Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ratusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ratusz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Do ratusza bezdomnym wstęp wzbroniony

Zima zbiera plon. W ludziach. Najczęściej umierają bezdomni, bo nie mają gdzie uciec od mrozu. Dlatego wiceprezydent Olsztyna namawia PKP, aby otworzyło na noc dworzec. A może lepiej ratusz otworzyć?


O umierających bezdomnych i pomyśle Jerzego Szmita na ocieplenie stosunków pisze „Gazeta Olsztyńska”. Pomysł bardzo dobry — tuptusie będą mieli dach nad głową. Ale dlaczego zawsze PKP ma gościć nietrzeźwych panów? Tak się utarło, że na dworcach im najlepiej. Fakt, dworce często są całodobowo otwarte — w większych miastach — więc ciągną tam tłumy spragnione ogrzania. Nikt ich stamtąd nie wygania, bo jakoś bezdomni wbili się już w kolejowy pejzaż. Wykolejeni wśród walizek i plecaków. Wśród ludzi... A może ktoś poratuje groszem? Może ktoś poczęstuje bułką?

Zima daje w kość, a olsztyński dworzec zamknięty na noc już od dawna. Prezydent więc prosi PKP, aby drzwi otworzyło i wpuściło zziębniętych. No tak, najlepiej zamiatać pod czyjąś wycieraczkę. A może by tak ratusz otworzyć? Tam też ciepło, salonów wiele, a ludzi wcale nie mniej niż na dworcu — za dnia, bo nocą też głucho. Ale każdy byle od siebie. Taki ping pong społecznej pomocy. Wiem, wiem — ratusza otwierać nie wypada. Ale dlaczego PKP ma ciągle zważać na bezdomnych? Innych miejsc nie ma?

W ratuszu dodatkowo stoją dystrybutory wody źródlanej, więc są nawet luksusy. Ale — jak życie pokazuje — nie dla wszystkich.

PS. Przyznaję, do swojego domu też bezdomnego bym nie zaprosiła. Bo ludzie powinni mieć czyste ręce. A paznokcie przede wszystkim!

Przeczytaj też:
Bezdomni z dworca PKP przenieśli się na przystanki
Bezdomni do ratusza zamiast na dworzec?

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Olsztyn oddał Bydgoszczy największy mural w Polsce

To nie jest kraj dla starych ludzi. Taką opinię o USA mają bracia Coen, którzy nakręcili film o takim tytule. Idąc tym tropem, Olsztyn nie jest miastem dla utalentowanych ludzi. Pięciu olsztyńskich artystów wyjechało aż do Bydgoszczy, by namalować tam jeden z największych murali w Polsce.

Z tymi słowami zgadzam się w stu procentach. Olsztyn młodym podcina skrzydła, ba — nawet ucina ręce. Mazać po ścianach nie wolno. Ale kto mówi o mazaniu? Dobre murale to dzieła sztuki, a i budynki zyskują. Ba — wszyscy zyskują! Tylko chłopcy-ratuszowcy nie mogą tego pojąć. Dlaczego? Głowię się, głowię i wyjść z podziwu nie mogę, że oni tacy zamknięci w swoich przekonaniach. Chcą być nowocześni, szerokopasmowi wręcz — wymyślają święto latawców, serów, a to ni przypiął, ni wypiął do Warmii. Sery kojarzą się z górami, latawce z morzem. A Kopernik? — zapyta mnie turysta. To Kopernik związany był z Olsztynem? A co w takim razie robił w Toruniu?

Toruń cwańszy, Kopernika przypiął do siebie lata temu. Co jak co — tam Kopernik ruszył ziemię. Mówi się tak? Mówi. Nie bez powodu miasto reklamuje się hasłem „Toruń porusza”. „Toruń bewegt”, „Torun moves”... A to w Olsztynie Mikołaj pracował, to na tutejszym zamku odprawił Krzyżaków, tu się zakochał. Tu Jan Dantyszek posądził Mikołaja o konkubinat, nakazując mu zwolnić gospodynię. Ha! No dobrze, ale kto o tym wie? Toruń przywłaszczył całą karierę Mikołaja. Na zawsze. Gotyk na dotyk. Ale miasto ma też drugą tajną broń — pierniki znane na całym świecie. Ma też ciekawostkę — ratusz, przed którym stoi pomnik Kopernika. To budowla, w której okien jest tyle, ile dni w roku, sal tyle, ile miesięcy, a pokoi tyle, ile tygodni.

A Bydgoszcz? Ma murale. Może zrodzi się w Polsce rodzimy Belfast?

Kilkanaście dni temu olsztyniacy namalowali jeden z największych murali w Polsce. W siedem dni za miejskie pieniądze na ścianie wieżowca stworzyli Piotrusia Pana w magicznym lesie. Niestety wszystko to w Bydgoszczy.
— Współpracuję z tymi chłopakami już od dawna. Tworzą prace na poziomie europejskim. Ich projekty są unikatowe i wyjątkowe. Dlatego zaprosiłem ich do malowania ściany — mówi Marcin Płocharczyk, prezes stowarzyszenia Stumilowy Las z Bydgoszczy.
— Zrealizowaliśmy w Bydgoszczy kilka projektów. Olsztyn nie jest aż tak przychylny. Jest nowszym miastem. Cała Bydgoszcz wygląda jak nasze Zatorze. Może dlatego pozwalają tam ozdabiać kamienice muralami — wyjaśnia Wojciech Morzyc, współtwórca wielkiego muralu.
(Olsztyńscy graficy na razie upiększają Bydgoszcz).

Olsztyn Bydgoszczy do pięt nie dorasta.

Piotruś Pan startuje z lasu. Wyżej domki i bajkowe postaci. Na górze korona drzewa.
Przed rozpoczęciem prac spółdzielnia zapytała mieszkańców o zgodę na nietypowy mural. — To na ich prośbę zmieniliśmy paletę kolorystyczną na jaśniejszą. Za rok planujemy zrobić pracę powstałą ze współpracy artystów i mieszkańców — mówi Marcin Płocharczyk ze stowarzyszenia Stumilowy Las, które organizuje projekt. Koszt to ok. 20-30 tys. zł. Za całość płaci Urząd Miasta. — Ważne jest to, że malujemy na bloku, który potencjalnie mógłby być zajęty przez billboard, a teraz będzie na nim coś, co ozdobi całe miasto. Zdjęcie ścianki ukaże się w zagranicznych magazynach o urbanarcie, więc dodatkowo stanie się wizytówką miasta — podkreśla Płocharczyk.
(Największy polski mural namalowano w Bydgoszczy)

PS. Lid podkradłam redakcyjnemu koledze Szczepanowi Skwarczyńskiemu. Lepszego bym nie napisała. Cały tekst przeczytasz w „Gazecie Olsztyńskiej”.

Przeczytaj też:
Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę

poniedziałek, 27 lipca 2009

Uwaga, jedzie tramwaj!

Kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera. A co w sytuacji, gdy jest na odwrót? Kto zabiera i oddaje, ten... pojedzie na Hawaje? Chętnie — o ile podróż odbędzie się tramwajem. Do Olsztyna po długich latach komunikacja szynowa ma wrócić.


Lubię tramwaje. Mają klimat. Chętnie wyłożyłabym tory... ale nie wyłożyłabym pieniędzy. Bo nie mam. Popieram jednak wszystkich wielbicieli miejskich wagoników. Tych sprzed lat i tych z przyszłości. Przede wszystkim popieram tych, którzy chcą tramwaje wskrzesić. Bo w Olsztynie to przecież nie nowość. Ostatni tramwaj zjechał do zajezdni w 1965 roku.

Ja w sprawie tramwajów. Z wykształcenia, ale i z zamiłowania jestem historykiem i do dziejów miewam stosunek emocjonalny. Oglądając stare zdjęcia Olsztyna, często odczuwam żal. Żal mi tych pięknych kamienic, których już nie ma, żal mi tych drzew i zieleni, zalanej dziś betonem, ale najbardziej mi żal.... właśnie tramwajów. Likwidując linie tramwajowe w połowie lat 60., ograbiono miasto z fantastycznego środka transportu miejskiego, ale też wyrwano część jego duszy.

(Ryszard Chudy, List o tramwaju)


Władze miasta też są sentymentalne i chcą, by tramwaje wróciły. Pomysł ten pojawił się już lata temu. Od tej chwili (2007 rok?) olsztyniacy debatują: tramwaj dobry czy zły? Szala przechyla się jednak w stronę wagoników. I Bóg zapłać, bo może to i drogi środek lokomocji, ale za to szybki i ekologiczny. Forum Rozwoju Olsztyna jest tego samego zdania. Ba — dorzuca nawet więcej:

Średnia prędkość jadących samochodem z Jarot do centrum w godzinach szczytu wynosi około 15km/h. Duże natężenie, niewiele alternatyw komunikacyjnych poprowadzonych po tych samych arteriach powoduje zatory. Tramwaj jako alternatywa poprowadzona innymi trasami od ruchu kołowego jest w stanie o wiele szybciej dotrzeć w ważne punkty miasta.
(Dlaczego tramwaj?)



Ile czasu potrzebuje tramwaj?
Pieczewo — Dworzec: 23-25 min
Jaroty (środek) — Kortowo I: 6 min
Jaroty — Stare Miasto: 13-14 min
Jaroty — Centrum (sąd): 16 min
Jaroty — Zatorze (pl. Bema): 18-19 min
Jaroty — Dworzec: 19,5-20 min
Dworzec — Centrum: 3 min
Dworzec — Stare Miasto: 4-4,5 min
Kortowo I — Stare Miasto: 6,5-7 min
Kortowo I — Dworzec: 13 min
Kortowo II — Os. Generałów: 2-3 min

Forum Rozwoju Olsztyna chce puścić tramwaje od dworca ulicami Partyzantów i Dąbrowszczaków, przez Stare Miasto i ul. Warszawską w stronę Kortowa. Stamtąd trasa odbijałaby na Jaroty.



Czas to pieniądz, więc inwestycja na pewno się zwróci. Tylko kiedy się pojawi? Ratusz błądzi w swoich trasowych pomysłach, więc czuję, że tramwaje są patykiem na wodzie pisane. Ale jeśli — strach pomyśleć, jak będzie przebiegała przebudowa miasta. Przez korki ludzie znienawidzą tramwaje. Póki co jednak koszmary tramwajowe nam niestraszne. Społecznicy tworzą trasy, kładą wirtualne tory, ale daleko społecznikom do urzędników, oj daleko. Jak i urzędnikom do społeczników daleko. Interpretacja dowolna.

Chłopcy-ratuszowcy chcą, by tramwaje mknęły od ul. Janowicza-Witosa na Jarotach, przez Sikorskiego (gdzie roi się od sygnalizacji), nową ul. Obiegową (ma być wybudowana od skrzyżowania ulic Sikorskiego i Pstrowskiego). Za budynkiem sanepidu tramwaj skręcałby w ul. Żołnierską, potem w Kościuszki i dalej ul. Kościuszki do Dworca Głównego. Od tej trasy mają biec odgałęzienia: ulicą Tuwima do Kortowa, a także al. Piłsudskiego aż pod Wysoką Bramę.

Czyja trasa lepsza? Plusa daję społecznikom, bo myślą na rękę mieszkańcom. Nie omijają tłumnych miejsc, a przecież tramwaj ma wozić tłumy, a nie je omijać. Racja? Dziwi mnie tylko, że olsztyńskie ulice jakby szersze się zrobiły, a "ruchome samochody" z nich wyparowały. Czary mary?

Rachunek za olsztyńskie tramwaje wyniesie 400 mln zł. Unia się dorzuci (85%), więc olsztyniacy nie odczują tej kwoty w podwyżce biletów MPK. Oby!

PS. A co z Hawajami? A nic, rym ułożyłam. Ale wszystkim ludziom wierzącym w przyjazny Olsztyn funduję wirtualną podróż — wystarczy KLIKNĄĆ.

I jeszcze jedno — UWAGA, JEDZIE TRAMWAJ!

środa, 22 lipca 2009

Kupa nie gryzie, kupa zabija!


Olsztyn wchodzi w XXI wiek i zamierza walczyć z bronią biologiczną. Ratusz rozważa zakup odkurzaczy wciągających psie kupy. Fantastycznie! Właściciele czworonogów sprzątać nie będą wcale. A co w chwili, gdy odkurzacz padnie?


Kupa na kupie kupą pogania. Kup ci na trawnikach dostatek. Taka moda olsztyńska, że rosną brązowe piramidy. Ratunkiem na to fekalne zło może być odkurzacz, czyli elektyczny wssysacz nieczystości. To cudo techniki działa już — z powodzeniem — w Ełku:

Tam za quada z odkurzaczem władze miasta zapłaciły 50 tys. zł. Odkurzacz wyposażony w silnik spalinowy może być też zamontowany na skuterze, dwukołowym wózku lub na ludzkich plecach. — Sam odkurzacz kosztuje ok. 6 tys. zł — mówi Joanna Borzyszkowska, przedstawicielka dystrybutora. — Od niedawna firma również wypożycza odkurzacze.
O możliwość zakupienia przez ratusz odkurzaczy na psie odchody zapytaliśmy Anetę Szpaderską, rzecznika Urzędu Miasta w Olsztynie: — To bardzo dobry pomysł, który na pewno rozważymy. Każda inicjatywa, która przyczyni się do rozwiązania problemu psich kup, jest cenna. Chociaż najważniejsza jest zmiana świadomości ludzi, którzy psy posiadają.
(Władza pomyśli o odkurzaczach na psie kupy)

Redakcyjny kolega M.B. zachwycił się ludzką wygodą (a może lenistwem?) i z podziwu wyjść nie może. Pyta: czy taki odkurzacz jest kresem ludzkiej cywilizacji? Twierdzi też, że lepiej byłoby wyhodować specjalne rasy psów, które pożerałyby odchody swoich kolegów. Bo taniej. Niezbyt to apetyczny pomysł. Panie M., chciałby pan mieszkać pod jednym dachem z tak tanim w utrzymaniu, ale drogim sercu przyjacielem? A co w chwili, gdy pupil zechce polizać pana po twarzy?

Ratusz zastanawia się nad zakupem odkurzaczy. Dobrze, że się zastanawia. To znak, że myśli, a jak myśli — coś może wymyśli. Aneta Szpaderska kładzie jednak nacisk na zmianę świadomości olsztyniaków. Pierwszy rzutem na taśmę były poustawiane tu i ówdzie śmietniki na psie odchody. Ale czy się zapełniają? Inaczej — czy spełniają swoją rolę? Owszem — chusteczek ci w środku dostatek. Ogryzków, patyków po lodach i butelek po napojach. Kup w środku z lupą szukać — ani widu, ani słuchu.

Lenistwo psiarzy nie zna granic. Pies wypnie się, wytoczy dzienną dawkę i czmychnie. Wraz za nim dumny pan, że spacer ma z głowy — bo cel spełniony!

Kosze stoją, ale przewodników edukacyjnych po owych koszach brak. A ludziom trzeba wyłożyć — niczym kawę na ławę — że kupa psia jest zagładą ludzkości.

W rankingu stopnia skażenia prym wiodą place zabaw, boiska, piaskownice, alejki i ścieżki. Lekarze pediatrzy przestrzegają, że zabawa w brudnym piasku lub na skażonym trawniku może być przyczyną wielu schorzeń.

Czym więc grozi kontakt z kupą?

Rozpiętość niebezpieczeństw jest szokująca: od biegunki do uszkodzenia nerek. Szczególnie niebezpieczne jest zarażenie toxacarą, która powoduje choroby oczu — do ślepoty włącznie. Larwy innego pasożyta — bąblowca, osiadłe w wątrobie, to też wielki dramat dla dotkniętego tym schorzeniem.
(Kupa nie gryzie)

Rany boskie, boję się teraz nawet podchodzić do psiej kupy! Boję się, że stracę wzrok i zostanę porażona prądem! Nie dziwię się, że właściciele psów nie chcą sprzątać ich odchodów. Przecież to zgrabnie uformowana broń biologiczna!

Może więc odkurzacz to najlepszy sposób na śmiercionośne kupy? Dlatego ratusz myśli...


SONDA
Czy ratusz kupi odkurzacz do psich kup?

tak
nie
nie wiem


> Wymówki psiarzy, czyli „nie sprzątam po psie, bo...”


środa, 8 lipca 2009

Ratusz w Olsztynie okoniem stoi

Mój mąż z zawodu jest dyrektorem... A mój urzędnikiem w olsztyńskim ratuszu. Imprezy organizuje i cały czas haruje. Jak wół, proszę pani. Ostatnio tak zapieprzał, że aż kaskaderów przegonił! Ze stadionu, proszę pani!

No właśnie. Żona urzędnika ma świętą rację. Ratusz pracuje w pocie czoła. Te deszcze to pewnie leją się z czół urzędników. Dlatego nie mamy lata z prawdziwego zdarzenia. Dlatego wszystkie imprezy uciekają z Olsztyna. Ba — są wręcz stąd wyganiane!

W niedzielę w Olsztynie mieli wystąpić kaskaderzy. Wszystko było już prawie zapięte na ostatni guzik. Mieli dać czadu na stadionie przy ul. Piłsudskiego. Na trybunach miało zasiąść 800 osób, serca miały stanąć z wrażenia. A tu ZONK! Kaskaderzy odwołani.
— Ratusz mówi, że ma aż szesnaście imprez — tłumaczy organizator. — I tyle jest w stanie ogarnąć. Nie może też zgodzić się na 800 widzów. Mówi mi, że muszę wynająć cały stadion, czyli wszystkie trybuny. Policja i straż pożarna nie miały zastrzeżeń. Okoniem stoi tylko ratusz!

Nie są w stanie ogarnąć wszystkich imprez? Ale jakich imprez? W weekend mamy tylko Olsztyńskie Noce Bluesowe! Jest wyjątkowy nieurodzaj.

— Ależ my się zgadzamy! — kwitują urzędnicy. — To policja nie zgadza się na kaskaderów! Organizator nie może sobie wynająć części stadionu. Albo cały, albo w ogóle. Organizator nie chciał całego z obawy przed imprezą masową. Chciał tego uniknąć. Zaproponowaliśmy mu więc stadion na Dajtkach, który mieści 800 osób, ale odmówił.

Pomieszanie z poplątaniem. Ale wyjście jest jedno — przez drzwi. Kaskaderzy wystąpią więc w Ostródzie. Olsztyn może obejść się tylko smakiem. I tak jest prawie z każdą imprezą. Wszystkie — niczym przewracające się domino — odchodzą ze stolicy Warmii i Mazur do innych miast.

Nie będzie Tour de Pologne. Nie będzie Memoriału im. Huberta Wagnera. Może jeszcze zabiorą nam Kortowiadę i Olsztyńskie Lato Artystyczne? Olsztyn staje się kulturalno-rozrywkową prowincją. Jak tak dalej pójdzie, słowa pewnego Krzysztofa się ziszczą… „i nie będzie niczego!”
(Nie będzie niczego)

Straciliśmy też samochodowy Rajd Polski (rozgrywany jako Rajd Kormoran), który od 2007 r. całkowicie przeniósł się w okolice Mikołajek i tam ma swoją bazę. Trzeba przyznać, że Olsztyn w przypadku rajdu ma szczególnego pecha. Impreza, od zawsze uznawana za najbardziej niepowtarzalną, po "ucieczce" z Olsztyna stała się największą imprezą samochodową w kraju, a w tym roku będzie eliminacją mistrzostw świata. Na Mazury przyjadą najlepsi kierowcy z całego świata, a z nimi tysiące kibiców. Nie bez powodu Piotr Jakubowski, burmistrz Mikołajek mówił na konferencji prasowej: — A gdzie był Olsztyn, kiedy proponowano, by Rajd Polski odbywał się dalej w okolicy ich miasta? Mikołajki zrobiły wszystko, by tak prestiżowa impreza odbyła się u nas. I zapewniam, że teraz jej nie oddamy.
(Zabierają nam wszystko)

Temat co i raz pojawia się w mediach. Ale zmian nie widać, a imprezy nikną w oczach.

czwartek, 18 czerwca 2009

Olsztyn: bitwa na rowerowe ścieżki-śnieżki

Za koncepcję budowy ścieżek rowerowych w Olsztynie zabrały się dwie mądre głowy, a nie jedna. Pieniądze — też podwójne — trafią do dwóch kieszeni. A wszystko po to, by wygodnie jeździć na dwóch kółkach.


Zaczęła się walka na ścieżki rowerowe. Do boju stanęli drogowcy i wydział środowiska. Którzy lepsi?

W Olsztynie wygodnie rowerem nie pojeździsz, bo ścieżek rowerowych nie ma tu za wiele. Co prawda przybywają, ale miasto wciąż stoi w tyle za innymi. Trzeba to zmienić!

Ścieżka rowerowa – efekt dobrego poczucia humoru budowniczych oraz projektantów. Zachęca rowerzystów do korzystania z jezdni.
Dzięki ciągłemu zainteresowaniu władz samorządowych, ścieżki rowerowe są urozmaicane znakami drogowymi, koszami na śmieci, słupami oraz wysokimi krawężnikami, aby, broń Boże, żaden rowerzysta nie zasnął podczas jazdy.
(Nonsensopedia: ścieżka rowerowa)

Drogowcy wzięli się do roboty i opracowanie koncepcji budowy ścieżek rowerowych zlecili specjalistom z warszawskiego Zielonego Mazowsza za — bagatela — 180 tys. zł. Chłopaki pokażą, gdzie powinny powstać ścieżki rowerowe, parkingi i wypożyczalnie rowerów. Opracowanie ma być gotowe do jesieni.

Ale co dwie głowy, to nie jedna! Swoją koncepcję zaczęli przygotowywać też inni urzędnicy z ratusza. Rusza właśnie przetarg na koncepcję ścieżek rowerowych. Czy ja już gdzieś tego nie słyszałam? Ale wydział środowiska chce dać olsztyniakom szlaki rekreacyjne. Za ile? Za 300 tys. zł!

— To trasy, które mają głównie służyć do wypoczynku, rekreacji i które pozwolą mieszkańcom i turystom poznać przyrodnicze walory Olsztyna — przekonuje Barbara Olszewska, dyrektor wydziału. — Trasy, które proponuje wydział środowiska, są uzupełnieniem naszych tras — dodaje Paweł Jaszczuk, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg.

I tu jest pies pogrzebany, bo ścieżki się pokrywają.

— Bo tak naprawdę nie ma ścisłego rozgraniczenia między ścieżką rowerową pełniącą rolę rekreacyjną a nierekreacyjną — tłumaczy Aleksander Buczyński z Zielonego Mazowsza. — Mieszkańcy, którzy w tygodniu dojeżdżają do pracy, tą samą trasą pojadą też nad jezioro.
(Rowerowy dubel ratuszowych urzędników)

Uwielbiam olsztyńskie absurdy! Gdzie baba nie może, tam urzędnika pośle. I tym sposobem za każdym rogiem czai się chłopiec-ratuszowiec i dba tylko o swoje podwórko. Zasady gry są jasne. O dialogu z przeciwnikiem nie ma mowy. Bo i po co? Nos zza swojego winkla trzeba wystawić, krok zrobić — a nuż wdepnie się w ścieżkę rowerową... Nie daj Boże! Zrobić z siebie bałwana i przegrać w walce na ścieżki-śnieżki?

Olsztyn za ścieżki rowerowe zapłaci więc podwójnie. Żal mi tych pieniędzy, które można byłoby wydać z głową — stojaki rowerowe kupić, wypożyczalnie rowerów wyposażyć (i powołać do życia!), foldery z trasami rowerowymi wydać... Zrobić z Olsztyna rowerową stolicę Polski. A dlaczego nie?

Urzędników bez głowy niestety mi nie żal.

A kto wygra tę bitwę na ścieżki-śnieżki?

Wiem, kto przegra. Rowerzysta.


SONDA
Kto wygra bitwę na ścieżki-śnieżki?

drogowcy
wydział środowiska


Zobacz:
Szlaki rowerowe okolic Olsztyna

środa, 10 czerwca 2009

Lech Kaczyński powinien pisać bloga – na złość dziennikarzom

Jak cię widzą, tak cię piszą – Lech Kaczyński odczuje to na własnej skórze i na własne życzenie. Chce monitorować media – w tym „Gazetę Olsztyńską”. 20 lat wolności? Wolność słowa? A co będzie później?


Poranna kawka i gazeta? Proszę bardzo. Tak wymyślił prezydent. Będzie pił i konsumował gazetowe treści na jego temat, które trafią mu na biurko do godz. 10. Newsy radiowe i telewizyjne dotrą dwie godziny później. Kawa musi być więc podana w dużym kubku, bo do zapoznania się Lech Kaczyński będzie miał aż 115 różnych tytułów. O zgrozo! To się facet naczyta!

Kancelaria prezydenta zamawia także krótkie streszczenie informacji z podaniem nazwiska autora – informuje "Polityka". Wśród gazet, które mają być objęte monitoringiem znalazła się także "Gazeta Olsztyńska" i "Dziennik Elbląski". Co ciekawe, na liście monitorowanych mediów znalazł się specjalistyczny "Computerworld" oraz Radiostacja... nieistniejąca pod tą nazwą od 1 marca 2008 roku.
(Kaczyński będzie monitorował media)

Dziwi mnie ten monitoring. Przypomina trochę działanie cenzury – z jednym wyjątkiem. Informacje będą sprawdzane po publikacji, a nie przed. Ale jak zareaguje prezydent, gdy coś mu się nie spodoba? Uderzy w stół, by nożyce się odezwały? Będzie cięty na dziennikarzy? Może też zakrztusić się kawą – znowu Palikot będzie miał pole do popisu. Znowu powie, że prezydent nie powinien pić.

A może Lech Kaczyński stanie się wreszcie medialny? Może zacznie pisać bloga niczym prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz? A poprawny z niego blogger. Oficjalny, sztywny – urzędniczy. Może tym samym sposobem głowa państwa naleje wody w usta dziennikarzom i zamiast czytać, wyda z siebie głos? Może to być nawet vlog. Radzę jednak pisać bloga – technicznie jest mniej skomplikowany. Do tego celu można użyć sekretarki.

A co napisać w dzienniku internetowym?

Nie lubię tych delegacji zagranicznych. Kiedy wybierałem się do Waszyngtonu, nie pozwolili mi nawet wyspać się porządnie, bo trzeba było wstać tak wcześnie, żeby Bush po spotkaniu ze mną zdążył na Szczyt Państw Pacyfiku do Santiago de Chile. Wczoraj wyleciałem do Bratysławy. Wieczorem było obowiązkowe zwiedzanie bratysławskiej starówki. Zimno było jak diabli. Ciągnęło od Dunaju, a ja na wzgórzu zamkowym musiałem wysłuchiwać opowieści z dziejów naszego południowego sąsiada.
Dzisiaj na obiedzie z marszałkami obu izb Republiki Słowacji podali śliwowicę, od której przechodziły mnie ciarki. Na myśl o tym, że jeszcze dzisiaj mam wrócić do Warszawy, robi mi się słabo. Mogłem nie słuchać mego brata Jarka i rozwiązać parlament, rozpisując wybory. Przez parę tygodni miałbym przynajmniej święty spokój zamiast przyjmować w kółko te niekończące się pielgrzymki ministrów, szefów partii i całej tej reszty nudziarzy.
(Blog osobisty Lecha Kaczyńskiego)

Na szczęście adres mojego bloga nie trafił na listę „115 mediów wziętych pod lupę”. Ale o prezydencie Lechu nie będę zbyt wiele pisała. Polityką zajmować się, nie zajmuję. Ewentualnie PiSuję sobie posty raz na jakiś czas – ale absolutnie nie polityczne. Nie zamierzam nawet nic komentować – ani na możliwym blogu Lecha K., ani na niemożliwym blogu Lecha K. A niby dlaczego? Niby dlatego, że na dwoje babka wróżyła i jedno słowo może mieć czasem różne znaczenia. Niby bliźniacze, a jednak zupełnie inne.

Jan III Sobieski wkurzył się bardzo, gdy zobaczył dopisek KIEP ("ch...j" po staropolsku) na swoim reprezentacyjnym portrecie. Autor haniebnego czynu tłumaczył się jednak najspokojniej w świecie, że to tylko skrót od: Król Ian Europy Pan. Legenda głosi, że śmiał się król i śmiali się dworzanie.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Jak wyszedł nordic walking w Olsztynie?

Dzisiaj rano pod olsztyński ratusz przyszli ludzie z kijami. Na szczęście do starć nie doszło, bo trenerzy nordic walking poskromili energię przybyłych. Kilka minut po dziesiątej ruszyła pierwsza kijkowa pielgrzymka po zdrowie.

Pół Olsztyna śpi, a pod ratusz schodzą się tłumy tych najbardziej aktywnych. Ludzie przechodzący obok łapią się za głowę: czy to jakaś demonstracja? Nie, to spotkanie kijkowych spacerowiczów i rowerzystów. Bo nie tylko nordic walkerzy zjawiają się w centrum. Przyjeżdżają też cykliści z Kołodromu, by – nie pieszo, ale na dwóch kółkach – sprawdzić, czy w Olsztynie można aktywnie spędzać czas, a nie tylko siedzieć i narzekać.

Ci z kijami wypędzili jednak tych z pedałami.
- Oni to zakręceni, a my przynajmniej prości – usłyszałam żarty za plecami. – Przestraszyli się, że mamy kije i pojechali. Zobacz, że też nordic walking ma taką siłę…

Cykliści czmychnęli, ale tłum pozostaje. Na oko – około setka osób.

Rozpoczął się trening – kręcenie pupą, wymachiwanie nogą, skłony z kijkami. Raz dwa, raz dwa! Ludzie przechodzący obok łapią się za głowę: to jakieś poranne ćwiczenia? Nie, to początek nowej tradycji – olsztyniacy łapią kijkowego bakcyla.

Wyruszamy ulicą Wyzwolenia, by potem kierować się w stronę Jeziora Długiego. Plan marszu jest taki – obchodzimy całe jezioro i wracamy. Ludzie w samochodach łapią się za głowę. Taka zgraja? I to w niedzielę? I to z kijami?
- Panie, niech ci ten brzuch rośnie w samochodzie – słyszę cięty język jakiejś kobietki. – Brzuch się zwiększa, a atrakcyjność maleje!

Facet to gatunek leniwy, co widać też po kijkowym spotkaniu. Przyszły prawie same kobietki – młode, starsze, nawet siwowłose. Panów można policzyć na palcach jednej ręki. Ci, co się zjawili – jak sadzę – przyszli za namową swojej drugiej połowy. Ale na szczęście wyjątki potwierdzają regułę.
- Chodzimy z kijkami już półtora roku, ale… źle chodzimy – przyznają Małgorzata i Leszek Piasta. – Dopiero starcie z trenerami uświadomiło nam, jak ważna jest technika. Wiemy teraz, jak chodzić, więc musimy poprawić się na spacerach. To wcale nie takie proste!

Idziemy, ale jest tak ciasno, że ciężko o wymachy kijkiem. Ludzie depczą po kijkowych końcówkach, ściągają się nakładki. Poza tradycyjnym nordic walking mamy jeszcze skłony. Jednak pomimo tych niedogodności, maszeruje się wspaniale. Wszyscy radośni, dowcipkują, uśmiechają się. Ba – kije łączą!

Frajdę mają przede wszystkim debiutanci.
- Przez dwa lata kijki leżały w pawlaczu, bo dostałam je w prezencie – opowiada mi podczas wędrówki Sylwia Drang-Kopyść, nauczycielka. - Rano przeczytałam, że jest spotkanie i postanowiłam zapoznać się z nordic walking. Wyjmuję kijki, patrzę – zakurzone. Czas to zmienić, odkurzyłam je i przyszłam pod ratusz. I co się okazuje? Chodzenie jest przyjemne i zdrowe. To świetny sposób, by odsapnąć od codziennej bieganiny i siedzenia przed komputerem. Od teraz będę sama wychodziła. Wiem już jak chodzić, więc nie poprzestanę tylko na pierwszym razie.

Zgraja nordic walkerów wygląda komicznie. Napotkani ludzie łapą się za głowę: do Gietrzwałdu idziecie? Rzeczywiście wyglądamy jak pielgrzymka. W dodatku trenerzy mają nas na oku, więc nie ma samowolki. Niektórzy jednak zbaczają z trasy, znikają za drzewami – dezerterują. Ale wyjątki potwierdzają regułę – większość idzie do końca.
- Cieszy mnie, że tylu olsztyniaków przyszło na wspólny spacer – podsumowuje Natalia Brejta, trenerka. – Jak na pierwszy raz, radzą sobie prawie doskonale. Za dużo rozmawiają i przez to nie zwracają uwagi na technikę. Ale przymykam na to oko - idzie im nieźle. Widać, że nordic walking przyjęło się na Warmii.

Wracam do domu, zdejmuję pedometr i co widzę? Od wyjścia do powrotu przeszłam 7 kilometrów, spaliłam 500 kalorii (w co akurat nie wierzę) i zrobiłam 11904 kroki.

> Zobacz więcej zdjęć

czwartek, 16 kwietnia 2009

Nie wyręczysz urzędniczki olsztyńskiego ratusza

Skok w bok? Nie w Olsztynie. Pracowniczka Urzędu Miasta pracuje tak pilnie, że na żadne odstępstwa od normy się nie zgadza. Pewnie przy okazji też myśli: nikt nie będzie mnie straszył duchem nowoczesności! 



Urzędniczka w olsztyńskim ratuszu pracuje dwa razy. Nawet jak petent chce jej życie ułatwić — ta stoi murem. Nie może ominąć żadnego ze swoich obowiązków w imię, że pracę wykonuje się punkt po punkcie. I Nie ważne, że takie zasady sięgają absurdu, a nawet czasów komunizmu.

Redakcyjny kolega naciął się na zaciętą „panią ratuszową”. Wyrabiał dowód, chciał zostawić zeskanowane zdjęcie, ale nie mógł. Bo urzędniczka przyjmuje tylko zdjęcia w formie odbitki. Dlaczego? Tylko taką fotkę urzędniczka zeskanuje.

Poniżej wycinek z dzisiejszej „Gazety Olsztyńskiej”, w której Tomasz Boenke opisuje swoje starcie z ratuszem. 



piątek, 20 marca 2009

Olsztyn będzie jak Amsterdam

Fachowcy z Krakowa zajęli się promocją Olsztyna i spartaczyli robotę. Teraz warszawiacy mają wytyczyć w Olsztynie ścieżki rowerowe. Dlaczego olsztyniacy nie mogą decydować sami o swoim?


Olsztyn ma tylko 22 km ścieżek rowerowych – większość z nich zbudowano bez wyraźnego zamysłu. Przykład? Okolice kościoła świętego Józefa, przejście przy poczcie – ścieżka mierzy może 7 metrów. I jak tu rozpędzić się na rowerze? Oczywiście ową ścieżkę przecina wspominane przejście dla pieszych, więc nie ma sensu nawet na rower wsiadać, bo przecież dzieci, babcie, psy. Nie daj Boże kogoś potrącić!

Inny przykład - przystanki autobusowe stojące na ścieżkach m.in. przy ul. Niepodległości i Bałtyckiej. Tam jadący cyklista również może staranować pasażerów czekających na autobus. I czyja to będzie wina? Rowerzysty? Klienta MPK? Źle ustawionej wiaty? Może Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Olsztynie? A może firmy, która ścieżkę wykonała?

Teraz ma być lepiej. MZDiM ogłosił przetarg na wykonanie dokumentacji dotyczącej budowy układy dróg rowerowych na terenie miasta. Wygrała stołeczna firma, która pewnie nie ma zielonego pojęcia o tym, jak jeździ się po Olsztynie. Mam wrażenie, że miasto popełnia kolejny błąd. Pierwszym niefartem było zatrudnienie krakusów, by sporządzili strategię promocji Olsztyna. I wymyślili – m.in. święto serów i latawców. Co to ma wspólnego ze stolicą Warmii i Mazur? Już lepiej wypadłoby święto opony.

O pomysły na promocję Olsztyna trzeba było zapytać olsztyniaków, Warmiaków, Mazurów... Swoich trzeba było zapytać! Czy naprawdę w okolicy nie ma pomysłowych ludzi? Czy naprawdę trzeba zatrudniać tych, którzy albo o Olsztynie słyszeli w telewizji, albo byli tu przejazdem w drodze na Mazury? Olsztyniacy mają przecież głowy pełne pomysłów. Wystarczy zapytać, posłuchać. Swoje miasto znają przecież od podszewki. A tak - cudze chwalicie, swego nie znacie.

