wtorek, 6 października 2009

Kowalska: Nie walczę z wiatrakami

— Każdy wyjazd do Jarocina był szalony. Wcześniej przez miesiąc pracowałam, by mieć za co wyjechać — przyznaje Kasia Kowalska. — Rodzice nic mi wtedy nie dawali, bo po prostu nie mieli. Radziłam sobie sama.


Z motyką na słońce — ile się naczekałam, by zrobić ten wywiad z Kasią Kowalską. Na straży stał jej manager, który zawsze miał wymówkę dla Kasi. A To powódź, a to coś tam. Powódź? To zadziwiło mnie najbardziej. Kaśka wiadrami z domu wodę wynosi? Tonie? Pływa? No ale może...

Pamiętam, że byłaś kiedyś buntowniczką... Dziś wyluzowałaś?
— Nie, nadal nią jestem tylko w mniejszej skali, bo pewnych rzeczy nie da się zmienić. Ludzie nie zmieniają się tak łatwo... Ja się nie zmieniam, więc po co walczyć z wiatrakami?

Urodziłaś się 13 czerwca... Pechowa „trzynastka”? Wierzysz w przesądy — np. w czarne koty?
— Mojej mamie byłoby przykro, gdyby powiedzieć jej o pechowej dacie. To beznadziejne stereotypy. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ważne jest to, jakie mamy nastawienie do życia i jakie sami kreujemy sytuacje. Ważne jest też to, w co wierzymy. A koty kocham — czarne, białe... Wszystkie!

Niedawno twój synek Ignacy obchodził pierwsze urodziny. Jak myślisz — okiem mamy — jakim będzie człowiekiem? Co dziś go już najbardziej interesuje?

— Niestety wali we wszystkie przedmioty, które wydają dźwięk.

Będzie młotkowym?
— Interesuje go muzyka, rowery, opony samochodów i plac zabaw. Naprawdę trudno powiedzieć, kim będzie. Sama jestem ciekawa.

A Ola? Jak podchodzi do tego, że jej mama jest gwiazdą? Jest dumna, czy kręci nosem?
— Ola żyje swoim życiem, ma dużo zajęć w szkole. Nie towarzyszy mi często w pracy — siłą rzeczy coś tam obejrzy w telewizji, coś zobaczy w gazecie, ale nie śledzi mnie na bieżąco.

Czego uczysz się od swoich dzieci?
— Cierpliwości! To ważna cecha i przydatna, kiedy dzieci zaczynają domagać się swojego.

A ty byłaś szalonym dzieckiem?
— Tak, byłam niepokorna i nadal jestem, ale w mniejszym stopniu. Teraz czas na moje dzieci — taki jest cykl. Żyłam w innych czasach. Teraz łysa głowa nikogo nie dziwi, a wtedy to był szok. I jak się ogoliłam w drugiej klasie liceum, chciałam wstrząsnąć ludźmi. O to chodziło. Mama była wstrząśnięta.

Twoja definicja macierzyństwa?
— Unoszę się 10 centymetrów nad ziemią! To cud boski, przywilej!

Pamiętasz swoje najbardziej szalone wakacje?
— Każdy wyjazd do Jarocina był szalony. Wcześniej przez miesiąc pracowałam, by mieć za co wyjechać. Rodzice nic mi wtedy nie dawali, bo po prostu nie mieli. Radziłam sobie sama. Te wakacyjne wypady miał wtedy inny wymiar i smak niż teraz — tak mi się wydaje. Spanie na polu namiotowym, spotykanie ludzi, koncerty, poczucie, że uczestniczy się w czymś niebanalnym. To było wspaniałe.

Oszukiwałaś rodziców — jechałaś np. do Jarocina, a mówiłaś, że pod namiot?
— Tak! Mówiłam im, że jadę nad morze z koleżanką. Nie chciałam ich denerwować. Ale pech chciał, że pokazali mnie w telewizji. Leciała jakaś krótka relacja w telewizji z Jarocina. Pokazali mnie przez trzydzieści sekund i akurat oglądali to nauczyciele w szkole.

Czyli kłamstwo ma krótkie nogi! Żałujesz czegoś ze swojego dzieciństwa?

— Tak, ale jak się jest dzieckiem, niewiele można zdziałać. Jest się pod presją starszego rodzeństwa, a przede wszystkim sytuacji w domu. Dlatego uważam, że ważne jest to, by dzieci kochać i wspierać, ale też uczyć przyzwoitości, uczciwości i pracy.

Teraz triumfy święci „Spowiedź”. Do czego jest ci się najtrudniej przyznać?
— Do tego, że popełniłam i nadal popełniam wiele błędów. Ale jestem tylko człowiekiem.

A czujesz się samotna w wielkim mieście?
— Tak, często. Nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, na wyjścia, by odreagować. Zmagam się z rożnymi sprawami jak każdy człowiek. No tak, jestem tylko człowiekiem.

3 komentarze:

  1. Ada, fajny wywiad. I ta definicja macierzynstwa, pozdrawiam wszystkie Kaski i mamy!

    OdpowiedzUsuń
  2. wiem ze to takie banalne słowo ale uwielbiam Kaske niech spiewa do konca swiata i o jeden dzien dluzej, fajny wywiad.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń