Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dymna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dymna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 kwietnia 2010

Dymna: Otwieram drzwi i jestem w raju

— Film daje pieniądze, sławę... Ale jest jak chimeryczny kochanek — porzuca, gdy widzi atrakcyjniejsze i młodsze. A teatr to mąż. Czasem może i zdradzi, ale wraca i jest — przyznaje Anna Dymna, aktorka.


Kiedy wyszła na scenę podczas próby, światła jakby rozjaśniały. Z Anną Dymną spotkałam się dokładnie w Międzynarodowy Dzień Teatru, czyli 27 marca. Nie wyobrażam sobie wspanialszego prezentu — jako że teatr kocham, a Dymną uwielbiam.

Wjechała na wózku inwalidzkim — to jej atrybut w spektaklu „Król umiera, czyli ceremonie”. Panowie techniczni akurat montowali schody, ona do nich podjechała i zawołała:
— A co wy tu jeszcze robicie? Dziś jest Dzień Teatru, świętować trzeba, wódkę pić, a nie schody montować! Wieczorem nie będziecie mieć sił. I kto się ze mną napije?

Podniosłam palec i zgłosiłam swoją kandydaturę. Dymna podjechała do mnie, zmarszczyła brew:
— Boże, przez te reflektory nic nie widzę! Tu ludzie siedzą, a ja takie głupoty wygaduję!
— Ale to jest fantastyczne! — uśmiechnęłam się, a po kilku chwilach byłam już z nią sam na sam na scenie. Ona cały czas tkwiła na wózku, ja zapadłam się w fotelu, który był tronem króla — prywatnie Jerzego Treli. Strasznie miękki!
— Wie pani co? Schowajmy się gdzieś w zacisznym miejscu, będzie nam wygodniej — usłyszałam i musiałam wyskoczyć z tronu. Siadłyśmy gdzieś z boku sceny, na dwóch małych drewnianych krzesełkach. Czułam zapach jej perfum, patrzyłam w oczy i było mi dobrze. Bo od zawsze marzyłam, żeby porozmawiać z Dymną.
— Tu nie mają garderoby, więc musimy rozmawiać na scenie — mówiła pani Ania. — Mogą nam zgasić światła.
— To nic, spędzimy kilka chwil po ciemku...

Światła nie zgasły, rozmawiałyśmy. I w czasie tej rozmowy usłyszałam największy komplement świata.
— Pani już robi wywiad, czy my tak rozmawiamy sobie prywatnie?

Rozmawiamy... Ale robię wywiad.

Jaki kolor ma Wielkanoc Anny Dymnej?
— Ma wszystkie kolory, z przewagą zieleni i słońca. Kocham te święta! W te dni ogarnia mnie jakaś wewnętrzna radość. Dostaję niezwykłego napędu i siły — zupełnie jak roślinki w moim ogrodzie. Z ziemi jakby na wyścigi pchają się do słońca tulipany, krokusy, przebiśniegi. Z godziny na godzinę świat staje się coraz bardziej kolorowy. Wciąż od nowa mnie to zadziwia i zachwyca. Przyroda z ogromną siłą budzi się do życia, niezmiennie i nieuchronnie. A we mnie budzą się nowe nadzieje i energia. Moje koty też zaczynają szaleć, nawet czternastoletnia ruda Czacza co chwilę wykonuje radosny galop z podskokami, a Haszysz w pierwszy dzień wiosny podarował mi z błyskiem w oku ogromną mysz. Kilka dni temu, po zajęciach ze studentami, sadziłam w skrzynkach na płotach kolorowe bratki. Pomagały mi cztery koty, ptaki gwizdały, szczebiotały, ćwierkały, muchy i pszczoły brzęczały. Nawet jakiś zaspany motyl przeleciał. To znak, że już idą święta. Otwieram sobie drzwi do ogrodu i znów wydaje mi się, że jestem w raju. Lubię się w to bawić...

W takim świecie aż chce się świętować...
— W Wielki Czwartek maluję pisanki i lepię baranki z masy solnej. W Wielki Piątek jadę na Drogę Krzyżową do Radwanowic, do moich podopiecznych niepełnosprawnych intelektualnie. Z nikim nie przeżywam tych chwil tak głęboko. A potem idę na cmentarze, aby wszyscy moi oddaleni bliscy mieli też kolorowo. Później rzucam się w wir przyziemnych przygotowań. Mój syn jest wspaniałym pomocnikiem... Ma to po matce! Uwielbiam z nim robić sałatki, żurek, jajeczka z chrzanem i pieczenie. W sobotę święcimy koszyczki pod Kościołem Mariackim i rozdajemy zawsze święcone chlebki i jaja krakowianom. A w Wielkanoc robię śniadanie i zapraszam rodzinę. Otwieram drzwi do ogrodu, siedzimy sobie, gadamy, spożywamy i mamy czas, aby popatrzyć sobie w oczy. Potem idziemy na spacer. Pod Krakowem są tak piękne miejsca, dolinki, magiczne kościółki. Może nawet wyciągniemy rowery, napompujemy koła i pojedziemy przed siebie.

Wielkanoc przed nami, a Międzynarodowy Dzień Teatru za nami. Podobno z tej okazji nikt pani życzeń nie złożył.
— Bo w naszej rzeczywistości ludzie nie hołdują tradycjom. I pomyśleć, że kiedyś odbierałam mnóstwo telefonów. A teraz? Nie chodzi o to, że się starzeję i zapominają o mnie. Chodzi o to, że tradycja ginie.

A może nie potrzebujemy już teatru?
— Potrzebujemy! Zawsze i coraz bardziej! Im trudniejszy wokół świat, tym bardziej ludzie potrzebują teatru — aby coś oswoił, coś wyjaśnił, o czymś pozwolił zapomnieć, w czymś pomógł. Z kolegami przed spektaklem „Król umiera” w garderobie olsztyńskiego teatru złożyliśmy sobie życzenia, a już o świcie zadzwonił do mnie mąż, który jest dyrektorem Teatru im. Słowackiego w Krakowie — i symbolicznie uścisnęliśmy się z okazji naszego święta.

Kocha pani teatr...
— Kocham! Dla mnie teatr to moje niezwykłe miejsce na ziemi. I to nie jest tylko praca. Gdyby tak było, może mówiłabym o tym zawodzie zupełnie co innego. Dla mnie teatr to po pierwsze dom, a po drugie wieczna szkoła. Bo ja cały czas właśnie tu uczę się aktorstwa. Każda próba to dla mnie kolejna lekcja. Nigdy w życiu nie powiem: ja już wszystko potrafię. W tym zawodzie nie umie się wszystkiego, bo zmieniają się style, kody porozumiewania. Zawsze, gdy dostaję nową rolę, czuję się jak dziecko, które nic nie wie... i uczę się od nowa! Na scenie jestem naprawdę szczęśliwa. To przestrzeń, w którą weszłam w wieku 18 lat i jestem już w niej 41 lat. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że bycie aktorką to tak wielkie szczęście. I zdaję sobie z tego sprawę tak naprawdę dopiero teraz.

Dopiero?
— Przez te wszystkie lata pracowałam w Teatrze Starym i zawsze miałam wrażenie, że uprawiam najważniejszy i najpiękniejszy zawód na świecie. Czułam się też aktorką potrzebną. Znałam swoje miejsce — cieszyłam się i z małych, i z dużych ról. Wszystko zawsze podporządkowywałam teatrowi. Rezygnowałam z wielu filmów, żeby grać właśnie na scenie i teraz wiem na pewno, że to był słuszny wybór. To prawda, że film daje pieniądze, sławę... Ale jest jak chimeryczny kochanek — porzuca, gdy widzi atrakcyjniejsze i młodsze. A teatr to mąż. Czasem może i zdradzi, ale wraca i jest. Dzięki niemu nadal czuję się potrzebna i ważna. Od kilku lat weszłam jeszcze w inną przestrzeń działania. Stykam się na co dzień z prawdziwym cierpieniem i ludzką bezradnością. Założyłam Fundację Mimo Wszystko i od sześciu lat walczę o godność i pomagam żyć ludziom niepełnosprawnym, przede wszystkim niepełnosprawnym intelektualnie. W teatrze odpoczywam od cierpień i tragedii naszej codzienności. Wracam do niego jak do azylu, miejsca bezpiecznego, w którym panuję nad emocjami i cierpieniem.

Katharsis?
— Tak. Teatr to dla mnie najlepsza terapia. Może dlatego nie wiem, co to depresja i doły psychiczne. Choć praca na scenie jest czasem katorżnicza, męcząca fizycznie i psychicznie. Przecież musimy wyrywać z siebie ogromne emocje, panować nad nimi, koncentrować się maksymalnie, krzesać z siebie ogromną energię, nerwy poddawać strasznym próbom — to jednak po spektaklu, chociaż mokra i prawie „na czworakach”, wracam do domu jakby oczyszczona z napięć, ze zła, które mnie dotyka w tej prawdziwej przestrzeni życia. Zresztą mam dużo takich miejsc, w których „łapię pion” i dzięki którym uciekam. Prowadzę Salony Poezji, mam swoich studentów w PWST, od siedmiu lat mam swój autorski program w telewizji. Wszystkie przestrzenie się dopełniają, ale jednak najszczęśliwsza jestem na scenie. Pomimo że teatr to bardzo niewdzięczny i okrutny zawód. Bo raz wymaga pełnego poświęcenia i absolutnej miłości, a innym razem wykopuje i mówi „do widzenia, jesteś już niepotrzebna”. A ja chciałabym być cały czas potrzebna — tak długo, dopóki mam siły chodzić i mówić. Ale to jest chyba marzenie każdego aktora.

I ja tego pani życzę...
— Teatr — bez względu na to, co się wydarzy — będzie zawsze potrzebny. Nic nie zastąpi żywego teatru. Bo to miejsce wyjątkowe, magiczne. To coś, co dzieje się naprawdę. Dlatego jestem o teatr spokojna.

Ale coraz częściej biegamy, nie mamy czasu na sztukę. Zwłaszcza młodzi...
— Młodzi ludzie są zawsze tacy sami — jedni są bardziej utalentowani, inni mniej. Jedni są pełni zapału, a inni kombinują, jak zarabiać dobry szmal. Zgadza się, dziś coraz więcej mówi się o pieniądzach. A kiedyś nie mówiło się o nich prawie wcale. One kiedyś niewiele znaczyły. Za komuny siedzieliśmy w teatrze, zarabiałam ok. 1700 zł, co ledwo starczało na chleb. Ale za to byliśmy kimś — nieomal kapłanami, którzy przemycają ogień prawdy przez ciemności komuny. Teraz wszystko się przewartościowało, zmieniło, stało się normalne. Teraz jak ktoś ma pieniądze, może zwiedzać świat, może kupić sobie wszystko, więc goni za tymi pieniędzmi. A kiedyś żyło się bardziej w głąb. Kiedyś to człowiek był ważny, a nie to, co wokół niego. Teatr był miejscem, dzięki któremu byliśmy wyróżnieni. A teraz jest tak dużo atrakcji, że naprawdę trudniej zdecydować, gdzie iść, trudniej odnaleźć swoje miejsce w życiu. Młodym ludziom dużo trudniej jest znaleźć szczęście. Świat jest tak migotliwy — tu błyszczy, tam błyszczy... A my w ciemności mieliśmy teatr i jedno światło. Wiedzieliśmy, że chcemy grać i to była nasza winda do nieba.

Jak wygląda ogród Anny Dymnej?

poniedziałek, 18 maja 2009

Andrzej Sikorowski: Moje podwórko to papiloty

— Wolę talk niż show — mówi Andrzej Sikorowski, śpiewający autor, kompozytor i gitarzysta. — Nie lubię jak kamera jakiejś ważnej osobie, która mogłaby coś istotnego powiedzieć, zagląda do zęba.


Rozmawialiśmy przez telefon. Andrzej Sikorowski wyszedł na spacer z psem. Zwierzak szedł swoją drogą, a my swoją. Pochłonęła nas ta rozmowa. Mądra, szczera. Rozmawialiśmy długo — ten wywiad to zaledwie ułamek. Pies gdzieś uciekł, a nam uciekło poczucie czasu. Stwierdziłam nawet, że mogłabym tak rozmawiać bez końca: mogłabym z panem przeprowadzić wywiad-rzekę. On: a dlaczego nie? Jestem otwarty.

Zawsze, gdy słucham „Ciotki Matyldy... całej w papilotach”, zastanawiam się, czy śpiewa pan o autentycznej kobiecie.
— To jest wymyślona osoba, ale sytuacje, które opisuję w moich piosenkach, to są zawsze migawki z mojego życia. Bo Kraków to jest w pewnym sensie skansen, a tym bardziej, że wychowywałem się w starej czynszowej kamienicy i wiele widziałem. W okolicy mojego dziecinnego domu widywałem wiele starszych pań, które czekały na listonosza przynoszącego rentę, czyli jedynego towarzysza swojego życia. Takich ciotek Matyld miałem więc na pęczki! I stąd pomysł na piosenkę. A imię przyszło zupełnie przypadkowo. I kiedy piosenka stała się ogólnopolskim przebojem, wiele nowonarodoznych dziewczynek dostawało od rodziców to właśnie imię. A papiloty w utworze stąd, że należę do pokolenia, które pamięta jak panie kręciły sobie w ten sposób włosy. Ja jestem jednak pokolenie, którego młodość upływała w zupełnie innych warunkach — i nie tylko politycznych. Moje dzieciństwo to nie jest komputer ani cyfrowa telewizja. To nie są detergenty! Pamiętam, jak moja mama prała w szarym mydle i płatkach mydlanych, a nie w specyfikach reklamowanych na ekranie. Moje dzieciństwo to podwórko i papiloty. My żyliśmy biednie, ale podejrzewam, że zdrowiej. Jestem pokoleniem czytelników, bo była to — poza piłką — jedyna rozrywka w moich czasach.

A gitara?
— W moim przypadku tak, ale nie wszyscy grali na gitarach. Wszyscy jednak czytali. W tej chwili jesteśmy pokoleniem obrazkowym, patrzymy w ekrany i naciskamy jakieś przyciski. Nie powoduje to jednak, że jesteśmy mądrzejsi.

Jak więc dotrzeć ze swoją mądrą muzyką do dzisiejszych klikaczy?
— Wiele zawdzięczam swoim rówieśnikom, którzy wychowywali się z moimi piosenkami. I oni zaszczepili bakcyla Sikorowskiego swoim dzieciom. I to jest patent na to, by muzyka „z kiedyś” brzmiała dzisiaj.

Czyli muzyka łączy pokolenia...
— Łączy... Ale proszę zauważyć, współczesne media są aroganckie wobec wszystkiego, co nie jest komercyjne, co nie podoba się letniemu słuchaczowi. Przecież to nie znaczy, że ten klikający myszką nie jest zainteresowany moimi piosenkami. On po prostu — na miły Bóg — musi je gdzieś usłyszeć. Bo jeżeli radio i telewizja pompują w niego „coś tam”, to on to przyjmuje za dobre. Ale jeśli ktoś szuka z głową ciekawej muzyki, to ją znajdzie. I tu pole do popisu ma internet. A wie pani, że ja mam stronę internetową, której nigdy nie widziałem? Wie pani, że siebie w ogóle w telewizji nie oglądam? Zupełnie mnie to nie interesuje. Dla mnie najważniejszy jest kontakt z człowiekiem podczas koncertu. Jeśli śpiewam w plenerze dla ludzi popijających piwko i oni oderwą się od kufla... to jest dla mnie największa radość. Nie potrzebuję siebie oglądać, nagrywać...