Krakusy wystawili rachunek – 180 tysięcy złotych – i niczym nie zaskoczyli. Nawet hasło - jakie według nich jest piorunujące – nikogo na kolana nie powala. Czy naprawdę „przestrzeń radości” zaskakuje?

Owszem, ale w negatywny sposób. Jako mieszkaniec czuję się upokorzony takim traktowaniem. Radość jest pojęciem na tyle enigmatycznym i uniwersalnym, że nie niesie w sobie żadnej tożsamości i nie kreuje nowych trendów. Festiwal serów, latawców i święto wiosny, czyli wymyślone przez agencję wydarzenia, dzięki którym o Olsztynie ma być głośno, to pomysły żałosne i nic niewnoszące. Strategia nie bierze zupełnie pod uwagę tego, co my, mieszkańcy, chcemy. (…) Ja bym szukał punktów wyjścia na trzech płaszczyznach: Olsztyn jako miasto uniwersyteckie, miasto ogród-park oraz miasto kultury. Trzeba pokazać, że Olsztyn to miasto z charakterem, istniejące w porozumieniu z przyrodą, która przenika się z architekturą i kulturą.
(Kazimierz Brakoniecki: Promocja miasta bez tożsamości)

Teraz „przestrzeń radości” ma zapełnić się ścieżkami rowerowymi. Mirek Arczak, olsztyński cyklista, tak kiedyś ocenił pomysły urzędników:

Boję się, by cała praca nie sprowadziła się do namalowania farbą na krzywym chodniku znaku informującego, że tu jest ścieżka rowerowa. Dlatego przed przystąpieniem do opracowania koncepcji najpierw należy określić, czego dokładnie chcemy. A tego na pewno nie zrobi się w zaciszu gabinetów, tylko współpracując z użytkownikami takich tras.

A jak będą pracować warszawiacy? Czy uwzględnią potrzeby samych zainteresowanych? Skoro Olsztyn nie ma zaufania do swoich, może więc oni okażą się mądrzejsi? Na razie wiadomo, że będą opierać się na holenderskim podręczniku projektowania infrastruktury rowerowej "Sign up for the bike". Czyżby chcieli zrobić z Olsztyna Amsterdam?

Amsterdamczycy jeżdżą rowerami wszędzie – do pracy, na zakupy, do pubów itp. Nie w smak to kierowcom, bo to rowerzyści mają większe przywileje niż oni. A gdy dojdzie do kolizji - według obowiązujących przepisów - winą zawsze obarcza się właściciela czterech kółek. Czy w Olsztynie będzie to możliwe?

poniedziałek, 9 marca 2009

Wulgaryzm najlepszą rozrywką Olsztyna

Łódź za wszelką cenę chce zostać Europejską Stolicą Kultury 2016 i otwiera teatr w centrum handlowym. Świątynia portfela ma stać się świątynią dla ducha. A w Olsztynie duch może tylko straszyć.

Katowice mają pierwszą w Polsce kaplicę w centrum handlowym, gdzie wierzący mogą pozwolić sobie na chwilę refleksji po gorączce zakupów. Łódź idzie dalej i głębiej - sięga po boga Dionizosa i otwiera „międzysalonowy” teatr w Manufakturze. Pomysłodawcą nowej sceny jest Mariusz Pilawski, aktor i reżyser przez lata związany z Teatrem Nowym, obecnie prezes Stowarzyszenia „Komedia Łódzka”.

Może ten pomysł powoła do życia nową modę? Chociażby „manufing” - na wzór warszawskiego „buwingu”. Ludzie w stolicy chodzą do Biblioteki Uniwersyteckiej nie tylko po to, by czytać książki, ale spotkać się ze znajomymi i napić się kawy. Może i łódzka Manufaktura stanie się miejscem do wszystkiego? Może będzie przyciągać nie tylko promocjami, ale ambitnym i atrakcyjnym programem?

A co w Olsztynie? Do Łodzi daleko, do Warszawy też kawał drogi. Co robić? Można iść do centrum handlowego Alfa i tam – w zakupowej przerwie – napić się kawy. Na samym dole zaprasza La Cava z widokiem na lodówki i biustonosze. Sama słodycz. Piętro wyżej można skosztować małą czarną w towarzystwie hamburgerów i frytek. Wybornie! Piętro trzecie oferuje aromatyczny zapach popcornu. O modzie na „alfing” nie ma mowy. Ewentualnie w Olsztynie kwitnie „filming”, bo kino Helios jest jedną z niewielu rozrywek, jakie można znaleźć w mieście. Co by więc było, gdyby w owy „alfing” (którego częścią jest jednak "filming") wpisał się teatr? Myślę, że do głosu po pewnym czasie doszedłby „lifting”, czyli plajta sceny. Statystyczny olsztyniak może i lubi teatr, ale jeden dramatyczny – Teatr Jaracza – stanowczo mu wystarczy. Kilkanaście premier na rok to idealna propozycja, by zaspokoić apetyt na sztukę.

A na starówce? Czas na „banking” gdzie roi się od placówek żyjących z pieniędzy. Można wziąć kredyt i ewentualnie kupić sobie ekspres do kawy. W domu kawa też smakuje nieźle. Ale jest jeszcze inna opcja – można napić się jej w kartonikowym kubeczku i zasmakować lokalnego „buwingu”, który nazwałabym „embepingiem”. Miejska Biblioteka Publiczna na swoim patio zaprasza na napój pełen energii. Ale uroku w tym miejscu ani za grosz. Ludzie wchodzący wymieniają się z wychodzącymi. Czasem można usłyszeć „przepraszam”, a czasem „co za hołota”. Momentami króluje więc „wulgaryzm”, który w Olsztynie jest zajęciem bardzo popularnym. Cięty język kwitnie na blokowiskach, w urzędach pracy i na przystankach w oczekiwaniu na zapchany autobus. Olsztyniacy ostrych słów nie szczędzą też na ratusz i wysokie ceny biletów MPK. Olsztyn jest jednym z najdroższych miast w tej kwestii – bilet normalny kosztuje 2,40 zł, a miesięczny - 98 zł. Jednak wiązanki lecą przede wszystkim podczas jazdy samochodem. Wulgaryzm vel „kurwizm” swoje apogeum osiąga przed każdym czerwonym światłem, które – przez urzędników – okrzyknięte zostało zieloną falą. W tym przypadku oczekiwanie na zielone światło to właśnie „wulgaryzm”, bo inaczej emocji wyładować się nie da. A hamować trzeba ostrożnie. Pomimo tego, a może właśnie dlatego - z „embepingu” niewiele osób korzysta.

A co z „clubingiem”? Młodość musi się wyszaleć, więc szaleje. Dla chcącego nic trudnego, więc można znaleźć odpowiednie lokale do „piwizmu”. Kiedyś jednak świetnym „clubingiem” było picie taniego wina na fosie, a potem – żeby zmienić lokal – wchodziło się na wiadukty. Dziś straż miejska ma oko. Szkoda, bo widok stamtąd niezastąpiony – na całą starówkę z podkreśleniem na wieżę ratuszową, Wysoką Bramę i zamek. Co prawda zamkowi do Wawelu daleko, ale swoją historię ma.

– No choćby Kopernik!
– To kłamstwo! Kopernik była kobietą!
– Einstein?
– Też była kobietą!
– A może Curie-Skłodowska też?!
– To akurat nie najlepszy przykład...
– A bo mnie zmyliły!

Mikołaj Kopernik na pewno był mężczyzną. Ba, w Olsztynie miał nawet romans z gosposią Anną! Za swoich czasów uprawiał więc „loving”.

Boję się powiedzieć, że Olsztyn nie ma ducha. Ba, jeśli już ten duch jest, to straszy – swoją małomiasteczkową mentalnością, brakiem atrakcji i nikłymi możliwościami rozwoju. Tak, boję się powiedzieć, więc zamilczę, by nie zapeszyć. Jest nowy prezydent, może będzie i nowy Olsztyn.

Ale pomimo wszystko – Olsztyn kocham. To się nazywa abstrakcjonizm.

wtorek, 24 lutego 2009

Odcisk palca prezydenta

Pamięć po prezydencie nigdy nie przemija. Przekonał się o tym Abraham Lincoln, którego odcisk palca został odkryty po 150 latach. Czy wobec tego Czesław Jerzy Małkowski, były prezydent Olsztyna, może spać spokojnie?

Lydia Smith - studentka pierwszego roku psychologii - przepisywała w bibliotece Uniwersytetu w Miami list prezydenta Lincolna datowany na 4 października 1863 roku. Przepisywała tak dokładnie, że aż zauważyła na papierze delikatną smugę atramentu. Przyjrzała się, zaalarmowała i okazało się, że to odcisk prezydenckiego palca.

Uniwersytet w Miami ma już jeden odcisk Lincolna w swoich zbiorach. Został znaleziony około 50 lat temu. Oba odciski są identyczne.

Czyżby prezydent Lincoln miał tylko jeden palec?

Gdyby Lydia studiowała w Polsce, na pewno jej odkrycie nie skończyłoby się sukcesem. Zostałaby powołana Komisja Śledcza, a dziewczyna zostałaby oskarżona, że wsadza palec w nieswoje sprawy. Media stawiałyby pytania - czy ten odcisk na papierze już był, czy może studentka go tam odcisnęła? I skąd miała palec prezydenta? A może ten odcisk to sprawka tajnych współpracowników? A może ktoś nielegalnie podrobił palec? I gdzie istnieje fabryka nielegalnych odcisków?

Amerykanie jak coś znajdą, to od razu wiedzą o tym wszyscy. Zdjęcia sukienki ze śladami spermy Billa Clintona oglądał cały świat. Clinton nie stracił jednak prezydenckiego stołka. Romans mu nie zaszkodził. Ba, Bill pozostał jednym z najpopularniejszych byłych prezydentów USA! Dlaczego? Wszystkich interesuje życie polityków od pępka w dół. A że jest ono barwne, wiadomo. Potwierdza to chociażby „Wprost” artykułem „Seks polityków”:

Seksuolog prof. Zbigniew Izdebski twierdzi, że życie erotyczne polityków jest bardzo intensywne. – Ich kreatywność objawia się także w łóżku. Osoby o twórczym umyśle potrafią z niego korzystać także w sypialni. Często nie brakuje im pomysłów na uniknięcie monotonii – mówi prof. Izdebski. Zarówno w seksie, jak i w polityce największe sukcesy odnoszą ci, u których poziom agresji jest wyższy od przeciętnego, co jest skutkiem wzmożonego wydzielania testosteronu. Wyższy poziom tego hormonu oznacza większą wytrzymałość. Politycy, podobnie jak niektórzy sportowcy, dzięki kontaktom płciowym przed ważnym wystąpieniem czy zawodami osiągają lepsze wyniki. Prof. Werner Habermehl z Instytutu Medycznego w Hamburgu twierdzi, że intensywne życie erotyczne polityków pozytywnie wpływa na ich możliwości intelektualne. W czasie stosunku wydzielana jest zwiększona ilość adrenaliny i kortyzolu, czyli tzw. hormonu stresu. Jego zwiększona ilość we krwi stymuluje nie tylko ciało, ale i korę mózgową. – A podwyższony na skutek orgazmu poziom endorfin i serotoniny poprawia wiarę we własne możliwości. Seks zapewnia więc organizmowi nie tylko fizyczną, ale i umysłową gimnastykę – mówi prof. Werner Habermehl. Najbardziej znanym zwolennikiem tej teorii był John F. Kennedy, który w kampanii prezydenckiej przynajmniej raz przed debatą telewizyjną z Richardem Nixonem korzystał z usług prostytutki.

Palec prezydenta Lincolna w obliczu dzisiejszej polityki to pikuś. Bo co takim palcem można zrobić? W nosie sobie podłubać? W oko wsadzić?

Palcem można też wskazać. Palce olsztyńskich urzędniczek ratusza wskazały CJM. „Rzeczpospolita” rozpętała seksaferę podając, że prezydent molestował podległe mu urzędniczki. Prezydent nie zaprzeczał. Skoro tak – co będzie można znaleźć na wieży ratuszowej za 150 lat? Są jakieś pomysły?