Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Aquasfera bez odpowiedzialności

Wrocławski Park Wodny dostał karę za niezgodne z prawem wywieszenie kartki „nie ponosimy odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach”. W Olsztynie Aquasfera idzie tym samym śladem...

Żeby wejść do wody, najpierw trzeba się rozebrać... Fot. aquasfera.olsztyn.eu

Byłam, sprawdziłam i wiem, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Odwiedziłam kilka instytucji i teraz uprzejmie zdaję relację z mojej wędrówki po Olsztynie.

Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych kartki w szatni nie wywiesiło, ale personel nie wie, co zrobić z ewentualnymi kradzieżami kurtek. Pani woźna wzrusza ramionami, patrzy na wieszaki i stwierdza: — Takie rzeczy to nie moja sprawa...

Filharmonia Warmińsko-Mazurska dumna jest z monitoringu. Dwie panie pilnujące szatni wiedzą, co robić: — Nikt jeszcze nie zgłaszał kradzieży, ale też nie powinien, bo oko kamery czuwa. Czuwa też zawsze człowiek. A jak coś zginie, będziemy bić się w pierś.

Centrum Konferencyjne UWM też nie wywiesiło kartki. Bo tu na straży też stoi człowiek: — Ale tylko do maja, bo później niż już kurtek nie nosi. A jeśli coś zginie... Nie zginie, nie powinno!

A co z basenami? Olsztyn w tym roku wzbogacił się o dwa nowe.

Basen Uniwersytecki ma szatnię z uśmiechniętą panią, bez kartki: — Skoro tu pracuje, więc za coś odpowiadam, a jak odpowiadam, ponoszę konsekwencję.

A co ze słynną Aquasferą? Szatniarz będący jednocześnie pracownikiem ochrony wskazuje mi palcem kartkę...


— Zdarza się, że ludzie przynoszą nieswoje numerki i chcą wyłudzić czyjeś ubranie. Ktoś zgubi numerek, ktoś inny go znajdzie... Czy możemy mieć na to wpływ? Jeśli coś zginie, nie odpowiadamy...

Największa olsztyńska pływalnia idzie w ślady wrocławskiej... Postępowanie wobec Wrocławskiego Parku Wodnego zostało wszczęte w październiku 2011 roku na podstawie skargi konsumenta. Wątpliwości wzbudziły postanowienia stosowane w regulaminie spółki, która informowała swoich klientów, że nie ponosi odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach. Wywieszenie ogłoszenia o takiej treści jest niezgodne z prawem i nie zwalnia przedsiębiorcy z odpowiedzialności za pozostawioną odzież.

— Jeśli ktoś wystawia wieszak, zgadza się na zostawienie ubrania, więc ponosi odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo — tłumaczy Jadwiga Urbańska, rzecznik konsumentów z olsztyńskiego ratusza. — Zgodnie z prawem, z chwilą oddania do szatni ubrań, dochodzi do zawarcia umowy przechowania i podmiot prowadzący szatnię zobowiązuje się do zachowania w stanie nienaruszonym rzeczy oddanej na przechowanie. Wywieszenie kartki nic nie znaczy. Można napisać wszystko, ale prawo ma tu więcej do powiedzenia. Inaczej jest w sytuacji, gdy zostawimy swoje rzeczy w przypadkowym miejscu — na przykład na krześle. Szatnia jednak odpowiada za swoje obowiązki...

Wrocławski Park Wodny zapłacił 17 tysięcy zł kary. Aquasfera ma najdroższe bilety za pływanie w mieście, więc jeśli jakiś klient się zdenerwuje, będzie miała z czego zapłacić...


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 9 lipca 2010

Kloc przed Wysoką Bramą

Olsztyn zakłada sobie kamień na szyję i wskakuje na głęboką wodę. Tym kamieniem jest nowy pomnik, jaki stanął przed Wysoką Bramą. To właściwie dwa kloce sklejone czymś, co przypomina konia. A Łódź ma takie ładne ławeczki. A Wrocław krasnale... A Olsztyn nie ma nawet pomysłów na promocję.


Zobaczyłam na własne oczy i złapałam się za głowę: co to jest? Ani się przy tym sfotografować, ani podziwiać, ani nawet pogłaskać. Ciężkie, toporne i nijakie. Wracamy do komuny?

