Podobno życie jest jak papier toaletowy. Do dupy. Ale czy zawsze?
Lubię ludzkie pomysły, analizy i absurdy. Pewnie biorą się z nudy. Z nudy często też grzebie się w internecie.
Dostałam mailem wesoły wywód. I oto słów kilka na temat pewnej części ciała:
Dupę wynalazł uczony radziecki Wołow. Dlatego mówimy: "dupa Wołowa". Inni twierdzą, że dupę wynalazła Marynia. Ci z kolei rozmawiają o dupie Maryni.
Dupa pełni ważną rolę w ruchu obrotowym. Wszystko kręci się wokół dupy. Dupa służy również do przekazywania zdecydowanych sygnałów niewerbalnych. Dobrze wymierzony, solidny kopniak w dupę jest wyrażeniem uczuć negatywnych wobec adresata takiego gestu. Dupie można również przekazać emocje pozytywne, np. całując kogoś w dupę. Dupa może spełniać też rolę lizaka. Szczęśliwie nie wszyscy są dupolizami.
Uniwersalność dupy nie kończy się na tym, jest ona bowiem zadziwiająco skutecznym pojemnikiem: w dupie można mieć całe osoby, a nawet społeczności. Dupa służy nieraz jako etalon: wiele rzeczy jest do dupy, tym samym dupa spełnia rolę uniwersalnego wzorca porównawczego.
W dupę (lub po dupie) można również dostać. Czynność ta umacnia więzi emocjonalne między rodzicami i dziećmi. Prócz tego, dupa spełnia rolę siedziska, powiadamy bowiem: "siadaj na dupie", często z dodatkiem poleceń uzupełniających, jak np. "[...] i siedź cicho".
Określenie "dawać (dać) dupy" funkcjonuje w dwóch znaczeniach: erotycznym i wartościującym, jednak "ściągnąć kogoś z dupy" tylko w tym pierwszym. Można również chronić swoją (lub czyjąś) dupę, co kolejny raz potwierdza ważność dupy w otaczającym nas świecie.
"Zabrać się do czegoś od dupy strony" oznacza podejście niewłaściwe, od końca. Dupa funkcjonuje tu jako synonim odwrotności. Dupa pełni również rolę uchwytu, można bowiem trzymać się czyjejś dupy. Określenie to nie oznacza braku równowagi, ale samodzielności.
A co oznacza określenie „w dupę jeża”? Kto wie, niech napisze!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurd. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 lutego 2010
wtorek, 20 października 2009
Tracę zaufanie do herbaty Lipton
Prezenty dostają tylko ci, którzy się mogą zrewanżować. Święta prawda — wizyta w supermarkecie to tylko potwierdza. Chcesz dostać więcej herbaty Lipton? Zapłać za gratis.

Czy ktoś mi wytłumaczy? Nie rozumiem. Jak Bóg mi świadkiem — pojąć nie mogę! Żyję na świecie już kilka dobrych (bardzo dobrych) lat i nie pojmuję słowa „promocja”. Zawsze myślałam, że to opłacalna okazja — mój portfel zyskuje, sprzedawca albo producent kłania się w pas i zachęca do kupna. Coś za coś. Chce mnie rozkochać, przyzwyczaić, a jeśli dobrze pójdzie — uzależnić. Jeśli robi to w białych rękawiczkach — zgoda.
Herbatę Lipton pijam, bo lubię. Fakt — przyzwyczaiłam się, może nawet się rozkochałam (na tyle, na ile w torebce ekspresowej można się zakochać). I właśnie sprawa mojego niezrozumienia tej herbaty się tyczy.
Hipermarket Real. Aleja z herbatami. Jedna półka ugina się od kartonów, w których gniecie się 100 herbat. Cena — 13,99 zł.
Półka niżej — takie same pudełko, ale ulepszone — w środku znajduje się 12% więcej tych samych herbat. Wielkimi literami dopisane: W PREZENCIE. Cena — 15,69 zł.
I właśnie tego nie rozumiem! Za prezenty trzeba płacić? Zaglądam do encyklopedii, która tłumaczy mi znaczenie słowa PREZENT. To podarunek wręczany drugiej osobie przy różnych okazjach. (…) Czasem można go otrzymać bez okazji.
Dlaczego więc muszę dopłacać za 12%, które można nazwać nie tyle prezentem, ile promocją, okazją, gratisem?
Kto zawinił? Lipton gra klientom na nosie? A może hipermarket wykorzystuje ludzką głupotę i nabija sobie kasę?
Czy ktoś mi to wyjaśni? Bo ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego mam płacić za prezent. Za 1,70 zł to ja sobie kupię coca colę na smak. O!
Do marki Lipton — tracę zaufanie.
Do marki Real — tracę za ufanie.
Ufam sobie. Nie przepłacam.

Czy ktoś mi wytłumaczy? Nie rozumiem. Jak Bóg mi świadkiem — pojąć nie mogę! Żyję na świecie już kilka dobrych (bardzo dobrych) lat i nie pojmuję słowa „promocja”. Zawsze myślałam, że to opłacalna okazja — mój portfel zyskuje, sprzedawca albo producent kłania się w pas i zachęca do kupna. Coś za coś. Chce mnie rozkochać, przyzwyczaić, a jeśli dobrze pójdzie — uzależnić. Jeśli robi to w białych rękawiczkach — zgoda.
Herbatę Lipton pijam, bo lubię. Fakt — przyzwyczaiłam się, może nawet się rozkochałam (na tyle, na ile w torebce ekspresowej można się zakochać). I właśnie sprawa mojego niezrozumienia tej herbaty się tyczy.
Hipermarket Real. Aleja z herbatami. Jedna półka ugina się od kartonów, w których gniecie się 100 herbat. Cena — 13,99 zł.
Półka niżej — takie same pudełko, ale ulepszone — w środku znajduje się 12% więcej tych samych herbat. Wielkimi literami dopisane: W PREZENCIE. Cena — 15,69 zł.
I właśnie tego nie rozumiem! Za prezenty trzeba płacić? Zaglądam do encyklopedii, która tłumaczy mi znaczenie słowa PREZENT. To podarunek wręczany drugiej osobie przy różnych okazjach. (…) Czasem można go otrzymać bez okazji.
Dlaczego więc muszę dopłacać za 12%, które można nazwać nie tyle prezentem, ile promocją, okazją, gratisem?
Kto zawinił? Lipton gra klientom na nosie? A może hipermarket wykorzystuje ludzką głupotę i nabija sobie kasę?
Czy ktoś mi to wyjaśni? Bo ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego mam płacić za prezent. Za 1,70 zł to ja sobie kupię coca colę na smak. O!
Do marki Lipton — tracę zaufanie.
Do marki Real — tracę za ufanie.
Ufam sobie. Nie przepłacam.
środa, 14 października 2009
Olsztyn o gejach: trzeba zrobić porządek!
— Olsztyn to tolerancyjne miasto — powiedział mi gej, gdy pisałam artykuł o „wyjściu z szafy”, czyli coming oucie. Komentarze pod tekstem pokazały, że jest zupełnie inaczej. Olsztyn homofobią stoi: homoseksualizm jest jak ogromna nadwaga, mongolizm, debilizm... Ludzie, co z wami się dzieje?

Jesteśmy homofonami? Ależ skąd! My? Pijemy za dużo? Broń Boże, pijemy w miarę, nie jesteśmy alkoholikami. A co mówimy o Żydach? Kłaniamy się im w pas? A może słówko o rasizmie? Wtedy usłyszeć można: do czarnoskórych nic nie mam, ale… I właśnie o to „ale” się rozchodzi.
Zaprzeczamy? Chyba sami sobie. Oto komentarze, jakie pojawiły się przy moim tekście „Dzień dobry, jestem gejem”. Olsztyniacy to homofoby, jest czarno na białym.
Nie bez powodu ten wpis zamieszczam w Dzień Nauczyciela.
Pilsener
Homofobia, rasizm oraz antysemityzm to nasza narodowa tradycja i nie powinniśmy się tego wstydzić, lecz wpisać do konstytucji.
Stefan
Nikt mi nie powie, że to jest normalne, jak facet z facetem razem się bawią w doktora.
do chory
Jak to nie stwarzają zagrożenia? A z kim oni się pedałują, przecież w pojedynkę się nie da.
Ja sam byłem zagrożony. Kiedyś jechałem nocnym pociągiem i taki jeden zaczął się przystawiać. Dopiero jak dostał w ryj, zrozumiał, że źle trafił. Pederastów trzeba leczyć, a nie mówić że jest to normalne. Stosunek w odbyt nie jest normalny.
ola
Tolerancja, pomoc, wręcz życzliwość dla osób niepełnosprawnych (fizycznie lub psychicznie) to zupełnie coś innego niż publiczne propagowanie i gloryfikowanie nienormalnej orientacji seksualnej. To drugie nie ma nic wspólnego z tolerancją.
Te odchyłki to choroba lub kalectwo, wstydliwe i wymagające pomocy i leczenia. Podobnie jak ogromna nadwaga, mongolizm, debilizm...
Nie dajmy się ogłupiać w ramach szeroko pojętej tolerancji.
jaszczur
A czy wyznacznikiem postępu jest tolerancja dla pederastów? To ja dziękuję za taki postęp i taką poprawność polityczną. Każdy ma prawo do bycia pederastą, ale prywatnie w swoich czterech kątach. Na pewno nie ma prawa do demoralizowania i gorszenia innych osób, a także do gwałcenia podstawowego poczucia estetyki... Trzeba zrobić porządek z tymi coraz bardziej panoszącymi się zboczeńcami!
Gość
Zwróćcie uwagę, jakiego slangu używają homosie. Członek u nich nazywa się pytągiem. Mam wrażenie, że ci ludzie przeszli szkołę pedzi w jakimś więzieniu. Teraz są na wolności i mówią, że ich zachowania są normalne. Chcesz się jeden z drugim pedałować, to wracaj do pierdla z powrotem. Tam będziesz miał pytągi i w usta, i w tyłek, i ci obciągną itd. Obrzydlistwo.
go go
Niech sobie chodzą za rączkę i się pukają w 4litery, nic mnie to nie obchodzi, ALE proszę mi tu nie wmawiać, że jest to takie fajne, trendi i proeuropejskie
Adam i Ewa
To jest nienormalne, żeby facet z facetem i kobieta z kobietą, po prostu świat przestałby istnieć, bo jak niby oni mają się rozmnażać? To jest przeciw naturze. Dajcie sobie na spokój z tym dniem tolerancji. Przecież można to leczyć!
koki
Ja pierdolę, to dziś jest dzień geja? A ja mam urodziny...
młody
Jestem nietolerancyjny! Jestem zaściankowym homofobem i jestem z tego dumny! Mam chyba prawo do własnej opinii. Nigdy nie zrozumiem tych pedałów i zawsze będę to powtarzał. Proponuje stworzyć Światowy Dzień Homofobii i zorganizować marsz NIEtolerancji!
normalny
A kiedy będziemy obchodzić Dzień Normalności? Przydałoby się, bo za kilkanaście lat ta choroba tak się rozprzestrzeni, że idąc z kobietą ulicą będę wytykany palcami. Ludzie, opamiętajcie się! To da się leczyć, skoro współczesna medycyna potrafi skutecznie leczyć pedofilię, więc i wy też macie szansę!
do normalny
Dawać im silne leki zmniejszające popęd, to im te świństwa wylecą z głowy!
Hmm
Dlaczego większość komentarzy odnosi się do odbytu i seksu miedzy facetami, czyżby jakaś fascynacja, panowie? Zainteresowanie? Zdrowy heteroseksualny mężczyzna po prostu przechodzi obok i kocha swoją kobietę.
Zakładka
Ujawnianie przed ogółem swoich spraw intymnych jest zwykłym chamstwem i to niezależnie, czy ktoś jest hetero czy homo. Obnoszenie się ze swoją orientacją seksualną to taki rodzaj ekshibicjonistycznej autoreklamy, prymitywna potrzeba nakręcenia się, gra wstępna dewiantów.
A o tragedii dzieci adoptowanych przez pary homo można sobie poszukać i poczytać w necie – o wychowaniu „w miłości”, przypadkach pedofilii itp. ...
Do głupich komentarzy
Homoseksualizm nie jest chorobą, ale wytykanie ludzi, którzy walą teksty typu "cwel" czy "nienormalny" już jest karalne i oczywiście chore, zatem zapraszamy takich ludzi do psychiatrów.
I powtarzam, jeżeli brzydzisz się homoseksualistów, pójdź do lekarza i poproś o radę, wizyta u psychiatry z powodu homofobii powinna pomóc.
Dodatkowo jak ktoś nie jest wyedukowany, to każdy człowiek posiada jakiś % zmiennej orientacji — dla jednych jest z przewagą dla pań, dla innych dla panów, a inni są po środku, więc są tzw. bi. I jeżeli nadal ktoś mówi, że ma w sobie 0% tej samej orientacji, to się myli, bo w takim wypadku od małego nie dałby buzi nawet własnemu ojcu.
I pamiętajcie, to nie homoseksualizm trzeba tępić, a homofobię!!!
Tolerancja_23
Większość osób wypowiada się negatywnie na temat homoseksualistów, ale ciekawe jak byście mówili, gdyby ten temat dotyczył właśnie was. Nikt nie wybiera sobie orientacji, jedni są homo, jedni hetero, a inni bi. I nigdy się tego nie zmieni. Więc niech niektórzy nie mówią, że homoseksualizm to choroba. Choroba to odstępstwo od w pełni zdrowego organizmu. A orientacja każdego człowieka nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Przeczytajcie sobie, co to jest homoseksualizm i wtedy piszcie.
chory?
Uważam, że chore jest pisanie artykułów na takie tematy. Homoseksualizm był, jest i będzie. Można się z tym pogodzić albo nie. Można żyć z tą świadomością albo udawać, że nie ma takiej grupy społecznej. Po co tylko serwować czytelnikom płytkiego poziomu takie treści? Nie uważam, by ludzie homoseksualni stwarzali jakiekolwiek zagrożenie. Wiele osób pisze tu o adopcji — ale ona w Polsce i tak nie będzie miała miejsca, więc po co się gorączkować? W końcu nawet małżeństwa heteroseksualne muszą spełnić szereg wymagań, by móc adoptować dziecko, więc nie ma powodów do wynurzeń! A to, że ktoś jest gejem? Niech będzie! (…) Myślę, że jak olsztyńscy geje zaczną gwałcić skinheadów, porywać i zjadać małe dzieci i wyrywać torebki staruszkom, będziemy musieli interweniować, a teraz? Mamy święto latawców, to niech będzie Dzień Wyjścia z Szafy...
> Homoseksualizm. Polska szkoła milczy na ten temat

Jesteśmy homofonami? Ależ skąd! My? Pijemy za dużo? Broń Boże, pijemy w miarę, nie jesteśmy alkoholikami. A co mówimy o Żydach? Kłaniamy się im w pas? A może słówko o rasizmie? Wtedy usłyszeć można: do czarnoskórych nic nie mam, ale… I właśnie o to „ale” się rozchodzi.
Zaprzeczamy? Chyba sami sobie. Oto komentarze, jakie pojawiły się przy moim tekście „Dzień dobry, jestem gejem”. Olsztyniacy to homofoby, jest czarno na białym.
Nie bez powodu ten wpis zamieszczam w Dzień Nauczyciela.
Pilsener
Homofobia, rasizm oraz antysemityzm to nasza narodowa tradycja i nie powinniśmy się tego wstydzić, lecz wpisać do konstytucji.
Stefan
Nikt mi nie powie, że to jest normalne, jak facet z facetem razem się bawią w doktora.
do chory
Jak to nie stwarzają zagrożenia? A z kim oni się pedałują, przecież w pojedynkę się nie da.
Ja sam byłem zagrożony. Kiedyś jechałem nocnym pociągiem i taki jeden zaczął się przystawiać. Dopiero jak dostał w ryj, zrozumiał, że źle trafił. Pederastów trzeba leczyć, a nie mówić że jest to normalne. Stosunek w odbyt nie jest normalny.
ola
Tolerancja, pomoc, wręcz życzliwość dla osób niepełnosprawnych (fizycznie lub psychicznie) to zupełnie coś innego niż publiczne propagowanie i gloryfikowanie nienormalnej orientacji seksualnej. To drugie nie ma nic wspólnego z tolerancją.
Te odchyłki to choroba lub kalectwo, wstydliwe i wymagające pomocy i leczenia. Podobnie jak ogromna nadwaga, mongolizm, debilizm...
Nie dajmy się ogłupiać w ramach szeroko pojętej tolerancji.
jaszczur
A czy wyznacznikiem postępu jest tolerancja dla pederastów? To ja dziękuję za taki postęp i taką poprawność polityczną. Każdy ma prawo do bycia pederastą, ale prywatnie w swoich czterech kątach. Na pewno nie ma prawa do demoralizowania i gorszenia innych osób, a także do gwałcenia podstawowego poczucia estetyki... Trzeba zrobić porządek z tymi coraz bardziej panoszącymi się zboczeńcami!
Gość
Zwróćcie uwagę, jakiego slangu używają homosie. Członek u nich nazywa się pytągiem. Mam wrażenie, że ci ludzie przeszli szkołę pedzi w jakimś więzieniu. Teraz są na wolności i mówią, że ich zachowania są normalne. Chcesz się jeden z drugim pedałować, to wracaj do pierdla z powrotem. Tam będziesz miał pytągi i w usta, i w tyłek, i ci obciągną itd. Obrzydlistwo.
go go
Niech sobie chodzą za rączkę i się pukają w 4litery, nic mnie to nie obchodzi, ALE proszę mi tu nie wmawiać, że jest to takie fajne, trendi i proeuropejskie
Adam i Ewa
To jest nienormalne, żeby facet z facetem i kobieta z kobietą, po prostu świat przestałby istnieć, bo jak niby oni mają się rozmnażać? To jest przeciw naturze. Dajcie sobie na spokój z tym dniem tolerancji. Przecież można to leczyć!
koki
Ja pierdolę, to dziś jest dzień geja? A ja mam urodziny...
młody
Jestem nietolerancyjny! Jestem zaściankowym homofobem i jestem z tego dumny! Mam chyba prawo do własnej opinii. Nigdy nie zrozumiem tych pedałów i zawsze będę to powtarzał. Proponuje stworzyć Światowy Dzień Homofobii i zorganizować marsz NIEtolerancji!
normalny
A kiedy będziemy obchodzić Dzień Normalności? Przydałoby się, bo za kilkanaście lat ta choroba tak się rozprzestrzeni, że idąc z kobietą ulicą będę wytykany palcami. Ludzie, opamiętajcie się! To da się leczyć, skoro współczesna medycyna potrafi skutecznie leczyć pedofilię, więc i wy też macie szansę!
do normalny
Dawać im silne leki zmniejszające popęd, to im te świństwa wylecą z głowy!
Hmm
Dlaczego większość komentarzy odnosi się do odbytu i seksu miedzy facetami, czyżby jakaś fascynacja, panowie? Zainteresowanie? Zdrowy heteroseksualny mężczyzna po prostu przechodzi obok i kocha swoją kobietę.
Zakładka
Ujawnianie przed ogółem swoich spraw intymnych jest zwykłym chamstwem i to niezależnie, czy ktoś jest hetero czy homo. Obnoszenie się ze swoją orientacją seksualną to taki rodzaj ekshibicjonistycznej autoreklamy, prymitywna potrzeba nakręcenia się, gra wstępna dewiantów.
A o tragedii dzieci adoptowanych przez pary homo można sobie poszukać i poczytać w necie – o wychowaniu „w miłości”, przypadkach pedofilii itp. ...
Do głupich komentarzy
Homoseksualizm nie jest chorobą, ale wytykanie ludzi, którzy walą teksty typu "cwel" czy "nienormalny" już jest karalne i oczywiście chore, zatem zapraszamy takich ludzi do psychiatrów.
I powtarzam, jeżeli brzydzisz się homoseksualistów, pójdź do lekarza i poproś o radę, wizyta u psychiatry z powodu homofobii powinna pomóc.
Dodatkowo jak ktoś nie jest wyedukowany, to każdy człowiek posiada jakiś % zmiennej orientacji — dla jednych jest z przewagą dla pań, dla innych dla panów, a inni są po środku, więc są tzw. bi. I jeżeli nadal ktoś mówi, że ma w sobie 0% tej samej orientacji, to się myli, bo w takim wypadku od małego nie dałby buzi nawet własnemu ojcu.
I pamiętajcie, to nie homoseksualizm trzeba tępić, a homofobię!!!
Tolerancja_23
Większość osób wypowiada się negatywnie na temat homoseksualistów, ale ciekawe jak byście mówili, gdyby ten temat dotyczył właśnie was. Nikt nie wybiera sobie orientacji, jedni są homo, jedni hetero, a inni bi. I nigdy się tego nie zmieni. Więc niech niektórzy nie mówią, że homoseksualizm to choroba. Choroba to odstępstwo od w pełni zdrowego organizmu. A orientacja każdego człowieka nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Przeczytajcie sobie, co to jest homoseksualizm i wtedy piszcie.
chory?
Uważam, że chore jest pisanie artykułów na takie tematy. Homoseksualizm był, jest i będzie. Można się z tym pogodzić albo nie. Można żyć z tą świadomością albo udawać, że nie ma takiej grupy społecznej. Po co tylko serwować czytelnikom płytkiego poziomu takie treści? Nie uważam, by ludzie homoseksualni stwarzali jakiekolwiek zagrożenie. Wiele osób pisze tu o adopcji — ale ona w Polsce i tak nie będzie miała miejsca, więc po co się gorączkować? W końcu nawet małżeństwa heteroseksualne muszą spełnić szereg wymagań, by móc adoptować dziecko, więc nie ma powodów do wynurzeń! A to, że ktoś jest gejem? Niech będzie! (…) Myślę, że jak olsztyńscy geje zaczną gwałcić skinheadów, porywać i zjadać małe dzieci i wyrywać torebki staruszkom, będziemy musieli interweniować, a teraz? Mamy święto latawców, to niech będzie Dzień Wyjścia z Szafy...
> Homoseksualizm. Polska szkoła milczy na ten temat
piątek, 9 października 2009
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Co się dzisiaj dzieje z ludźmi? Barack Obama dostał pokojowego Nobla. A ja tupię nogą, że to niesprawiedliwe. Ja dla pokoju zrobiłam więcej niż on. Ja pokój posprzątałam!

Co? Barack Obama dostał Nobla? Gały wybałuszyłam — dosłownie — gdy doszło do moich szarych komórek, że ten młody i urodziwy prezydent USA, który muchę potrafi zabić, dostał Nobla. Nie spodziewałam się, nie śniłam nawet. A tu proszę — wystarczy piękny uśmiech z białymi zębami, by Nobel trafił do jego rąk. Ja też tak chcę! Jakiej pasty mam używać, by za rok zarobić?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Ale do rzeczy. Za co pan, panie prezydencie, dostał tego Nobla? Za fachową kampanię prezydencką? Za zabranie Polsce tarczy antyrakietowej 17 września, kiedy wspominaliśmy agresję sowiecką na Polskę? Za to, że niedawno miał pan szansę spotkać się z Dalajlamą, także laureatem pokojowej Nagrody Nobla, ale odmówił?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A może ma pan ładny pokój? Zapewne. W Białym Domu są tylko ładne pokoje. Fakt, taki Nobel — gdyby był bratem Oscara — świetnie wyglądałby na półce albo na parapecie. Koło fikusa.
W Białym Domu są też tylko czyste pokoje. Nie ma graciarni — jest co najwyżej składnica prezentów od innych prezydentów. Ale nawet i tam jest czysto, bo w domu prezydenta pracują panie, które znają się na porządku doskonale. Tak, stanowczo pokój Obamy jest dopracowany i wypieszczony. Nagroda się należy. Za czyste sumienie też można dać plusika.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
"Nadzieja na lepszą przyszłość " — tak uzasadnia się pokojowego Nobla dla Obamy. Czyli motywujemy, zachęcamy, napędzamy. Barack dostał więc kopa i teraz naprawi cały świat niczym Superman. Nobel musi więc zadziałać jak sok z gumijagód. Zadziała? Jak myślicie?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Nadal nie wiem, za co Barack został nagrodzony. Myślę i wymyślić nie mogę. Za to, że dużo mówi, że dużo zrobi? To tak, jakby jakiś naukowiec powiedział, że wymyśli lek, który cofnie starzenie się. To ma sens, proszę państwa. Trzeba dać odpowiednie rzeczy słowo.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby Noblem uraczyć nie Obamę, a Osamę? Tak, Osamę bin Ladena! Po 11 września na świecie jest tak bezpiecznie, że aż strach. Kontrole na lotnisku, prześwietlenia bagażu, antyterroryści zawsze w gotowości... Dobry pomysł? Kto jest za?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby uhonorować nasze polskie pomysłowe CBA? Tworzyć historię też trzeba umieć. Ba — a jaki talent trzeba mieć, by organizować ludziom życie seksualne! Takiego drugiego jak agent Tomek ze świecą szukać. Wobec tego Nobla dać Tomkowi! Też ma białe zęby i piorunujący uśmiech jak Obama. Nadaje się!
Przeczytaj:
Obama: Jestem zdziwiony, ale z pokorą przyjmuję tę nagrodę
Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia
Wałęsa zdziwiony Noblem dla Obamy. "Nie ma żadnego wkładu"

Co? Barack Obama dostał Nobla? Gały wybałuszyłam — dosłownie — gdy doszło do moich szarych komórek, że ten młody i urodziwy prezydent USA, który muchę potrafi zabić, dostał Nobla. Nie spodziewałam się, nie śniłam nawet. A tu proszę — wystarczy piękny uśmiech z białymi zębami, by Nobel trafił do jego rąk. Ja też tak chcę! Jakiej pasty mam używać, by za rok zarobić?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Ale do rzeczy. Za co pan, panie prezydencie, dostał tego Nobla? Za fachową kampanię prezydencką? Za zabranie Polsce tarczy antyrakietowej 17 września, kiedy wspominaliśmy agresję sowiecką na Polskę? Za to, że niedawno miał pan szansę spotkać się z Dalajlamą, także laureatem pokojowej Nagrody Nobla, ale odmówił?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A może ma pan ładny pokój? Zapewne. W Białym Domu są tylko ładne pokoje. Fakt, taki Nobel — gdyby był bratem Oscara — świetnie wyglądałby na półce albo na parapecie. Koło fikusa.
W Białym Domu są też tylko czyste pokoje. Nie ma graciarni — jest co najwyżej składnica prezentów od innych prezydentów. Ale nawet i tam jest czysto, bo w domu prezydenta pracują panie, które znają się na porządku doskonale. Tak, stanowczo pokój Obamy jest dopracowany i wypieszczony. Nagroda się należy. Za czyste sumienie też można dać plusika.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
"Nadzieja na lepszą przyszłość " — tak uzasadnia się pokojowego Nobla dla Obamy. Czyli motywujemy, zachęcamy, napędzamy. Barack dostał więc kopa i teraz naprawi cały świat niczym Superman. Nobel musi więc zadziałać jak sok z gumijagód. Zadziała? Jak myślicie?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Nadal nie wiem, za co Barack został nagrodzony. Myślę i wymyślić nie mogę. Za to, że dużo mówi, że dużo zrobi? To tak, jakby jakiś naukowiec powiedział, że wymyśli lek, który cofnie starzenie się. To ma sens, proszę państwa. Trzeba dać odpowiednie rzeczy słowo.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby Noblem uraczyć nie Obamę, a Osamę? Tak, Osamę bin Ladena! Po 11 września na świecie jest tak bezpiecznie, że aż strach. Kontrole na lotnisku, prześwietlenia bagażu, antyterroryści zawsze w gotowości... Dobry pomysł? Kto jest za?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby uhonorować nasze polskie pomysłowe CBA? Tworzyć historię też trzeba umieć. Ba — a jaki talent trzeba mieć, by organizować ludziom życie seksualne! Takiego drugiego jak agent Tomek ze świecą szukać. Wobec tego Nobla dać Tomkowi! Też ma białe zęby i piorunujący uśmiech jak Obama. Nadaje się!
Przeczytaj:
Obama: Jestem zdziwiony, ale z pokorą przyjmuję tę nagrodę
Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia
Wałęsa zdziwiony Noblem dla Obamy. "Nie ma żadnego wkładu"
czwartek, 17 września 2009
Katyń w Kortowie, czyli pamięć o ofiarach w sercu juwenaliów
Z czym kojarzy się olsztyńskim studentom Górka Kortowska? Z juwenaliami, szaleństwem, piciem i siusianiem. Politycy idą krok dalej — w tym miejscu ustanowili Aleję Ofiar Katyńskich. O zgrozo!
Do Olsztyna na okoliczność otwarcia Alei Ofiar Katyńskich przyjechał prezydent Lech Kaczyński. Odsłonił na Górce Kortowskiej tablicę "ku pamięci" i posadził pamiątkowy dąb. Cała aleja ma liczyć aż 26 młodych drzewek. Na każdym z nich umieszczono tabliczkę z nazwiskiem jednej z ofiar zbrodni.
Niech no tylko przyjdzie maj i Kortowiada. Co się wtedy dzieje na Górce Kortowskiej? Młodzi szaleją, tańczą, piją i śpiewają. A co dzieje się na chodniku, który od dziś jest Aleją Ofiar Katyńskich? Właśnie tam studenci załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Co więc stanie się z 26 dębami? Będą rosły jak na drożdżach — zdrowo i dorodnie. Czy o to chodziło?
Pijany student nie jest sentymentalny. Pijany student myśli błyskawicznie — jak zamek błyskawiczny. Byle szybciej sobie ulżyć i iść dalej w tan.
Dziwię się politykom. Dlaczego wybrali akurat takie miejsce na czczenie pamięci ofiar z Katynia?
Ale przynajmniej dziennikarze będą mieli temat. Już widzę czołówki, że studenci nie szanują miejsca pamięci. Że je olewają.
Ale kto jest temu winien? Czy aby na pewno student? W końcu to jego teren. Podczas Kortowiady przede wszystkim. Może lać, gdzie popadnie — dosłownie. Kto był, ten wie, czym to pachnie.
Do Olsztyna na okoliczność otwarcia Alei Ofiar Katyńskich przyjechał prezydent Lech Kaczyński. Odsłonił na Górce Kortowskiej tablicę "ku pamięci" i posadził pamiątkowy dąb. Cała aleja ma liczyć aż 26 młodych drzewek. Na każdym z nich umieszczono tabliczkę z nazwiskiem jednej z ofiar zbrodni.
— Kiedyś na masowych grobach polskich oficerów Rosjanie posadzili drzewa, by zatrzeć ślady zbrodni. Nasze dęby mają być symbolem pamięci — mówi prof. Norbert Kasparek.
— Ja na to, żeby wykrzyczeć swój ból i mówić o Katyniu, musiałam czekać 50 lat. A żeby posadzić dąb mojemu ojcu, prawie 70 lat — mówi Mirosława Aleksandrowicz, której ojciec zginął w Katyniu.
(Olsztyn: Lech Kaczyński otworzył Aleję Ofiar Katyńskich)
Niech no tylko przyjdzie maj i Kortowiada. Co się wtedy dzieje na Górce Kortowskiej? Młodzi szaleją, tańczą, piją i śpiewają. A co dzieje się na chodniku, który od dziś jest Aleją Ofiar Katyńskich? Właśnie tam studenci załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Co więc stanie się z 26 dębami? Będą rosły jak na drożdżach — zdrowo i dorodnie. Czy o to chodziło?
Pijany student nie jest sentymentalny. Pijany student myśli błyskawicznie — jak zamek błyskawiczny. Byle szybciej sobie ulżyć i iść dalej w tan.
Dziwię się politykom. Dlaczego wybrali akurat takie miejsce na czczenie pamięci ofiar z Katynia?
Ale przynajmniej dziennikarze będą mieli temat. Już widzę czołówki, że studenci nie szanują miejsca pamięci. Że je olewają.
Ale kto jest temu winien? Czy aby na pewno student? W końcu to jego teren. Podczas Kortowiady przede wszystkim. Może lać, gdzie popadnie — dosłownie. Kto był, ten wie, czym to pachnie.
niedziela, 30 sierpnia 2009
Postój sobie przy ratuszu
Czy ktoś widział parking, na którym od lat nie stanął żaden samochód? W Olsztynie jest taki i to w centrum miasta, zaraz przy ratuszu!

Olsztyńskie ulice pękają w szwach. Zwłaszcza w godzinach szczytu, gdy samochody tłoczą się tu i ówdzie. Tyle spraw do załatwienia, tyle ganiania… A jest między teatrem a ratuszem parking widmo (róg ulic Ratuszowej i 1 maja). Czarna dziura, pusta przestrzeń. Dla oddechu? A kto wie?
I właśnie o ten oddech mi się rozchodzi. Parkingu brak, ale jest za to przecudnej urody informacja. Ja — jako piechur — odczytuję ją jako zaproszenie od właściciela placu. Czyli, że jest to teren prywatny i mogę sobie postać.
No dobrze, staję więc i oczom nie wierzę — świat wokół mnie gna, a ja jakby zaklęta w czasie. Stoję, podziwiam okolicę, liczę mijające mnie samochody. Żaden nie skręca, żaden nie chce zaparkować na parkingu, który nazywa się parkingiem, ale wjazd zagrodzony ma łańcuszkiem. I tak jest już od lat. Parking parkingiem więc nie jest. Ale okolica jest przyjemnym miejscem do stania. To tu sztuka miesza się z polityką.
Wspaniale, jest w centrum miasta plac — i to przy siedzibie samego włodarza — gdzie można sobie postać bez obawy, że komuś to stanie się nie spodoba. I pięknie, w tym miejscu nawet straż miejska człowieka nie ruszy! Ruszyć może jedynie właściciel terenu prywatnego, ale skoro zaprosił do stania, więc raczej nie wygoni. Nie podaje żadnych ograniczeń, nie wytycza godzin, więc gość w dom, Bóg w dom.
A czy pan prezydent albo inny urzędnik skorzystał z tego przywileju i postał sobie przy ratuszu? Polecam, stanie jest bardzo przyjemne.
Do stania zapraszam też aktorów. Nawet i ludziom, którzy na co dzień stają na scenie, uliczne stanie przystoi. Kto wie, skąd wzięła się nazwa teatru licznego...
Ostrzegam tylko — nie stójcie za długo! Podczas długotrwałego stania wzrasta ciśnienie hydrostatyczne nóg, co sprzyja obrzękom i bardzo często prowadzi do powstawania żylaków. Jednak ruch to zdrowie.
PS. A może przynieść namiot i rozbić go na terenie prywatnym? Ale nie, właściciel nie umieścił na znaku informacji: ROZBIJ.

Olsztyńskie ulice pękają w szwach. Zwłaszcza w godzinach szczytu, gdy samochody tłoczą się tu i ówdzie. Tyle spraw do załatwienia, tyle ganiania… A jest między teatrem a ratuszem parking widmo (róg ulic Ratuszowej i 1 maja). Czarna dziura, pusta przestrzeń. Dla oddechu? A kto wie?
I właśnie o ten oddech mi się rozchodzi. Parkingu brak, ale jest za to przecudnej urody informacja. Ja — jako piechur — odczytuję ją jako zaproszenie od właściciela placu. Czyli, że jest to teren prywatny i mogę sobie postać.
No dobrze, staję więc i oczom nie wierzę — świat wokół mnie gna, a ja jakby zaklęta w czasie. Stoję, podziwiam okolicę, liczę mijające mnie samochody. Żaden nie skręca, żaden nie chce zaparkować na parkingu, który nazywa się parkingiem, ale wjazd zagrodzony ma łańcuszkiem. I tak jest już od lat. Parking parkingiem więc nie jest. Ale okolica jest przyjemnym miejscem do stania. To tu sztuka miesza się z polityką.
Wspaniale, jest w centrum miasta plac — i to przy siedzibie samego włodarza — gdzie można sobie postać bez obawy, że komuś to stanie się nie spodoba. I pięknie, w tym miejscu nawet straż miejska człowieka nie ruszy! Ruszyć może jedynie właściciel terenu prywatnego, ale skoro zaprosił do stania, więc raczej nie wygoni. Nie podaje żadnych ograniczeń, nie wytycza godzin, więc gość w dom, Bóg w dom.
A czy pan prezydent albo inny urzędnik skorzystał z tego przywileju i postał sobie przy ratuszu? Polecam, stanie jest bardzo przyjemne.
Do stania zapraszam też aktorów. Nawet i ludziom, którzy na co dzień stają na scenie, uliczne stanie przystoi. Kto wie, skąd wzięła się nazwa teatru licznego...
Ostrzegam tylko — nie stójcie za długo! Podczas długotrwałego stania wzrasta ciśnienie hydrostatyczne nóg, co sprzyja obrzękom i bardzo często prowadzi do powstawania żylaków. Jednak ruch to zdrowie.
PS. A może przynieść namiot i rozbić go na terenie prywatnym? Ale nie, właściciel nie umieścił na znaku informacji: ROZBIJ.
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Olsztyn oddał Bydgoszczy największy mural w Polsce
To nie jest kraj dla starych ludzi. Taką opinię o USA mają bracia Coen, którzy nakręcili film o takim tytule. Idąc tym tropem, Olsztyn nie jest miastem dla utalentowanych ludzi. Pięciu olsztyńskich artystów wyjechało aż do Bydgoszczy, by namalować tam jeden z największych murali w Polsce.
Z tymi słowami zgadzam się w stu procentach. Olsztyn młodym podcina skrzydła, ba — nawet ucina ręce. Mazać po ścianach nie wolno. Ale kto mówi o mazaniu? Dobre murale to dzieła sztuki, a i budynki zyskują. Ba — wszyscy zyskują! Tylko chłopcy-ratuszowcy nie mogą tego pojąć. Dlaczego? Głowię się, głowię i wyjść z podziwu nie mogę, że oni tacy zamknięci w swoich przekonaniach. Chcą być nowocześni, szerokopasmowi wręcz — wymyślają święto latawców, serów, a to ni przypiął, ni wypiął do Warmii. Sery kojarzą się z górami, latawce z morzem. A Kopernik? — zapyta mnie turysta. To Kopernik związany był z Olsztynem? A co w takim razie robił w Toruniu?
Toruń cwańszy, Kopernika przypiął do siebie lata temu. Co jak co — tam Kopernik ruszył ziemię. Mówi się tak? Mówi. Nie bez powodu miasto reklamuje się hasłem „Toruń porusza”. „Toruń bewegt”, „Torun moves”... A to w Olsztynie Mikołaj pracował, to na tutejszym zamku odprawił Krzyżaków, tu się zakochał. Tu Jan Dantyszek posądził Mikołaja o konkubinat, nakazując mu zwolnić gospodynię. Ha! No dobrze, ale kto o tym wie? Toruń przywłaszczył całą karierę Mikołaja. Na zawsze. Gotyk na dotyk. Ale miasto ma też drugą tajną broń — pierniki znane na całym świecie. Ma też ciekawostkę — ratusz, przed którym stoi pomnik Kopernika. To budowla, w której okien jest tyle, ile dni w roku, sal tyle, ile miesięcy, a pokoi tyle, ile tygodni.
A Bydgoszcz? Ma murale. Może zrodzi się w Polsce rodzimy Belfast?
Olsztyn Bydgoszczy do pięt nie dorasta.
PS. Lid podkradłam redakcyjnemu koledze Szczepanowi Skwarczyńskiemu. Lepszego bym nie napisała. Cały tekst przeczytasz w „Gazecie Olsztyńskiej”.
Przeczytaj też:
Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę
Z tymi słowami zgadzam się w stu procentach. Olsztyn młodym podcina skrzydła, ba — nawet ucina ręce. Mazać po ścianach nie wolno. Ale kto mówi o mazaniu? Dobre murale to dzieła sztuki, a i budynki zyskują. Ba — wszyscy zyskują! Tylko chłopcy-ratuszowcy nie mogą tego pojąć. Dlaczego? Głowię się, głowię i wyjść z podziwu nie mogę, że oni tacy zamknięci w swoich przekonaniach. Chcą być nowocześni, szerokopasmowi wręcz — wymyślają święto latawców, serów, a to ni przypiął, ni wypiął do Warmii. Sery kojarzą się z górami, latawce z morzem. A Kopernik? — zapyta mnie turysta. To Kopernik związany był z Olsztynem? A co w takim razie robił w Toruniu?Toruń cwańszy, Kopernika przypiął do siebie lata temu. Co jak co — tam Kopernik ruszył ziemię. Mówi się tak? Mówi. Nie bez powodu miasto reklamuje się hasłem „Toruń porusza”. „Toruń bewegt”, „Torun moves”... A to w Olsztynie Mikołaj pracował, to na tutejszym zamku odprawił Krzyżaków, tu się zakochał. Tu Jan Dantyszek posądził Mikołaja o konkubinat, nakazując mu zwolnić gospodynię. Ha! No dobrze, ale kto o tym wie? Toruń przywłaszczył całą karierę Mikołaja. Na zawsze. Gotyk na dotyk. Ale miasto ma też drugą tajną broń — pierniki znane na całym świecie. Ma też ciekawostkę — ratusz, przed którym stoi pomnik Kopernika. To budowla, w której okien jest tyle, ile dni w roku, sal tyle, ile miesięcy, a pokoi tyle, ile tygodni.
A Bydgoszcz? Ma murale. Może zrodzi się w Polsce rodzimy Belfast?
Kilkanaście dni temu olsztyniacy namalowali jeden z największych murali w Polsce. W siedem dni za miejskie pieniądze na ścianie wieżowca stworzyli Piotrusia Pana w magicznym lesie. Niestety wszystko to w Bydgoszczy.
— Współpracuję z tymi chłopakami już od dawna. Tworzą prace na poziomie europejskim. Ich projekty są unikatowe i wyjątkowe. Dlatego zaprosiłem ich do malowania ściany — mówi Marcin Płocharczyk, prezes stowarzyszenia Stumilowy Las z Bydgoszczy.
— Zrealizowaliśmy w Bydgoszczy kilka projektów. Olsztyn nie jest aż tak przychylny. Jest nowszym miastem. Cała Bydgoszcz wygląda jak nasze Zatorze. Może dlatego pozwalają tam ozdabiać kamienice muralami — wyjaśnia Wojciech Morzyc, współtwórca wielkiego muralu.
(Olsztyńscy graficy na razie upiększają Bydgoszcz).
Olsztyn Bydgoszczy do pięt nie dorasta.
Piotruś Pan startuje z lasu. Wyżej domki i bajkowe postaci. Na górze korona drzewa.
Przed rozpoczęciem prac spółdzielnia zapytała mieszkańców o zgodę na nietypowy mural. — To na ich prośbę zmieniliśmy paletę kolorystyczną na jaśniejszą. Za rok planujemy zrobić pracę powstałą ze współpracy artystów i mieszkańców — mówi Marcin Płocharczyk ze stowarzyszenia Stumilowy Las, które organizuje projekt. Koszt to ok. 20-30 tys. zł. Za całość płaci Urząd Miasta. — Ważne jest to, że malujemy na bloku, który potencjalnie mógłby być zajęty przez billboard, a teraz będzie na nim coś, co ozdobi całe miasto. Zdjęcie ścianki ukaże się w zagranicznych magazynach o urbanarcie, więc dodatkowo stanie się wizytówką miasta — podkreśla Płocharczyk.
(Największy polski mural namalowano w Bydgoszczy)
PS. Lid podkradłam redakcyjnemu koledze Szczepanowi Skwarczyńskiemu. Lepszego bym nie napisała. Cały tekst przeczytasz w „Gazecie Olsztyńskiej”.
Przeczytaj też:
Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę
środa, 29 lipca 2009
Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę
Kolorowy Olsztyn? Fantastycznie! Grafiiti ma nie tylko promować miasto, ale i zakryć szare mury. Zgadzają się wszyscy — tylko kolej wypada z torów. Bo malowidło ma powstać na wiadukcie. Halo, czy ktoś zna lekarstwo na sprzeciw?

„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.
Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.
Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.
O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.
Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).
Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.
Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.

Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?
Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.



Wrocław — miejsce spotkań.

Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.

Nikt mi nie powie, że to wandalizm.

Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.

Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.

Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.

Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.

Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.

A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.

„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.
Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.
Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.
O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.
Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).
Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.
Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.

Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?
Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.

Murale są znane na całym świecie. Malowidła ścienne o wymowie społecznej narodziły się podczas meksykańskiej rewolucji ludowej na początku XX wieku. Dzisiaj Mekką murale politycznego jest Irlandia Północna. Wiele osób na pewno pamięta słynne PRL-owskie malunki służące propagandzie. Wtedy to właśnie wszystkie frontowe ściany polskich budynków były pomalowane przez artystów-plastyków i głosiły idee systemu komunistycznego.

Ozdabianie muralami Wrocławia jest długofalowe. Istnieją plany zagospodarowania kolejnych pustych ścian wrocławskich kamienic na wielkoformatowe współczesne "freski". Malowidła oprócz wesołości i oryginalności mają jeszcze jedną istotną cechę — są tak ogromne, że nie zostawiają wiele miejsca do popisu graficiarzom, pseudoartystom i specjalistom od wulgaryzmów.
(Muralia — Wrocław)

Wrocław — miejsce spotkań.

Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.

Nikt mi nie powie, że to wandalizm.

Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.

Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.

Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.

Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.
Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.

A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.
wtorek, 28 lipca 2009
Maria Awaria
Nowa strona prezydenta promuje głowę państwa. Pierwsza Dama nie wychodzi z roli i gra drugie skrzypce. W internecie ma opowiadać o zwierzętach Kaczyńskich. Trafiona czy zatopiona?

O mały włos, a z krzesła bym spadła. Wchodzę na stronę prezydenta — z ciekawości i z myślą, że Lech zrzuci marynarkę i pokarze ludzką twarz. A tu zonk! Lech Kaczyński jawi się jako pan i władca. Skądinąd posada zobowiązuje — rozumiem, rozumiem. Ale i tak się pytam — nie ma pan ochoty chociaż raz stać się Leszkiem, a nie człowiekiem-urzędem? Nie dusi pana ten krawat zawiązany pod samą szyją? Barack Obama trochę go poluzował i wyluzował. Tłumy szaleją, a młodzi Polacy — nawet — stawiają go za wzór. Ale to nie w polskim stylu. Prezydent w Polsce musi trzymać fason i godnie prezentować swój garnitur-gorset. Rozumiem, rozumiem... Godnie też powinien reprezentować swoje małżeństwo. Ale tu zaczynają się schody, bo jak reprezentować, skoro Lech Kaczyński jest jeden jedyny? Stawia daleko w tyle swoją żonę. I na nic serdeczne napisy: Witamy na stronie Pary Prezydenckiej. Rozumiem, rozumiem — prezydent to prezydent, a żona to żona. Ale dlaczego o wszystkim tak sztywno?
Panie prezydencie, nie wiem, jak się panu w małżeństwie układa, ale strona pokazuje, że sztywny z pana mąż... stanu.
> W pałacu prezydenckim straszą geje, Erika Steinbach i Jacek Kurski
PS. Żarty żartami. Dobrze, że prezydent wkracza na szerokie wody internetu, czyli wychodzi do ludzi. Kropka.

O mały włos, a z krzesła bym spadła. Wchodzę na stronę prezydenta — z ciekawości i z myślą, że Lech zrzuci marynarkę i pokarze ludzką twarz. A tu zonk! Lech Kaczyński jawi się jako pan i władca. Skądinąd posada zobowiązuje — rozumiem, rozumiem. Ale i tak się pytam — nie ma pan ochoty chociaż raz stać się Leszkiem, a nie człowiekiem-urzędem? Nie dusi pana ten krawat zawiązany pod samą szyją? Barack Obama trochę go poluzował i wyluzował. Tłumy szaleją, a młodzi Polacy — nawet — stawiają go za wzór. Ale to nie w polskim stylu. Prezydent w Polsce musi trzymać fason i godnie prezentować swój garnitur-gorset. Rozumiem, rozumiem... Godnie też powinien reprezentować swoje małżeństwo. Ale tu zaczynają się schody, bo jak reprezentować, skoro Lech Kaczyński jest jeden jedyny? Stawia daleko w tyle swoją żonę. I na nic serdeczne napisy: Witamy na stronie Pary Prezydenckiej. Rozumiem, rozumiem — prezydent to prezydent, a żona to żona. Ale dlaczego o wszystkim tak sztywno?
W sekcji prezydenta znajdują się informacje dotyczące osoby Lecha Kaczyńskiego takie jak rys biograficzny, odznaczenia i doktoraty honoris causa, jakie głowa polskiego państwa otrzymała od przywódców innych państw i zagranicznych uniwersytetów, a także oświadczenie majątkowe, które Lech Kaczyński dobrowolnie upublicznił.
Tu także opisane są informacje o ustawowych kompetencjach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz dział Polityka Prezydenta, w którym wypunktowane zostały cele, jakie Lech Kaczyński postawił przed swoją prezydenturą.
W sekcji Pierwszej Damy znajdują się informacje dotyczące bieżącej aktywności małżonki prezydenta, jej biografia, tytuły honorowe i odznaczenie, jakie Maria Kaczyńska otrzymała oraz honorowe członkostwa.
W dziale Ulubieńcy Pierwsza Dama opowiada także o zwierzętach państwa Kaczyńskich.
(Strona prezydenta)
Panie prezydencie, nie wiem, jak się panu w małżeństwie układa, ale strona pokazuje, że sztywny z pana mąż... stanu.
> W pałacu prezydenckim straszą geje, Erika Steinbach i Jacek Kurski
PS. Żarty żartami. Dobrze, że prezydent wkracza na szerokie wody internetu, czyli wychodzi do ludzi. Kropka.
niedziela, 26 lipca 2009
Jak parkują warszawiacy?
Po czym poznać warszawiaka? Po brawurze za kółkiem. Nie zawsze jednak szaleństwa wychodzą na zdrowie… samochodowi. W Olsztynie warszawiak zaparkował na schodach. Powód? Myślał, że to ulica!

Przyjechał do Olsztyna, zajechał na starówkę i nie patrzył na znaki. Jechał na czuja, aż zawiesił się na schodach. Chciał uciec przed policją z miejsca, gdzie samochodom wstęp wzbroniony, a wpadł w jej sidła.
Myślał, że obok kina Awangarda jest ulica. Przeliczył się. Zatrzymały go schody i stał się atrakcją turystyczną. Ludzie z jego feralnie zaparkowanym samochodem robili sobie zdjęcia. A i sam warszawiak miał poczucie humoru. Gdy przechodnie pytali, co robi tak dziwnie zaparkowane auto, odpowiadał: tu kręci się film „Mistrz kierownicy ucieka”.
Ale jak ucieka, skoro stoi?
W Olsztynie trwały Dni Jakubowe. Jednak to warszawiak był głównym punktem programu!
A może przed feralnymi schodami postawić barierkę? Historia lubi się powtarzać, a na zimne warto dmuchać.

Przyjechał do Olsztyna, zajechał na starówkę i nie patrzył na znaki. Jechał na czuja, aż zawiesił się na schodach. Chciał uciec przed policją z miejsca, gdzie samochodom wstęp wzbroniony, a wpadł w jej sidła.
Myślał, że obok kina Awangarda jest ulica. Przeliczył się. Zatrzymały go schody i stał się atrakcją turystyczną. Ludzie z jego feralnie zaparkowanym samochodem robili sobie zdjęcia. A i sam warszawiak miał poczucie humoru. Gdy przechodnie pytali, co robi tak dziwnie zaparkowane auto, odpowiadał: tu kręci się film „Mistrz kierownicy ucieka”.
Ale jak ucieka, skoro stoi?
W Olsztynie trwały Dni Jakubowe. Jednak to warszawiak był głównym punktem programu!
A może przed feralnymi schodami postawić barierkę? Historia lubi się powtarzać, a na zimne warto dmuchać.
piątek, 24 lipca 2009
Rząd: Nie śpij z hipopotamem w jednym łóżku
Zagranicą o zwierzęta się dba. A w Polsce rząd zamierza odłączyć zwierzaki od swoich właścicieli. Nie wolno już mieszkać pod jednym dachem z hipopotamami i nosorożcami. Zielone światło dostają żyrafy. Muszą mieć jednak specjalne papiery. Absurd?
Szalenie podoba mi się informacja, że niemiecka firma produkuje soczewki kontaktowe dla zwierząt — żyraf, lwów, tygrysów i niedźwiedzi. Bomba! Wiadomo już, że soczewki otrzyma niewidomy kangur z rezerwatu w Australii oraz lwica z rumuńskiego ZOO.
W Polsce do zwierząt podchodzi się inaczej. Wszystkie zwierzęta, które nie mieszkają, a powinny mieszkać w zoo — widzące czy niewidzące — muszą do zoo trafić. Każda osoba hodująca w domu nosorożce, krokodyle, gepardy, lwy, foki i hipopotamy musi w ciągu sześciu miesięcy oddać je do ogrodu zoologicznego. Jednak nie taki diabeł straszny. Łaskawiej polski rząd podchodzi do mrówkojadów, żyraf i rysiów — zwierzęta te będzie można hodować po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od regionalnego dyrektora ochrony środowiska.
Wielbiciele śmiertelnie jadowitych pajęczaków też muszą pozbyć się swoich pupili. Pająk-morderca nie powinien mieszkać z człowiekiem — wynika z ustaleń resortu środowiska. Podobnie jest z rosomakami i pytonami.
Absurd? Za głowę się łapię, bo jaki Polak hoduje hipopotamy albo przynajmniej rosomaki?
Oj, Polak potrafi znaleźć igłę w stogu siana. Nie ma ważniejszych spraw — tylko polscy hodowcy hipopotamów, których zapewne brak?
Całe szczęście, że nie trzeba oddawać pum i pingwinów. Zapłakałabym się na śmierć, gdybym musiała rozstać się ze swoimi dzieciakami. Przyzwyczaiłam się do nich — dzielimy kuchnię, WC, a nawet łoże. Zaprawdę powiadam wam — człowiek to stworzenie stadne i w samotności żyć nie potrafi. Z pumą gram w karty, a pingwin tańczy mi pogo. Wieczorami czytamy blogi „Gazety Olsztyńskiej”, a rankiem parzymy kawę. Puma pija tylko zbożówkę.
Pingwin interesuje się polityką i zawsze komentuje bieżące sprawy. Nadziwić się nie może. Mówi: politycy nie mają lekkiego życia — jest tyle spraw wagi państwowej. Debatują, kłócą się, nanoszą poprawki. Jedno tylko pingwina wkurza — brak tolerancji. Kiedyś gryzła wszystkich orientacja partyjna, potem geje, a teraz zwierzęta…
I jak mam to pingwinowi wytłumaczyć?
Szalenie podoba mi się informacja, że niemiecka firma produkuje soczewki kontaktowe dla zwierząt — żyraf, lwów, tygrysów i niedźwiedzi. Bomba! Wiadomo już, że soczewki otrzyma niewidomy kangur z rezerwatu w Australii oraz lwica z rumuńskiego ZOO. W Polsce do zwierząt podchodzi się inaczej. Wszystkie zwierzęta, które nie mieszkają, a powinny mieszkać w zoo — widzące czy niewidzące — muszą do zoo trafić. Każda osoba hodująca w domu nosorożce, krokodyle, gepardy, lwy, foki i hipopotamy musi w ciągu sześciu miesięcy oddać je do ogrodu zoologicznego. Jednak nie taki diabeł straszny. Łaskawiej polski rząd podchodzi do mrówkojadów, żyraf i rysiów — zwierzęta te będzie można hodować po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od regionalnego dyrektora ochrony środowiska.
Wielbiciele śmiertelnie jadowitych pajęczaków też muszą pozbyć się swoich pupili. Pająk-morderca nie powinien mieszkać z człowiekiem — wynika z ustaleń resortu środowiska. Podobnie jest z rosomakami i pytonami.
Absurd? Za głowę się łapię, bo jaki Polak hoduje hipopotamy albo przynajmniej rosomaki?
— Doskonale rozumiemy, że osób hodujących przykładowo hipopotamy jest niewiele, o ile w ogóle takie są — mówi Magda Sikorska, rzeczniczka resortu środowiska. — Trzeba jednak uregulować takie przypadki.
— Równie dobrze można by zapisać, że nie można trzymać w domu dinozaura — komentuje pomysł rządu Marian Filar, profesor prawa i poseł z koła Stronnictwa Demokratycznego. — To klasyczny przykład nadprodukcji prawnej. Na pierwszym miejscu powinno być życie, a na drugim prawo. Tutaj jest na odwrót.
(Hipopotamy znikną z polskich domów)
Oj, Polak potrafi znaleźć igłę w stogu siana. Nie ma ważniejszych spraw — tylko polscy hodowcy hipopotamów, których zapewne brak?
Całe szczęście, że nie trzeba oddawać pum i pingwinów. Zapłakałabym się na śmierć, gdybym musiała rozstać się ze swoimi dzieciakami. Przyzwyczaiłam się do nich — dzielimy kuchnię, WC, a nawet łoże. Zaprawdę powiadam wam — człowiek to stworzenie stadne i w samotności żyć nie potrafi. Z pumą gram w karty, a pingwin tańczy mi pogo. Wieczorami czytamy blogi „Gazety Olsztyńskiej”, a rankiem parzymy kawę. Puma pija tylko zbożówkę.
Pingwin interesuje się polityką i zawsze komentuje bieżące sprawy. Nadziwić się nie może. Mówi: politycy nie mają lekkiego życia — jest tyle spraw wagi państwowej. Debatują, kłócą się, nanoszą poprawki. Jedno tylko pingwina wkurza — brak tolerancji. Kiedyś gryzła wszystkich orientacja partyjna, potem geje, a teraz zwierzęta…
I jak mam to pingwinowi wytłumaczyć?
czwartek, 23 lipca 2009
MPK ostrzega: Palisz? Nie jedziesz!
Nasz kierowca, nasz pan! Olsztyn bije wszelakie rekordy — panowie kierujący autobusami miejskimi dyktują warunki, a nawet segregują pasażerów. Dziś palacze nie mogą jechać. A co jutro? Rudym albo łysym wstęp wzbroniony?

Kierowca raz na jakiś czas ma prawo się przyczepić:
Regulamin wziął sobie do serca pewien kierowca, który wygonił z autobusu palacza. Znaczy, że ten przewoził cuchnący albo łatwopalny przedmiot? Opis idealnie pasuje do papierosa, ale szlug schowany był głęboko w kieszeni. Nie ulatniał się z niego nieprzyjemny zapach. Więc może problemem stało się przesiąknięte dymem ubranie? Historię dyskryminowanego palacza opisuje „Gazeta Olsztyńska”:
Kamery umieszczone w autobusie zarejestrowały całe wydarzenie. Dlatego MPK przeprosi Marka Romana. A kierowca zostanie pouczony, że nie „nasz kierowca, nasz pan”, ale „nasz klient, nasz pan”!
Cała historia brzmi jak z filmu Barei. Ale za dowód w sprawie posłużył monitoring — kamery zarejestrowały całe zdarzenie. Gdyby nie to, złapałabym się za głowę. Marek Roman to przecież warszawski pieśniarz o lumpiarskim rodowodzie. Furorę zrobiła jego „Piosenka o kwiatach” rozsławiona w filmie „Rezerwat”. Pamiętacie?
Przeczytaj:
Jak prowadzą się kierowcy MPK
Chamstwo płynie z ust kierowców MPK wartkim strumieniem

Kierowca raz na jakiś czas ma prawo się przyczepić:
W pojazdach nie wolno przewozić: przedmiotów cuchnących, łatwopalnych, wybuchowych, żrących, radioaktywnych, trujących oraz innych materiałów niebezpiecznych. W przypadku nie stosowania się do ustaleń, kierujący pojazdem ma prawo odmówić przewozu pasażera.
(Regulamin MPK — § 7)
Regulamin wziął sobie do serca pewien kierowca, który wygonił z autobusu palacza. Znaczy, że ten przewoził cuchnący albo łatwopalny przedmiot? Opis idealnie pasuje do papierosa, ale szlug schowany był głęboko w kieszeni. Nie ulatniał się z niego nieprzyjemny zapach. Więc może problemem stało się przesiąknięte dymem ubranie? Historię dyskryminowanego palacza opisuje „Gazeta Olsztyńska”:
Marek Roman lubi sobie zapalić papierosa. Na paczkach znajduje ostrzeżenia o tym, że palenie zabija i wywołuje choroby. Ale nikt nie ostrzegał go przed złymi skutkami nałogu, jakie go mogą spotkać w autobusie. Gdy wracał do domu, usłyszał od kierowcy MPK, że śmierdzi papierosami i jeśli się nie przesiądzie, to dalej nie pojadą.
— Wszedłem do autobusu i zająłem miejsce niedaleko kierowcy. Na następnym przystanku kierowca otworzył przednie drzwi i powiedział: „Opalił się taki koziołków i potem śmierdzi” — relacjonuje Marek Roman. — Później wysiadł z autobusu, zaczął demonstracyjnie nabierać powietrze i rzucił w moją stronę: „Albo pan się przesiądzie, albo nie będę jechał dalej, dopóki panu gęba nie wywietrzeje” — dodaje urażony pasażer. — Strasznie głupio się poczułem. Autobus nie był zatłoczony, ale kilkanaście osób widziało tę scenę. Rozumiem osoby, które nie palą i na pewno przesiadłbym się bez problemu, gdyby ta prośba była wyrażona kulturalnie.
(Śmierdzisz papierosem? Autobus MPK przez ciebie nie ruszy)
Kamery umieszczone w autobusie zarejestrowały całe wydarzenie. Dlatego MPK przeprosi Marka Romana. A kierowca zostanie pouczony, że nie „nasz kierowca, nasz pan”, ale „nasz klient, nasz pan”!
Cała historia brzmi jak z filmu Barei. Ale za dowód w sprawie posłużył monitoring — kamery zarejestrowały całe zdarzenie. Gdyby nie to, złapałabym się za głowę. Marek Roman to przecież warszawski pieśniarz o lumpiarskim rodowodzie. Furorę zrobiła jego „Piosenka o kwiatach” rozsławiona w filmie „Rezerwat”. Pamiętacie?
Przeczytaj:
Jak prowadzą się kierowcy MPK
Chamstwo płynie z ust kierowców MPK wartkim strumieniem
środa, 22 lipca 2009
Kupa nie gryzie, kupa zabija!
Olsztyn wchodzi w XXI wiek i zamierza walczyć z bronią biologiczną. Ratusz rozważa zakup odkurzaczy wciągających psie kupy. Fantastycznie! Właściciele czworonogów sprzątać nie będą wcale. A co w chwili, gdy odkurzacz padnie?

Kupa na kupie kupą pogania. Kup ci na trawnikach dostatek. Taka moda olsztyńska, że rosną brązowe piramidy. Ratunkiem na to fekalne zło może być odkurzacz, czyli elektyczny wssysacz nieczystości. To cudo techniki działa już — z powodzeniem — w Ełku:
Redakcyjny kolega M.B. zachwycił się ludzką wygodą (a może lenistwem?) i z podziwu wyjść nie może. Pyta: czy taki odkurzacz jest kresem ludzkiej cywilizacji? Twierdzi też, że lepiej byłoby wyhodować specjalne rasy psów, które pożerałyby odchody swoich kolegów. Bo taniej. Niezbyt to apetyczny pomysł. Panie M., chciałby pan mieszkać pod jednym dachem z tak tanim w utrzymaniu, ale drogim sercu przyjacielem? A co w chwili, gdy pupil zechce polizać pana po twarzy?
Ratusz zastanawia się nad zakupem odkurzaczy. Dobrze, że się zastanawia. To znak, że myśli, a jak myśli — coś może wymyśli. Aneta Szpaderska kładzie jednak nacisk na zmianę świadomości olsztyniaków. Pierwszy rzutem na taśmę były poustawiane tu i ówdzie śmietniki na psie odchody. Ale czy się zapełniają? Inaczej — czy spełniają swoją rolę? Owszem — chusteczek ci w środku dostatek. Ogryzków, patyków po lodach i butelek po napojach. Kup w środku z lupą szukać — ani widu, ani słuchu.
Lenistwo psiarzy nie zna granic. Pies wypnie się, wytoczy dzienną dawkę i czmychnie. Wraz za nim dumny pan, że spacer ma z głowy — bo cel spełniony!
Kosze stoją, ale przewodników edukacyjnych po owych koszach brak. A ludziom trzeba wyłożyć — niczym kawę na ławę — że kupa psia jest zagładą ludzkości.
Czym więc grozi kontakt z kupą?
Rany boskie, boję się teraz nawet podchodzić do psiej kupy! Boję się, że stracę wzrok i zostanę porażona prądem! Nie dziwię się, że właściciele psów nie chcą sprzątać ich odchodów. Przecież to zgrabnie uformowana broń biologiczna!
Może więc odkurzacz to najlepszy sposób na śmiercionośne kupy? Dlatego ratusz myśli...
> Wymówki psiarzy, czyli „nie sprzątam po psie, bo...”

Kupa na kupie kupą pogania. Kup ci na trawnikach dostatek. Taka moda olsztyńska, że rosną brązowe piramidy. Ratunkiem na to fekalne zło może być odkurzacz, czyli elektyczny wssysacz nieczystości. To cudo techniki działa już — z powodzeniem — w Ełku:
Tam za quada z odkurzaczem władze miasta zapłaciły 50 tys. zł. Odkurzacz wyposażony w silnik spalinowy może być też zamontowany na skuterze, dwukołowym wózku lub na ludzkich plecach. — Sam odkurzacz kosztuje ok. 6 tys. zł — mówi Joanna Borzyszkowska, przedstawicielka dystrybutora. — Od niedawna firma również wypożycza odkurzacze.
O możliwość zakupienia przez ratusz odkurzaczy na psie odchody zapytaliśmy Anetę Szpaderską, rzecznika Urzędu Miasta w Olsztynie: — To bardzo dobry pomysł, który na pewno rozważymy. Każda inicjatywa, która przyczyni się do rozwiązania problemu psich kup, jest cenna. Chociaż najważniejsza jest zmiana świadomości ludzi, którzy psy posiadają.
(Władza pomyśli o odkurzaczach na psie kupy)
Redakcyjny kolega M.B. zachwycił się ludzką wygodą (a może lenistwem?) i z podziwu wyjść nie może. Pyta: czy taki odkurzacz jest kresem ludzkiej cywilizacji? Twierdzi też, że lepiej byłoby wyhodować specjalne rasy psów, które pożerałyby odchody swoich kolegów. Bo taniej. Niezbyt to apetyczny pomysł. Panie M., chciałby pan mieszkać pod jednym dachem z tak tanim w utrzymaniu, ale drogim sercu przyjacielem? A co w chwili, gdy pupil zechce polizać pana po twarzy?
Ratusz zastanawia się nad zakupem odkurzaczy. Dobrze, że się zastanawia. To znak, że myśli, a jak myśli — coś może wymyśli. Aneta Szpaderska kładzie jednak nacisk na zmianę świadomości olsztyniaków. Pierwszy rzutem na taśmę były poustawiane tu i ówdzie śmietniki na psie odchody. Ale czy się zapełniają? Inaczej — czy spełniają swoją rolę? Owszem — chusteczek ci w środku dostatek. Ogryzków, patyków po lodach i butelek po napojach. Kup w środku z lupą szukać — ani widu, ani słuchu.
Lenistwo psiarzy nie zna granic. Pies wypnie się, wytoczy dzienną dawkę i czmychnie. Wraz za nim dumny pan, że spacer ma z głowy — bo cel spełniony!
Kosze stoją, ale przewodników edukacyjnych po owych koszach brak. A ludziom trzeba wyłożyć — niczym kawę na ławę — że kupa psia jest zagładą ludzkości.
W rankingu stopnia skażenia prym wiodą place zabaw, boiska, piaskownice, alejki i ścieżki. Lekarze pediatrzy przestrzegają, że zabawa w brudnym piasku lub na skażonym trawniku może być przyczyną wielu schorzeń.
Czym więc grozi kontakt z kupą?
Rozpiętość niebezpieczeństw jest szokująca: od biegunki do uszkodzenia nerek. Szczególnie niebezpieczne jest zarażenie toxacarą, która powoduje choroby oczu — do ślepoty włącznie. Larwy innego pasożyta — bąblowca, osiadłe w wątrobie, to też wielki dramat dla dotkniętego tym schorzeniem.
(Kupa nie gryzie)
Rany boskie, boję się teraz nawet podchodzić do psiej kupy! Boję się, że stracę wzrok i zostanę porażona prądem! Nie dziwię się, że właściciele psów nie chcą sprzątać ich odchodów. Przecież to zgrabnie uformowana broń biologiczna!
Może więc odkurzacz to najlepszy sposób na śmiercionośne kupy? Dlatego ratusz myśli...
> Wymówki psiarzy, czyli „nie sprzątam po psie, bo...”
wtorek, 21 lipca 2009
Segregacja? Dobre sobie!
Do trzech razy sztuka? Segregacja śmieci powinna wyglądać tak: oddzielne pojemniki do papieru, szkła i plastiku. W Olsztynie na Jarotach obowiązują jednak inne prawa. Szkło i plastik są dyskwalifikowane. Tu rządzi papier!

Mają być trzy pojemniki? Są. Nikt przyczepić się nie może. A jednak!
Aż się prosi o pojemnik na szkło. Jak widać — chętnych do segregacji nie brakuje. Apeluję też o kontener do plastiku. Przyda się na bank. Nadchodzi przecież nowa moda i browary sprzedają piwo w plastikowych butelkach.
Mądre głowy mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Nie uczmy więc tylko maluchów segregacji. Uczmy też miejscową żulernię! Niech daje przykład młodszym.
Ale papier cierpliwy — wszystko przyjmie...
Przeczytaj:
Co wiemy o segregacji śmieci?

Mają być trzy pojemniki? Są. Nikt przyczepić się nie może. A jednak!
Aż się prosi o pojemnik na szkło. Jak widać — chętnych do segregacji nie brakuje. Apeluję też o kontener do plastiku. Przyda się na bank. Nadchodzi przecież nowa moda i browary sprzedają piwo w plastikowych butelkach.
Mądre głowy mówią, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Nie uczmy więc tylko maluchów segregacji. Uczmy też miejscową żulernię! Niech daje przykład młodszym.
Ale papier cierpliwy — wszystko przyjmie...
Przeczytaj:
Co wiemy o segregacji śmieci?
czwartek, 16 lipca 2009
Autorytet Polaka, czyli wzory i zmory
Już nie pisarze, filozofowie ani naukowcy są autorytetami. Dziś to miano zgarniają gwiazdy telewizyjnych show. O zgrozo! Kuba Wojewódzki na prezydenta, a Szymon Majewski na premiera? Ratunku!

Jan Paweł II już trafił na dywanik do Pana Boga. Ten grozi mu palcem, że Polacy tracą autorytety. Że papież odchodzi w cień. Nawet pomysły Włochów, którzy chcą wydelegować w pielgrzymkę po Polsce relikwie papieża z Krakowa, nie pomagają. Autorytety biorą w łeb, czyli biorą się z telewizji.
Dziś trzeba tyłek wystawić na srebrnym ekranie, by zwrócić na siebie uwagę. Wtedy idzie się na języki i nie brak zachwytów — och, ach, jaka odwaga, jaka błyskotliwość, jaka metafora! I jaka pupa! Tym sposobem tworzą się gwiazdy, rodzą się autorytety. Kto głośniej gwiżdże, ten jest słyszalny.
A mądra persona pośladkami świecić nie będzie. Bo mądra. Wiem, wiem — tylko pupa ma wzięcie w telewizji. Głowa dziś schodzi na dalszy plan. Bo kto głową się interesuje? Gdzie w głowie jest seks? Intelektualne orgazmy też dziś nie są w cenie.
Kogo młodzi Polacy wynoszą na ołtarze? Ktoś ciekawski przeprowadził ankietę, która donosi, że po Jerzym Owsiaku kolejne miejsca zajmują: Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski i Wojciech Cejrowski. W dalszej kolejce stoi też Ewa Drzyzga, a za nią Robert Kubica, Donald Tusk, Monika Olejnik i Barack Obama.
Dziwi mnie fakt, że nikt nie postawił na Dodę. Przecież to pierwszy biust polskiej piosenki i pierwsza dama portali plotkarskich! Tryska energią, śmiechem, różem i pudrem. To, że głowy nie ma pociągającej i — co najwspanialsze — nie zna się na geografii, schodzi na dalszy plan. Dowód? Posłuchaj fragmentu mojej rozmowy z Dodą. Do tej pory jeszcze ślinę przełykam...
PS. A kogo ja cenię? Pozwolę sobie wymienić osoby żyjące. I Polaków, bo po co szukać daleko, jak można pod nosem znaleźć?
Literatura: Krall, Myśliwski. Muzyka: Nosowska, Waglewski. Polityka: Bartoszewski. Aktorstwo: Dymna, Stenka, mistrz Peszek, Chyra, Stuhrowie. Reżyseria: Klata, Lupa, Warlikowski. Dziennikarstwo: Tochman (za reportaż) Najsztub (za wywiad).

Jan Paweł II już trafił na dywanik do Pana Boga. Ten grozi mu palcem, że Polacy tracą autorytety. Że papież odchodzi w cień. Nawet pomysły Włochów, którzy chcą wydelegować w pielgrzymkę po Polsce relikwie papieża z Krakowa, nie pomagają. Autorytety biorą w łeb, czyli biorą się z telewizji.
Dziś trzeba tyłek wystawić na srebrnym ekranie, by zwrócić na siebie uwagę. Wtedy idzie się na języki i nie brak zachwytów — och, ach, jaka odwaga, jaka błyskotliwość, jaka metafora! I jaka pupa! Tym sposobem tworzą się gwiazdy, rodzą się autorytety. Kto głośniej gwiżdże, ten jest słyszalny.
A mądra persona pośladkami świecić nie będzie. Bo mądra. Wiem, wiem — tylko pupa ma wzięcie w telewizji. Głowa dziś schodzi na dalszy plan. Bo kto głową się interesuje? Gdzie w głowie jest seks? Intelektualne orgazmy też dziś nie są w cenie.
Kogo młodzi Polacy wynoszą na ołtarze? Ktoś ciekawski przeprowadził ankietę, która donosi, że po Jerzym Owsiaku kolejne miejsca zajmują: Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski i Wojciech Cejrowski. W dalszej kolejce stoi też Ewa Drzyzga, a za nią Robert Kubica, Donald Tusk, Monika Olejnik i Barack Obama.
— Żyjemy w epoce celebrytów pokazywanych w telewizji. A w mediach mało jest mowy o tym, kto otrzymał Nagrodę Nobla, tylko że ktoś znany ma nowego partnera — komentuje wyniki psycholog prof. Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu Śląskiego. Dodaje, że Jan Paweł II w oczach młodzieży też był celebrytą. — Jak celebryta rok, dwa nie pojawia się w mediach, to o nim zapominamy.
(Pokolenie zapatrzone w ekran telewizora)
Dziwi mnie fakt, że nikt nie postawił na Dodę. Przecież to pierwszy biust polskiej piosenki i pierwsza dama portali plotkarskich! Tryska energią, śmiechem, różem i pudrem. To, że głowy nie ma pociągającej i — co najwspanialsze — nie zna się na geografii, schodzi na dalszy plan. Dowód? Posłuchaj fragmentu mojej rozmowy z Dodą. Do tej pory jeszcze ślinę przełykam...
PS. A kogo ja cenię? Pozwolę sobie wymienić osoby żyjące. I Polaków, bo po co szukać daleko, jak można pod nosem znaleźć?
Literatura: Krall, Myśliwski. Muzyka: Nosowska, Waglewski. Polityka: Bartoszewski. Aktorstwo: Dymna, Stenka, mistrz Peszek, Chyra, Stuhrowie. Reżyseria: Klata, Lupa, Warlikowski. Dziennikarstwo: Tochman (za reportaż) Najsztub (za wywiad).
niedziela, 12 lipca 2009
PKP: Powolne Katowanie Pasażera
— Podróżowanie wspólnie z PKP to jak odwiedziny po pijanemu wesołego miasteczka — twierdzi Skiba. Ja powiem inaczej — PKP to galeria absurdów, bo pociągi aż pękają od nonsensów, czyli brud i smród do biletu gratis!

Komuno, ty wracać nie musisz! Ty wciąż bacznie opiekujesz się PKP. Pociąg pośpieszny relacji Warszawa-Toruń to nie wyjątek, który potwierdza regułę. To standard. Za jedyne 42 zł!
Od lat nikt porządnie wagonów nie wyszorował. Od lat nikt nie zatroszczył się o komfort jazdy. Bo pasażer nie kura, zniesie wszystko. I jeszcze zapłaci!
Przeszłam się z aparatem po wagonie, który wiezie mnie niczym błyskawica. Ach! Żeby tylko! Oto kilka rarytasów:
Zdjęcie z cyklu: lustrzane odbicie PKP.

Zdjęcie z cyklu: nie palimy, ale śpimy.

Zdjęcie z cyklu: nieupoważnionym wstęp wzbroniony.

Zdjęcie z cyklu: okno na świat.

Zdjęcie z cyklu: gdzie jest gaśnica?

Zdjęcie z cyklu: rozdwojenie.

Zdjęcie z cyklu: intymność.

Zdjęcie z cyklu: PKP ostrzega!

Przeczytaj:
Rower MUSI być na Twojej głowie
Absurdy PKP
Komuno, ty wracać nie musisz! Ty wciąż bacznie opiekujesz się PKP. Pociąg pośpieszny relacji Warszawa-Toruń to nie wyjątek, który potwierdza regułę. To standard. Za jedyne 42 zł!
Z brudem podróżni muszą się zmagać nie tylko na dworcach, ale i w pociągach. Inspektorzy sprawdzili 1000 wagonów. Co zastali? W toaletach i umywalkach — brak wody, kosze przepełnione śmieciami, na podłogach brud. Pociągi zazwyczaj wyjeżdżały w trasy czyste. A wracały w opłakanym stanie. — Wynajmujemy firmy sprzątające, ale nie docierają wszędzie.
(Brud, smród i ubóstwo)
Od lat nikt porządnie wagonów nie wyszorował. Od lat nikt nie zatroszczył się o komfort jazdy. Bo pasażer nie kura, zniesie wszystko. I jeszcze zapłaci!
Przeszłam się z aparatem po wagonie, który wiezie mnie niczym błyskawica. Ach! Żeby tylko! Oto kilka rarytasów:
Zdjęcie z cyklu: lustrzane odbicie PKP.
Zdjęcie z cyklu: nie palimy, ale śpimy.
Zdjęcie z cyklu: nieupoważnionym wstęp wzbroniony.
Zdjęcie z cyklu: okno na świat.
Zdjęcie z cyklu: gdzie jest gaśnica?
Zdjęcie z cyklu: rozdwojenie.
Zdjęcie z cyklu: intymność.
Zdjęcie z cyklu: PKP ostrzega!

Przeczytaj:
Rower MUSI być na Twojej głowie
Absurdy PKP
sobota, 11 lipca 2009
Kolorowa ścieżka rowerowa
Kolor czerwony w całej Europie służy do znakowania ścieżek rowerowych. Olsztyn idzie w zaparte i stawia na pomieszanie z poplątaniem. Miesza kolory i miesza w głowach.
Rower ma to coś. Wiem to ja i wiedział już to Ludwik Sempoliński. – Ten pęd, ten pęd upaja mnie – śpiewał mknąc na bicyklu z prędkością 20 km na godzinę. Przyprawiał damy o zawrót głowy. Olsztyn też przyprawia o zawrót głowy, ale rowerzystów.
Kładzie raz czerwone ścieżki rowerowe, a raz szare. Trafne! Konsekwentne! Niezłomnie! Wytrwale! I jakże logiczne!
Zdjęcie zrobione na ul. Sielskiej:
.jpg)
Zdjęcie zrobione na ul. Obrońców Tobruku:

Takich mieszanych miejsc w Olsztynie jest znacznie więcej.
Prawo w Polsce nie stawia wymogu budowania czerwonych i tylko czerwonych ścieżek rowerowych. Jednak Europa wybrała – czerwony świetnie pasuje do dwóch kółek. To kolor „aktywny”, więc dla rowerzystów idealny.
Dziwię się też, że miasta – nie tylko Olsztyn – budują ścieżki z kostki brukowej. Ta ma wielką wadę – wielu pieszych (drogi rowerowe zwykle sąsiadują z chodnikami) traktuje ją nieumyślnie jak chodnik. Nie lepiej byłoby zamiast kostki położyć asfalt?
Po pierwsze – zmniejszyłoby się ryzyko kolizji rowerzystów z pieszymi. Czarny asfalt jednoznacznie kojarzy się z drogą dla pojazdów, a nie chodnikiem.
Po drugie – po asfalcie wygodniej się jedzie.
Po trzecie – z kolorem nikt nie miałby problemu.
Ale o upodobania i kolory nie należy się spierać. Bo jeszcze ratusz odpowie: nie ma ścieżek – źle. Są ścieżki – źle. Więc o co chodzi? Czepiam się? Konsekwentnie!
Przeczytaj:
Olsztyn: bitwa na rowerowe ścieżki-śnieżki
Rower ma to coś. Wiem to ja i wiedział już to Ludwik Sempoliński. – Ten pęd, ten pęd upaja mnie – śpiewał mknąc na bicyklu z prędkością 20 km na godzinę. Przyprawiał damy o zawrót głowy. Olsztyn też przyprawia o zawrót głowy, ale rowerzystów.
Kładzie raz czerwone ścieżki rowerowe, a raz szare. Trafne! Konsekwentne! Niezłomnie! Wytrwale! I jakże logiczne!
Zdjęcie zrobione na ul. Sielskiej:
.jpg)
Zdjęcie zrobione na ul. Obrońców Tobruku:

Takich mieszanych miejsc w Olsztynie jest znacznie więcej.
Prawo w Polsce nie stawia wymogu budowania czerwonych i tylko czerwonych ścieżek rowerowych. Jednak Europa wybrała – czerwony świetnie pasuje do dwóch kółek. To kolor „aktywny”, więc dla rowerzystów idealny.
Dziwię się też, że miasta – nie tylko Olsztyn – budują ścieżki z kostki brukowej. Ta ma wielką wadę – wielu pieszych (drogi rowerowe zwykle sąsiadują z chodnikami) traktuje ją nieumyślnie jak chodnik. Nie lepiej byłoby zamiast kostki położyć asfalt?
Po pierwsze – zmniejszyłoby się ryzyko kolizji rowerzystów z pieszymi. Czarny asfalt jednoznacznie kojarzy się z drogą dla pojazdów, a nie chodnikiem.
Po drugie – po asfalcie wygodniej się jedzie.
Po trzecie – z kolorem nikt nie miałby problemu.
Ale o upodobania i kolory nie należy się spierać. Bo jeszcze ratusz odpowie: nie ma ścieżek – źle. Są ścieżki – źle. Więc o co chodzi? Czepiam się? Konsekwentnie!
Przeczytaj:
Olsztyn: bitwa na rowerowe ścieżki-śnieżki
czwartek, 9 lipca 2009
Warmii ze świecą szukać
Warmia poległa z kretesem, bo wedle internautów Olsztyn leży na Mazurach. Wielu z nich zna też olsztyński ratusz. Kto wie, czy nie jest to najbardziej znany ratusz w Polsce? Ale mazurski, a nie warmiński.

O Warmio moja miła, gdzieś ty się schowała? Bawisz się w chowanego? Ale nikt cię nie szuka! Ani z Krakowa, ani z Warszawy, ani nawet z Wrocławia. Wszyscy jak jeden mąż jadą na Mazury – mimo iż stacjonują w Olsztynie albo w okolicach. Jeziora – a Olsztyn ma ich w swoich granicach aż 11 – kojarzą się jednoznacznie. To Mazury są i basta! Czyja to wina? Urzędników?
O skojarzenia, jakie wywołują największe polskie miasta, spytała internautów firma IMAS International. Gazeta Wyborcza odkrywa karty: Warmię widzę malutką albo wcale jej nie widzę.
Warmia swoją wielkością nie grzeszy – leży między Mazurami Wschodnimi a Zachodnimi. Historycznie obie krainy dzieliła religia – Warmia była katolicka i dlatego nazywano ją „świętą Warmią”, a Mazury – protestanckie. Dziś znakiem po odrębnych religiach obu krain są przydrożne kapliczki i drewniane krzyże.
Mazury jawią się turystom jako tereny zalane jeziorami. Warmiacy natomiast patrzą w niebo – niczym Mikołaj Kopernik, który… prawie był Warmiakiem. To nad warmińskimi głowami latają bociany. W Żywkowie przy granicy z Rosją, zwanym bocianią wsią, na osiem gospodarstw przypada ponad 40 bocianich gniazd, a w jednym obejściu jest ich aż 12! Najgęściej jest w sierpniu – boćki zbierają się na sejmiki przez odlotem na południe.
Żywkowo to malutka wioska, w której mieszka około 25 osób. Całą mieścinkę można przejść w ciągu minuty – od końca do końca.
Bociany żądzą – we wsi stanęła wieża widokowa, umożliwiająca podglądanie życia w bocianim gnieździe. Trudno wyobrazić sobie ciekawszą lekcję przyrody. Białe skrzydła furkocą nie tylko nad Żywkowem. Szczurkowo, Toprzyny oraz prawie dwadzieścia innych położonych przy rosyjskiej granicy wiosek to prawdziwe bocianie zagłębie. Dlatego powstał Warmińsko-Mazurski Szlak Bociani. Kto o tym słyszał?
Ale za to triumfy święci ratusz usytuowany w sercu stolicy Warmii i Mazur.
Z Edwardem Cyfusem rozmawia Wojciech Grejciun, dziennikarz Gazety Wyborczej:
Z czym pana zdaniem Polakom kojarzy się Olsztyn?
– Myślę, że w czołówce jest Mikołaj Kopernik, który ma coraz większą promocję.
Myli się pan. Przegrał nawet z juwenaliami.
– To straszne, a z czym się kojarzymy?
Przede wszystkim z Mazurami.
– Chyba tego nie wytrzymam. Przypomina mi się sytuacja, kiedy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkół. Polonistka przedstawiła mnie słowami: przed wami słynny warmiński gawędziarz z naszych pięknych Mazur.
Jak pan zareagował?
– Nie powiem. Ale przypomnę, jak zareagowała publiczność w Olsztynie podczas koncertu Krzesimira Dębskiego kilka lat temu. Między utworami artysta dużo rozmawiał z olsztyńskimi widzami. Powiedział, że ma stąd dobre wspomnienia, że możemy być dumni z naszego pięknego Olsztyna na Mazurach. Publiczność zaczęła buczeć i głośno wyprowadzać go z błędu.
Różnice między Warmią i Mazurami zaczęły się rozmydlać po 1945 roku.
– Mazur przez kilkadziesiąt lat PRL-u był określeniem człowieka z województwa olsztyńskiego, a Warmiak to był "krzyżak", jego gwara - co odczułem na własnej skórze - była kojarzona tylko z Niemcami. Na szczęście od kilku, kilkunastu lat wszystko się zmieniło. W naszym regionie z odróżnianiem krain jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i ja swoją działalnością do tego się przyczyniam. Zawsze podkreślam swoją dumę z bycia Warmiakiem. Moja córka pytała kiedyś, czy także może mówić, że jest Warmianką. To powinno być oczywiste dla ludzi, którzy tutaj się urodzili.

O Warmio moja miła, gdzieś ty się schowała? Bawisz się w chowanego? Ale nikt cię nie szuka! Ani z Krakowa, ani z Warszawy, ani nawet z Wrocławia. Wszyscy jak jeden mąż jadą na Mazury – mimo iż stacjonują w Olsztynie albo w okolicach. Jeziora – a Olsztyn ma ich w swoich granicach aż 11 – kojarzą się jednoznacznie. To Mazury są i basta! Czyja to wina? Urzędników?
O skojarzenia, jakie wywołują największe polskie miasta, spytała internautów firma IMAS International. Gazeta Wyborcza odkrywa karty: Warmię widzę malutką albo wcale jej nie widzę.
Plemię Warmów srogo by się odegrało na Polanach za tę zniewagę, a kto wie, może i papież Innocenty IV przewróciłby się w trumnie w watykańskich kryptach, gdyby dowiedział się, że Polacy pogrzebali diecezję warmińską, którą powołał do życia w 1234 roku. Miejsce Warmii bezkrwawo zajęły Mazury.
Warmia swoją wielkością nie grzeszy – leży między Mazurami Wschodnimi a Zachodnimi. Historycznie obie krainy dzieliła religia – Warmia była katolicka i dlatego nazywano ją „świętą Warmią”, a Mazury – protestanckie. Dziś znakiem po odrębnych religiach obu krain są przydrożne kapliczki i drewniane krzyże.
Mazury jawią się turystom jako tereny zalane jeziorami. Warmiacy natomiast patrzą w niebo – niczym Mikołaj Kopernik, który… prawie był Warmiakiem. To nad warmińskimi głowami latają bociany. W Żywkowie przy granicy z Rosją, zwanym bocianią wsią, na osiem gospodarstw przypada ponad 40 bocianich gniazd, a w jednym obejściu jest ich aż 12! Najgęściej jest w sierpniu – boćki zbierają się na sejmiki przez odlotem na południe.
Żywkowo to malutka wioska, w której mieszka około 25 osób. Całą mieścinkę można przejść w ciągu minuty – od końca do końca.
Bociany żądzą – we wsi stanęła wieża widokowa, umożliwiająca podglądanie życia w bocianim gnieździe. Trudno wyobrazić sobie ciekawszą lekcję przyrody. Białe skrzydła furkocą nie tylko nad Żywkowem. Szczurkowo, Toprzyny oraz prawie dwadzieścia innych położonych przy rosyjskiej granicy wiosek to prawdziwe bocianie zagłębie. Dlatego powstał Warmińsko-Mazurski Szlak Bociani. Kto o tym słyszał?
Ale za to triumfy święci ratusz usytuowany w sercu stolicy Warmii i Mazur.
Ci, co go znają, wcale nie myślą o nim jako o zabytku. Mam na to dowód. Aż 7 proc. badanych zna Olsztyn dzięki seksaferze z udziałem byłego już prezydenta miasta. Seksskandal z ratuszową wieżą mają wiele wspólnego, stąd zapewne takie skojarzenia internautów. (…) Ale cieszyć się powinniśmy z jednego: jesteśmy rozpoznawalni. Czterech na pięciu Polaków kojarzy Olsztyn. Tylko co piąty nic nie wie o naszym mieście. To niezły wynik, biorąc pod uwagę, że mniej rozpoznawalne są Bydgoszcz czy Rzeszów.
(Internauci pytają: Warmia? A gdzie to jest?)
Z Edwardem Cyfusem rozmawia Wojciech Grejciun, dziennikarz Gazety Wyborczej:
Z czym pana zdaniem Polakom kojarzy się Olsztyn?
– Myślę, że w czołówce jest Mikołaj Kopernik, który ma coraz większą promocję.
Myli się pan. Przegrał nawet z juwenaliami.
– To straszne, a z czym się kojarzymy?
Przede wszystkim z Mazurami.
– Chyba tego nie wytrzymam. Przypomina mi się sytuacja, kiedy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkół. Polonistka przedstawiła mnie słowami: przed wami słynny warmiński gawędziarz z naszych pięknych Mazur.
Jak pan zareagował?
– Nie powiem. Ale przypomnę, jak zareagowała publiczność w Olsztynie podczas koncertu Krzesimira Dębskiego kilka lat temu. Między utworami artysta dużo rozmawiał z olsztyńskimi widzami. Powiedział, że ma stąd dobre wspomnienia, że możemy być dumni z naszego pięknego Olsztyna na Mazurach. Publiczność zaczęła buczeć i głośno wyprowadzać go z błędu.
Różnice między Warmią i Mazurami zaczęły się rozmydlać po 1945 roku.
– Mazur przez kilkadziesiąt lat PRL-u był określeniem człowieka z województwa olsztyńskiego, a Warmiak to był "krzyżak", jego gwara - co odczułem na własnej skórze - była kojarzona tylko z Niemcami. Na szczęście od kilku, kilkunastu lat wszystko się zmieniło. W naszym regionie z odróżnianiem krain jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i ja swoją działalnością do tego się przyczyniam. Zawsze podkreślam swoją dumę z bycia Warmiakiem. Moja córka pytała kiedyś, czy także może mówić, że jest Warmianką. To powinno być oczywiste dla ludzi, którzy tutaj się urodzili.
środa, 8 lipca 2009
Ratusz w Olsztynie okoniem stoi
Mój mąż z zawodu jest dyrektorem... A mój urzędnikiem w olsztyńskim ratuszu. Imprezy organizuje i cały czas haruje. Jak wół, proszę pani. Ostatnio tak zapieprzał, że aż kaskaderów przegonił! Ze stadionu, proszę pani!
No właśnie. Żona urzędnika ma świętą rację. Ratusz pracuje w pocie czoła. Te deszcze to pewnie leją się z czół urzędników. Dlatego nie mamy lata z prawdziwego zdarzenia. Dlatego wszystkie imprezy uciekają z Olsztyna. Ba — są wręcz stąd wyganiane!
W niedzielę w Olsztynie mieli wystąpić kaskaderzy. Wszystko było już prawie zapięte na ostatni guzik. Mieli dać czadu na stadionie przy ul. Piłsudskiego. Na trybunach miało zasiąść 800 osób, serca miały stanąć z wrażenia. A tu ZONK! Kaskaderzy odwołani.
— Ratusz mówi, że ma aż szesnaście imprez — tłumaczy organizator. — I tyle jest w stanie ogarnąć. Nie może też zgodzić się na 800 widzów. Mówi mi, że muszę wynająć cały stadion, czyli wszystkie trybuny. Policja i straż pożarna nie miały zastrzeżeń. Okoniem stoi tylko ratusz!
Nie są w stanie ogarnąć wszystkich imprez? Ale jakich imprez? W weekend mamy tylko Olsztyńskie Noce Bluesowe! Jest wyjątkowy nieurodzaj.
— Ależ my się zgadzamy! — kwitują urzędnicy. — To policja nie zgadza się na kaskaderów! Organizator nie może sobie wynająć części stadionu. Albo cały, albo w ogóle. Organizator nie chciał całego z obawy przed imprezą masową. Chciał tego uniknąć. Zaproponowaliśmy mu więc stadion na Dajtkach, który mieści 800 osób, ale odmówił.
Pomieszanie z poplątaniem. Ale wyjście jest jedno — przez drzwi. Kaskaderzy wystąpią więc w Ostródzie. Olsztyn może obejść się tylko smakiem. I tak jest prawie z każdą imprezą. Wszystkie — niczym przewracające się domino — odchodzą ze stolicy Warmii i Mazur do innych miast.
Temat co i raz pojawia się w mediach. Ale zmian nie widać, a imprezy nikną w oczach.
No właśnie. Żona urzędnika ma świętą rację. Ratusz pracuje w pocie czoła. Te deszcze to pewnie leją się z czół urzędników. Dlatego nie mamy lata z prawdziwego zdarzenia. Dlatego wszystkie imprezy uciekają z Olsztyna. Ba — są wręcz stąd wyganiane! W niedzielę w Olsztynie mieli wystąpić kaskaderzy. Wszystko było już prawie zapięte na ostatni guzik. Mieli dać czadu na stadionie przy ul. Piłsudskiego. Na trybunach miało zasiąść 800 osób, serca miały stanąć z wrażenia. A tu ZONK! Kaskaderzy odwołani.
— Ratusz mówi, że ma aż szesnaście imprez — tłumaczy organizator. — I tyle jest w stanie ogarnąć. Nie może też zgodzić się na 800 widzów. Mówi mi, że muszę wynająć cały stadion, czyli wszystkie trybuny. Policja i straż pożarna nie miały zastrzeżeń. Okoniem stoi tylko ratusz!
Nie są w stanie ogarnąć wszystkich imprez? Ale jakich imprez? W weekend mamy tylko Olsztyńskie Noce Bluesowe! Jest wyjątkowy nieurodzaj.
— Ależ my się zgadzamy! — kwitują urzędnicy. — To policja nie zgadza się na kaskaderów! Organizator nie może sobie wynająć części stadionu. Albo cały, albo w ogóle. Organizator nie chciał całego z obawy przed imprezą masową. Chciał tego uniknąć. Zaproponowaliśmy mu więc stadion na Dajtkach, który mieści 800 osób, ale odmówił.
Pomieszanie z poplątaniem. Ale wyjście jest jedno — przez drzwi. Kaskaderzy wystąpią więc w Ostródzie. Olsztyn może obejść się tylko smakiem. I tak jest prawie z każdą imprezą. Wszystkie — niczym przewracające się domino — odchodzą ze stolicy Warmii i Mazur do innych miast.
Nie będzie Tour de Pologne. Nie będzie Memoriału im. Huberta Wagnera. Może jeszcze zabiorą nam Kortowiadę i Olsztyńskie Lato Artystyczne? Olsztyn staje się kulturalno-rozrywkową prowincją. Jak tak dalej pójdzie, słowa pewnego Krzysztofa się ziszczą… „i nie będzie niczego!”
(Nie będzie niczego)
Straciliśmy też samochodowy Rajd Polski (rozgrywany jako Rajd Kormoran), który od 2007 r. całkowicie przeniósł się w okolice Mikołajek i tam ma swoją bazę. Trzeba przyznać, że Olsztyn w przypadku rajdu ma szczególnego pecha. Impreza, od zawsze uznawana za najbardziej niepowtarzalną, po "ucieczce" z Olsztyna stała się największą imprezą samochodową w kraju, a w tym roku będzie eliminacją mistrzostw świata. Na Mazury przyjadą najlepsi kierowcy z całego świata, a z nimi tysiące kibiców. Nie bez powodu Piotr Jakubowski, burmistrz Mikołajek mówił na konferencji prasowej: — A gdzie był Olsztyn, kiedy proponowano, by Rajd Polski odbywał się dalej w okolicy ich miasta? Mikołajki zrobiły wszystko, by tak prestiżowa impreza odbyła się u nas. I zapewniam, że teraz jej nie oddamy.
(Zabierają nam wszystko)
Temat co i raz pojawia się w mediach. Ale zmian nie widać, a imprezy nikną w oczach.
czwartek, 2 lipca 2009
Jan Paweł II wyruszy w pielgrzymkę!
Szanuj zmarłego swego! Ciało Michaela Jacksona miało być wystawione na widok publiczny, ale rodzina się zaparła. I dobrze. Teraz — by zaostrzyć apetyt na życie po życiu — Włosi wysyłają Jana Pawła II na ostatnią pielgrzymkę po Polsce. Wędrujące relikwie?

Gdybym była wielką albo słynną Adą, chciałabym spoczywać w spokoju — nie tylko w pokoju. Nie wyobrażam sobie, by ktoś wyjmował mnie z grobu, by pokazać tłumom wiernych fanów. Już widzę te zatroskane miny nad moimi szczątkami: co wyeksponować? Skrzydełko czy nóżka? A może pupa?
Wiem, sarkazm przemawia przeze mnie, ale o kulturze człowieka stanowi jego podejście do zmarłych. O kulturze chrześcijan tym bardziej. Dlaczego więc chcą wyciągnąć Jana Pawła II z grobu i zrobić mu tournee po Polsce? Na razie nie wiem, o co chodzi, więc chodzi o pieniądze. Pewnie trzeba wydać na coś te miliony...
Kardynał Dziwisz — o dziwo — jest za:
Polska to bardzo gościnny kraj. Na pewno przyjmie papieża z otwartymi rękami. Jak zawsze. Płakaliśmy, tęskniliśmy... Przyjeżdżał do nas jednak papież żywy. Machał, uśmiechał się i napełniał nadzieją. I modlił się za nas. Widzieliśmy to na własne oczy. Śpiewaliśmy mu wtedy: do Wadowic wróć.
I wraca. Znów będziemy śpiewać, znów płakać. I nie będzie już dla nas frajdą wycieczka do Rzymu z najważniejszym punktem programu: odwiedzić grób Jana Pawła II. Grób przecież sam do nas przyjedzie! Nie chciał Mahomet do góry?
Z ciała papieża chcą zrobić jarmark! Albo cyrk objazdowy! Albo kino objazdowe! Albo teatr objazdowy!
Jan Paweł II przełamywał stereotypy. Jako pierwszy papież na świecie nosił zegarek, chodził po górach, pływał kajakiem, jeździł na nartach, czytał bez okularów, przestąpił próg synagogi oraz meczetu i bratał się z chorymi na AIDS. Był też pierwszym papieżem spoza Włoch. Teraz wyznaczy nowe trendy — będzie pośmiertnie krążył po świecie. Szkoda, że nie można zapytać go o zdanie. Ale z drugiej strony — po co? Zmarli i ryby głosu nie mają.
A może mają? Co wy na to, by za rok zorganizować supertrasę koncertową zwłok Michaela Jacksona? Tournee będzie promował kawałek: "Don't Stop 'Till You Get Enough".

Gdybym była wielką albo słynną Adą, chciałabym spoczywać w spokoju — nie tylko w pokoju. Nie wyobrażam sobie, by ktoś wyjmował mnie z grobu, by pokazać tłumom wiernych fanów. Już widzę te zatroskane miny nad moimi szczątkami: co wyeksponować? Skrzydełko czy nóżka? A może pupa?
Wiem, sarkazm przemawia przeze mnie, ale o kulturze człowieka stanowi jego podejście do zmarłych. O kulturze chrześcijan tym bardziej. Dlaczego więc chcą wyciągnąć Jana Pawła II z grobu i zrobić mu tournee po Polsce? Na razie nie wiem, o co chodzi, więc chodzi o pieniądze. Pewnie trzeba wydać na coś te miliony...
Kardynał Dziwisz — o dziwo — jest za:
— Pielgrzymka relikwii Jana Pawła II dla wielu Polaków byłaby pewnie większym przeżyciem niż przyjazd samego Benedykta XVI. Kardynał zdaje sobie z tego sprawę, uważa też, że wśród polskiego duchowieństwa to on ma największą misję kultywowania pamięci zmarłego papieża. To wystarczające powody, żeby pozytywnie odnieść się do takiej propozycji, i jestem przekonany, że kardynał tak zrobi — mówi nam jeden z krakowskich księży.
(Ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II do kraju)
Polska to bardzo gościnny kraj. Na pewno przyjmie papieża z otwartymi rękami. Jak zawsze. Płakaliśmy, tęskniliśmy... Przyjeżdżał do nas jednak papież żywy. Machał, uśmiechał się i napełniał nadzieją. I modlił się za nas. Widzieliśmy to na własne oczy. Śpiewaliśmy mu wtedy: do Wadowic wróć.I wraca. Znów będziemy śpiewać, znów płakać. I nie będzie już dla nas frajdą wycieczka do Rzymu z najważniejszym punktem programu: odwiedzić grób Jana Pawła II. Grób przecież sam do nas przyjedzie! Nie chciał Mahomet do góry?
Z ciała papieża chcą zrobić jarmark! Albo cyrk objazdowy! Albo kino objazdowe! Albo teatr objazdowy!
Jan Paweł II przełamywał stereotypy. Jako pierwszy papież na świecie nosił zegarek, chodził po górach, pływał kajakiem, jeździł na nartach, czytał bez okularów, przestąpił próg synagogi oraz meczetu i bratał się z chorymi na AIDS. Był też pierwszym papieżem spoza Włoch. Teraz wyznaczy nowe trendy — będzie pośmiertnie krążył po świecie. Szkoda, że nie można zapytać go o zdanie. Ale z drugiej strony — po co? Zmarli i ryby głosu nie mają.
A może mają? Co wy na to, by za rok zorganizować supertrasę koncertową zwłok Michaela Jacksona? Tournee będzie promował kawałek: "Don't Stop 'Till You Get Enough".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
