piątek, 31 grudnia 2010

Szampan: Eksplozja doznań w ustach

— Każde otwarcie butelki szampana to dreszczyk emocji. Uwielbiam
ten lekki dymek z pełnią aromatu wydobywającego się z szyjki — mówi Rafał Banach, pierwszy Polak zaproszony do elitarnej organizacji znawców szampana Ordre des Coteaux de Champagne.


W sylwestra rozmawiać można tylko o szampanie. I tylko o tym prawdziwym, najlepszym...

Pamięta pan swój pierwszy łyk wina?
— Musiałbym sięgnąć daleko w pamięć, bo było to jakieś kilkanaście lat temu... A jeśli mówimy o prawdziwym winie, było to wino hiszpańskie, z diabełkiem na etykiecie. Charakterystycznie głęboko czerwone, o pięknym owocowo-drzewnym aromacie, pieprzne, ostre i mocne w smaku. Teraz już wiem, że pieprz, który był wyczuwalny, jest synonimem szczepu winogron pinot noir — którego to wino ma dużą zawartość — jednego z moich ulubionych i jednego z najważniejszych w produkcji szampana.

Co spowodowało, że zaczął interesować się pan winem i szampanem?
— Moje zainteresowanie winem tak na poważnie zrodziło się po wyjeździe z Polski. Teraz mieszkam w Jersey na wyspie położonej na Kanale La Manche, gdzie lampka wina połączona do posiłku jest czymś naturalnym. Od tego momentu zacząłem poszerzać swoją wiedzę, a jak wiadomo — apetyt rośnie w miarę jedzenia. W końcu zainteresowanie przerodziło się w pasję. Teraz wiem, że wino to trunek bogów. Urzeka minie tajemniczość tego trunku, fascynująca różnorodność, niesamowita paleta aromatów i niezliczona ilość smaków... Ale wpływ miały też wielogodzinne rozmowy połączone z degustacją skarbów przywiezionych z różnych zakątków świata — perełek, dalekich od komercji smaków. To właśnie na bazie małych winnic tworzonych z sercem ukształtował się mój smak. Pozwoliło mi to stwierdzić, że do doboru dobrego wina do potraw potrzebny jest przede wszystkim nasz własny gust. Stąd też fascynacja najbardziej szlachetnym i pełnym życia trunkiem z rodzinny win czyli szampanem.

A czym urzeka pana szampan?
— Każde otwarcie butelki to dreszczyk emocji. Uwielbiam ten lekki dymek z pełnią aromatu wydobywający się z szyjki. Szampan jest winem z duszą. Jest jak życie — kruche, ulotne i bardzo delikatne. Niestety bardzo łatwo jest zepsuć smak szampana. Nie troszcząc się o niego — m.in. przechowując go w nieodpowiedniej temperaturze — tracimy wszystko, co najlepsze. Szampan i wino białe są przechładzane. Często są podawane w prosto z lodówki. Po zetknięciu z językiem czujemy miliony igieł wgryzających się w język. I jak tu się delektować? A łyk szampana w temperaturze 8-10 stopni pozwoli na eksplozję doznań w ustach. Nasz język będzie stwarzał wrażenie wysłanego aksamitem, a w ustach pozostanie niezapomniany, owocowo-orzechowy posmak. Niestety, wielu producentów z całego świata próbuje naśladować szampańskich mistrzów. Robią to z marnym skutkiem. Dlaczego? Trudno im uzyskać niedościgniony smak z powodu niesprzyjających i i niepowtarzalnych warunków klimatyczno-glebowych, którymi może poszczycić się tylko region Champagne we Francji. To tam wynaleziono szampana!

