskaną przypadkową klientkę.
— Masz osiemnastkę? — dopytuje sprzedawczyni.
— Nie...
— I chciała jej pani sprzedać papierosy? — dopytuję tym razem ja.
— My tak zaskakujemy znienacka. Najpierw naliczymy, a potem pytamy o dowód.
Ekspedientka ma refleks, błyskawicznie się tłumaczy. Już chcemy odejść, ale sklepowa trzyma rękę na pulsie. Papierosy nabite, a nie kupione!
— A ty masz dowód? — zachęca do kupna towarzysza Kasi.
— Mam, ale ja nie palę — kwituje chłopak.
Znów punkt dla nas. Gdybym się nie odzywała, Kasia miałaby drugą paczkę w kieszeni.

W kiosku łatwiej.
Podchodzimy do kiosku. Tym razem trzymam język za zębami. Kasia zamawia, płaci i odchodzi z paczką papierosów. Kioskarz pyta tylko o drobne. Kolejny punkt dla nas! Podchodzimy do kolejnego kiosku. Tu zaczynają się schody — Kasia musi pokazać dowód. Jest? Nie ma. Chyli głowę i odchodzi. Bez papierosów. Brawo dla kioskarza! Ale dalej nie jest już tak kolorowo. Znów interweniuję.
— Czy ta dziewczyna ma 18 lat? — zwracam się do kioskarki, która raptem prosi o dowód. — Dlaczego pani chciała sprzedać tej dziewczynie papierosy?
— Nie pomyślałam...
Punkt dla nas, Kasia włożyłaby do swojej torebki już czwartą paczkę. A chodzimy po mieście zaledwie kilkanaście minut!

Pochwała za uwagę.
Nęci nas reklama tanich papierosów, które oferuje warzywniak. Podchodzimy, Kasia kupuje. Nie ma problemu, sprzedawczyni nie żąda dowodu.
— Ale ja widzę na przy okienku pani kiosku napis: „STOP. Nie sprzedajemy wyrobów tytoniowych niepełnoletnim”. Wydaje mi się, że dziewczyna, która teraz kupuje, nie ma 18 lat. Dlaczego ma pani taki napis na szybce?
— Nie spojrzałam...
— Nie spojrzała pani?
— Ale dobrze, dobrze, dobrze — cieszy się sprzedawczyni, że ktoś zwrócił jej uwagę. — Bardzo dobrze, że pani się odezwała!
Mam nadzieję, że następnym razem ta pani spojrzy — jeśli nie na dowód, to przynajmniej w oczy młodemu klientowi. Punkt dla nas?

Jestem wredna.
Im większy sklep, tym trudniej. Kasjerki są przeszkolone, czy w ryzach trzyma je monitoring?
— Poproszę papierosy.
— A dowód jest?
— Nie ma.
— Ale jestem wredna — słyszymy. Punkt dla sklepu.
W kolejnym jest podobnie. Przepustką do świata nikotyny może być tylko dowód. Nie ma zmiłuj.
Naszą zabawę w podchody kończymy zwycięsko. Gdyby Kasia tylko chciała, mogłaby napalić się po uszy. Ale na szczęście nie pali...
Sklepikarze powinni trzymać się na baczności. W przyszłym tygodniu już nie my, ale policjanci wyruszą na przeszpiegi. Rusza bowiem Akcja Odpowiedzialnej Sprzedaży STOP 18! Wtedy konsekwencje będą poważniejsze. Za sprzedaż tytoniu nieletnim grozi 500 złotowy mandat lub wymierzona przez sąd grzywna — nawet do 5000 złotych. A ile kosztuje zdrowie dzieciaków?

* imię zostało zmienione :)

Jak bawiliśmy się w kupowanie fajek? Prawie wszystko uwieczniliśmy:

sobota, 12 września 2009

Cuda w kinie w Olsztynie

Co łączy strażaka z filmem? Strażak gasi pożary, a film światło. Dobry film musi też trzymać w napięciu. I trzyma!


Jest w Olsztynie jedno kino, które puszcza dobre filmy. Jest w Olsztynie kino, które właśnie z tego powodu musi na siebie zarabiać. Na jedną salę kinową przypadają trzy sale kawiarniane. Sztuka — pomimo wszystko — musi dobrze smakować.

Ale czy da się pogodzić dobre kino z dobrą kawą i herbatą? Ba — z dobrym klimatem?

Byłam na ciastku w Awangardzie — bo tak to kino się nazywa — i przysłuchałam się oto takiej rozmowie.

W sali kawiarnianej zazwyczaj panuje przyjemny półmrok. Ale są chwile, gdy psują wszystko komunistyczne jarzeniówki. Rażą po oczach.
— Czy można to światło jakoś zgasić? — zastanawiają się dwie kobietki siedzące przy stoliku obok.
— Naciśnij byle co, a pewnie zgasisz — mówi jedna do drugiej. — Tak to zazwyczaj działa.
— Lepiej zapytam personelu — wstaje i idzie do kasjerki biletowej. — Czy może pani zgasić to perfidne światło?
— Nie mogę.
— A dlaczego?
— Bo to światło jest kompatybilne z filmem na godz. 20.
— To tu taka technika? Światło jest powiązane z seansem?
— Tak, gdy film się włączy, światło się wyłączy.
— A nie da się tego obejść?
— Nie da się. Trzeba czekać na film.

Nie ma zmiłuj. Film rządzi — nawet, gdy klimat diabli biorą! Trzeba czekać... w napięciu.

PS. Film trzymający w napięciu nie zawsze wychodzi na zdrowie. Spięcie elektryczne było kiedyś powodem pożaru w Awangardzie. Pytanie: czy światło paliło się zbyt długo? Czy film nie zadziałał? Pech, wtedy seans odwołano, czyli światło nie wytrzymało.

piątek, 11 września 2009

Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie

Być, czy nie być? Być! Olsztyn na kilka wieczorów zamieni się w Bałkany. Jakim cudem? W teatrze wszystko jest możliwe. Zbliża się Międzynarodowy Festiwal „Demoludy”.

Dzwoni do mnie Hamlet i pyta, czy go przenocuję. Kręcę nosem, bo ze starym dziadem (ile on ma już lat?) nie chcę spać w jednym łóżku. Ale Hamlet to na szczęście gentleman i nie nalega. Chociaż trochę jest nieznośny — ciągle mi pisze, że odlicza dni i godziny do festiwalu. Że strasznie kręci go Słowenia, Serbia, Bośnia, Chorwacja. Nie tyle turystycznie, ile mentalnie. Ba — teatralnie!



Zapatrzeni w Zachód, straciliśmy siebie z oczu, nie podejrzewając, że możemy sobie wiele zaoferować. DEMOLUDY pozwalają odkryć i rozpoznać kulturę sąsiadujących narodów, określić podobieństwa i odmienności, a przede wszystkim wysłać sygnał duchowej transakcji wiązanej: na zgliszczach dawnego porządku i wobec unifikacyjnego wpływu zachodniej cywilizacji rozpoznajemy się jako wspólnoty ludzi, a nie hermetyczne zbiory społeczeństw. Ponad politycznymi grami państw i rządów, uczymy się języka człowieczeństwa, który - za sprawą sztuki - wyrasta ponad stereotypy i historyczne uprzedzenia.

Nazwę Festiwalu traktujemy z dystansem i humorem. To autoironiczny, wolny od resentymentów gest otwartości, wyzbyty obciążeń, skierowany zarówno do starszego, jak i młodego pokolenia. Z niegdysiejszej skazy, czynimy dzisiaj zaletę. Słowo „Demoludy" wypowiadane na początku XXI wieku, w globalnej wiosce, wśród gąszczu infostrad i cybernetycznych rewolucji, jest świadomą artykulacją sprzeciwu wobec tendencji kultury masowej, która wyzbywa człowieka pamięci i refleksji.
(strona "Demoludów")

Być, czy nie być? Takich pytań nie powinno się zadawać. Każdy Hamlet zna odpowiedź. Każdy Hamlet zarezerwował już bilet. Nie wierzysz?

Szalenie doceniam zaangażowanie organizatorów i troskę o gości spoza Olsztyna. Znalazłam na stronie przydatne informacje dotyczące noclegów i transportu. To wygodne. Czy Hamlet już skorzystał?

Bo Hamlet przecież w Olsztynie nie mieszka. Boi się urzędników i ścieżek rowerowych. Na szczęście na festiwal przyjedzie autobusem.

> Zobacz PROGRAM


czwartek, 10 września 2009

„Chamowa” nie ma w Olsztynie

Rozeszło się jak świeże bułeczki. „Chamowo” się rozeszło. W Olsztynie ani jednego egzemplarza bestselleru Mirona Białoszewskiego! To ludzie jednak czytają?


— Mają państwo „Chamowo”?
— A kogo?
— Białoszewskiego.
— Mirona?
— Dokładnie tak. Białoszewski miał na imię Miron.
— Nie mamy.

Tak wyglądała moja rozmowa w jednej z księgarni. Jak na tego typu sklep — dialog dosyć zabawny. Mogłam spytać, czy mają "Chamowo" Mickiewicza albo "Chamowo" Szymborskiej. Kto wie, może nawet swoje "Chamowo" napisał Lepper. Ale to moje "Chamowo" nazywa się już książką 2009 roku, a nawet dziesięciolecia. Chciałam się więc przekonać — to po pierwsze. A po drugie lubię Białoszewskiego. Mirona Białoszewskiego.

„Chamowa” nie kupiłam, bo w całym Olsztynie nie znalazłam ani jednego egzemplarza. Nawet w empiku zabrakło, a miły pan powiedział, że nie mogą nawet ściągnąć z innego salonu. Bo w całej Polsce „Chamowa” brak. Czekamy na dodruk?

A mówi się, że Polacy nie czytają książek.

38 procent Polaków przeczytało w ubiegłym roku przynajmniej jedną książkę. Pozostali nie sięgnęli po żaden tytuł. To najniższy wskaźnik czytelnictwa, odnotowany w historii badań, prowadzonych od 1992 roku.
(Polacy nie czytają książek)

Może książek nie czytają, ale Białoszewskiego wręcz połykają!

środa, 9 września 2009

Książka umiera? Google łapie ją w sieć

Cieszyć się, czy płakać? Google „wrzuca” książki do internetu. Zeskanowana literatura ma więc przewrócić świat do góry nogami. Ale tylko papierowa książka działa bez prądu!


Książki od lat cieszą czytelników. I co teraz? Koniec ery papierowej literatury?

Googlując, będziemy mogli w kilka sekund znaleźć informację o książce, obejrzeć jej okładkę, przeczytać spis treści, przeszukać ją pod kątem interesujących nas haseł, przeczytać fragmenty, a może i całość — jeśli zgodził się na to wydawca. Poszedł na to np. francuski koncern Michelin, który zgodził się na zamieszczenie w sieci swoich przewodników turystycznych w całości. Uważa on, że ludzie nie przestaną kupować przewodników papierowych, bo korzystają z nich głównie w podróży.

Te rachuby bronią się dziś, gdy bezprzewodowy dostęp do sieci dopiero raczkuje. A co, jeśli za kilkadziesiąt lat infrastruktura rozwinie się na tyle, że będziemy mogli błyskawicznie przeszukać taki przewodnik w telefonie komórkowym czy laptopie? Podczas postoju w lesie? Czy wtedy jeszcze będzie nam potrzebna wersja papierowa?

Tego boją się wydawcy. Książki nie zmieniają się od lat, to wydawcy decydują, kiedy i ile powinno ich być na półkach. Przeniesienie książki do sieci oznacza jej natychmiastową dewaluację (…). Każdy będzie mógł szybko i bez ograniczeń książkę powielać, przekazywać dalej albo nawet "poprawiać".

Zeskanowanie wszystkich tomów na świecie jest zadaniem dotąd niewyobrażalnym, ale kalifornijska spółka nie żałuje na to pieniędzy. Jej misją jest uporządkowanie całej informacji na planecie - "by wszystkim żyło się lepiej". A internet, choć ma setki milionów stron, zawiera zaledwie 15-20 proc. dostępnych na świecie informacji. Reszta znajduje się poza siecią.
(Google chce skanować książki i umieszczać w internecie)

Przed technologią nie da się uciec, ale na dwie babka wróżyła. Ci, co kochają czytać, kochać nie przestaną. Jednak trzeba iść z duchem czasu. Nie ma zmiłuj, człowiek XXI wieku lubi klikać. Internet powoli zastępuje wszystko — czy ktoś kiedyś pomyślał, że w sieci można kupić pralkę? Podejrzewam, że lata temu ludzie w głowę się pukali. Pralkę? Lodówkę? Książkę? A co z księgarniami? Póki co — nie zniknęły i chyba na siebie zarabiają. Bo ci, co czytać kochają, kochać nie przestają, a analfabetom nawet technika nie pomoże.

Internet pożera papier — nie tylko książki to czują. Gazety już zauważają spadek sprzedaży. Powód? Ludzie wybierają sieć, bo taniej i szybciej. Ale, szanowni państwo, dziennikarze muszą za coś żyć!

Wielu wydawców jest ciągle przekonanych, że tylko papier jest się liczy, a internet postrzegają jako produkt zastępczy dla papieru, jako dodatek a nie jako strategiczną przestrzeń pierwszej wagi. Niektórzy z nich myślą naiwnie w kategoriach gazety papierowej, a nie w kategoriach informacji jako produktu do sprzedania.

Media muszą dziś bardziej niż kiedykolwiek zainteresować się swoimi czytelnikami, coraz bardziej zainteresowanymi internetem, i na nowo odkryć społeczności, w tym lokalne. Nie chodzi tu tylko o produkowanie newsów i informacji praktycznej, lecz o ułatwienie dotarcia do nich. A ułatwić można również cytując z linkiem informacje z innych, nawet konkurencyjnych źródeł. Czy to ryzykowne? Tak, bo czytelnik może już nie wrócić.
(Krzysztof Urbanowicz, Web 2.0 jest nową i być może ostatnią szansą dla tradycyjnych mediów)

Ja do książek zawsze wracam. Ale, fakt, niektórych papier parzy w ręce. Google Books stanie się antidotum?

SONDA
Czy będziesz czytać książki w sieci?

tak
nie
czas pokaże

Zobacz:
books.google.pl

wtorek, 8 września 2009

"Zdarzeń" zderzenia z rzeczywistością

Festiwal sobie a muzom? O X Międzynarodowym Festiwalu Zdarzenia im. Józefa Szajny w Tczewie słów kilka.


Teatr jest dla ludzi, ale ludzie nie mogą zderzyć się ze "Zdarzeniami". Na spektaklach X edycji festiwalu pojawiają się widzowie z plakietkami - zaproszeni goście, artyści i wolontariusze. Nie ma nikogo z zewnątrz, z miasta, z ulicy - a jeśli takie osoby się pojawiły, można było policzyć je na palcach jednej ręki. "Zdarzenia" dzieją się więc sobie a muzom?

Cały Tczew rozplakatowany - każdy przystanek opieczętowany programem festiwalu. Problem jednak w tym, że plakaty te spełniają jedynie funkcję informacyjną o odbywającej się w mieście imprezie teatralnej. Ani słowem nie wspomniano o tym, że wstęp na wszystkie spektakle i instalacje jest wolny. Mieszkańcy nie wiedzą, że "Zdarzenia" są dla nich. Mają wrażenie, że jest to impreza elitarna i zamknięta na klucz. I nie jest to informacja wyssana z palca, bo pytam przypadkowe osoby, czym są "Zdarzenia". Co słyszę? Że "jakieś teatry zjechały". Oczywiście nie każdy musi od razu być teatromanem, ale odpowiedzi się powtarzają. Ba - nikt nie wie, że może bez zaproszenia wejść na salę, zająć miejsce i obejrzeć sztukę. Tczewianie wręcz się jej boją, nazywając ją produktem z wyższej półki, do której nawet nie dorastają. Czy teatr jest więc dla ludzi?

Wielkie miasta mają to do siebie, że ludzie pojawiają się w teatrach z potrzeby ducha albo potrzeby rozrywki. W mniejszych miejscowościach nie ma wyrobionej chęci oglądania spektakli. Nawet X edycja "Zdarzeń" nie rozpala zainteresowania sztuką. Wolontariusze dumnie noszą festiwalowe koszulki, a nie potrafią zainteresować spektaklami. Na pytania o czym są przedstawienia, wzruszają ramionami i podają do wglądu program z opisami. Umiesz liczyć? Licz na siebie!

A teatr jest dla ludzi, bo mówi przecież o ludziach. Brzmi banalnie, ale młodość ma to do siebie, że lubi zaglądać w dusze, patrzeć prosto w oczy i wskazywać palcem. A "Zdarzenia" to festiwal młodych artystów, którzy do Tczewa zjeżdżają z całej Europy, by zaprezentować swoje zainteresowania. X edycja prezentuje w konkursie dziewięć spektakli i dziesięć instalacji plastycznych. Każda prezentacja wykorzystuje różne stylistyki wypowiedzi artystycznej. Nie brakuje też imprez towarzyszących - projektów laureatów poprzednich edycji. Jest więc w czym wybierać.

Co młodzi mają do powiedzenia podczas festiwalu? Można spytać inaczej - co mają do pokazania? Wspólnym mianownikiem większości staje się bowiem forma spychająca treść na drugi plan. Młodzi sięgają po ruch i obraz - m.in. Spitfire Company w spektaklu "World of condemned" miesza taniec, pantomimę i malowanie obrazu na żywo przez Jana Miko. Podobnie jest w industrialnym "Incubator" Grupy Teatralnej 14. Nie brakuje też cyrkowej pantomimy w "Najbrzydszej kobiecie świata" z warszawskiej Akademii Teatralnej Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Ta sama szkoła prezentuje też etiudę "Kindershafe" odgrywaną symultanicznie w dwóch planach - lalkowym i ludzkim. Na dwie ręce grają również dziewczyny z Amsterdamu prezentujące projekt "Two beautifull Polish Artists". Artystki zainspirowane koncertami rockowymi - poprzez niekonwencjonalny taniec - obnażają stereotypy polskich artystów.

Na ile spektakle porywają, na ile są zabawą, a na ile zaczynem wielkiego talentu? "Zdarzenia" są festiwalem, który nie jest "być albo nie być" dla młodych. Tu debiutujący artyści rozmawiają ze sobą za pomocą sztuki, wymieniają się pomysłami, zapatrywaniami i nadziejami. A widzom - którzy jednak (niestety) w większości są z branży - pokazują, w którą stronę idzie teatr i w jakiej formie rodzi się w artyście. A na ile jest to właściwa droga, pokaże czas, a nie festiwalowy występ. By zajść wysoko, trzeba najpierw nauczyć się chodzić. "Zdarzenia" pokazują więc pierwsze kroki debiutantów, ale śledzą też dokonania tych, którzy w Tczewie właśnie raczkowali. "Zdarzenia" to swoisty dialog młodych początkujących, młodych dojrzewających i młodych dojrzałych. To dialog, który zdarzyć się musi. Dlatego to festiwal ciekawy - prolog tego, co można oglądać na innych imprezach - już dojrzałych, prezentujących zawodowe zdarzenia artystyczne. Bo - jak twierdzi Jan Peszek - w "Zdarzeniach" zawsze zdarza się coś, co skłania do refleksji, porównań i planów, coś, co pozwala wierzyć w ich sens, mimo głosów malkontentów o elitarności wydarzeń w Tczewie. No, ale właśnie elity bywają zaczątkiem istotnych zjawisk w sztuce, a owe zaczątki tworzą się w procesach długich i mozolnych.