Turystów ten kloc pewnie wystraszy, a powinien pozwolić się uśmiechnąć. Zdecydowanie miasto powinno myśleć przez pryzmat atrakcji dla przyjezdnych, a nie realizować dziwne fanaberie artystów. Internauci nawet żartują, że te dwa kloce przypominają logo MTV. A ja dopowiem z przekąsem: zgadza się, Ma To Vyraz. Ale Vyraz negatywny.

Pomnik powołał do życia artysta-rzeźbiarz Dawid Gołębiowski, absolwent Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu oraz olsztyńskiego liceum plastycznego. Mieszka w Ługwałdzie pod Olsztynem.

Dlaczego nikt nie bierze przykładu z miast stawiających na pomniki promujące? Proszę bardzo — Łódź słynie z ławeczek, na których siedzą znani łodzianie. Tuwim, Rubinstein... Ludzie się do nich przysiadają, konwersują, za nos pociągają. Potem wracają do domów i mówią: a wiesz, co jest fajnego w Łodzi? Te ławeczki, wyróżniają się z tła miasta. Ale tak powiedzieć mogę tylko o Łodzi. Inne miasta poszły jej śladem i ławeczki zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Więcej tu przegadania niż dobrej głowy... Ale to nie wina Łodzi. Inne miasta zamiast znaleźć "swoje", poszły na łatwiznę. Ot.


Wrocław też zaszalał i trafił w dziesiątkę. To moje ulubione pomniki, a właściwie pomniczki, jakie widziałam w Polsce. Cudo! Krasnali jest ok. 150 i każdy prezentuje inny cech — jest złodziej, pijak, niewidomy, a nawet krasnoludek-dziewczynka, czyli Marzenka.

Pierwszych pięć figurek — projektu Tomasza Moczka, absolwenta wrocławskiej ASP — ustawiono w sierpniu 2005 roku. Były to: szermierz przy Uniwersytecie, rzeźnik na Starych Jatkach, dwa najsłynniejsze Syzyfki na ul. Świdnickiej oraz pracz odrzański przy moście Piaskowym.

To nie koniec — krasnale stały się już nie tylko symbolem miasta, ale atrakcją dla spacerowiczów. Od czerwca do października każdy chętny może wziąć udział w bezpłatnych rodzinnych wycieczkach tropem wrocławskich krasnali. Ludzie idą więc sznurem i schylają się, żeby spojrzeć w oczy małym, zimnym, ale sympatycznym figurkom. Ba — krasnale mają nawet swoją stronę internetową!


A Olsztyn zamiast poderwać ludzi, zawala ich dwoma klocami. Niby idea szczytna, ale...

Nagrodzona praca została wyłoniona w drodze konkursu ogłoszonego przez Galerię Sztuki BWA w kwietniu bieżącego roku. Celem konkursu było zaznaczenie w przestrzeni publicznej naszego miasta, stolicy regionu Warmii i Mazur, wielkości wydarzenia, jakim była Bitwa pod Grunwaldem, największa bitwa średniowiecznej Europy. Okrągła, 600. rocznica jest wyjątkową okazja, by świętować chwałę polsko-litewskiego oręża, przypomnieć etos średniowiecznego rycerstwa i epokę, tak ciekawie zaznaczoną w dziejach naszego regionu.
(Pod Wysoką Bramą stanął pomnik)

Krasnale we Wrocławiu też świętują Grunwald. Miasto w Pasażu Grunwaldzkim ustawiło kolejne cztery krasnoludki. Na razie nie mają jeszcze imion, więc trzeba je wymyślić. A kto to zrobi? Nie żadne jury, nie politycy, nie grube ryby, ale ludzie — ty, ja, on, ona, ono. Rodzice chrzestni, czyli zwycięzcy konkursu, oprócz nagród w postaci czterech bonów o wartości 1500 zł, zostaną uhonorowani także symboliczną, imienną tabliczką, umieszczoną obok pomnika wybranego krasnala, któremu wymyślili i nadali imię.

A Olsztyn ludzi o głos nawet nie pyta. A głos ludu drży... W internecie, bo na forum publicznym — oko w oko z pomysłodawcami konkursu na pomnik — panuje cisza grobowa.

Na szczęście jest to tylko makieta pomnika, bo na prawdziwy nie ma pieniędzy. Postoi przed Wysoką Bramą do września. Oby do tego czasu kasa się nie znalazła...

czwartek, 29 października 2009

Porcupine Tree: hello Wrocław!

