Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 kwietnia 2012

Kowalewski: Nie uciekam od milionów

— Nie mogę uwierzyć, w ilu przedsięwzięciach brałem udział. Gdy to zaglądam w statystyki, włos mi się zjeży na głowie! — przyznaje Krzysztof Kowalewski.


Z Krzysztofem Kowalewskim rozmawiałam z okazji jego 75 urodzin. Sto lat, panie Sułku!

Jest pan szczęściarzem?
— Farciarzem! Zostałem aktorem, bo nie miałem pomysłu na swoje życie. Zdałem maturę i wzruszyłem ramionami, bo co dalej? Koledzy szli już określoną drogą, a ja nie wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Padło więc na szkołę aktorską.

Pada to niedaleko jabłko od jabłoni. Poszedł pan w ślady mamy?

— Mama była aktorką, ale nie chciała, żebym poszedł w jej ślady. Jeśli ktoś posmakuje tego zawodu, wie z czym on się kojarzy i jakie figle płata. Nie posłuchałem jednak mamy, poszedłem na egzamin, którego nie zdałem. W przyszłym roku wystartowałem ponownie — tym razem z sukcesem. Byłem uparty, ale nie żałuję.

Nie mógł pan lepiej trafić...
— Mogłem! Na szczęście miałem szczęście i do tego predyspozycje. Gdybym ich nie miał, przepadłbym z kretesem i byłaby ze mnie marna aktorzyna. Nie przepadłem, dużo grałem i żadnej roli nie żałuję. Nawet kilka z nich wspominam z sentymentem. Mam na myśli liczne role teatralne, które nieźle mnie wyszkoliły warsztatowo. Dzięki nim czuję się bardzo dobrze psychicznie, czyli mam zawodową pewność. Scena dała mi niezły wycisk. Teatr w życiu każdego aktora jest dożywotnią uczelnią i to właśnie na scenie talent jest weryfikowany. Ekran telewizora można oszukać, widza siedzącego w teatralnym fotelu już nie.

Ale to gwiazdy seriali święcą triumfy.
— Może i święcą, ale czy rzetelnie uprawiają zawód? Prawdziwy aktor, czyli ten wyszkolony przez teatr, może podjąć się każdego zadania. Na pewno je wykona, bo ma środki. A co z tym gościem, który prześlizguje się z telewizyjnego ujęcia na ujęcie? Nie trzeba wielkich predyspozycji, żeby opłakiwać śmierć serialowej ciotki, przeżywać zawody miłosne, pić herbatę albo jeść zupę. Na tym w większości polegają przecież nasze filmy...

W teatrze jedzenie zupy ma inne znaczenie?
— Kiedyś grałem scenę jedzenia razem ze Zbyszkiem Zapasiewiczem, który siedział na przeciwko mnie i nakładał mi straszne ilości jedzenia. To była bardzo zabawna scena, ale taka miała być! Swoją grą musieliśmy rozbawić publiczność tak, aby nie śmiała się tylko z masy jedzenia, ale z sytuacji. W filmach takich rzeczy nie ma.

Ale jest „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta”!
— U Barei wszystko miało swoją wymowę. W „Misiu” przede wszystkim. Ale nie porównujmy kina sprzed lat z dzisiejszym, bo wszystko się zmienia. Nawet ja się zmieniłem! Nie spodziewałem się nigdy, że doczekam chwili, kiedy będę obchodził benefis. Ta uroczystość uświadomiła mi, ile w życiu zrobiłem. Pracowałem, ale nie miałem zielonego pojęcia, w ilu przedsięwzięciach brałem udział. Niby mówi się, że grałem u Barei, w serialach, w słuchowiskach radiowych, ale gdy już zajrzeć w statystyki, włos się jeży na głowie! Dzisiaj już nie pracuję tak szaleńczo jak kiedyś, ale i tak sporo mi się zebrało. Czy pani sobie wyobraża, że nagrałem ponad 1400 audycji radiowych? O rolach telewizyjnych i filmowych nie wspomnę, bo też jest tego masa. Już samo radio pokazuje już, że jestem pracowitym aktorem. Ale najlepsze jest to, że nie mogę uwierzyć, że aż tyle zrobiłem. Statystyki jednak nie kłamią...

Dlatego kocham pana, panie Sułku!
— Ileż ja razy słyszałem to powiedzenie! Nie tylko z ust mojej radiowej partnerki Marty Lipińskiej, ale od zwykłych ludzi. Ba, właściwie do dzisiaj to słyszę. Nie krzywię się jednak, ale uśmiecham, bo to bardzo przyjemne. Nie mogę uciekać od czegoś, co dobrze kojarzy się całej Polsce. Tej audycji słuchały miliony! Byłbym dziwakiem, gdybym tupał nogami na wspomnienie o tym. To słuchowisko było świetnie pisane przez Jacka Janczarskiego, więc czego się tu wstydzić?

Teraz w radiu występuję pan w nowej roli... Reklamuje jeden z dyskontów.
— I tego też się nie wstydzę! Chwała ludziom, którzy to wymyślili, bo te reklamy są robione z jajem i pomysłem. Ludzie je chwalą, bo widzą je jako skecze kabaretowe, a nie reklamę. Publiczność odnalazła się w tej formie i szaleje!

A pan szaleje między półkami tego sklepu?
— Mieszkam w takim miejscu, że mi nie po drodze. Na szczęście nie jestem zobowiązany, żeby robić tam zakupy. Ale przyznam, że byłem raz i osłupiałem, bo nikt mnie nie poznał! Wszyscy byli tak zajęci kupowaniem, że nikt na mnie nawet nie spojrzał. Ale było mi bardzo przyjemnie, bo ananas za 3,99 zł wywołał więcej emocji niż ja!

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kot: Niemiecki mundur zamiast komedii

— Byłem już w kilku szufladach, ale absolutnie się ich nie boję. Wydaje mi się, że aktor musi się bardzo postarać, aby pozostać w jednej — zauważa Tomasz Kot, aktor i „nowy” Hans Kloss.  


Spotkaliśmy się w garderobie po spektaklu „Sex guru” i chwilę po premierze „Stawki większej niż śmierć”. Tomasz Kot skręcał sobie fajkę, sznurował  buty i narzekał, że nie lubi wywiadów... Ach, to życie gwiazdy...

Gdzie spojrzę, tam Kot...
— Są ludzie, którzy uwielbiają udzielać się w mediach. Ja nie za bardzo za tym przepadam, ale każda premiera wiąże się z obowiązkiem promocji. Mimo iż nie lubię, muszę się udzielać, więc ludziom się wydaje, że jestem bardzo zajętym i zapracowanym facetem. Wcale tak nie jest, bo potrafię świetnie zorganizować sobie czas. Bywa, że pracuję po 16-17 godzin na dobę, ale robię to po to, aby potem mieć wolne. Dlatego nie przyjmuję też wielu propozycji i odzyskałem kontrolę nad tym, co się dzieje.

Bywało groźnie?
— Nawet jeśli popełniam jakieś błędy decyzyjne, mam nadzieję, że jestem zdolny do autorefleksji. Gdy zaczynałem naukę w szkole aktorskiej, byłem pewny, że będę pracował w krakowskim teatrze i może raz na jakiś czas zagram drugoplanową rolę w jakimś filmie. Gdy przyjechałem do Warszawy po zagraniu w „Skazanym na bluesa”, świat kamery tak mnie zafascynował, że wchodziłem w każdą propozycję, która się pojawiła. Zrobiło się tego zdecydowanie za dużo. Teraz chcę mieć czas dla siebie i dla rodziny. Od „Niani” nie zagrałem w żadnym serialu, który jest czasochłonny.  

Ale i tak nie schodzi pan z afisza... Nie boi się pan, że co za dużo, to nie zdrowo?
— Myślałem o tym, że w kinie często pojawiają się te same twarze. Jednak każdy czas ma swoich bohaterów. Wystarczy spojrzeć w przeszłość — każda dekada ma syndrom tych samych twarzy. To zjawisko dotyczy każdej kinematografii w każdym kraju. Tak samo jest w Hollywood, tak samo w Bollywood i Polska nie jest wyjątkiem. Nawet sam byłem świadkiem, kiedy starszej daty aktorki opowiadały o swojej chwilowej karierze. Przez chwilę były znane, pojawiały się na afiszach non stop, a potem przychodził czas na kolejnych aktorów. Na szczęście myślę o swoim aktorstwie. Byłem już w kilku szufladach, ale absolutnie się ich nie boję. Wydaje mi się, że aktor musi się bardzo postarać, aby pozostać w jednej. Trzeba szukać, mimo iż to wymaga więcej wysiłku.  

Teraz znalazł pan niemiecki mundur...
— Kiedy byłem mały, w telewizji leciały tylko dwa seriale — „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni”. Były też dwa kanały do dyspozycji, więc nie było za dużo do wyboru. Gdy wychodziło się na podwórko, wszystkie chłopaki wiedziały, o co chodzi. Pamiętam, że bawiliśmy się w wojnę, a czy wcielałem się w Hansa Klossa? Tego już nie pamiętam. A co do munduru niemieckiego żołnierza... Nie podobał mi się, bo nie mógł mi się podobać i nigdy mi się nie spodoba. Nie czułem się dobrze nosząc swastykę i inne nazistowskie symbole...  

Na szczęście Kloss jest Polakiem.
— Najpierw się zastanawiałem, czy zagranie Klossa jest możliwe i wykonalne. Ale Patryk Vega, reżyser nowej „Stawki” ma zdolność do przekręcania wizerunków aktorów i postaci. Pomyślałem sobie, że skoro pierwszy film „Pitbull” mu wyszedł, z drugim — z „Ciachem” — było słabiej, więc trzeci będzie miał szansę na sukces. Pomyślałem sobie: dlaczego nie spróbować? Przekonałem się na własnej skórze, że jak raz zagrałem wrażliwego i komicznego faceta, zacząłem dostawać same komediowe propozycje. Trudno było się z tego wyswobodzić, ale udało mi się, wyskoczyłem z tej szufladki. Kloss okazał się więc bardzo ciekawym wyzwaniem. Tym bardziej, że ta postać wryła się w naszą świadomość. Przyjmując tę propozycję wiedziałem, że mogę spotkać się z internetowym linczem.  

Miał pan słuszne obawy?
— Internauci uaktywnili się już przed premierą, ale to jest naturalne. Polskie kino nas nie rozpieszcza... Ktoś jednak musiał zagrać młodego J-23. Gdyby zagrał go Mikulski, byłoby to dziwne. W Klossa musiał wcielić się ktoś inny i cieszę się, że to ja dostałem tę propozycję. Jestem jednak subiektywny w ocenie roli, bo bardzo szybko skończyliśmy zdjęcia i równie błyskawicznie nastąpiła premiera. Kiedy o nim myślę, wracam myślami na plan i czuję, jakby to działo się tydzień temu. Mam jednak wrażenie, że powstał sprawny film.  

Ze sprawnym głównym bohaterem. Stanisław Mikulski przybił panu piątkę?
— Moją rolę ocenił bardzo pozytywnie. Czy obawiałem się jego reakcji? Jesteśmy dorosłymi facetami, zawodowymi aktorami, więc nie czas na przedszkolne występy. Jestem aktorem, dostałem zadanie, wykonałem je i tyle. Koncepcja reżysera była jednak taka, aby z panem Mikulskim nie spotkać się przed filmem i nie studiować „Stawki większej niż życie”. Kiedy grałem w „Skazanym na bluesa”, przygotowywałem się do roli, wsiąkałem w nią, co było czasochłonną fantastyczną podróżą. Przy okazji Klossa nie było takiej potrzeby. Wiem, że Piotr Adamczyk, filmowy Brunner, próbował się zbliżyć z pierwowzorem, co mu bardzo fajnie wyszło. Czasami mówi jak młody Karewicz! W sytuacji J-23 reżyser miał zupełnie inny koncept. Kloss wyjaśnia swój stosunek do władzy PRL-owskiej, a tym samym chciał, żeby inaczej spojrzeć na bohatera...

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

środa, 31 marca 2010

Jak działa Antonisz

Są ludzie, którzy nie mają światu nic do pokazania. Ale są też geniusze, których absurdalne widzenie świata poraża, przeraża i wyraża się w wielkim śmiechu i uśmiechu. Tak po krótce można opisać pana od animacji, czyli Juliana Antonisza.


Tego, co znajduje się poniżej, nie napisałam ja. To napisał Jan Strękowski. Ja jestem głupsza od niego, on ode mnie mądrzejszy, więc cytuję. Pan Jan zna się na Antoniszu. Pana Jana z tej okazji pozdrawiam.

Jego filmów nie można nie rozpoznać. A ich twórca należy do tych autorów animacji filmowych, którego trudno pomylić z jakimkolwiek innym autorem filmów tego gatunku. Rozedrgane, pulsujące, pełne ruchu i jakiejś nieporadności plastycznej, która ukrywa to, że jest zamierzona, z pomysłowym, zaskakującym, absurdalnym, nonsensownym, groteskowym czy satyrycznym komentarzem, pełne chropawych dźwięków, tak samo chropawych jak czytany najczęściej przez amatorów, pełen pomyłek i kiksów językowych komentarz, filmy Juliana Józefa Antonisza po ponad 20 latach od śmierci reżysera i prawie tyle samo od upadku PRL, wzbudzają wciąż równie wielki co niegdyś aplauz widowni, także tej młodej, która o tym twórcy nigdy wcześniej nie słyszała, a realia PRL odbiera jak pochodzące z baśni.

Sam Antonisz zdawał sobie dobrze sprawę z tego, czym są jego noncamerowe, wydawałoby się niechlujne, nieforemne, koślawe i często wręcz nieestetyczne filmy. Po to, aby lepiej oddać chropawą rzeczywistość PRL komentarze w jego filmach czytane były przez babcię Jaskólską, sprzątaczkę ze Studia Filmów Animowanych, jej dyrektora Andrzeja Olszańskiego, czy jak w filmie „Jak działa jamniczek” przez 90-letnią pensjonariuszkę domu starców. Podobną rolę pełnił w jego filmach obraz. Jak napisał Jerzy Armata („Film” 25/1988) Antonisz mawiał: Pulsująca kraina non camery to jedyne antidotum na istniejącą obok paranoiczną rzeczywistość.
(Julian Józef Antonisz)

Żeby nie zanudzać nikogo samym tekstem, zapodaję obrazki Antonisza.







czwartek, 18 marca 2010

Jak zostać bohaterem

Tworzyć rzeczywistość nie jest trudno — przede wszystkim tę w internecie. Ja zostałam szwedzką bohaterką, wybawicielką narodu. Jednym kliknięciem.

I małym kreaturom udają się wielkie kreacje — to święte słowa Stanisława Jerzego Leca. Oto dowód:

wtorek, 2 marca 2010

Autor widmo, czyli Polański jak Hitchcock

Roman Polański w „Autorze widmo” prowadzi widza po skrzypiącej podłodze. Pęknie, nie pęknie? Napięcie rośnie z każdym krokiem, więc tym bardziej trzeba wstąpić do kina. Seans obowiązkowy.


Na dwoje babka wróżyła. Jedni mówią, że za dużo w filmie dłużyzn, pustych miejsc i dziur fabularnych. Inni rozpływają się w zachwytach. Nie bez powodu Roman Polański zgarnął nagrodę w Berlinie za najlepszą reżyserię. Ja też przychylam się do pozytywnych opinii, bo ani razu nie spojrzałam na zegarek. „Autor widmo” zasługuje na ukłon.

Nie ma u Polańskiego — jak u Hitchcocka — trzęsienia ziemi na początku. Nie ma szalonych zwrotów akcji, pistoletów i fajerwerków. Ale film tego nie potrzebuje. Polańskiego czuć z ekranu — detale, klimat, spokój. Może i wieje nudą przez pierwszych kilka minut, ale w tym obrazie wieje w ogóle. Są zimne emocje, zimna polityka. Dużo tu też deszczu i gęstej siatki niedopowiedzeń, która potęgują tylko zaciekawienie. Co będzie dalej? Kto zabił? O co właściwie chodzi? Ale puzzle powoli zaczynają się układać. Napięcie więc rośnie — właśnie jak u Hitchcocka. Oglądanie filmu to jak stąpanie po starej skrzypiącej podłodze. Kiedy pęknie? Ale brnie się dalej. Aż do końca.

Tytułowy bohater filmu bez entuzjazmu przyjmuje niezwykle intratne (ma otrzymać 250 tys. dolarów) zlecenie opracowania pamiętników byłego premiera Wielkiej Brytanii Langa. Polityką się dotąd nie zajmował, a jego największym sukcesem było napisanie wspomnień sławnego magika. Wspomnienia premiera są, co prawda, już gotowe, ale wydawca nie jest z nich zadowolony. Pragnie zmian i poprawek, a dotychczasowy ghostwriter utopił się w tajemniczych okolicznościach. Lang przebywa wraz z żoną na wysepce u wybrzeży USA i tam właśnie mają trwać dalsze prace nad maszynopisem.

Polański kreuje atmosferę niepokoju, podskórnych napięć, wręcz klaustrofobii zarówno za sprawą pozbawionych słońca zimowych, brudnoszarych, wiecznie zalanych deszczem plenerów wyludnionej po sezonie wysepki, jak i nagminnego stosowania ograniczonych przestrzennie planów, w których ścierają się odmienne racje postaci. To sprawia, że intryga kryminalna wciąga bez reszty i nic tu nie jest takie, jakie się pozornie wydaje. Świetne kino!
(Autor widmo)



Film kipi od skojarzeń. Adam Lang może być personifikowany jako Tony Blair, który w swoim czasie był wiernym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Również bohater Polańskiego przez całe swoje „premierowanie” decydował zawsze na korzyść USA.

Podczas pierwszego spotkania z Polańskim spytałem: „Czy mam grać Tony’ego Blaira?”. „Nie! Nie! Nie! — krzyknął w odpowiedzi. — Masz po prostu zagrać wiarygodną postać”. Ale, oczywiście, autor powieści Robert Harris w dużym stopniu wzorował się na brytyjskim premierze, więc porównań trudno było uniknąć. Rola Langa stała się zresztą dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo na co dzień żyję z dala od polityki. Zacząłem czytać artykuły o Blairze, przeglądać filmowe materiały z nim. (...) Kiedy przeczytałem książkę Harrisa, wiedziałem, że „Autor widmo” będzie swojego rodzaju prowokacją. Ale nie przypuszczałem, że okaże się aż tak proroczy. Ja jednak patrzę na ten obraz nie tylko przez pryzmat polityki. Roman zawsze robił filmy, które choćby w delikatny i zakamuflowany sposób odbijały jego własne życie i emocje. Z „Autorem widmo” jest podobnie. Roman niemal przez całe życie uciekał. I ja też gram człowieka ściganego. Człowieka w potrzasku.
(Pierce Brosnan o swojej roli)

„Autor Widmo” pojawia się kinie w dobrym momencie. Premiera następuje wkrótce po wystąpieniu Tony'ego Blaira przed komisją dochodzeniową w sprawie wojny w Iraku. Nawet słowa Langa wypowiedziane w filmie — „wszystko, co zrobiłem, zrobiłem dlatego, że byłem przeświadczony o słuszności tego, co robię” — są podobne do zdania wypowiedzianego przez Tony'ego Blaira (za: „Independent on Sunday”). Polański jednak zaprzecza i mówi, że jest to uniwersalna opowieść o psującej sile władzy. I ja to kupuję, bo na polityce się nie znam. Nie chcę się znać, uciekam od tego psującego się świata. Uciekam... do kina, co wszystkim polecam.

Przeczytaj też:
Zygmunt Malanowicz: Polański to teraz nośny temat

środa, 17 lutego 2010

Kołysanka, czyli wampir bez jaj

Juliusz Machulski im starszy, tym lepszy? „Kołysanka” udowadnia, że reżyser jest jak wino, ale te najtańsze, które szybko kwaśnieje. I ja mam kwaśną minę po wizycie w kinie. Nie mam ochoty wbić się w niczyją nogę — w ślad za bohaterami. Fu!


Dziś prawdziwych komedii już nie ma,
Bo czy warto po świecie się tłuc?
Pełna miska i radio Poemat,
Zamiast płaczu, co zrywał się z płuc.

Dawne kino poszło w dal,
Dziś na zimę ciepły szal,
Tylko śmiechu, tylko śmiechu,
Tylko śmiechu dzisiaj żal...

Albo inaczej. Cytatami można skomentować:

— Polskie komedie wyginęli.
— Wyginęli? Przecież to nie były mamuty!
— Na twoim miejscu nie śmiałabym się tyle. Robią ci się zmarszczki.

Odlotowo na Mazurach. To nie slogan reklamowy, ale wieś — w oryginale, na mapie Olsztynek — do której wprowadza się polska rodzina Adamsów. Makarewiczowie są wampirami i muszą pić krew, żeby żyć. To znaczy tak mi się wydaje, bo nie dostrzegam w nich głodu i nałogu. Nie przypominają mi nawet wiejskich pijaczków, którzy dają się pokroić za kilka kropel promili.

Makarewiczowie łapią miejscowych i przyjezdnych, zakuwają ich w dyby w stodole i wgryzają się w nogi. Sączą. Chyba... bo Machulski — geniusz od „Seksmisji”, „Vabanku”, „Kilera” i „Vinci” — nawet nie tego nie pokazuje. W kilku słowach: Makarewiczowie żyją na górze, ludzie w dybach gdzieś na dole, a życie toczy się dalej. Żadnej akcji, żadnej ikry. Koniec też nijaki. Film nijaki. „Kołysanka” pożal się Boże...


Aktorstwo jest precyzyjne. Tylko. Wszechobecny w polskim kinie Robert Więckiewicz gra ogoloną na łyso głowę rodziny. Jest zimny jak głaz, trzyma ręce w kieszeni i... Nie wiem, co jeszcze, bo gra świetnie, ale to rola bez wyrazu. O mdłości przyprawia za to jego flegmatyczna żona — Małgorzata Buczkowska, którą ciągnie do miasta. Nie dziwie się — też wyrwałabym się z „Kołysanki” w świat pędu i biegu.

Najzabawniejszy — najbardziej wyrazisty — jest tatuś, czyli Janusz Chabior. Jako jedyny cierpi, gdy zęby mu wypadają i ma słabość do butów. Jako jedyny „jest jakiś”. No i Ewa Ziętek zasługuje na plus, która jest najbardziej komiczna i kosmiczna. Jako jedyna ma jaja w tej komedii! Sceny z nią są rzeczywiście zabawne — przede wszystkim ta, jak dyryguje wołaniem o pomoc.

Ale co więcej? Nic. Machulski zrobił film chyba dla samej przyjemności obcowania z kamerą. Może zauroczył się Olsztynkiem, może chciał pomieszkać trochę na zielonej łące wśród zabytkowych chat skansenu. Może?

„Kołysanka” zapowiadana była jako czarna komedia, połączenie elementów grozy z humorem. Tymczasem pozostaje jedynie lekką komedią familijną. Brakuje ponurości, napięcia i przede wszystkim krwi. Atmosfera bardziej przypomina telewizyjne „Ranczo” niż gęsty i groteskowy klimat „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego. Niestety akcja też nie jest zbyt wciągająca. Wynika to pewnie z faktu, że w pierwszym założeniu „Kołysanka” miała być serialem. Fabuła ukrócona na potrzeby pełnego metrażu przypomina bardziej ciąg przypadkowych zdarzeń, nie ma konkretnego rozwinięcia i zawiązania akcji.
(Kołysanka — recenzja nowego filmu Machulskiego)

Wielkim pytaniem jest tytuł. Do niczego nie mogę go przypiąć. Chyba że Machulski jest świadomy swojego gniota i puszcza oko do widza: Przyjdźcie do kina, utulcie się w fotelu, a ja was ukołyszę do snu.

PS. Pobudza tylko muzyka. Michał Lorenc się spisał. Tak, temu to zdecydowanie w duszy gra.

wtorek, 26 stycznia 2010

„Nine — Dziewięć”, czyli mniej niż zero

Miał być hit, wyszedł kit. „Nine — Dziewięć” Roba Marschalla ma tylko jeden atut — gwiazdorską obsadę. Ale wielkie nazwiska, niczym jaskółka, wiosny nie czynią.



— Tyle sobie ta Sophia Loren robiła operacji plastycznych, a musi grać ducha zmarłej matki — mówi mi D. w kinie. — I po co się wygładzała, jak i tak straszy?

Straszy nie tyle Sophia (bo ładnie wygląda), ile sam film. Wybrałam się „Nine — Dziewięć” i strach mnie ogarnął.


Penélope Cruz
Pedro Almodóvar uznał Pe za swoją muzę i wcale mu się nie dziwię. Dziewczyna potrafi świetnie zagrać — o ile reżyser ją nakieruje, wykieruje, nakręci i nastroi. Inne kino jednak jej szkodzi. A musical — ten musical — przede wszystkim. Pe wypina pupę, kręci nią, miętoli sobie piersi, uwydatnia usta. Miała zagrać łatwą panienkę — zagrała Carlę. Nawet nie musiała się wysilać, bo uznawana jest w męskich kręgach za symbol seksu. A dzieci, ryby i symbole seksu głosu nie mają.

Nicole Kidman
Dawno jej w kinie nie widziałam. Blondyna jak z obrazka, muza Guido — głównego bohatera. Zrobiona na Marilyn Monroe — biała kiecka, włosy blond. Obróć się, spójrz w prawo, w lewo… To jej jedyne zajęcie na planie. Nie mówię, że Marilyn była leniwa, ale kultura sprowadziła ją do symbolu seksu. Już Pe ma więcej do zagrania. Jest kochanką, musi być zalotna, intrygująca (to nic, że bez podtekstu). A Nicole vel Claudia? Nijak się nią zachwycać. Szkoda, bo patrzy się na ekran i właściwie niewiele się widzi. Ot, laskę w białej sukni i napalonego przy niej Guido. Nicole jest mdła. Ani pikantna, ani słodka, ani gorzka.


Daniel Day-Lewis
Fajnie wypada, bo i ma ciekawą rolę. Pali papierosa, ma zabójcze spojrzenie i często kładzie się na blacie biurka. Zakłada nogę na nogę i jest egocentrycznym reżyserem. Ale bez jaj, bo nie może spłodzić scenariusza nowego filmu, przy którym już praca wre. I to największy absurd filmu — wszyscy pracują, szyją kostiumy, wybierają aktorki, wieszają plakaty i pałają wielkim uczuciem do Guido. To bóg — nie młody, ale z przeszłością. Nawet ksiądz się zachwyca. Ba — nawet biskup! Ale zachwyt znikąd nie wynika. Gdy patrzy się na tego faceta, chce się płakać. Cała jego rola jest jak moment złapany w kadrze. Ale zdjęcie jest kiepskie, nie ma drugiego dna. Nie ma nawet głębi, ostrości. Żona go zostawia, on niby mądrzeje… Ale nie czuć tego. Za grosz. To, że zapuszcza brodę, niczemu nie dowodzi.

Marion Cotillard
Edith Piaf. Patrzyłam na nią, a widziałam Edith z filmu „Niczego nie żałuję”. Czy uda jej się zagrać coś, co przebije jej genialną kreację? Gra żonę Guido i jest jedyną normalną kobietą w filmie. Delikatna, pragnąca miłości i trochę łatwowierna. Nawet taniec na wpół nago jej nie wychodzi. Przy Pe wypada słabo, ale dobrze jej z oczu patrzy. A poza tym strasznie przypomina mi koleżankę ze studiów, więc… widziałam w tych oczach rzeczywiście podwójne dno!

Więcej nie piszę, bo ręce mi opadają. O fabule niewiele można opowiadać — są od tego streszczenia, które i tak mówią o wiele więcej niż widać na ekranie. A piosenki? Nędza. Ale jest coś, co mnie bawi i bawić będzie na wieki wieków — słowa tych piosenek. Banał gonił banał. Nawet Doda lepiej pisze. Ale czego wymagać od amerykańskiego filmu?


U Marshalla kompozycje zawodzą przede wszystkim tekstowo. Miało wyjść naturalnie — niestety brakuje lekkości, miejscami jest wręcz pretensjonalnie i topornie. Słowa oraz ich przesłanie są przyziemne, pozbawione polotu, brzmią jak wypowiadane kwestie, które nie zmieściły się w dialogach. Kiedy aktorki, w każdym z poświęconych im epizodów śpiewają o miłości, dramatycznie ściskają się za biusty, ekstatycznie podszczypują w pośladki, w wyreżyserowanym geście szeroko rozkładają nogi. Wyglądają pięknie — ale ta ekstaza jest sztuczna, prócz seksualnego podtekstu, nic ze sobą nie niesie. Nie ma szczerej emocji, radości uwodzenia, bezczelnego flirtu. Nie ma Dolce Vita. Wyróżniający na tym pustkowiu wydaje się utwór Stacy Ferguson „Be Italian” — ale to z racji pasji wykonania, subtelna ballada Marion Cotillard oraz kabaretowe, autoironiczne wystąpienie Judi Dench. I tyle.
(Brokaty, szpagaty...)

"Nine — Dziewięć" to adaptacja broadwayowskiego musicalu opartego na wybitnym filmie Federico Felliniego „8 i pół” z 1963 roku. Wielu uważa ten obraz za arcydzieło, bo ujmuje drażliwy temat kryzysu twórczej tożsamości i wyczerpania inspiracji. Film Roba Marshalla nawet do pięt pierwowzorowi nie dorasta. Zróbmy więc prosty rachunek. Odejmijmy od dziewięciu osiem i pół. Co nam zostaje? No może nie mniej niż zero, ale niestety niewiele więcej. Tak, Fellini na pewno przewraca się w grobie.

sobota, 23 stycznia 2010

„Wszystko, co kocham” jak pluszowy miś

PRL nie jest ponury, ale zwyczajny. Nadzwyczajna w filmie „Wszystko, co kocham” jest młodość. Serce Janka bije mocno i w rytmie punka. I ta energia bije też z ekranu.


Cudowny jest polski Leonardo DiCaprio. Cudowny, gdy roztrzepuje włosy, gdy się uśmiecha i zaciska zęby. Cudowny jest Mateusz Kościukiewicz — główny bohater „Wszystko, co kocham”. Cudowne jest też jego dojrzewanie, muzykowanie, a nawet łzy. Bije z jego oczu świeżość, energia i radość. Miał nosa reżyser Jacek Borcuch, że dostrzegł tego sympatycznego młodzieńca. Miał też nosa do innych chłopaków — grzecznych urwisów. Ale nie zrobił z nich punkowców. Zrobił młodych gniewnych bez brudu, alkoholu i narkotyków. Ale wcale mi to nie wadzi. Młodość, bunt i punk nie musi przerażać. Może cieszyć, a przede wszystkim wzbudzać zazdrość. Chciałam wejść w ekran, przejść się po helskiej plaży, a nawet poskakać na białym wartburgu.

Dzieło Jacka Borcucha, opowieść o grającym punk rocka licealiście, którego ojciec (jedyna wielka gwiazda w obsadzie — Andrzej Chyra) jest w marynarce wojennej, a matka w Solidarności, naprawdę zaskakuje i pokazuje, że i u nas można zrobić film z pomysłem, inteligentny, bez wpadek rzemieślniczych, świetnie dobrać i poprowadzić głównych aktorów — tak, aby nie widziano w nich jakiś serialowych bohaterów, złotych chłopców z Warszawy XXI wieku, a naturalnych i wiarygodnych chłopaków. Paradoksalnie chłopaków bardzo współczesnych. To samo można powiedzieć i o drugim planie: Chyry "reklamować" nie trzeba. Jak zawsze mistrzowski. Ale warto wspomnieć o Katarzynie Herman, której Borcuch powierzył rolę niemal epizodyczną.
("Wszystko, co kocham": film, którego nie wolno pominąć)

No właśnie, Kasia Herman jest nie do poznania. Zastanawiałam się: ona, nie ona? Oczywiście, że ona! Gra Grażyną Szapołowską — podobnie wygląda, porównywalnie mówi i na jej wzór się zachowuje. I ma ładną zapalniczkę… Kto na filmie był, ten w tym momencie na pewno się uśmiechnie. Dodam jeszcze, że Janek — czyli Leonardo DiCaprio — ma też bardzo zgrabny tyłek.

Janek to ja. To jest moja opowieść. W sumie 85-90 procent wspomnień i 10 "cukru pudru" czyli fakt, że akcja rozgrywa się w roku 1981, w którym miałem dopiero 11 lat. To jest ten procent mojej konfabulacji. Wiele rzeczy zdarzyło się dopiero cztery, pięć lat później. Byliśmy wówczas takimi właśnie chłopakami, którzy grali w szkołach czy innych miejscach. To jest jednak zabieg czysto techniczny, wszystkie emocje i uczucia, jakie mi wtedy towarzyszyły, są przeniesione w stosunku jeden do jednego.
(Jacek Borcuch, Zawsze miałem ciągoty do samostanowienia)

W czasach PRL-u też świeciło słońce, a wino gasiło pragnienie. Borcuch to zdanie podkreśliłby pewnie grubą kreską, bo tak właśnie przedstawia początek lat osiemdziesiątych w Polsce. Nie kojarzę, żeby jakiś inny polski reżyser pokazał okres "burzy i naporu" w tak sielankowy sposób. Jacek nie rozdrapuje ran, niczego nie zakleja plastrem. Nawet Jankowy ojciec — wojskowy — okazuje się dobrym człowiekiem.


Borcuch nawet przełamuje schematy ponurych obrazków z PRL-u. Nie mitologizuje tamtych czasów, raczej odziera z bohaterskiego tonu i sprowadza do zwyczajności. W symbolicznej scenie chłopaki mijają kolumnę maszerujących dziarsko żołnierzy. Idą na plażę oddychać pełną piersią. Idą łapać marzenia, fantazjować na temat kobiecych piersi i wolności. Idą z grającą im w głowach muzyką. Bo to ona, a nie polityka, jest dla nich najważniejsza. Tak, Chyra przejmująco płacze i stoi murem za filmowym synem.


Świat Jacka Borcucha jest jak pluszowy miś. Może i za dużo cukru jest w tej kinowej oranżadzie, ale film świetnie gasi pragnienie. A suszyło mnie od dawna — brakowało mi w kinie niezobowiązującego uśmiechu i zazdrości. Też chciałabym nosić różowe okulary, które Borcuch zakłada swoim bohaterom. Chciałabym być bezpretensjonalna, szalona i mieć tak blisko morze. Chciałabym mieć wszystko, co kocham.

PS. Jakie piękne fortepiany grają w filmie. To też kocham.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

„Dom zły” made in Poland

„Dom zły” Wojtka Smarzowskiego to film o nieuchwytnej prawdzie. To film o moralności, którą trzeba zniszczyć. To film przede wszystkim o wódce, która jest do wypicia. Ale nie powiem: na zdrowie...


Wódka jest wszędzie. W stodole, w gardłach milicjantów, w oczach prokuratora, na stole, pod stołem, na mrozie, w cieple, w goryczy. Bez wódki — zdaje się — nie ma Polaka. Bez wódki nie ma życia, a przede wszystkim sensu życia. Wódka jest nałogiem, bogiem, napędza akcję. Rządzi naturą, państwem, systemem. Jest główną bohaterką.

W "Domu złym" wszechobecny jest też brud. Na ścianach, między zębami, pod paznokciami, w duszy, w myśli, w tańcu. Kobiety są brudne, mężczyźni nieświeży, plecy świecą się od potu. Nawet poród nie ma niczego wspólnego z „rodzeniem po ludzku”. Krzyk rodzącej kobiety nie jest krzykiem dającym życie. To krzyk rozpaczy, krzyk śmierci… tej sprzed kilku lat. I tej z dziś — krzyk nędzy.

Polska u Smarzowskiego śmierdzi, a nawet cuchnie. Tapla się w błocie, które – niczym refren – pojawia się na ekranie. To Polska B, a nawet C... A miło być tak bezpiecznie.


Pewnej ulewnej nocy 1978 roku Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) pojawia się przypadkowo w domu Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel). Początkowa nieufność gospodarzy ustępuje miejsca tradycji: gość w dom, Bóg w dom. Na stole ląduje wódka, języki się rozwiązują, a zawiązuje przyjaźń. Jak się okazuje – tylko na chwilę. Pijani mężczyźni planują bimbrowi biznes, chwalą się swoją gotówką… W końcu popijawa przeradza się w krwawą rzeź. W roli głównej: siekiera.

Równocześnie Smarzowski prowadzi widza w przyszłość. Jest 1982 rok. Ten sam dom, ta sama izba. Tylko błota brak, bo to środek białej zimy. Śnieg zasypał całe zło, które tu się zdarzyło. Na próżno go szukać. Ekipa śledcza z porucznikiem Mrozem na czele (Bartłomiej Topa) rozpoczyna jednak dochodzenie. W progu ponownie staje Środoń. Ma pomóc w rekonstrukcji tajemniczej zbrodni sprzed czterech lat. Kto zabił? Ale dojście do prawdy nie jest najważniejsze. Istotniejszy jest nie tyle alkohol, ile perfidny system. Tu gra toczy się o prawdę, sumienie i moralność. Ale Wojtek Smarzowski w tym miejscu stawia bardzo poważne pytanie: po co to komu?


"Dom zły" to być może najważniejsze rozliczenie z komunizmem, na jakie zdobyło się polskie kino w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jednak Smarzowski nie próbuje na siłę uniwersalizować opowiadanej przez siebie historii, ani obciążać jej martyrologicznym balastem. Pilnuje, by fabularne nitki nie wypadły mu z rąk i z zegarmistrzowską precyzją porusza się między dwoma planami czasowymi. Wraz z rozwojem akcji zagęszcza atmosferę i nie rozładowuje napięcia aż do samego końca. Realistyczne z pozoru sceny płynnie przechodzą u niego w dziką fantasmagorię, puentowaną bardzo często smoliście czarnym humorem.
(Łukasz Muszyński: Uciec, ale dokąd?)

Genialne aktorstwo – nie ma Smarzowskiego bez swojej stałej ekipy. Aż sobie pomyślałam: że też ten Dziędziel musi zawsze dostawać po tyłku. Nigdy nie gra bohatera, zawsze wciela się w rolę ofiary polskich cuchnących ambicji. W "Weselu" traci rodzinę i palec, w "Domu złym" bilans strat jest znacznie większy. To taki everyman polskiej głupoty.

Polska z lat 70. i 80. ukazana w "Domu złym" to nie Polska z "Popiełuszki", to nie kraj romantycznych rewolucjonistów, patriotycznych zrywów, pięknych Polaków. Po scenie chodzą istoty rozbite, zdemoralizowane, brutalne i zdesperowane. Oto jak hartowała się stal, oto ten bagaż, z którym weszliśmy do Europy. Możemy go nie widzieć, ale on jest w nas.
(Jakub Socha: Wśród faworytów)

Detale. To dzięki nim Smarzowski zrobił aż tak przerażający film. Nie oszczędza widza, nie serwuje mi łatwego i przyjemnego kina. Wali po mordzie – nie da się tego inaczej ująć w słowa. Wali właśnie drobiazgami, niuansami, z których wyłania się polski obraz sprzed laty. Bo PRL, czyli ten „dom zły”, miał nie tylko kiepskie fundamenty, ale koszmarne piwnice. Czy wszystkie je zasypaliśmy?

czwartek, 26 listopada 2009

Gorycz "Białej wstążki"

Michael Haneke w "Białej wstążce" rozdrapuje rany, sięga do korzeni zła i ukazuje, jak zniewolić umysły. To one potem zniewalają świat, bo nazizm nie wziął się znikąd. Wziął się z miłości rodziców do dzieci. Kontrolowanej miłości.



Jest w "Białej wstążce" polski akcent. Dożynki u barona, chłopaki piją piwo, wykrzykują coś po polsku. W tej scenie jest też olsztyński moment — przy stole siedzi Sebastian Badurek, aktor z teatru Jaracza. Gratuluję, Sebastianie, bo to wielki film, a dla ciebie pewnie równie wielkie przeżycie — mimo iż rola epizodyczna, ale mówiona!

W "Białej wstążce" nie ma wiatru, nie ma deszczu. Ani wielu łez. Reżyser Michael Haneke sieje ziarno, a widz — już na własny rachunek, już we własnym świecie — zbiera plon. Ale nie znaczy to, że film nie trzyma w napięciu. Ani razu nie spoglądam na zegarek, co zdarza mi się często — zarówno w kinie jak i w teatrze. Tu czas się zatrzymuje. Tak, zatrzymuje się, gdy Haneke rozdrapuje rany. Precyzyjnie, aby wejść jak najgłębiej.

Wiejską sielankę zakłóca seria dziwnych zdarzeń. Najpierw ktoś rozwiesza niewidoczną linkę na trasie codziennej konnej przejażdżki miejscowego doktora. Dochodzi do wypadku, w wyniku którego lekarz trafia na długie tygodnie do szpitala. Niedługo potem w tajemniczych okolicznościach ginie chłopka, syn barona zostaje ciężko pobity, a upośledzone dziecko akuszerki niemal oślepione. Kto jest odpowiedzialny za te wszystkie akty okrucieństwa? Co kryje się u ich podstaw? Zemsta? Kara? Sadyzm?
("Biała wstążka": mroczne zakamarki ludzkiej duszy)

Tu nie chodzi o te tajemnicze wypadki. One są tylko tłem, pretekstem. Haneke skupia się na emocjach, relacjach, powiązaniach i wreszcie uzależnieniach ludzi od siebie. Nie jest dobrze, ludzkość w ludziach wymiera, a cierpią na tym przede przede wszystkim dzieci. Przykład? Rodzice wymierzają karę rodzeństwu, bo te spóźniło się na kolację. Nie pytają o powód, postępują wedle utartych schematów. Jest wina, musi być kara — najpierw bolesne razy, później zawiązana na ręce biała wstążka, symbol niewinności. Ale ta biel czernieje i to bardzo szybko. Rodzi się nienawiść, zemsta, złość. Dlatego mówi się, że ten film opowiada przede wszystkim o narodzinach nazizmu. Coś w tym jest, bo wszystko ma swój początek i powód. Ale to tylko domysły. Haneke nie podaje niczego na talerzu. Częstuje widza goryczą, która piecze w gardło i jest aż nieprawdopodobna.


Haneke nie wchodzi butami w życie swoich bohaterów. Właściwie nie wchodzi z kamerą, bo często ustawia ją za zamkniętymi drzwiami, za ścianą, gdzieś z boku. Przez to widz wdziera się w opisywany świat jeszcze bardziej. I to jest siłą tego filmu — nie trzeba pokazywać, by opowiadać. W "Białej wstążce" najwięcej dzieje się właśnie w wyobraźni, samemu snuje się bolesne historie. Otwiera się szuflady emocji i do każdej sceny dopasowuje odpowiednie uczucia, poczucia. Dlatego mam wrażenie, że Haneke reżyseruje ten film nieustannie — na każdym seansie pociąga sznurki wspomnień, opowieści i wyobrażeń, które należy samoczynnie posklejać. Rozrzuca puzzle na ekranie, które układa się indywidualnie, ale z pożądanym przez niego efektem.


A miłość? Jest i miłość, zaledwie kilka scen. Młody nauczyciel zakochuje się w opiekunce do dzieci. Są jakby z innej bajki — delikatni, ostrożni, skrępowani. Ich rozpoczynający się romans przykraszony jest nutką dowcipu, humoru skojarzeń. To świeży oddech w zaryglowanym pokoju. Jest też piękne uczucie siostry do braciszka, który zaczyna rozumieć świat. Nie mogę zapomnieć sceny, w której ona tłumaczy chłopcu, czym jest śmierć. Nie potrafi kłamać, nie potrafi powielać ułudnych scenariuszy. Przyznaje, że śmierć dopada każdego — wcześniej, później. Chłopiec: To mama jednak nie wyjechała w podróż?

Scena ta przypomina mi scenę z Dekalogu I Kieślowskiego, w której bohaterka grana przez Maję Komorowską odpowiada na pytanie młodego Pawła "Kto to jest Bóg?". Równie mocna.

Ale czy ta miłość nie płowieje? Haneke nie daje nadziei, rany posypuje solą. Szczerość przeradza się w kłamstwo i podkreśla to scena, w której malec przyłapuje swoją ukochaną siostrę w jednoznacznej sytuacji z ojcem.
— Dlaczego płaczesz?
— Tata przekłuł mi uszy.


Z ekranu wieje chłodem, a lodu dorzuca jeszcze czarno-biały obraz. W „Białej wstążce” nie ma też muzyki. Jest to film, w którym wrzeszczy cisza — niczym tajemnica duszy, zranione uczucie, które nie ma ujścia. Rodzicom się nie pyskuje, nie w tych czasach, nie w Niemczech. Słowo kindersztuba nie wzięło się znikąd. Tak, kindersztuba miała swoje ujście w czasie II wojny światowej — w czasie, kiedy dyktator obiecuje zniszczenie starego porządku. A zniewolony umysł zdecydowanie ma słabość do przywódców.

Przeczytaj też:
Sebastian Badurek z Olsztyna w „Białej wstążce”

poniedziałek, 2 listopada 2009

Bajki na kółkach

Starsze panie nie są z techniką za pan brat. Trzeba im wyłożyć kawę na ławę. Gdzie? Na straganie! Tu można iść z duchem czasu. Tu sprzedawca wytłumaczy, tu sprzedawca pomoże.


Idę i patrzę, a tu stragan z filmami na DVD za 2 zł. Zawiesiłam oko i wybrałam „Życie ukryte w słowach”. Skoro wzruszyłam się w kinie, więc pewnie i w domu łzę wytoczę. Chcę płacić, ale przede mną stoi starsza pani w polarze i kapeluszu. Wybrała dwie bajki, czyli DVD opakowane w kartoniki. Dla wnuczka. Ja wybrałam film w pudełku. Babcia patrzy na mnie, na pudełko i wypala do sprzedawcy:
— To są jeszcze bajki w takich dużych eleganckich opakowaniach?
— Są.
— Pewnie te bajki są dłuższe, co?
— Nie, proszę pani, to są takie same kółka, ale w innych pudełkach!

sobota, 31 października 2009

Michael Jackson: This Is It

Ile uszu, tyle opinii o „This Is It”. Ile oczu, tyle kontrowersji. A ja jestem zachwycona zapisem ostatnich prób Michaela Jacksona. To wydarzenie nie tyle filmowe, ile muzyczne. I to słuchać! A czy zostało coś ukryte? Nie wnikam. Michael zawsze chciał bawić ludzi i to mu się udało.


Co napisać o „This Is It”? Byłam, widziałam, więc warto nakreślić słówko. Siadam do pisania, a tu puk puk w plecy. Odwracam się, patrzę i oczom nie wierzę. Sam Michael Jackson! Rany boskie! To Michael żyje? Nie, jednak nie żyje. To duch mnie nawiedził, odwiedził. Król-duch. Przyszedł w Halloween i mówi: chcesz pisać o „This Is It”? Z tyloma gwiazdami wywiady robiłaś, więc może teraz ze mną pogadasz? Nie pisz nudnej recenzji, pytaj śmiało.

Michael, jesteś jedynym facetem, któremu wybaczam białe skarpetki i przykrótkie spodnie.
— Mam się cieszyć, czy płakać?

Szkoda łez, cały świat jeszcze za tobą płacze.
— Zaczyna mnie to już nudzić. Bo ile można? Ludzie cały czas lamentują, że umarłem.

Bo umarłeś.
— A nie mogłem?

Mogłeś, ale miałeś dać 50 koncertów. Człowieku, ludzie bilety kupili, a przede wszystkim ekipa „This Is It” strasznie harowała!
— Ba, pieniądze z nieba nie spadają.

Film zaczyna się od wyznań tancerzy. Mówią, że złapali Pana Boga za nogi, że taniec z tobą na scenie to ich spełnienie marzeń. Jeden nawet zdradza, że po przebudzeniu nie myśli o śniadaniu, ale tańczy do twoich kawałków. Ty też o jedzeniu chyba nie myślałeś, bo chudy jesteś jak patyk.
— A widziałaś mnie kiedyś z brzuszkiem? Zawsze byłem chudy, więc się nie czepiaj. Na filmie widać, jak liżę lizaka, więc bądź wyrozumiała. Gdybym spasł się jak Elvis, też byłoby gadanie.

Fakt, jesteś jak niekończąca się opowieść. Pamiętam żarty, że nos ci odpadł na koncercie.
— Nos mam mały, ciasny, ale własny.

Ciuchy też miałeś własne? Strasznie mnie wkurzałeś w za dużej srebrnej marynarce. Pierwsze kadry filmu to ty w czerwonych spodniach i w tej szkaradzie na sobie. Pozostałości po czasach świetności?
— Aż taka zła ta marynarka?

Sorry, ale wyglądasz w niej jak ciota z lat osiemdziesiątych.
— Ciota? Nie wyobrażaj sobie, z królem popu gadasz!

Fakt, królem lwem nie jesteś.
— Nie jestem księżną Dianą, która licytowała swoje kiecki na aukcjach charytatywnych. Moje koncertowe kreacje zalegały w garderobie. A ty poszłabyś na próby w kalesonach? Otworzyłem szafę i patrzę — wiszą wspomnienia, więc trzeba je ożywić. To taki kop emocjonalny — w starych ciuchach poczułem się znowu młodo. Ale kilka razy byłem też w dresach, a nawet nie goliłem się codziennie! Wściekły jestem na reżysera Ortegę, że to wkleił do filmu. Wiesz, ile nerwów kosztowały mnie te próby?

Nie wiem, na filmie tego nie widać.
— Bo to typowy american dream.

Typowy? „Earth song” śpiewasz żenująco. Aż uszy chciałam zatkać!
— Trzeba było. Oszczędzałem głos i nawet kilka razy to powiedziałem. Aż tak uszy zatykałaś? Czekało mnie przecież te pięćdziesiąt koncertów, na których musiałem dobrze wypaść. Umarłbym, gdybym piał jak kogut. Wstyd! Król popu, a pieje jak stara fujara.

Ale na „I just can’t stop loving You” dałeś czadu.
— Bo śpiewałem ze świetna dziewczyną. Nakręciła mnie. Kurczę, widziałaś ten moment, jak chcę złapać ją za pierś?

Widziałam też, jak łapiesz się za krok. Nakręciłeś tym tak tancerzy, że wszyscy — jak jeden mąż — złapali się za jaja. Oj facet, masz ty siłę przebicia.
— Wszyscy się złapali? Nie widziałem tego!

Bo byłeś jak w amoku! Z tym swoim popisowym gestem poszedłeś na całość. Oj, na „Billie Jeanie” kręciłeś bioderkami… Ale tylko pod koniec tego kawałka byłeś erotyczny.
— Ludzie tak lubią, a ja wiem, co lubią. Gdybym na każdym kawałku łapał się za krok, przejadłoby się to jak „Moda na sukces”.

Ale i tak siłą tego koncertu są efekty specjalne i muzyka. Dostałeś świetnych instrumentalistów, genialnych tancerzy i speców od wizualizacji. Na „Smooth criminal” odpadłam.
— Jak mój nos? (śmiech) A ja czułem się, jak podczas kręcenia klipu do tego kawałka.

Nie miałeś zadyszki?
— Miałem, ale wiele wycięli. Nie mogłem przecież sapać na ekranie, tak? Myślisz, że ludzie chcieliby oglądać pot Michaela na ekranie? Miał być american dream.

Miał być hołd dla ciebie.

— Ale jest hołd dla ludzi, którzy ze mną pracowali. Da tych gitarzystów, bębniarzy, chórków, klawiszowców… Dla wszystkich technicznych. Mam nadzieję, że moje nazwisko ich wywinduje. Koncert jest świetnie zmontowany, więc świetnie się ogląda. Sama fikałaś w kinie, widziałem! Jako król-duch wszystko widzę! Ale nie będę ci wytykał tego palcami…

No właśnie, zawsze mnie zastanawiało... Dlaczego masz plastry na palcach?
— Hmmm, to przez cholerne obcinanie skórek. Czasem je wyrywam i leje się krew. Wtedy zaklejam, by nie wdała się infekcja.

No tak, bo ty taki delikatny. Zresztą cała ekipa obchodzi się z tobą jak z jajkiem.
— Ale na twardo czy na miękko?

Z szacunkiem. I ja też, Michael, dzięki za muzykę. Świetnie się bawiłam na „This Is It”.
— Ja też… Siedziałem w ostatnim rzędzie.

Co jeszcze napisałam o Michaelu?
Michael Jackson still alive
Michael Jackson nie żyje





Bonus:

Kiedy „This Is It” miało premierę, w Polsce koncertowało Porcupine Tree. Znasz?
— Oni tańczą?

Nie, rockują.
— A dobrze rockują? Wolę jednak tańczących chłopaków. Takich jak ja.

Fakt, to bardziej introwertycy, niż ekstrawertycy.
— Ale pozdrawiam. Następnym razem wpadnę na ich koncert. Będziesz?

wtorek, 27 października 2009

„Odlot”, czyli wesołe jest życie staruszka

Stare, ale jare? „Odlot” to wzruszająca historia potwierdzająca, że nigdy nie można rezygnować z marzeń. Nawet, gdy na głowie pojawia się siwizna, a wszyscy wysyłają cię do domu starców. Zdecydowanie starość to radość!


Pierwszy był i tak Mariusz Sieniewicz, który w wydanej dwa lata temu „Rebelii” daje starcom głos. Dziadkowie bezustannie upokarzani, surowo karani za najmniejsze nieposłuszeństwo, cierpliwie znoszą swój los. Do czasu. W ślady Mariusza idzie Disney — co prawda w trochę innym tonie, bo w pozytywnym i bajkowym. Tu nie ma rebelii, tu jest sentyment, posmak przemijania i wierność swoim ideałom.

„Odlot” to pierwsza bajka, która — zdaje mi się — pokazuje staruszka jako człowieka. Nie jest to ani kukła, a ni przyrząd do piastowania wnuków czy sadzenia kwiatków w ogrodzie. W „Odlocie” to właśnie stetryczały dziadek Carl jest głównym bohaterem. To właśnie on dźwiga dom na swoich barkach (prawie dosłownie), to właśnie on wspina się po skałach, walczy o sprawiedliwość i dobro, a przede wszystkim realizuje swoje niespełnione marzenia. Nie waha się nawet rzucić swoją sztuczną szczęką, by uratować przyjaciół. Dla mnie fantastycznie! Młodzi widzowie trzymają więc kciuki nie za młode, piękne i piersiaste kukiełki, ale za wiarę w dane sobie obietnice. I to też dowód na to, że mężczyzna zawsze pozostaje chłopcem.


Carl podróżuje we własnym domu unoszonym przez setki balonów, a w wyprawie do Ameryki — i to nie byle jakiej, bo do Południowej — przypadkowo towarzyszy mu pewien tępawy i grubawy ośmiolatek. Jednak prawdziwa akcja zaczyna się dopiero po dotarciu na miejsce, gdzie dwóch podróżników spotyka dziwacznego ptaka Stefana i mówiącego ludzkim głosem psa, w którym się zakochałam na amen! As — niczym wiewiór z "Epoki lodowcowej" czy osioł ze "Shreka" — jest boskim bohaterem drugiego planu. W 3D wygląda fantastycznie!


Przygody bohaterów wokół egzotycznego wodospadu nawiązują do serii wypadów w dzikie dżungle Indiany Jonesa. Dziadek wprost wymiata swoją siłą, jest supermanem i superdziadkiem w jednym. Na pewno uroku dodaje mu też świetna animacja. Dlatego stawiam wielki plus „Odlotowi”, bo nie to, że mądry, to jeszcze wzruszający film. I to nic, że fabuła może wydawać się banalna, ale od czego są bajki? Mają zachwycać w inny sposób. Ja się wzruszyłam. Naprawdę! Ze trzy łzy mi popłynęły. No, może cztery.

piątek, 2 października 2009

Malanowicz: Polański to teraz nośny temat

— Niech ci wszyscy oskarżyciele się zastanowią i opamiętają! Czy ktoś myśli o jego rodzinie? Jak ona to przeżywa? Przecież córka Romana ma prawie czternaście lat! — twierdzi Zygmunt Malanowicz, który zagrał w nominowanym do Oscara filmie Romana Polańskiego „Nóż w wodzie”.


Na lewo, na prawo — gdzie nie spojrzę, tam Roman Polański. Ci są za, ci są przeciw, ci ostrzą kły, a tamci zacierają ręce. Telewizja, radio, prasa. Niech będzie też mój blog — skoro świat mówi tylko o jednym, więc ja też będę światowa. Ale czy na światowym poziomie?

Artyści bronią Romana Polańskiego. Emir Kusturica, Martin Scorsese, Woody Allen, David Lynch, Monica Bellucci, Pedro Almodóvar, czy Wim Wenders to tylko niektórzy z ponad 100 światowej sławy filmowców, którzy podpisali petycję, w której zwracają się o uwolnienie Romana Polańskiego. Po stronie reżysera stoi też aktor pochodzący z Olsztyna: Zygmunt Malanowicz.


Roman Polański: winny gwałtu czy niewinny?
— Znam Romana i powiem tak: ten człowiek przez całe życie ma golgotę. Jeszcze od czasów wojny dźwiga krzyż. Dlatego jest to człowiek silny i dzisiaj też sobie poradzi. Wszyscy wokół wydają bardzo ostre opinie. Polański to teraz nośny temat, dlatego mówią o nim też przedstawiciele elit. Mówią o gwałcie, bo tak twierdzi amerykańskie prawo: ten, kto miał zbliżenie z nieletnią dziewczyną, jest gwałcicielem. Nie zastanawiają się nad tym, jakiego rodzaju było przyzwolenie tej dziewczyny na tego rodzaju akt. My o tym nie wiemy! Poza tym ogromną rolę w tej sprawie odgrywa też matka tej dziewczyny. Musiała przecież ostro ją instruować. Ale po trzydziestu latach ta dziewczyna dojrzała w wielu kwestiach. Jej rozum już na tyle pracuje, że może coś logicznego powiedzieć. Przecież ona — jako rzekoma ofiara — wybaczyła Polańskiemu! Chciała zakończyć sprawę.

Ale prawo jest twarde...
— Przetrzymywanie Romana jest okropne. Moim zdaniem można go wypuścić. Niech sobie spokojnie żyje z żoną z dziećmi. Przecież święta się zbliżają. On powinien ten czas spędzić z rodziną. A teraz rodzina cierpi niemiłosiernie. Nic by się nie stało, gdyby nie pewien pan w Stanach Zjednoczonych, który chce się windować na garbie Romana. Mówię o prokuratorze, który — dzięki tej aferze — będzie bardzo znany z tego, że wsadził do więzienia wybitnego reżysera. To jest obrzydliwe! Ale proszę bardzo — skoro tak było, a prawo amerykańskie nie przewiduje przedawnienia, niech dzieje się sprawiedliwość. Tylko że ja nie wiem, jak nawet tę sprawę nazwać. Przestępstwo? Jeśli tak, trzeba mówić o nim w zupełnie innych kategoriach.

A co z opiniami, że Polański to pedofil?
— Niech ci wszyscy oskarżyciele się zastanowią i opamiętają! Czy ktoś myśli o jego rodzinie? Przecież córka Romana ma prawie czternaście lat!

Czyli jest w wieku Samanthy Gailey — dziewczyny, która go oskarżała.
— No właśnie! Nie można odizolować dzieci — córki i synka — od tej sytuacji. One chodzą do szkoły. Nie można ich zamknąć w domu, by uchronić od dokuczających rówieśników. Ktoś zawsze może powiedzieć niemiłe słowo. Oburzają mnie też komentarze w Polsce. Politycy ferują wyroki, mimo iż niewiele wiedzą o tej sprawie. A internet, który zaśmiecony jest wypowiedziami głupków i półmózgów, przeraża mnie najbardziej. I to oni najczęściej używają słowa pedofil, mimo iż nie rozumieją go w ogóle. I to jest przekrój naszego społeczeństwa i młodego pokolenia! Młodzi są dzisiaj niedokształceni i żyją w świecie gier komputerowych. Nie wiedzą nic o świecie. Ale anonimowo się wymądrzają i udają doświadczonych. Przykro mi szalenie z tego powodu i mogę tylko współczuć Romanowi. Ubolewam bardzo, że po trzydziestu latach znowu zaczął się dla niego koszmar. Przez ten czas przecież starał się, by tę sprawę zakończyć, ale nie było żadnego odzewu. Gorzej — Amerykanie czyhali na moment, kiedy Roman gdzieś się pojawi. I pojawił się też usłużny i nadgorliwy policjant szwajcarski, który doniósł na Polańskiego. Ale Szwajcaria nie jest krajem ideałów. Szwajcarzy słyną z tego, że działają niezgodnie z sumieniem. Wydawali Żydów, drukowali opaski, przetrzymywali żydowskie złoto. To piękny i bardzo czysty kraj, ale z nieczystym sumieniem.

Na szczęście znacznie lepiej wypowiada pan się o Olsztynie.
— Tak, tutaj zamieszkałem, gdy miałem sześć lat. Przyjechaliśmy do Olsztyna w 1945 roku z Wileńszczyzny. Olsztyn był wtedy tak zwaną ziemią obiecaną. Do podstawówki chodziłem na Zatorzu, a liceum miałem na ulicy Wyzwolenia — to taka uliczka w dół od ratusza. Doskonale pamiętam. Do tej pory na Dworcowej mieszka moja siostra. Czasami u niej bywam, ale niestety rzadko, bo jestem zajęty i często bywam zagranicą. Prędzej siostra do mnie przyjeżdża, bo jej łatwiej jest wyrwać się do Warszawy. Ale Olsztyn bardzo miło wspominam i trochę tęsknię. Wracam na Warmię wspomnieniami, ogarnia mnie nostalgia za dzieciństwem i krainą pełną jezior.

Film „Nóż w wodzie” był kręcony ma mazurskich wodach.
— Jeden nóż niestety się utopił i pewnie gdzieś rdzewieje na dnie. Ale był jeszcze drugi nóż. Co się z nim stało? Nie wiem. Film jest największą pamiątką. To film kultowy i ponadczasowy. Mówi o problemie, który nigdy nie zniknie. Takie relacje między ludźmi są odwieczne.

Jak trafił pan do filmu? Bo dziewczynę Roman Polański wypatrzył podobno na basenie.
— Ja też trafiłem przez przypadek. Roman bardzo długo szukał aktora. Zdjęcia próbne nie przynosiły efektu. A my z Romanem znaliśmy się jeszcze ze szkoły filmowej. Nasza znajomość nie owocowała jednak częstymi spotkaniami czy dyskusjami. Mijaliśmy się tu i ówdzie. Kiedy trzeba było już zacząć zdjęcia, spotkałem się z nim w Warszawie i po paru ujęciach usłyszałem: do zobaczenia na planie. Nie zbył mnie Roman tak, jak dzisiaj zbywa się ludzi. Nie usłyszałem: zadzwonimy do pana. Roman był konkretny.

Czyli przypadł pan do gustu, mimo iż miał pan za męski głos do tej roli.
— Nie mam niestety szczenięcego głosu, więc Roman podkładał głos za mnie. Ale jakie to ma znaczenie dla filmu, kto za mnie mówił? Za granicą żadne.

Eugene Robinson, publicysta amerykańskiego dziennika Washington Post, ostro krytykuje europejskie elity za obronę Romana Polańskiego. Uważa za groteskowe twierdzenie, że słynny reżyser odpokutował już swoje winy. Przyznaje, że jest wielkim fanem twórczości Polańskiego i uznaje go za wielkiego artystę. Zwraca jednak uwagę, że reżyser został oskarżony o bardzo poważne przestępstwo. — Zgadzam się, że Amerykanie są bardziej pruderyjni w sprawach seksu — stwierdza Eugene Robinson. — Jednak mówimy tu o gwałcie na 13-letniej dziewczynce. 30 lat emigracji to za mała kara za taki czyn. Publicysta zwraca uwagę, że Polański uciekł przed wymiarem sprawiedliwości, by nie ponieść odpowiedzialności za swoje czyny. — Czy wycierpiał już wystarczająco? Te wszystkie zimne i deszczowe zimy w Paryżu? Zbyt drogie posiłki serwowane przez wyniosłych kelnerów w restauracjach? Ograniczone możliwości wyjazdu na wakacje… Dajcie już spokój — zwraca się Robinson do obrońców Polańskiego.
Publicysta podkreśla, że w przypadku przestępstwa, które popełnił Roman Polański, nie ma znaczenia, czy ofiara już mu wybaczyła i czy w jego ocenie sędzia dopuścił się nieprawidłowości. To sąd jest od orzekania o winie lub niewinności. — Oficjele w Warszawie i Paryżu są oburzeni aresztowaniem Polańskiego. A mnie oburza ich reakcja — podkreśla Eugene Robinson. (IAR)

Roman Polański został aresztowany 26 września na lotnisku w Zurichu, gdzie przyleciał po odbiór nagrody na festiwalu filmowym. Amerykański wymiar sprawiedliwości zarzuca reżyserowi, że w roku 1977 w willi aktora Jacka Nicholsona w Hollywood zgwałcił 13-letnią wówczas Samanthę Gailey. Polański przed zakończeniem postępowania wyjechał do Francji, by uchronić się przed spodziewaną karą więzienia. Od tego czasu nie mógł wjechać do USA bez groźby natychmiastowego aresztowania. Od 1978 r. był ścigany listem gończym. 76-letni reżyser wyjechał z Polski na stałe w latach 60.

wtorek, 29 września 2009

Dzieci Ireny Sendlerowej: kicz za miliony

Zły reżyser nawet z dobrej historii zrobi zły film. „Dzieci Ireny Sendlerowej” Johna Kenta Harrisona to film dla Amerykanów, którzy holocaust zestawiają w jednym rzędzie ze zdrowym odżywianiem. Dlatego czuję straszny niesmak po wyjściu z kina.


To nie jest recenzja. To jest wyraz mojego rozczarowania filmem „Dzieci Ireny Sendlerowej”. Temat piękny — kobieta w czasie wojny ratuje 2500 żydowskich dzieci. Naraża swoje życie, by ocalić jak najwięcej maluchów z warszawskiego getta. Wjeżdża do getta ambulansem jako pielęgniarka, a następnie — razem ze współpracownikami — podaje dzieciom środki usypiające, wkłada je do worków lub skrzynek i przewozi na aryjską stronę. Jednocześnie mówi gestapowcom, że wywozi zmarłych na tyfus. Nazwiska dzieci zapisuje na bibułce i ukrywa w butelce pod jabłonką. Nic, tylko siąść i podziwiać. No i siadłam w kinie, ale podziwu nie znalazłam za grosz. Dla Ireny wielki ukłon, ale dla reżysera rózga. Jak można tak spieprzyć (inne słowo nie przychodzi mi do głowy) tak fenomenalną historię? Jak można z bohaterki zrobić bezjajnikową kobietę czynu? Ja chciałam czuć ten czyn, przeżywać, dopingować, a nie tylko patrzeć, jak Irena siada i mówi: będę ratować dzieci. I ratuje. Tak z automatu, szablonowo. Bla, bla, bla.

Jak można spieprzyć Irenę? Można. Wystarczy wziąć kamerę do ręki i nakręcić bezduszny film. Bo, proszę państwa, film został odarty z uczuć. Siedzi się i patrzy na ekran jak na jakieś pocztówki z przeszłości. Jedna, druga, trzecia… Film jest płaski, jakiś daleki, obcy. Miałam wrażenie, że reżyser John Kent Harrison chwycił za kamerę chwilę po tym, jak skończył kopać rowy. Zmęczony nie miał już sił, by sklejać ze sobą poszczególne sceny, by natchnąć grających bez wyrazu aktorów. Jedynie Danuta Stenka, którą uwielbiam nad życie, pokazała kunszt swojego aktorstwa. Ale dobremu warsztatowi nawet i reżyser z łopatą nie zagrozi. Stenka nie stękała. Stenka po prostu grała.

Podczas konferencji prasowej w Rzeszowie John Kent Harrison mówił, że film koncentruje się na emocjach, na życiu w getcie. Słucham? A pan wie, co to jest emocja? Czy obejrzał pan swój film, gdy już pan odpoczął po pracy? „Lista Schindlera” jest mistrzostwem świata przy pana tworze.

W ogóle dystrybutor przegiął reklamujące film zdaniem: uratowała dwa razy więcej ludzi niż Oskar Schindler. I jak to rozumieć? Czyli że Spielberg to pikuś przy Harrisonie? Czyli Oskar do pięt Irenie nie dorasta? Ludzie, przecież holocaust to nie zawody! Spielberg powinien wytoczyć proces dystrybutorowi za ten cios poniżej pasa. Takie czasy, sędziowie tylko czekają.

Nie mogłam przebić się też przez warstwę dźwiękową filmu. Podkłady głosowe — dubbing? — oddzielają grubą krechą to, co dzieje się na ekranie, od tego, co wpada do ucha. Miałam wrażenie, że aktorzy mówią sobie a muzom. A przecież wojna to strach, łzy, wściekłość, ból, tęsknota. Ale pan jest Amerykaninem, może pan tego nie wiedzieć. Książki tylko opisują, a przodkowie… opowiadają. Może tu jest pies pogrzebany? Może trzeba czuć, by opowiadać historię nie samymi obrazami, ale emocjami? Zrobił pan film dla Amerykanów, którzy holocaust zestawiają w jednym rzędzie ze zdrowym odżywianiem. Wystarczy tylko zmienić kanał w TV.

A może ja — jako Polka — zbyt wiele wiem o holocauście? Zbyt go czuję, mimo iż nie rozumiem? Wychowana na „Shoah” Clauda Lanzmanna znajduję w sobie zupełnie inne emocje niż produkowane w amerykańskich fabrykach. Być może. Dla mnie pocztówki to za mało.

Film "Dzieci Ireny Sendlerowej" jest jednym z większych polskich przedsięwzięć kinowych ostatnich lat. W tej amerykańsko-polskiej koprodukcji o budżecie ponad 38 mln złotych zaangażowano ponad 2 tys. statystów, a rekwizyty i kostiumy sprowadzane były z Polski, Anglii i Czech. W trakcie samej produkcji prawdziwym ewenementem okazało się zastosowanie naturalnych obiektów i wnętrz z epoki, a przez to brak konieczności jakże powszechnej i popularnej dzisiaj komputerowej ingerencji w końcową obróbkę obrazu. Dla zwiększenia autentyczności dzieła, zdjęcia realizowane były na ulicach Rygi, która do złudzenia przypomina okupacyjną Warszawę.
(o filmie)

Jedyne, co broni film Harrisona, to temat. Pamiętać o wielkich ludziach trzeba — jak i trzeba o nich opowiadać. Dla pokoleń, dla prawdy.

Instytut Yad Vashem w Jerozolimie przyznał Irenie Sendlerowej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Otrzymała honorowe obywatelstwo Izraela, odznaczono ją Orderem Orła Białego, została nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. Jak powiedział Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, ratowała nie tylko żydowskie dzieci, ale też duszę Europy. Zmarła 15 maja 2008 roku. Miała 98 lat.

sobota, 22 sierpnia 2009

Bosy Cejrowski w Olsztynie

Nawet pinezka wbita w gołą stopę nie przekreśla świetnej zabawy, jaką serwuje Wojtek Cejrowski. Podróżnik prowadzi w Olsztynie Paradę Bosych Stóp i pinezki rzucone niczym kłody pod jego nogi bagatelizuje. Pytanie jednak zostaje: nienawiść aż do bólu czy głupi dowcip?


Cejrowskiego albo się kocha, albo nienawidzi — potwierdzają to olsztyniacy. Przychodzą tłumnie na spotkanie z podróżnikiem, wiwatują, kupują książki, fotografują i proszą o autografy. Ale nie tylko — są też tacy, którym WC nie w smak. Rozrzucają na ulicy pinezki, by stopa Wojciecha poczuła, że nie wszędzie żyją jego entuzjaści.


Cejrowskiego można nie lubić — zwłaszcza po incydencie sprzed kilku dni, kiedy to w Poznaniu przyznaje, że brzydzi się gejów. Dosłownie. Oj, panie Wojtku — pan taki oblatany w kulturach i odważny jak mało kto, a tu krzywi się pan na mniejszości seksualne. Rozumiem, można mieć swoje poglądy, ale żeby od razu nazywać tak swoje emocje?

Wojciech Cejrowski zasłynął już wypowiedzią, że nie chce być obywatelem Polski i przenosi się do Ekwadoru. Póki co nie zmienił paszportu i ma się całkiem dobrze w kraju, który tak bardzo krytykował. (...) Cejrowski ma prawo do swoich ekstrawagancji, bo jest człowiekiem mediów i musi sprzedawać siebie do różnych programów, gdzie odgrywa czasami purytańskiego moralistę, czasami globtrotera. Musiał prowokować, aby jego imię nie zniknęło z przestrzeni publicznej. Zabrał nas w podróż boso przez świat i był to rzeczywiście ciekawy cykl, biorąc pod uwagę ofertę programową polskich stacji telewizyjnych. Szkoda, że tak, kiedyś, ciekawej postaci, jaką był Cejrowski, już nie ma, a zamiast Cejrowskiego mamy niedoszłego Ekwadorczyka, głoszącego konieczność podziałów... Po co komu taki Cejrowski?
(Po co komu Cejrowski?)

Oczywiście wniosek nasuwa się jeden — pinezki to weto dla poglądów Cejrowskiego. Słuszne?


Parada Bosych Stóp to fantastyczna impreza. Chylę czoła przed pomysłodawcami — oby więcej takich wspólnych zabaw na świeżym powietrzu. I nie ważne, że większość nie zdejmuje butów, nie ważne, że bosonogich jest zaledwie połowa. Idzie się inaczej niż zwykle — mimo iż dobrze znaną trasą.


A Wojtek Cejrowski? W pewnym momencie zaczynam mu współczuć. Widzę stojącą postać w kwiaciastej koszuli, która niczym automat rozdaje autografy i pozuje do zdjęć. Godzina, dwie, trzy... Uśmiech, zdjęcie, autograf. Uśmiech, zdjęcie, autograf. Dwie panie obok uwijają się zręcznie i kasują pieniądze za sprzedane książki. Uśmiech, zdjęcie, autograf.

W końcu ktoś przynosi mu pierogi, by nie padł z wyczerpania. Lubi ruskie.

I ja idę za tłumem i sama się przy nim ustawiam. Bo książki pisze niezłe, ma gadane i bagaż doświadczeń, którego pewnie nigdy się nie dorobię. Tylko... ile dziś jest Cejrowskiego w Cejrowskim?


— A kiedy napisze pan kolejną książkę? — pyta ktoś z tłumu.
— Dobry autor pisze wolno i nie musi się nigdzie spieszyć. Proszę zapamiętać, Cejrowski pisze wolno, ale dobrze. Po co komu szybkie, ale kiepskie pisanie Cejrowskiego?



Przeczytaj:
Cejrowski: Stopa pochodzi z sawanny

Zobacz więcej zdjęć z parady:
Z Cejrowskim boso po Olsztynie