
„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.
Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.
Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.
O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.
Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).
Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.
Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.

Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?
Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.

Murale są znane na całym świecie. Malowidła ścienne o wymowie społecznej narodziły się podczas meksykańskiej rewolucji ludowej na początku XX wieku. Dzisiaj Mekką murale politycznego jest Irlandia Północna. Wiele osób na pewno pamięta słynne PRL-owskie malunki służące propagandzie. Wtedy to właśnie wszystkie frontowe ściany polskich budynków były pomalowane przez artystów-plastyków i głosiły idee systemu komunistycznego.

Ozdabianie muralami Wrocławia jest długofalowe. Istnieją plany zagospodarowania kolejnych pustych ścian wrocławskich kamienic na wielkoformatowe współczesne "freski". Malowidła oprócz wesołości i oryginalności mają jeszcze jedną istotną cechę — są tak ogromne, że nie zostawiają wiele miejsca do popisu graficiarzom, pseudoartystom i specjalistom od wulgaryzmów.
(Muralia — Wrocław)

Wrocław — miejsce spotkań.

Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.

Nikt mi nie powie, że to wandalizm.

Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.

Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.

Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.

Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.
Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.

A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.