Ale nagrał pan piosenkę „Tokszoł” — z przekory?
— Ta piosenka pojawiła się wiele lat temu, kiedy tego typu programy wchodziły do telewizji. Wtedy jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ten gatunek zdominuje media. To są hity telewizyjne przecież. Ale talk show talk showowi nie równy. Bo jeżeli rozmawiają rozsądni ludzie, to ja to kupuję. Ale nie obchodzi mnie to, czy komuś pocą się nogi, z kim sypia i jak często. Nie lubię jak kamera jakiejś ważnej osobie, która mogłaby coś istotnego powiedzieć, zagląda do zęba.

Czyli stawia pan bardziej na talk niż na show.
— Zdecydowanie. Ale dramat polega na tym, że telewizja ma niestety wielką siłę. A co za tym idzie — dziennikarze również. Kiedyś jak w Opolu dostałem nagrodę dziennikarzy za piosenkę śpiewaną przez Marylę Rodowicz „Polska Madonna”, byłem dumny. Wtedy było to wyróżnienie niezależnie myślących fachowców. A teraz? Dzisiaj Doda dostaje nagrody dziennikarzy. Widzi pani, jako społeczeństwo głupiejemy.

niedziela, 22 marca 2009

Anna Dymna czasami przeklina

— Bardzo lubię słowa Tadeusza Kantora, mojego wielkiego mistrza, który powiedział, że: "Do teatru nie wchodzi się bezkarnie". Tak właśnie staram się robić każdy mój spektakl – podkreśla Jan Klata, reżyser. — Jeżeli ktoś szuka w teatrze miłej rozrywki i relaksu przed kolacją, to nie ma u mnie czego szukać.


Wszystkiemu winien Jan Klata. Dzisiaj drugi dzień Olsztyńskich Spotkań Teatralnych, wieczorem „Sprawa Dantona”. I przy tej okazji naszły mnie wspomnienia – „Klatowe” właśnie.

Kiedyś miałam okazję gościć na próbie u niego podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych (nazwa nomen omen). Spektakl „Oresteja” był gwoździem programu imprezy. I ja miałam to szczęście, że gwóźdź ten mogłam zobaczyć od kuchni. Przyznam – dla teatromana przeżycie to niebywałe. Tym bardziej, że ostatnimi czasy Anna Dymna - gwiazda przedstawienia - rzadko grywa w teatrze. Widzieć więc tę wielką aktorkę nie tylko na scenie, ale przede wszystkim podczas pracy – niesłychane. A praca ta w pewnym momencie zaostrzyła wszystkim apetyt na sztukę.

Dymna to oaza spokoju – wystarczy na nią spojrzeć. Ciepło bije z niej na kilometr i chciałoby się je chwycić i schować do kieszeni, by zawsze grzało. Pewnie też dlatego Jan Klata zwracał się do niej: „królowo”. Ale i Dymna podchodziła do tego – skądinąd – młodego i nowoczesnego reżysera z wielkim szacunkiem:

Chcąc uprawiać zawód aktora należy przede wszystkim kochać teatr. Miłość, pasja i wiara w to, że to, co się robi jest ważne i wspaniałe, czyli absolutne oddanie – są niezbędne do tworzenia spektaklu. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Mówię o tym dlatego, że Jan Klata te wszystkie cechy posiada. Jest pasjonatem teatru, wie czego chce, jest świetnie przygotowany. Lubi pracować z aktorem. Zależy mu chyba na tym, by aktor czuł, że uczestniczy w czymś ważnym. Słucha dokładnie wszelkich sugestii aktora, umie przekonywać i namawiać do wspólnej “zabawy w piaskownicy” (to sformułowanie Kazia Kutza). Więc choć jest bardzo wymagający to praca z Jankiem polega na tym, co najważniejsze… na zaufaniu, szacunku, radości i chęci zrozumienia siebie nawzajem. Spotkanie z Jankiem Klatą było dla mnie jednym z najpiękniejszych teatralnych spotkań. Nie mówię przez to, że świat Janka jest dokładnie moim światem, to całkiem inna sprawa. Ale na pewno Janek jest reżyserem, który w jakiś sposób poszerzył moją wyobraźnię i otworzył ją na nowe, nieznane mi przestrzenie pojmowania, patrzenia i wyrażania.
(Anna Dymna: W teatrze interesuje mnie człowiek)

Klata wciągnął Dymną w swoją grę. Dzisiaj można ją zobaczyć w „Trylogii”. Czyżby aktorka połknęła bakcyla popreżyserii?

To, że Dymna jest aktorką zaangażowaną, słyszałam na własne uszy – właśnie podczas warszawskiej próby „Orestei”. Jej spokój na chwilę wyszedł z roli. Aktorka starała się wyczuć scenę Teatru Dramatycznego po swojemu. Owszem, była stonowana, ale czujna. Jednak zmaganie się ze reflektorami i trochę trzeszczącą sceną wprawiały ją w zakłopotanie.

Dymna: Gdzie ja mam stanąć na początku?
Klata: Zaraz, pani Aniu, sprawdzimy.
Dymna: (szuka swojego miejsca, ale ciągle wychodzi ze światła) Gdzie mam grać? Mam dać krok do przodu? Do tyłu?
Klata zajęty innym aktorem nie reaguje.
Dymna: Kurwa, gdzie je mam grać pierwszą scenę!?

Niestety nie udało mi się zarejestrować przekleństwa. Szkoda. Słowo to padło tak niespodziewanie i z zaskoczenia, że nikt nie był na nie przygotowany. Kurwa poskutkowała.

Jak pracuje Dymna? Uchwyciłam m.in. inne zakłopotanie aktorki: "Gdzie mam paść?"



“Sprawa Dantona” to czarny koń tegorocznych Olsztyńskich Spotkań Teatralnych - sądzę przez pryzmat nagród, jakie sztuka do tej pory zdobyła. Jednak nie zawsze zdania na temat spektaklu są pozytywne. Zacytuję – w ramach reklamy – dwie opinie moich znajomych:

"Sprawa Dantona" z Teatru Polskiego we Wrocławiu to pułapka na widza. Żeby dostać się na zbudowaną na scenie widownię trzeba przemierzyć pole gry. Z widowni nie ma ucieczki. Intensywność działań aktorskich sprawia, że z powrotem przez scenę przejść można dopiero, gdy skończą się oklaski - choć chciałoby się prędzej. (…) Klata chciał, jak się wydaje, obśmiać rewolucję w ogóle. I rzeczywiście, spektakl bywa zabawny, kilka zaprezentowanych pomysłów to błyskotliwe i świeże dowcipy sceniczne. Wszystkie one jednak toną w chaotycznej i hałaśliwej magmie przedstawienia.
(recenzja Huberta Michalaka)

Po co Jan Klata gada o bezproduktywności gadania, układa playlistę złożoną z "rewolucyjnych" szlagierów? Reżyser śledzi sposób, w jaki kultura masowa przechwytuje pojęcie rewolucji (hasło, nie ideę) czyniąc z niego fetysz na potrzeby rynku. W Empiku sprzeda się przecież ładnie opakowana, taka estetyczna wariacja na temat rewolucji w wersji soft. Klata zabiega o to, aby przywrócono rewolucji rewolucję.
(recenzja Doroty Kowalkowskiej)