Nie ma sylwestra bez szampana, a toasty wznosimy zazwyczaj tym z niższej półki... Czym różni się ten tani od prawdziwego?
— Szampan to magia, to zaskakujące odkrycie bogactwa aromatów pogłębiających się z każdym łykiem. To kwintesencja smaku zamknięta w butelce. To esencja wydobyta z trzech wyłącznie ręcznie zbieranych winogron — czerwonych „pinot noir” dających owocowa nutę, białych chardonnay dających świeżość i delikatną cierpkość i znowu czerwonych, ale już pinot meunier — dopełniających i zamykających paletę smaków. Niestety wino musujące, które udaje szampana, nie ma nic wspólnego z szampanem. Jedna z zasadniczych różnic jest taka, że do napojów potocznie zwanymi szampanami alkohol i dwutlenek węgla wtłaczane są pod ciśnieniem. W przypadku oryginalnych — proces rodzenia się bąbelków zachodzi w butelce podczas fermentacji, czyli tworzenia się alkoholu. To trwa trwa latami. Pocieszające jest jednak to, że w Polsce mamy coraz większą dostępność szampana. Nie jest to najtańszy trunek, ale można go kupić już za 80 zł. Uważam, że raz w roku można pozwolić sobie na odrobinę luksusu — tym bardziej, że szampan jest o wiele zdrowszy niż napój popularnej marki, na którego etykiecie widnieją srebrno-złote winogrona na czarnym tle.

Został pan pierwszym Polakiem, który przystąpił do Ordre des Coteaux de Champagne...
— To wisienka na torcie moich osiągnięć zawodowych. Każdy szanujący się i ambitny sommelier marzy, aby stać się częścią tak elitarnej organizacji. To ogromne wyróżnienie, ale też wielka odpowiedzialność z pełnienia funkcji ambasadora tak znakomitego trunku. Jako chevalier czyli rycerz Ordre des Coteaux de Champagne będę się starał przybliżyć wszystkimi ten najszlachetniejszy i najdroższy alkohol na świecie.

Dlaczego wyjechał Pan z Mrągowa?
— Tak naprawdę duchowo nigdy nie wyjechałem z Mrągowa. Jestem bardzo związany z tym miastem. Urodziłem się w Rynie, ale całe moje dzieciństwo i młodość spędziłem w Mrągowie. Mam tu rodzinę, przyjaciół i w miarę możliwości staram się tu spędzać jak najwięcej czasu. A wyjechałem, aby poszerzać swoje horyzonty.

Czym różnią się imprezujący Anglicy od Polaków?
— W zależności od wieku — i w Anglii, i w Polsce — mamy inna kulturę picia. Ale po kilkuletnich obserwacjach, pracując w restauracjach i barach obu krajów, mogę stwierdzić, że Polacy piją raz na jakiś czas — dobrze i konkretnie, a Anglicy piją więcej i częściej poza domem. Cieszy mnie też fakt, że Polacy coraz częściej sięgają po wino i szampana. Nie boją się eksperymentować i doszukiwać się nowych doznań smakowych.

A jakim szampanem wzniesie pan toast w sylwestra?
— W tym roku zapewne będzie to ulubiony szampan najwspanialszej kobiety na tym świecie, czyli mojej ukochanej żony — Laurent Perrier Cuvee Rose Brut. Wytrawny, idealnie zrównoważony smak z wyczuwalną nutą moreli. Polecam. Takiego smaku również państwu życzę — nie tylko na sylwestra, ale przede wszystkim na cały przyszły rok.

*Ordre des Coteaux de Champagne — organizacja powstała w XVII wieku po to, aby promować wina z Szampanii, dbać o obyczaje związane ze sposobem ich podawania i stosowania. Członkowie stowarzyszenia są wybierani spośród sommalierów, koneserów wina i profesjonalnych restauratorów. Grono uzupełniają również przedstawiciele świata kultury i polityki. Nazwa stowarzyszenia Ordre des Coteaux, wedle autora książki „Wina, kraj i ludzie” Patricka Forbes’a, pochodzi z połowy XVII wieku. Była związana z działalnością trzech członków grupy, pochodzących z różnych części wzgórz „coteaux”: Ay, Avenay i Hautvillers. Młodzi arystokraci utworzyli wówczas elitarną grupę w celu promowania win z regionu Szampanii.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz