sobota, 7 stycznia 2012

Marek Tomaszewski: Obiady i kolacje z Marleną

— Chciałem przyjaźń z Marleną Dietrich zachować tylko dla siebie. Nawet do głowy mi nie przyszło, aby ją wykorzystać — przyznaje Marek Tomaszewski, pianista znany z duetu Marek i Wacek.


Marek Tomaszewski to połowa legendarnego duetu fortepianowego Marek i Wacek, jednego z najciekawszych fenomenów kultury popularnej PRL. Ach, zasłuchiwałam się, gdy byłam mała, a teraz zasłuchiwałam się w opowieściach Marka. To naprawdę fajny facet, a do tego — pomimo doświadczenia i siwego włosa — całkiem przystojny.

Kobieta w życiu artysty jest ważna?
— Jak najbardziej! Moja żona jest malarką, więc naszym domu mieszka dwoje artystów. Ona ma swoje atelier, a ja mam studio w piwnicy, więc nie wchodzimy sobie w drogę. Mamy duży dom i dobre warunki do pracy, ale przede wszystkim pracujemy wtedy, kiedy mamy ochotę. Nigdy nie wchodzimy sobie w drogę, ale zawsze się wspieramy. Nie wyobrażam sobie życia w samotności.

Ani swojej kariery bez Marleny Dietrich...
— To był 1966 rok, kiedy z Wackiem robiłem dyplom. Graliśmy wtedy pierwsze recitale. Pewnego dnia przyszły do nas dwie wiadomości — możemy pojechać do Stanów Zjednoczonych lub występować w Polsce przed Marleną. Pierwsza propozycja była kusząca, ale wybraliśmy trzytygodniowe tournee z wielką artystką. Podczas kilku pierwszych koncertów w ogóle nie mieliśmy z nią kontaktu. Schodziliśmy ze sceny i właściwie kończyliśmy swoją pracę. Ale podczas jednego z występów publiczność żegnała nas burzliwymi brawami. Marlena wtedy się zdziwiła: „jak to? Przecież ci ludzie przyszli na mnie, a nie dla tych dwóch pianistów”! Postanowiła nas poznać. A kiedy poznała, zaproponowała, że od tej chwili będziemy jadać razem obiady i kolacje.

Mieli panowie szczęście...
— Marlena z niedostępnej artystki stała się kobietą na wyciągnięcie ręki. Mało tego — rozmawialiśmy bardzo dużo. Opowiadaliśmy jej o swoich rodzinach. Chciała nawet poznać moją mamę, która mówiła biegle po niemiecku. Bardzo się zaprzyjaźniły. Dała nam też swój prywatny numer telefonu do paryskiego mieszkania. Powtarzała zawsze, gdy rozmawialiśmy: „jak będziecie w pobliżu, musicie koniecznie zjeść ze mną obiad!”


Dotrzymała słowa?
— Dwukrotnie zaprosiła nas do siebie. Miałem więc z nią niesamowity kontakt. Nigdy o nic jej nie prosiłem — mimo iż miała niesamowite znajomości. Chciałem tę przyjaźń zachować tylko dla siebie. Nawet do głowy mi nie przyszło, aby ją wykorzystać. Tym bardziej, że mało w tym czasie występowała i nasze spotkania były dla niej wspomnieniem wielkiego aplauzu. Nie miała za wiele pieniędzy, żyła skromnie i była utrzymywana przez znanego reżysera Billy Wildera, który zrobił „Pół żartem, pół serio”. Wysyłał jej co miesiąc pieniądze na utrzymanie.

Pan też na studiach potrzebował pieniędzy...
— Grywałem w pokera, żeby zarobić na życie. Rodzice nie mieli wystarczających pieniędzy, aby mnie utrzymać, więc grałem nie tylko na fortepianie, ale też w karty. Nawet nieźle mi szło! Trwało to przez parę miesięcy, bo potem zaczęły się już historie muzyczne i właściwie na pokera nie było czasu. Ale karty były opłacalne...

Mieszka pan w Paryżu... W Polsce nie może się pan odnaleźć?
— Wyjechałem, bo chciałem grać. Gdybym tu został, pewnie byłbym akompaniatorem w jakiejś knajpie. Chciałem się rozwijać i mieć inspirację. Pamiętam, jak siedziałem kiedyś w jakiejś kawiarni obok paryskiej Olimpii. Siedziałem piłem kawę i myślałem o wielkim świecie. Postanowiłem, że jak skończę studia, przyjadę do Francji. W 1968 roku postawiłem kropkę nad i — razem z Wackiem spakowaliśmy walizki i wyjechaliśmy z Polski. Nam potrzebne w graniu były elementy, które wypływały z Zachodu, a nie kraj bez wielkich tradycji w muzyce rozrywkowej. Tylko na Zachodzie mogliśmy nawiązać kontakty z agentami. Przebicie przez żelazną kurtynę zajmowało kilka miesięcy. Jak w takich warunkach można robić karierę? Gdy byliśmy w Paryżu, czekaliśmy zaledwie parę godzin. Podpisywaliśmy umowę i po prostu występowaliśmy. Zagraliśmy pokerowo i wygraliśmy. Jako jedyni z kraju zrobiliśmy karierę. Taką szansę miała jeszcze Ewa Demarczyk, ale została w kraju, a teraz zniknęła na dobre z życia publicznego. Do nas propozycje napływały, mówiło się o nas...

A co mówił o waszej muzyce ojciec Wacka Stefan Kisielewski?
— Był z zawodu krytykiem muzycznym i wiedział, że mamy talent. To on otworzył nam drzwi do Polskiego Radia — mówię w przenośni, bo on zaproponował nas właściwym osobom. Sami jednak dbaliśmy o jakość naszych usług. Stefan tylko pokazał nam, w którą stronę mamy iść. Nic nam nie załatwiał — dał nam wędkę, a nie rybę i jestem mu za to serdecznie wdzięczny.

Pan też jest ojcem...
— Jeden syn mieszka w Los Angeles i ma już swojego synka. Tak, jestem dziadkiem od półtora roku! Chłopiec ma na imię Fletcher, co brzmi zabawnie i niecodziennie. Imię przecież świadczy o charakterze, więc jestem ciekawy, jaki facet z niego wyrośnie. Na drugie na szczęście ma Marek, więc to ukłon syna w w moją stronę. Gdyby na świat przyszła dziewczynka, pewnie nosiłaby imię mojej żony Agaty. Wnuczek był u mnie we wrześniu i wtedy skomponowałem mu jeden utwór! Mam jeszcze dwóch synów, którzy mieszkają bliżej, bo w Paryżu — jeden jest muzykiem filmowym, a drugi reżyserem. Niestety widzimy się raz na jakiś czas — od święta. Przerwy nie są najlepszym rozwiązaniem... Zresztą miałem przerwę też w graniu. Na szczęście najmłodszy syn powiedział mi kiedyś: „tato, moi bracia słyszeli cię na żywo, a ja?” I to dało mi do myślenia. Wróciłem do grania i dobrze mi z tym. Najmłodszy syn napędza mnie cały czas do pracy. Wybiera mi fotografów, projektuje okładki płyt i trzyma kciuki. Jestem dumny ze swojej rodziny.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz