Słodkiego miłego życia? Chyba nastały nam gorzkie czasy, bo cukier znika ze sklepowych półek. Im mniej go w sklepach, tym większą mamy na niego ochotę. Zakazany owoc?
Cukier drożeje i rośnie też apetyt na niego. A teraz niby wszystkiego mamy pod dostatkiem. Tylko dlaczego dzisiejsze czasy przypominają mi te sprzed lat? Wszystkim ma być po równo — sklepy wprowadzają ograniczenia zakupowe. Bo ludzie z obawy przed suszą cukrową rzucają się jak hieny — wynoszą ze sklepów ile mogą. Szlaban! Nie kupisz więc już worka cukru... Nawet jeśli masz pieniądze. Chociaż — te pieniądze też topnieją jak cukier w herbacie, bo ceny słodkiego rosną, oj rosną.
I wzrost, i pustki na półkach skomentuję krótko. O tak:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sklep. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sklep. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 marca 2011
czwartek, 2 grudnia 2010
Jak Praktiker przeprasza klienta
Wielka sieć kontra mały klient? Z tej mąki raczej chleba nie będzie, ale wyjątki zaskakują. Praktiker podchodzi praktycznie do kupującego — aby wrócił z portfelem, a nie siał nienawiść wśród znajomych. A wszystkiemu winien… akumulator.
Zimę odczuwają przede wszystkim samochody — zwłaszcza te ze słabymi akumulatorami. Co więc najlepiej zrobić, aby polepszyć sobie sytuację? Kupić nowy akumulator! Tym sposobem wybieram się z koleżanką na zakupy do olsztyńskiego Praktikera. Obsługuje nas bardzo niemiły blondyn. Wskazuje akumulator, który mamy kupić i tyle mamy radochy z jego pomocy. Czyżby wyznawał zasadę, że baba za kółkiem powinna radzić sobie sama? Nawet w sklepie?
— Pomoże nam pan zanieść akumulator do kasy?
— To sklep samoobsługowy. Trzeba było wziąć wózek.
— Ale wózka nie ma. Pomoże pan?
— Nie.
Przy kasie z akumulatora zaczyna sączyć się ciecz. Kapie na kurtkę koleżanki — na rękaw. Wypala się biała plama przypominająca wielki smark. Fu! Koleżanka myśli: woda to czy kwas? Smakuje: kwas! Nie ma innej możliwości: język staje jej kołkiem, rękaw nie zachęca, a klient stojący obok przestrzega, że już po kurtce... Że zaraz wypali się dziura.
Na szczęście pani przy kasie jest miła, podaje szmatkę do wytarcia i radzi, żeby wezwać menedżera. Sprawę trzeba wyjaśnić, aby nie pozostał niesmak, aby nie narobić kwasu. Zgadzamy się. Pani dzwoni:
— Klientka skarży się, że sprzedajemy wadliwy towar. Kwas z akumulatora wylał się jej na kurtkę. Skąd wie, że to kwas? Posmakowała!
Pojawia się menedżer. Patrzy na nas trochę spode łba…
— Ta kurtka kosztowała 300 zł, a teraz nie nadaje się do noszenia — podkreśla koleżanka. — I akumulator, który u was kupuję, też się do niczego nie nadaje.
Wraz z menedżerem pojawia się niemiły blondyn. Biedny, musi teraz nosić akumulator… Trochę mu to nie w smak, bo nie planował dźwigać, a teraz musi. Nie śmiej się dziadku!
Menedżer okazuje się milszy od swojego pracownika:
— Praktiker w ramach przeprosin odejmie wartość kurtki od ceny wartościowego akumulatora. Pasuje?
Pasuje.
Rachunek: 49 zł, czyli nowy akumulator i stara kurtka obsmarkana przez kwas.
Wniosek: jak to dobrze, że czasy PRL-u odeszły w zapomnienie. Że na powiedzenie „nasz klient, nasz pan” mam niezbite dowody. Jestem mile zaskoczona. Koleżanka też. Poszkodowany czuje się niestety tylko rękaw. Ale na szczęście Praktiker ma asa w rękawie — dba o swoje dobre imię.
PS. Jak to było w reklamie? "Praktiker. Da radę!"
Zimę odczuwają przede wszystkim samochody — zwłaszcza te ze słabymi akumulatorami. Co więc najlepiej zrobić, aby polepszyć sobie sytuację? Kupić nowy akumulator! Tym sposobem wybieram się z koleżanką na zakupy do olsztyńskiego Praktikera. Obsługuje nas bardzo niemiły blondyn. Wskazuje akumulator, który mamy kupić i tyle mamy radochy z jego pomocy. Czyżby wyznawał zasadę, że baba za kółkiem powinna radzić sobie sama? Nawet w sklepie?
— Pomoże nam pan zanieść akumulator do kasy?
— To sklep samoobsługowy. Trzeba było wziąć wózek.
— Ale wózka nie ma. Pomoże pan?
— Nie.
Przy kasie z akumulatora zaczyna sączyć się ciecz. Kapie na kurtkę koleżanki — na rękaw. Wypala się biała plama przypominająca wielki smark. Fu! Koleżanka myśli: woda to czy kwas? Smakuje: kwas! Nie ma innej możliwości: język staje jej kołkiem, rękaw nie zachęca, a klient stojący obok przestrzega, że już po kurtce... Że zaraz wypali się dziura.
Na szczęście pani przy kasie jest miła, podaje szmatkę do wytarcia i radzi, żeby wezwać menedżera. Sprawę trzeba wyjaśnić, aby nie pozostał niesmak, aby nie narobić kwasu. Zgadzamy się. Pani dzwoni:
— Klientka skarży się, że sprzedajemy wadliwy towar. Kwas z akumulatora wylał się jej na kurtkę. Skąd wie, że to kwas? Posmakowała!
Pojawia się menedżer. Patrzy na nas trochę spode łba…
— Ta kurtka kosztowała 300 zł, a teraz nie nadaje się do noszenia — podkreśla koleżanka. — I akumulator, który u was kupuję, też się do niczego nie nadaje.
Wraz z menedżerem pojawia się niemiły blondyn. Biedny, musi teraz nosić akumulator… Trochę mu to nie w smak, bo nie planował dźwigać, a teraz musi. Nie śmiej się dziadku!
Menedżer okazuje się milszy od swojego pracownika:
— Praktiker w ramach przeprosin odejmie wartość kurtki od ceny wartościowego akumulatora. Pasuje?
Pasuje.
Rachunek: 49 zł, czyli nowy akumulator i stara kurtka obsmarkana przez kwas.
Wniosek: jak to dobrze, że czasy PRL-u odeszły w zapomnienie. Że na powiedzenie „nasz klient, nasz pan” mam niezbite dowody. Jestem mile zaskoczona. Koleżanka też. Poszkodowany czuje się niestety tylko rękaw. Ale na szczęście Praktiker ma asa w rękawie — dba o swoje dobre imię.
PS. Jak to było w reklamie? "Praktiker. Da radę!"
wtorek, 1 grudnia 2009
Polszczyzna "made in china"
wtorek, 20 października 2009
Tracę zaufanie do herbaty Lipton
Prezenty dostają tylko ci, którzy się mogą zrewanżować. Święta prawda — wizyta w supermarkecie to tylko potwierdza. Chcesz dostać więcej herbaty Lipton? Zapłać za gratis.

Czy ktoś mi wytłumaczy? Nie rozumiem. Jak Bóg mi świadkiem — pojąć nie mogę! Żyję na świecie już kilka dobrych (bardzo dobrych) lat i nie pojmuję słowa „promocja”. Zawsze myślałam, że to opłacalna okazja — mój portfel zyskuje, sprzedawca albo producent kłania się w pas i zachęca do kupna. Coś za coś. Chce mnie rozkochać, przyzwyczaić, a jeśli dobrze pójdzie — uzależnić. Jeśli robi to w białych rękawiczkach — zgoda.
Herbatę Lipton pijam, bo lubię. Fakt — przyzwyczaiłam się, może nawet się rozkochałam (na tyle, na ile w torebce ekspresowej można się zakochać). I właśnie sprawa mojego niezrozumienia tej herbaty się tyczy.
Hipermarket Real. Aleja z herbatami. Jedna półka ugina się od kartonów, w których gniecie się 100 herbat. Cena — 13,99 zł.
Półka niżej — takie same pudełko, ale ulepszone — w środku znajduje się 12% więcej tych samych herbat. Wielkimi literami dopisane: W PREZENCIE. Cena — 15,69 zł.
I właśnie tego nie rozumiem! Za prezenty trzeba płacić? Zaglądam do encyklopedii, która tłumaczy mi znaczenie słowa PREZENT. To podarunek wręczany drugiej osobie przy różnych okazjach. (…) Czasem można go otrzymać bez okazji.
Dlaczego więc muszę dopłacać za 12%, które można nazwać nie tyle prezentem, ile promocją, okazją, gratisem?
Kto zawinił? Lipton gra klientom na nosie? A może hipermarket wykorzystuje ludzką głupotę i nabija sobie kasę?
Czy ktoś mi to wyjaśni? Bo ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego mam płacić za prezent. Za 1,70 zł to ja sobie kupię coca colę na smak. O!
Do marki Lipton — tracę zaufanie.
Do marki Real — tracę za ufanie.
Ufam sobie. Nie przepłacam.

Czy ktoś mi wytłumaczy? Nie rozumiem. Jak Bóg mi świadkiem — pojąć nie mogę! Żyję na świecie już kilka dobrych (bardzo dobrych) lat i nie pojmuję słowa „promocja”. Zawsze myślałam, że to opłacalna okazja — mój portfel zyskuje, sprzedawca albo producent kłania się w pas i zachęca do kupna. Coś za coś. Chce mnie rozkochać, przyzwyczaić, a jeśli dobrze pójdzie — uzależnić. Jeśli robi to w białych rękawiczkach — zgoda.
Herbatę Lipton pijam, bo lubię. Fakt — przyzwyczaiłam się, może nawet się rozkochałam (na tyle, na ile w torebce ekspresowej można się zakochać). I właśnie sprawa mojego niezrozumienia tej herbaty się tyczy.
Hipermarket Real. Aleja z herbatami. Jedna półka ugina się od kartonów, w których gniecie się 100 herbat. Cena — 13,99 zł.
Półka niżej — takie same pudełko, ale ulepszone — w środku znajduje się 12% więcej tych samych herbat. Wielkimi literami dopisane: W PREZENCIE. Cena — 15,69 zł.
I właśnie tego nie rozumiem! Za prezenty trzeba płacić? Zaglądam do encyklopedii, która tłumaczy mi znaczenie słowa PREZENT. To podarunek wręczany drugiej osobie przy różnych okazjach. (…) Czasem można go otrzymać bez okazji.
Dlaczego więc muszę dopłacać za 12%, które można nazwać nie tyle prezentem, ile promocją, okazją, gratisem?
Kto zawinił? Lipton gra klientom na nosie? A może hipermarket wykorzystuje ludzką głupotę i nabija sobie kasę?
Czy ktoś mi to wyjaśni? Bo ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego mam płacić za prezent. Za 1,70 zł to ja sobie kupię coca colę na smak. O!
Do marki Lipton — tracę zaufanie.
Do marki Real — tracę za ufanie.
Ufam sobie. Nie przepłacam.
środa, 7 października 2009
Komu bije dzwon? O tym, jak ochrona nie reaguje na alarm
Grunt to ochrona. Grunt to spokój. A co w chwili, gdy ochrona zawodzi, a spokój zagłusza wyjący alarm? Z pomocą przychodzi znane powiedzenie: umiesz liczyć, licz na siebie!

Nagle bum! Olsztyn, Jaroty, ul. Wilczyńskiego. Zaczyna wyć alarm w odzieżowym sklepie Dario Moda. Wyje, wyje, wyje. Ludzie uszy zatykają, a syrena jak sama się włączyła, tak sama nie chce się wyłączyć.
Stoję ze znajomymi na pobliskim przystanku, gdzie się spotkaliśmy. Rozmawiamy, gawędzimy. Mija jeden kwadrans, drugi, a alarm jęczy jak zaklęty. Ile można? Nerwy mi się kończą, więc zaczynam działać. Przecież cisza nocna obowiązuje od godz. 22, a tu pisk przeraźliwy, że umarłego by obudził! Ludzi trzeba szanować! Postanawiam zadzwonić do firmy, która niby ten budynek chroni. Niby, bo żadna ochrona nie nadjechała od chwili alarmowego bumu. Chyba że firma-widmo.
Naklejka na szybie mówi, że budynek chroni Wulkan. Dzwonię na podany numer, ale po drugiej stronie słuchawki wita mnie niekończący się sygnał. Ani dyżurnego, ani automatycznej sekretarki nie słyszę.
Alarm drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
Dzwonię raz jeszcze — może dyżurny akurat kawę sobie parzył, może sikał? Cisza jednak jak makiem zasiał. Nawet ludzi z Wilczyńskiego wywiało. Tylko jakaś para stoi za sklepem na górce, za śmietnikiem. Nóżka podparta o barierkę, spokój wypisany na twarzy. Ciemno jest, ale z ich postawy to właśnie wyczytuję. Myślę: jakieś małżeństwo wyszło, by sobie popatrzeć na wyjące migające światełko. Fakt, ładne. Odcień pomarańczy na tle granatu nieba wygląda sympatycznie. A może interesuje ich nasza trójka? Może myślą, że stoimy na czatach, a ktoś plądruje sklep? Może czekają na atrakcje?
Alarm drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
Mogę włamać się do sklepu, wynieść skarpetki i uciec. Wystarczy tylko zbić szybkę. Nie biję, dzwonię na policję. Ludzi trzeba szanować. Tu dyżurny zgłasza się błyskawicznie i mówi, że za kilka chwil nadjedzie patrol. Czekam.
Przed policją przyjeżdża jakaś blondyna. Wybiega ze srebrnej limuzyny — chyba szefowa sklepu. Obca baba nie miałaby aż takich wypieków na twarzy. Gdy wysiada, kobieta z podpartą nóżką o barierkę woła:
— Wyłącz to cholerstwo!
Chyba się znają. Rodzina? Nasza-klasa?
Blondyna wpada do sklepu, a alarm jak wył, tak wyje. Na dodatek włącza się drugi. Duet. W tym momencie przyjeżdża radiowóz. Chłopcy idą blondynie z pomocą, ale alarm drze się jak szalony. Pięć minut się męczą, może sześć. W końcu wygrywają z techniką, wybija godz. 23 i alarm idzie spać.
Blondyna wychodzi ze sklepu, podbiega do niej kobieta od barierki:
— I co?
— No nie mogłam wyłączyć.
— To jak ci się udało?
— Naciskałam tak długo aż się wyłączyło.
Bingo! W szaleństwie jest jednak metoda.
Wzruszam ramionami i postanawiam iść do domu. Muszę wejść po schodach i minąć pana, który cały czas stoi przy barierce i z uwagą się przygląda całej sytuacji. Gdy jestem bliżej, dostrzegam napis na jego plecach: OCHRONA. Za nim stoi samochód z naklejką WULKAN. Fantastycznie! Czyli tak pracuje firma ochroniarska? Stoi i czeka na szefową?
Wulkan tryska energią.
Alarm już nie drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
PS. Pozdrawiam Tomasza, który prosił mnie o ciepłe słowo dokładnie w tym miejscu — nie wyżej, nie niżej. Ściskam też Dankę, by nie poczuła się zignorowana. Prywata? Nie, świadkowie tej absurdalnej sytuacji.
Nagle bum! Olsztyn, Jaroty, ul. Wilczyńskiego. Zaczyna wyć alarm w odzieżowym sklepie Dario Moda. Wyje, wyje, wyje. Ludzie uszy zatykają, a syrena jak sama się włączyła, tak sama nie chce się wyłączyć.
Stoję ze znajomymi na pobliskim przystanku, gdzie się spotkaliśmy. Rozmawiamy, gawędzimy. Mija jeden kwadrans, drugi, a alarm jęczy jak zaklęty. Ile można? Nerwy mi się kończą, więc zaczynam działać. Przecież cisza nocna obowiązuje od godz. 22, a tu pisk przeraźliwy, że umarłego by obudził! Ludzi trzeba szanować! Postanawiam zadzwonić do firmy, która niby ten budynek chroni. Niby, bo żadna ochrona nie nadjechała od chwili alarmowego bumu. Chyba że firma-widmo.
Naklejka na szybie mówi, że budynek chroni Wulkan. Dzwonię na podany numer, ale po drugiej stronie słuchawki wita mnie niekończący się sygnał. Ani dyżurnego, ani automatycznej sekretarki nie słyszę.
Alarm drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
Dzwonię raz jeszcze — może dyżurny akurat kawę sobie parzył, może sikał? Cisza jednak jak makiem zasiał. Nawet ludzi z Wilczyńskiego wywiało. Tylko jakaś para stoi za sklepem na górce, za śmietnikiem. Nóżka podparta o barierkę, spokój wypisany na twarzy. Ciemno jest, ale z ich postawy to właśnie wyczytuję. Myślę: jakieś małżeństwo wyszło, by sobie popatrzeć na wyjące migające światełko. Fakt, ładne. Odcień pomarańczy na tle granatu nieba wygląda sympatycznie. A może interesuje ich nasza trójka? Może myślą, że stoimy na czatach, a ktoś plądruje sklep? Może czekają na atrakcje?
Alarm drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
Mogę włamać się do sklepu, wynieść skarpetki i uciec. Wystarczy tylko zbić szybkę. Nie biję, dzwonię na policję. Ludzi trzeba szanować. Tu dyżurny zgłasza się błyskawicznie i mówi, że za kilka chwil nadjedzie patrol. Czekam.
Przed policją przyjeżdża jakaś blondyna. Wybiega ze srebrnej limuzyny — chyba szefowa sklepu. Obca baba nie miałaby aż takich wypieków na twarzy. Gdy wysiada, kobieta z podpartą nóżką o barierkę woła:
— Wyłącz to cholerstwo!
Chyba się znają. Rodzina? Nasza-klasa?
Blondyna wpada do sklepu, a alarm jak wył, tak wyje. Na dodatek włącza się drugi. Duet. W tym momencie przyjeżdża radiowóz. Chłopcy idą blondynie z pomocą, ale alarm drze się jak szalony. Pięć minut się męczą, może sześć. W końcu wygrywają z techniką, wybija godz. 23 i alarm idzie spać.
Blondyna wychodzi ze sklepu, podbiega do niej kobieta od barierki:
— I co?
— No nie mogłam wyłączyć.
— To jak ci się udało?
— Naciskałam tak długo aż się wyłączyło.
Bingo! W szaleństwie jest jednak metoda.
Wzruszam ramionami i postanawiam iść do domu. Muszę wejść po schodach i minąć pana, który cały czas stoi przy barierce i z uwagą się przygląda całej sytuacji. Gdy jestem bliżej, dostrzegam napis na jego plecach: OCHRONA. Za nim stoi samochód z naklejką WULKAN. Fantastycznie! Czyli tak pracuje firma ochroniarska? Stoi i czeka na szefową?
Wulkan tryska energią.
Alarm już nie drze się wniebogłosy. A komu bije dzwon?
PS. Pozdrawiam Tomasza, który prosił mnie o ciepłe słowo dokładnie w tym miejscu — nie wyżej, nie niżej. Ściskam też Dankę, by nie poczuła się zignorowana. Prywata? Nie, świadkowie tej absurdalnej sytuacji.
wtorek, 22 września 2009
Carrefour robi klienta w trąbę
Tam cukierki rosną w torebce. Tam rośnie cena na rachunku. A potem rośnie ciśnienie. Niezapomniane doznania dla ciebie i twojego portfela. Gdzie? W Carrefourze!

Koleżanka D. zaciągnęła mnie do Carrefoura. Między innymi (zalety supermarketów) kupiłyśmy "krówki luz", więc sprzedawczyni wydrukowała wagę i kwotę do zapłaty: 4,59 zł. Nakleiła karteczkę na woreczku i z uśmiechem wręczyła: wasze krówki. A potem wydarzył się cud...
Kasjerka za pomocą zaczarowanej różdżki wybiła wyższą cenę na rachunku: 5,08 zł.
— Proszę nam wyjaśnić, jakim sposobem ta cena podrosła? — podchodzimy do działu obsługi klienta.
— A co się stało?
— Na krówkach wybita jest niższa, a kasa zażądała wyższej kwoty.
— To coś z wagą jest nie tak.
— Nie z wagą, z ceną!
— No tak, cena jest inna, bo waga jest inna.
— Nie, waga jest taka sama, to cena podskoczyła. Pani przy cukierkach wybiła maszyną jedną, a pani w kasie drugą. Jak to możliwe, że dwie maszyny w jednym sklepie nie są kompatybilne ze sobą?
— No bo przy cukierkach waga była inna, a przy kasie inna. To i cena jest inna, jak waga się zmieniła.
— To te cukierki urosły? Cena i owszem, ale cukierki ważą tyle samo!
— ??
— Pani przy cukierkach wybiła cenę, która nie zgadza się z ceną na rachunku. Te ceny są inne, proszę pani. I to nie na naszą korzyść. Na korzyść sklepu. Nie chodzi o wysokość tej niezgodnej z prawem nadpłaty, ale o fakt. Czy tak można oszukiwać klienta?
Pani oddała różnicę. Czy zrozumiała zagadkę? Ale jakie mają być te sklepowe, skoro w takich sklepach pracują?
Ktoś zauważy, upomni się o swoje, a tysiąc osób nawet nie zerknie na rachunek. A Carrefour składa na kupkę, składa. A ta rośnie i rośnie!
Koleżanka D. zaciągnęła mnie do Carrefoura. Między innymi (zalety supermarketów) kupiłyśmy "krówki luz", więc sprzedawczyni wydrukowała wagę i kwotę do zapłaty: 4,59 zł. Nakleiła karteczkę na woreczku i z uśmiechem wręczyła: wasze krówki. A potem wydarzył się cud...
Kasjerka za pomocą zaczarowanej różdżki wybiła wyższą cenę na rachunku: 5,08 zł.
— Proszę nam wyjaśnić, jakim sposobem ta cena podrosła? — podchodzimy do działu obsługi klienta.
— A co się stało?
— Na krówkach wybita jest niższa, a kasa zażądała wyższej kwoty.
— To coś z wagą jest nie tak.
— Nie z wagą, z ceną!
— No tak, cena jest inna, bo waga jest inna.
— Nie, waga jest taka sama, to cena podskoczyła. Pani przy cukierkach wybiła maszyną jedną, a pani w kasie drugą. Jak to możliwe, że dwie maszyny w jednym sklepie nie są kompatybilne ze sobą?
— No bo przy cukierkach waga była inna, a przy kasie inna. To i cena jest inna, jak waga się zmieniła.
— To te cukierki urosły? Cena i owszem, ale cukierki ważą tyle samo!
— ??
— Pani przy cukierkach wybiła cenę, która nie zgadza się z ceną na rachunku. Te ceny są inne, proszę pani. I to nie na naszą korzyść. Na korzyść sklepu. Nie chodzi o wysokość tej niezgodnej z prawem nadpłaty, ale o fakt. Czy tak można oszukiwać klienta?
Pani oddała różnicę. Czy zrozumiała zagadkę? Ale jakie mają być te sklepowe, skoro w takich sklepach pracują?
Sklep — jak wiemy z czasów PZPR i PRL — Stój, kliencie, lub ewentualnie poproś. Do dnia dzisiejszego niewiele się zmieniło, może poza tym, że towaru dużo, a ludzi na niego nie stać.
(z Nonsensopedii)
Ktoś zauważy, upomni się o swoje, a tysiąc osób nawet nie zerknie na rachunek. A Carrefour składa na kupkę, składa. A ta rośnie i rośnie!
niedziela, 13 września 2009
Faja dla małolata
Papierosów niepełnoletnim nie sprzedajemy. Doprawdy? Sprzedawcy patrzą na pieniądze, a nie wiek klientów. Biznes to biznes. A zdrowie i przepisy prawa?

Nasz klient, nasz pan? Sprawdzam w Olsztynie, że to powiedzenie ma się świetnie do kupna papierosów przez nastolatków. Wyruszamy w miasto, by kupić papierosy. Towarzyszy mi Kasia*, uczennica II klasy liceum i jej przyjaciel. Dziewczyna nie ma jeszcze dowodu. Zaczynamy na starówce — wchodzimy do małego sklepiku. Zaczyna się jazda!
— Poproszę papierosy — Kasia mówi pewnym głosem.
Sprzedawczyni podaje, prosi o zapłatę. Wkraczam do akcji.
— Pani tak bez dowodu? Skąd pani wie, czy ta dziewczyna ma 18 lat? — pytam z grubej rury.
— Ma. Przecież widać — sprzedawczyni idzie w zaparte.
— Widać? Tak pani ocenia wiek? Na wygląd?
— Mi się wydaje, że ma. I dowód też pewnie ma. A w ogóle to osoby niepełnoletnie nie mogą kupować tylko alkoholu. Papierosy możemy im sprzedawać.
— Możecie?
— Oczywiście. Takie jest prawo.
Wychodzimy z paczką papierosów. Punkt dla nas!
Metoda na kolegę.
W spożywczaku Kasia prosi o kolejną paczkę. Sprzedawczyni wykłada papierosy na ladę i wybija na kasie cenę. Czeka na zapłatę. Znów wkraczam do akcji.
— A czy ty masz osiemnaście lat? — udaję zatroskaną przypadkową klientkę.
— Masz osiemnastkę? — dopytuje sprzedawczyni.
— Nie...
— I chciała jej pani sprzedać papierosy? — dopytuję tym razem ja.
— My tak zaskakujemy znienacka. Najpierw naliczymy, a potem pytamy o dowód.
Ekspedientka ma refleks, błyskawicznie się tłumaczy. Już chcemy odejść, ale sklepowa trzyma rękę na pulsie. Papierosy nabite, a nie kupione!
— A ty masz dowód? — zachęca do kupna towarzysza Kasi.
— Mam, ale ja nie palę — kwituje chłopak.
Znów punkt dla nas. Gdybym się nie odzywała, Kasia miałaby drugą paczkę w kieszeni.
W kiosku łatwiej.
Podchodzimy do kiosku. Tym razem trzymam język za zębami. Kasia zamawia, płaci i odchodzi z paczką papierosów. Kioskarz pyta tylko o drobne. Kolejny punkt dla nas! Podchodzimy do kolejnego kiosku. Tu zaczynają się schody — Kasia musi pokazać dowód. Jest? Nie ma. Chyli głowę i odchodzi. Bez papierosów. Brawo dla kioskarza! Ale dalej nie jest już tak kolorowo. Znów interweniuję.
— Czy ta dziewczyna ma 18 lat? — zwracam się do kioskarki, która raptem prosi o dowód. — Dlaczego pani chciała sprzedać tej dziewczynie papierosy?
— Nie pomyślałam...
Punkt dla nas, Kasia włożyłaby do swojej torebki już czwartą paczkę. A chodzimy po mieście zaledwie kilkanaście minut!
Pochwała za uwagę.
Nęci nas reklama tanich papierosów, które oferuje warzywniak. Podchodzimy, Kasia kupuje. Nie ma problemu, sprzedawczyni nie żąda dowodu.
— Ale ja widzę na przy okienku pani kiosku napis: „STOP. Nie sprzedajemy wyrobów tytoniowych niepełnoletnim”. Wydaje mi się, że dziewczyna, która teraz kupuje, nie ma 18 lat. Dlaczego ma pani taki napis na szybce?
— Nie spojrzałam...
— Nie spojrzała pani?
— Ale dobrze, dobrze, dobrze — cieszy się sprzedawczyni, że ktoś zwrócił jej uwagę. — Bardzo dobrze, że pani się odezwała!
Mam nadzieję, że następnym razem ta pani spojrzy — jeśli nie na dowód, to przynajmniej w oczy młodemu klientowi. Punkt dla nas?
Jestem wredna.
Im większy sklep, tym trudniej. Kasjerki są przeszkolone, czy w ryzach trzyma je monitoring?
— Poproszę papierosy.
— A dowód jest?
— Nie ma.
— Ale jestem wredna — słyszymy. Punkt dla sklepu.
W kolejnym jest podobnie. Przepustką do świata nikotyny może być tylko dowód. Nie ma zmiłuj.
Naszą zabawę w podchody kończymy zwycięsko. Gdyby Kasia tylko chciała, mogłaby napalić się po uszy. Ale na szczęście nie pali...
Sklepikarze powinni trzymać się na baczności. W przyszłym tygodniu już nie my, ale policjanci wyruszą na przeszpiegi. Rusza bowiem Akcja Odpowiedzialnej Sprzedaży STOP 18! Wtedy konsekwencje będą poważniejsze. Za sprzedaż tytoniu nieletnim grozi 500 złotowy mandat lub wymierzona przez sąd grzywna — nawet do 5000 złotych. A ile kosztuje zdrowie dzieciaków?
* imię zostało zmienione :)
Jak bawiliśmy się w kupowanie fajek? Prawie wszystko uwieczniliśmy:
Nasz klient, nasz pan? Sprawdzam w Olsztynie, że to powiedzenie ma się świetnie do kupna papierosów przez nastolatków. Wyruszamy w miasto, by kupić papierosy. Towarzyszy mi Kasia*, uczennica II klasy liceum i jej przyjaciel. Dziewczyna nie ma jeszcze dowodu. Zaczynamy na starówce — wchodzimy do małego sklepiku. Zaczyna się jazda!
— Poproszę papierosy — Kasia mówi pewnym głosem.
Sprzedawczyni podaje, prosi o zapłatę. Wkraczam do akcji.
— Pani tak bez dowodu? Skąd pani wie, czy ta dziewczyna ma 18 lat? — pytam z grubej rury.
— Ma. Przecież widać — sprzedawczyni idzie w zaparte.
— Widać? Tak pani ocenia wiek? Na wygląd?
— Mi się wydaje, że ma. I dowód też pewnie ma. A w ogóle to osoby niepełnoletnie nie mogą kupować tylko alkoholu. Papierosy możemy im sprzedawać.
— Możecie?
— Oczywiście. Takie jest prawo.
Wychodzimy z paczką papierosów. Punkt dla nas!
Metoda na kolegę.
W spożywczaku Kasia prosi o kolejną paczkę. Sprzedawczyni wykłada papierosy na ladę i wybija na kasie cenę. Czeka na zapłatę. Znów wkraczam do akcji.
— A czy ty masz osiemnaście lat? — udaję zatroskaną przypadkową klientkę.
— Masz osiemnastkę? — dopytuje sprzedawczyni.
— Nie...
— I chciała jej pani sprzedać papierosy? — dopytuję tym razem ja.
— My tak zaskakujemy znienacka. Najpierw naliczymy, a potem pytamy o dowód.
Ekspedientka ma refleks, błyskawicznie się tłumaczy. Już chcemy odejść, ale sklepowa trzyma rękę na pulsie. Papierosy nabite, a nie kupione!
— A ty masz dowód? — zachęca do kupna towarzysza Kasi.
— Mam, ale ja nie palę — kwituje chłopak.
Znów punkt dla nas. Gdybym się nie odzywała, Kasia miałaby drugą paczkę w kieszeni.
W kiosku łatwiej.
Podchodzimy do kiosku. Tym razem trzymam język za zębami. Kasia zamawia, płaci i odchodzi z paczką papierosów. Kioskarz pyta tylko o drobne. Kolejny punkt dla nas! Podchodzimy do kolejnego kiosku. Tu zaczynają się schody — Kasia musi pokazać dowód. Jest? Nie ma. Chyli głowę i odchodzi. Bez papierosów. Brawo dla kioskarza! Ale dalej nie jest już tak kolorowo. Znów interweniuję.
— Czy ta dziewczyna ma 18 lat? — zwracam się do kioskarki, która raptem prosi o dowód. — Dlaczego pani chciała sprzedać tej dziewczynie papierosy?
— Nie pomyślałam...
Punkt dla nas, Kasia włożyłaby do swojej torebki już czwartą paczkę. A chodzimy po mieście zaledwie kilkanaście minut!
Pochwała za uwagę.
Nęci nas reklama tanich papierosów, które oferuje warzywniak. Podchodzimy, Kasia kupuje. Nie ma problemu, sprzedawczyni nie żąda dowodu.
— Ale ja widzę na przy okienku pani kiosku napis: „STOP. Nie sprzedajemy wyrobów tytoniowych niepełnoletnim”. Wydaje mi się, że dziewczyna, która teraz kupuje, nie ma 18 lat. Dlaczego ma pani taki napis na szybce?
— Nie spojrzałam...
— Nie spojrzała pani?
— Ale dobrze, dobrze, dobrze — cieszy się sprzedawczyni, że ktoś zwrócił jej uwagę. — Bardzo dobrze, że pani się odezwała!
Mam nadzieję, że następnym razem ta pani spojrzy — jeśli nie na dowód, to przynajmniej w oczy młodemu klientowi. Punkt dla nas?
Jestem wredna.
Im większy sklep, tym trudniej. Kasjerki są przeszkolone, czy w ryzach trzyma je monitoring?
— Poproszę papierosy.
— A dowód jest?
— Nie ma.
— Ale jestem wredna — słyszymy. Punkt dla sklepu.
W kolejnym jest podobnie. Przepustką do świata nikotyny może być tylko dowód. Nie ma zmiłuj.
Naszą zabawę w podchody kończymy zwycięsko. Gdyby Kasia tylko chciała, mogłaby napalić się po uszy. Ale na szczęście nie pali...
Sklepikarze powinni trzymać się na baczności. W przyszłym tygodniu już nie my, ale policjanci wyruszą na przeszpiegi. Rusza bowiem Akcja Odpowiedzialnej Sprzedaży STOP 18! Wtedy konsekwencje będą poważniejsze. Za sprzedaż tytoniu nieletnim grozi 500 złotowy mandat lub wymierzona przez sąd grzywna — nawet do 5000 złotych. A ile kosztuje zdrowie dzieciaków?
* imię zostało zmienione :)
Jak bawiliśmy się w kupowanie fajek? Prawie wszystko uwieczniliśmy:
wtorek, 18 sierpnia 2009
Wściekły klient kontra wkurzony sprzedawca
Nasz klient — nasz pan? Nie zawsze, nie wszędzie. Poświadcza to czytelnik, który przysłał do redakcji skargę na obsługę olsztyńskiego marketu.
List cytuję z zachowaniem oryginalnej pisowni. Pomijam jednak nazwiska i nazwę sklepu — zamieniam ją na SUPERSKLEP. Ale czy sprzedawca nie jest w tej kwestii everymanem? Wszędzie znajdzie się taki, co... no właśnie!
„W dniu dzisiejszym, skuszony reklamą supersklepu w Olsztynie, udałem się do sklepu tej sieci w Olsztynie (woj. warm.-maz.). Ponieważ miałem do wykonania kilkadziesiąt zdjęć, które znajdowały się na karcie pamięci aparatu cyfrowego, chciałem skorzystać z automatu foto-lab znajdującego się na stoisku. Ale niestety, na miejscu okazało się, że automat jest wyłączony, czyli jak myślę — nieczynny. Poprosiłem pana, który był na stoisku, o pomoc. Pan Marcin, co prawda niechętnie, ale włożył kartę pamięci z aparatu do czytnika w komputerze, po czym złośliwie przewijając pasek przewijania, zapytał:
— To które zdjęcia mają być "zrobione"?
— Proszę pana o pomoc, którą zawsze u Was otrzymywałam. W ten sposób, w jaki pan to teraz robi, na pewno nic nie wybiorę.
— A co pan, nie widzi?
— Widzę, ale mógłby pan powiększyć...
Po mniej więcej takiej rozmowie, widocznie wkurzony, pan Marcin wyjął kartę z czytnika, rzucił ją na ladę i odszedł do drugiego komputera.
Poprosiłem o rozmowę z kierownikiem stoiska.
— Tu nie ma kierownika. Kierownikiem jestem ja!
— Panie, wszędzie i wszyscy posiadają swojego kierownika...
No i w odpowiedzi usłyszałem coś, co w poprzedniej — komunistycznej epoce, można było usłyszeć na słynnych barejowskich filmach:
— Spie...
Jednak po udaniu się do biura obsługi klientów, cudem znalazł się kierownik, który poradził mnie, bym napisał skargę na tego — co tu dużo ukrywać — chama i prostaka.
No i w związku z powyższym proszę:
1. O wyjaśnienie sprawy, czy istnieje kierownik działu obsługi foto-lab w supersklepie w Olsztynie.
2. Dlaczego zatrudniany jest człowiek bez przygotowania, bez jakiejkolwiek kompetencji i do tego złośliwy?
3. Co oznacza sformułowanie spie... w języku obsługi klienta w tym dziale, albowiem mam prawo przypuszczać, że chodzi tu o słowo: spieprzaj lub spierdalaj, co w języku cywilizowanego człowieka oznacza: daj mi święty spokój, upierdliwy kliencie, a co w konsekwencji — naraża waszą już i tak wątpliwą reputację na straty (chciałem wykonać ok. 500 odbitek).
4. Jak często automat znajdujący na stoisku wykonywania odbitek jest czynny? Bo mnie się wydaje, że to bardzo duże wyjątki...
5. Czy w waszej firmie, takie przypadki, są w ogóle rozpatrywane?
Nie mając nadziei na pozytywne rozpatrzenie swojej skargi, proszę o informację w tym temacie na mój adres majlowy.
Z żalem muszę stwierdzić, że dopóki nie będzie wyjaśniona ta sprawa, nikt z moich znajomych i ja, nie wstąpimy do waszej placówki nawet wtedy, gdy będziecie "rozdawać" sprzęt za darmo.
W sklepie byłem ja, moja żona — w imieniu której napisałem skargę — oraz dwie moje córki. Jedna już dorosła, druga czternastolatka... Chciałbym, by nigdy nie brały przykładu z pana Marcina.”
Sytuacja jak z Barei, prawda?
Informacji nie sprawdziłam, ale... wierzę czytelnikowi. A jakie są wasze przygody ze sprzedawcami? Piszcie!
List cytuję z zachowaniem oryginalnej pisowni. Pomijam jednak nazwiska i nazwę sklepu — zamieniam ją na SUPERSKLEP. Ale czy sprzedawca nie jest w tej kwestii everymanem? Wszędzie znajdzie się taki, co... no właśnie!„W dniu dzisiejszym, skuszony reklamą supersklepu w Olsztynie, udałem się do sklepu tej sieci w Olsztynie (woj. warm.-maz.). Ponieważ miałem do wykonania kilkadziesiąt zdjęć, które znajdowały się na karcie pamięci aparatu cyfrowego, chciałem skorzystać z automatu foto-lab znajdującego się na stoisku. Ale niestety, na miejscu okazało się, że automat jest wyłączony, czyli jak myślę — nieczynny. Poprosiłem pana, który był na stoisku, o pomoc. Pan Marcin, co prawda niechętnie, ale włożył kartę pamięci z aparatu do czytnika w komputerze, po czym złośliwie przewijając pasek przewijania, zapytał:
— To które zdjęcia mają być "zrobione"?
— Proszę pana o pomoc, którą zawsze u Was otrzymywałam. W ten sposób, w jaki pan to teraz robi, na pewno nic nie wybiorę.
— A co pan, nie widzi?
— Widzę, ale mógłby pan powiększyć...
Po mniej więcej takiej rozmowie, widocznie wkurzony, pan Marcin wyjął kartę z czytnika, rzucił ją na ladę i odszedł do drugiego komputera.
Poprosiłem o rozmowę z kierownikiem stoiska.
— Tu nie ma kierownika. Kierownikiem jestem ja!
— Panie, wszędzie i wszyscy posiadają swojego kierownika...
No i w odpowiedzi usłyszałem coś, co w poprzedniej — komunistycznej epoce, można było usłyszeć na słynnych barejowskich filmach:
— Spie...
Jednak po udaniu się do biura obsługi klientów, cudem znalazł się kierownik, który poradził mnie, bym napisał skargę na tego — co tu dużo ukrywać — chama i prostaka.
No i w związku z powyższym proszę:
1. O wyjaśnienie sprawy, czy istnieje kierownik działu obsługi foto-lab w supersklepie w Olsztynie.
2. Dlaczego zatrudniany jest człowiek bez przygotowania, bez jakiejkolwiek kompetencji i do tego złośliwy?
3. Co oznacza sformułowanie spie... w języku obsługi klienta w tym dziale, albowiem mam prawo przypuszczać, że chodzi tu o słowo: spieprzaj lub spierdalaj, co w języku cywilizowanego człowieka oznacza: daj mi święty spokój, upierdliwy kliencie, a co w konsekwencji — naraża waszą już i tak wątpliwą reputację na straty (chciałem wykonać ok. 500 odbitek).
4. Jak często automat znajdujący na stoisku wykonywania odbitek jest czynny? Bo mnie się wydaje, że to bardzo duże wyjątki...
5. Czy w waszej firmie, takie przypadki, są w ogóle rozpatrywane?
Nie mając nadziei na pozytywne rozpatrzenie swojej skargi, proszę o informację w tym temacie na mój adres majlowy.
Z żalem muszę stwierdzić, że dopóki nie będzie wyjaśniona ta sprawa, nikt z moich znajomych i ja, nie wstąpimy do waszej placówki nawet wtedy, gdy będziecie "rozdawać" sprzęt za darmo.
W sklepie byłem ja, moja żona — w imieniu której napisałem skargę — oraz dwie moje córki. Jedna już dorosła, druga czternastolatka... Chciałbym, by nigdy nie brały przykładu z pana Marcina.”
Sytuacja jak z Barei, prawda?
Informacji nie sprawdziłam, ale... wierzę czytelnikowi. A jakie są wasze przygody ze sprzedawcami? Piszcie!
sobota, 6 czerwca 2009
Samochód zaginął w akcji
Wyobraźnia dziecka nie zna granic. Wszystko potrafi sobie wytłumaczyć i dać gazu optymizmowi. Uczmy się do maluchów!

Wpada do sklepu kilkuletni chłopiec. W dłoni parę monet:
— Są lody w kształcie samochodów?
— Nie ma.
— Znaczy, że samochód zaginął w akcji!
Wybiegł jak torpeda. Sprzedawczyni w szoku:
— Matko, karambol przeżyłam!

Wpada do sklepu kilkuletni chłopiec. W dłoni parę monet:
— Są lody w kształcie samochodów?
— Nie ma.
— Znaczy, że samochód zaginął w akcji!
Wybiegł jak torpeda. Sprzedawczyni w szoku:
— Matko, karambol przeżyłam!
środa, 3 czerwca 2009
Sklepowe oszustwo się opłaca
Nie cierpię oszukujących sklepów! Sprzedawcy nie podają ceny, by produkt jakości malucha sprzedać w cenie mercedesa. Czyli grosz do grosza i będzie kokosza.
Zachciało mi się napoju energetycznego. W sklepie ani Red Bulla, ani Tigera — jakieś szmatławce. Ale biorę do koszyka. Szukam ceny, nie ma. Idę do kasy i słyszę: 4.49 zł.
— Ile?
— 4.49.
— Jakiś zwykły energetyk w cenie Red Bulla?
— A ja nie wiem.
— To powinno kosztować 1,99!
— A ja nie wiem.
— A ja nie biorę. Dziękuję. Nie będę przepłacać.
Sklepowi „Cymes” na ul. Profesorskiej 15 w Olsztynie mówię NIE! Żenujące jest to, że podróby Red Bulla sprzedaje się w cenie Red Bulla. Ba — nawet drożej! A inne produkty?
Owszem, kupowałam jeszcze inne rzeczy. Nie zauważyłam kolejnego oszustwa. Ale kasjerka nie dała mi rachunku. Może to cicha praktyka, by klient na niego nie zerkał? By nie miał dowodu na to, że produkty drożeją o ponad 100% w drodze z regału do kasy?
Klient nasz pan. Tak, bo oszustwo się opłaca.
Nie kupujcie w „Cymesie”. Kupujcie u mnie. W drugim życiu nie będę dziennikarką, ale szefową spożywczaka. U mnie za tani napój energetyczny zapłacicie 3.49 zł. Złotówkę będziecie mieć w kieszeni. Kupicie za nią saszetkę kawy. A co z rachunkami? Będę wydawać. Ale wymyślę myk — zakupię kiepską kasę, w której akurat tusz wysiada. Cen nie będzie widać.
By było przyjemnie, włożę niebieski fartuch i wymaluję na różowo usta. Nie będę golić nóg, ale za to będę nosić spódnice. Nie będę palić na zapleczu, ale będę sprzątać sklep brudną szmatą. Nie będę krzyczeć na pracowników, ale będę miała brudne paznokcie i zdarty tygodniowy lakier. Będę też dłubać w nosie i myć włosy raz w tygodniu. Ale nie będę miała wydać grosza. Bo grosz do grosza i będzie kokosza. Powiecie, że nie szanuję klienta? A "Cymes" szanuje? OSZUKUJE! A ja będę szczera i prawdziwa.
Zachciało mi się napoju energetycznego. W sklepie ani Red Bulla, ani Tigera — jakieś szmatławce. Ale biorę do koszyka. Szukam ceny, nie ma. Idę do kasy i słyszę: 4.49 zł.— Ile?
— 4.49.
— Jakiś zwykły energetyk w cenie Red Bulla?
— A ja nie wiem.
— To powinno kosztować 1,99!
— A ja nie wiem.
— A ja nie biorę. Dziękuję. Nie będę przepłacać.
Sklepowi „Cymes” na ul. Profesorskiej 15 w Olsztynie mówię NIE! Żenujące jest to, że podróby Red Bulla sprzedaje się w cenie Red Bulla. Ba — nawet drożej! A inne produkty?
Owszem, kupowałam jeszcze inne rzeczy. Nie zauważyłam kolejnego oszustwa. Ale kasjerka nie dała mi rachunku. Może to cicha praktyka, by klient na niego nie zerkał? By nie miał dowodu na to, że produkty drożeją o ponad 100% w drodze z regału do kasy?
Klient nasz pan. Tak, bo oszustwo się opłaca.
Nie kupujcie w „Cymesie”. Kupujcie u mnie. W drugim życiu nie będę dziennikarką, ale szefową spożywczaka. U mnie za tani napój energetyczny zapłacicie 3.49 zł. Złotówkę będziecie mieć w kieszeni. Kupicie za nią saszetkę kawy. A co z rachunkami? Będę wydawać. Ale wymyślę myk — zakupię kiepską kasę, w której akurat tusz wysiada. Cen nie będzie widać.
By było przyjemnie, włożę niebieski fartuch i wymaluję na różowo usta. Nie będę golić nóg, ale za to będę nosić spódnice. Nie będę palić na zapleczu, ale będę sprzątać sklep brudną szmatą. Nie będę krzyczeć na pracowników, ale będę miała brudne paznokcie i zdarty tygodniowy lakier. Będę też dłubać w nosie i myć włosy raz w tygodniu. Ale nie będę miała wydać grosza. Bo grosz do grosza i będzie kokosza. Powiecie, że nie szanuję klienta? A "Cymes" szanuje? OSZUKUJE! A ja będę szczera i prawdziwa.
wtorek, 28 kwietnia 2009
Brudny paznokieć panienki sklepowej
Nie ma już fartuchów, nie ma opasek na głowie. Ekspedientki sklepowe dziś jak z żurnala wycięte. Ale tylko z pozoru. Świat idzie do przodu, a czasy się nie zmieniają. A może to PRL staje się modny?

Idę do sklepu – mały, osiedlowy, napastowany przez okolicznych pijaczków. Panienka zza lady w rewelacyjnej komitywie ze wszystkimi. Akurat przede mną stoi lump z dwudziestoletnim stażem alkoholowym.
- Ewuniu, ja bym za tobą na koniec świata – przymila się ekspedientce, która – mimo iż z dwudziestką zaledwie na karku – dziękuje mu błyskiem oka i trzepotem rzęsy.
Skąd takie dziewczęta się biorą? Wiadomo – klient, nasz pan, a o gustach się nie dyskutuje.
Chwiejny don juan wychodzi. Składam zamówienie, a dziewczynie dzwoni telefon w kieszeni. Nie zwraca na mnie uwagi i odbiera. Ja z portfelem w ręce, ona z komórką przy uchu. Stoję, patrzę i perfidnie się przysłuchuję. Ciekawość mnie zżera. Czy panienka przeprosi swojego rozmówcę i wróci do pracy? A może mnie przeprosi i przyspieszy swój dialog – jeśli jest aż tak ważny?
Panienka gada o lakierze do paznokci. Ma być różowy – o zgrozo. Ktoś po drugiej stronie komórki siedzi akurat na Allegro i składa zamówienie. Sprawa wagi państwowej. Mój chleb może poczekać. Ba – nawet musi!
W końcu się niecierpliwię, wzdycham i daję znać, że czas to pieniądz. Jeszcze chwila, a za pieczywo nie zapłacę. Panienka kończy więc rozmowę z wyrzutem i kasuje mi za chleb. A że nie kupuję zwykłego baltonowskiego, więc zaczynają się schody. Dziewczyna szuka kodu na wytartej kartce leżącej przy kasie i wspomaga się palcem wskazującym. Znajduje, palec zatrzymuje się przy jednej z linijek. Przyglądam się temu palcowi, przyglądam się paznokciowi. Ani różu na nim, ani błękitu. Pod paznokciem widzę brud!
- Teraz wszyscy kupują na Allegro – puentuję. – Znaczy się, że taniej. Zaoszczędzić można.
- A ja to nie wiem. Bo ja to pierwszy raz. To znaczy kumpela kupuje i mnie namówiła. Przesyłkę na pół zapłacimy.
- Pierwszy raz? Niech pani uważa, bo Allegro wciąga jak woda. No, chyba że wody pani się boi…
* * *
Skarga z 1979 roku: Złe zachowanie kasjerki. Kasjerka robiła sobie manikurę w sklepie żywności. Kiedy prosiłam o mleko nic nie odpowiedziała, manikura trwała. Drugi raz prosiłam. Sugerowałam, że to nie miejsce do manikury. Odpowiedziała niegrzecznie i znowu zaczęła z manikurą. Czekam na tłumaczenie z Urzędu Dzielnicowego. Przepraszam, że niedokładnie piszę po polsku - Kay Withers.
* * *
Skarga z 1987 roku: Poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą datą na kapslu. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego mleko w dniu 3 maja datowane jest na 4 maja i czy ekspedientka mogła odmówić mi sprzedaży tego mleka - Halina Mikołajczyk.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mleko tłuste z żółtym kapslem dostarczane jest w południe i jednocześnie jest awansem na dzień następny. Proszę przyjść jutro, a będzie!
* * *
Skarga z 1985 roku: Kupiłam nieświeże drożdże, pół kilo. Nie chciano mi ich wymienić. - Walewska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Klientka przedstawiła do reklamacji drożdże kupione rzekomo w naszym sklepie 3 dni temu. Tymczasem były one zapakowane w prawdziwy papier pakowy, którego to papieru sklep nie posiada od pół roku - a więc drożdże nie nasze.
* * *
Skarga z 1987 roku: Jestem siostrą PCK. Mam pod opieką sześć samotnych kalek i mam zezwolenie na kupowanie dla nich poza kolejnością. Odmówiono mi sprzedaży wafli, natomiast sprzedano trzem innym osobom z kolejki po 14, 15 i 10 sztuk - Marcinkowska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Zgodnie z wytycznymi ministra w sprawie zasad obsługi poza kolejnością wyjaśniam, że opiekunka PCK nie miała prawa do zakupu poza wszelką kolejnością - które to prawo mają wyłącznie inwalidzi wojenni i wojskowi - a jedynie miała prawo do stania w kolejce dla uprzywilejowanych, zamiast w kolejce zwykłej. Z uwagi na to, że zarówno w kolejce zwykłej, jak i w kolejce dla uprzywilejowanych stała znaczna ilość klientów i nie wyrażali oni zgody na sprzedaż wafli siostrze PCK, klientce odmówiono sprzedaży poza wszelką kolejnością. Tak więc nie było żadnej winy ekspedientki - wszystkim uprzywilejowanym przysługuje obsługa poza kolejnością, ale tylko jeśli staną w kolejce dla uprzywilejowanych. I w tej kolejce powinna pani - jako siostra PCK - stanąć. Jest jeszcze zwykła kolejka, dla nieuprzywilejowanych. W niej stać pani nie musi.
* * *
Skarga z 1988 roku: Na wystawie odkryłem naboje do syfonów, jednak w sklepie nie chciano mi ich sprzedać, wykazując przy tym arogancję i chamskie odzywki - Jerzy Waka.
Dopisek kierownika: Klient nie miał żadnej racji. Wchodząc do sklepu, był już zdenerwowany. Ubliżał mojej pracownicy. Chciałem uspokoić tego klienta, tłumacząc sytuację obecnego braku naboi, lecz klient w dalszym ciągu miał pretensje i ubliżał. A co do wystawy, stoi tam tylko puste pudełko po nabojach.
* * *
Skarga z 1988 roku: Podejście p. ekspedientki do stoiska nabiałowego trwało od godz. 7.40 do 8.00 - Lutkowski.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mieliśmy przyjęcie towaru, a klient był bardzo niecierpliwy. Mimo dużej kolejki, która spokojnie oczekiwała, domagał się obsługi.
* * *
Pochwała z 1988 roku: Dziękuje za rodzynki, które kupiłam w tym sklepie, a nie mogłam dostać od 2 lat w całym śródmieściu. Szczególnie dziękuję pani sprzedawczyni, która z uśmiechem odważyła mi żądaną ilość - Dominika Pytkowska.
* * *
Skarga z 1987 roku: O godz. 8.30 na stoisku było około 17 kg baleronu. O godz. 9 baleron został wykupiony. Ja oraz inni klienci zażądaliśmy dodatkowego wydania wędlin z chłodni. Ekspedientka wyszła na zaplecze i stwierdziła, że kierowniczka zabrała klucze do chłodni. Poszła po nią. Kierowniczka oświadczyła, że nic w chłodni nie ma. Jednak z wcześniejszego zachowania ekspedientki (znaczące mruganie okiem) wynikało, że towar jest. Jako klienci zażądaliśmy komisyjnego sprawdzenia zawartości chłodni, ale odmówiono nam tego, twierdząc, że to nie nasza sprawa. Kwestionujemy prawo kierowniczki, bo w tym wypadku zamykanie jej nie miałoby przecież sensu - Gotlib Stefania, Teresa Mudzka, Anna Dobrowolska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Była wolna sobota. Dostałam dorzut wędliny - 30 kg baleronu. Nie wprowadziłam wagowych ograniczeń, ażeby sprzedaż odbyć bez jakichkolwiek zatargów ze strony klienta. O godz. 9 skończył się więc towar. A w chłodni naprawdę nic nie miałam.

Idę do sklepu – mały, osiedlowy, napastowany przez okolicznych pijaczków. Panienka zza lady w rewelacyjnej komitywie ze wszystkimi. Akurat przede mną stoi lump z dwudziestoletnim stażem alkoholowym.
- Ewuniu, ja bym za tobą na koniec świata – przymila się ekspedientce, która – mimo iż z dwudziestką zaledwie na karku – dziękuje mu błyskiem oka i trzepotem rzęsy.
Skąd takie dziewczęta się biorą? Wiadomo – klient, nasz pan, a o gustach się nie dyskutuje.
Chwiejny don juan wychodzi. Składam zamówienie, a dziewczynie dzwoni telefon w kieszeni. Nie zwraca na mnie uwagi i odbiera. Ja z portfelem w ręce, ona z komórką przy uchu. Stoję, patrzę i perfidnie się przysłuchuję. Ciekawość mnie zżera. Czy panienka przeprosi swojego rozmówcę i wróci do pracy? A może mnie przeprosi i przyspieszy swój dialog – jeśli jest aż tak ważny?
Panienka gada o lakierze do paznokci. Ma być różowy – o zgrozo. Ktoś po drugiej stronie komórki siedzi akurat na Allegro i składa zamówienie. Sprawa wagi państwowej. Mój chleb może poczekać. Ba – nawet musi!
W końcu się niecierpliwię, wzdycham i daję znać, że czas to pieniądz. Jeszcze chwila, a za pieczywo nie zapłacę. Panienka kończy więc rozmowę z wyrzutem i kasuje mi za chleb. A że nie kupuję zwykłego baltonowskiego, więc zaczynają się schody. Dziewczyna szuka kodu na wytartej kartce leżącej przy kasie i wspomaga się palcem wskazującym. Znajduje, palec zatrzymuje się przy jednej z linijek. Przyglądam się temu palcowi, przyglądam się paznokciowi. Ani różu na nim, ani błękitu. Pod paznokciem widzę brud!
- Teraz wszyscy kupują na Allegro – puentuję. – Znaczy się, że taniej. Zaoszczędzić można.
- A ja to nie wiem. Bo ja to pierwszy raz. To znaczy kumpela kupuje i mnie namówiła. Przesyłkę na pół zapłacimy.
- Pierwszy raz? Niech pani uważa, bo Allegro wciąga jak woda. No, chyba że wody pani się boi…
* * *
Skarga z 1979 roku: Złe zachowanie kasjerki. Kasjerka robiła sobie manikurę w sklepie żywności. Kiedy prosiłam o mleko nic nie odpowiedziała, manikura trwała. Drugi raz prosiłam. Sugerowałam, że to nie miejsce do manikury. Odpowiedziała niegrzecznie i znowu zaczęła z manikurą. Czekam na tłumaczenie z Urzędu Dzielnicowego. Przepraszam, że niedokładnie piszę po polsku - Kay Withers.
* * *
Skarga z 1987 roku: Poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą datą na kapslu. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego mleko w dniu 3 maja datowane jest na 4 maja i czy ekspedientka mogła odmówić mi sprzedaży tego mleka - Halina Mikołajczyk.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mleko tłuste z żółtym kapslem dostarczane jest w południe i jednocześnie jest awansem na dzień następny. Proszę przyjść jutro, a będzie!
* * *
Skarga z 1985 roku: Kupiłam nieświeże drożdże, pół kilo. Nie chciano mi ich wymienić. - Walewska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Klientka przedstawiła do reklamacji drożdże kupione rzekomo w naszym sklepie 3 dni temu. Tymczasem były one zapakowane w prawdziwy papier pakowy, którego to papieru sklep nie posiada od pół roku - a więc drożdże nie nasze.
* * *
Skarga z 1987 roku: Jestem siostrą PCK. Mam pod opieką sześć samotnych kalek i mam zezwolenie na kupowanie dla nich poza kolejnością. Odmówiono mi sprzedaży wafli, natomiast sprzedano trzem innym osobom z kolejki po 14, 15 i 10 sztuk - Marcinkowska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Zgodnie z wytycznymi ministra w sprawie zasad obsługi poza kolejnością wyjaśniam, że opiekunka PCK nie miała prawa do zakupu poza wszelką kolejnością - które to prawo mają wyłącznie inwalidzi wojenni i wojskowi - a jedynie miała prawo do stania w kolejce dla uprzywilejowanych, zamiast w kolejce zwykłej. Z uwagi na to, że zarówno w kolejce zwykłej, jak i w kolejce dla uprzywilejowanych stała znaczna ilość klientów i nie wyrażali oni zgody na sprzedaż wafli siostrze PCK, klientce odmówiono sprzedaży poza wszelką kolejnością. Tak więc nie było żadnej winy ekspedientki - wszystkim uprzywilejowanym przysługuje obsługa poza kolejnością, ale tylko jeśli staną w kolejce dla uprzywilejowanych. I w tej kolejce powinna pani - jako siostra PCK - stanąć. Jest jeszcze zwykła kolejka, dla nieuprzywilejowanych. W niej stać pani nie musi.
* * *
Skarga z 1988 roku: Na wystawie odkryłem naboje do syfonów, jednak w sklepie nie chciano mi ich sprzedać, wykazując przy tym arogancję i chamskie odzywki - Jerzy Waka.
Dopisek kierownika: Klient nie miał żadnej racji. Wchodząc do sklepu, był już zdenerwowany. Ubliżał mojej pracownicy. Chciałem uspokoić tego klienta, tłumacząc sytuację obecnego braku naboi, lecz klient w dalszym ciągu miał pretensje i ubliżał. A co do wystawy, stoi tam tylko puste pudełko po nabojach.
* * *
Skarga z 1988 roku: Podejście p. ekspedientki do stoiska nabiałowego trwało od godz. 7.40 do 8.00 - Lutkowski.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mieliśmy przyjęcie towaru, a klient był bardzo niecierpliwy. Mimo dużej kolejki, która spokojnie oczekiwała, domagał się obsługi.
* * *
Pochwała z 1988 roku: Dziękuje za rodzynki, które kupiłam w tym sklepie, a nie mogłam dostać od 2 lat w całym śródmieściu. Szczególnie dziękuję pani sprzedawczyni, która z uśmiechem odważyła mi żądaną ilość - Dominika Pytkowska.
* * *
Skarga z 1987 roku: O godz. 8.30 na stoisku było około 17 kg baleronu. O godz. 9 baleron został wykupiony. Ja oraz inni klienci zażądaliśmy dodatkowego wydania wędlin z chłodni. Ekspedientka wyszła na zaplecze i stwierdziła, że kierowniczka zabrała klucze do chłodni. Poszła po nią. Kierowniczka oświadczyła, że nic w chłodni nie ma. Jednak z wcześniejszego zachowania ekspedientki (znaczące mruganie okiem) wynikało, że towar jest. Jako klienci zażądaliśmy komisyjnego sprawdzenia zawartości chłodni, ale odmówiono nam tego, twierdząc, że to nie nasza sprawa. Kwestionujemy prawo kierowniczki, bo w tym wypadku zamykanie jej nie miałoby przecież sensu - Gotlib Stefania, Teresa Mudzka, Anna Dobrowolska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Była wolna sobota. Dostałam dorzut wędliny - 30 kg baleronu. Nie wprowadziłam wagowych ograniczeń, ażeby sprzedaż odbyć bez jakichkolwiek zatargów ze strony klienta. O godz. 9 skończył się więc towar. A w chłodni naprawdę nic nie miałam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