Babcia zawsze mi powtarza: młodość musi się wyszumieć. Coś w tym jest, bo po koncercie Porcupine Tree szumi mi w głowie. Ale szum ten jest na tyle fantastyczny, że nawet hotelowa lodówka powinna się wstydzić. Chłopaki dali czadu, oj dali!


Początek był żenujący — na scenę wyszła rzępoląca Rose Kemp. Ludzie złapali się za uszy, jedno dziewczę nawet uszy zatkało, a jakiś chłopak grał w grę na komórce. Na szczęście Emily Rose — bo tak nazywam dla potrzeb własnych ten talent gitarowo-wokalny — wyła niespełna pół godziny. Potem na scenie pojawił się już Steven Wilson z ekipą, by zejść z niej niepokonany.


Koncert składał się z dwóch części — pierwsza promowała najnowszy album „The Incident”, druga składała się z największych hitów. Tracklisty nie podam, bo pamięć z powodu pokoncertowego szumu w głowie zawodzi. Jeśli ktoś zna — będę wdzięczna za podanie w komentarzu.


Klimat? Szkoda, że Steven — mimo iż artysta z niego genialny — nie złapał kontaktu z publicznością. Książki takie wyjście w tłumy nazywają charyzmą. Steven zaś zasłonił się gęstwiną swoich włosów, wyśpiewywał songi i zmieniał co i raz gitary. Nie obyło się bez kilku klawiszowych przygód, co dowodzi, że lider PT (nazywany przeze mnie cudownym chłopcem vel Harrym Potterem) jest muzycznym poliglotą. Bardzo ładnie, a nawet jeszcze ładniej. Ale tej wspomnianej charyzmy brakowało, więc i szaleństw na widowni jakby za mało. Niektórzy tylko główkami kiwali, nóżką przytupywali. Ale były momenty, że raptem z publiki wyrastał las rąk. Konewką były oczekiwane przez wszystkich hity, a największe korzenie zapuścił oczywiście kawałek „Trains”. Zagrali go na koniec — to taka wisienka na torcie. Na smak.


Porcupine Tree są świetni instrumentalnie. Genialni! I nie to, że zgrani są ze sobą, to jeszcze z wizualizacją, jaka urozmaicała „dzianie się” na scenie. Z każdym uderzeniem w bębny, szarpnięciem w struny gitar, obrazy zmieniały się jak za klaśnięciem w dłonie. Tak, chłopaki mieli dopracowany każdy szczegół.


Przepraszam, ale więcej pisać mi się nie chce. Koncert był fantastyczny i fenomenalny. Film jest na to żywym dowodem. Hmmm, ale Porcupine Tree to i tak zespół nieśmiertelny. Ave!



Porcupine Tree zagrało we wrocławskiej Orbicie 28 października 2009 roku. Kropka.

> Zobacz więcej zdjęć z wrocławskiego koncertu
> Relacja z rockmetal.pl

poniedziałek, 26 października 2009

Zakazana kawa z Wrocławia

Z kawą do kina wchodzić nie wolno! Kawę trzeba wylać – tak radzi mi bileterka, która jest szlabanem, zakazem i Bóg wie kim jeszcze w kinie. Rządzi.


Ludzie są wyrozumiali. Wyrozumiali jak cholera! Przyjeżdżam do Wrocławia i mam w planie spotkanie z koleżanką E. A że mam jeszcze dwie godziny do „cześć po latach”, więc idę do kina. Ale po ośmiogodzinnej jeździe pociągiem marzy mi się wielka kawa. Ogromna! Mam jeszcze kilka minut do filmu, więc odwiedzam Coffee Heaven i wychodzę z gigantycznym kubkiem kofeiny.

Patrzę na zegarek, a tu już seans się zaczyna, więc z kawą gnam do kina. Multikina w Arkadach Wrocławskich.

— Ale pani nie może wejść z tą kawą na salę – wita mnie bileterka.
— A dlaczego?
— Napisane jest, że z napojami z zewnątrz nie wolno wchodzić do sal kinowych.
— Gdzie jest napisane?
— Tu! – pokazuje mi małą naklejoną kartkę tuż przy bramce z biletami.
— A dlaczego dopiero tu, a nie piętro niżej przy kasach?
— Bo to nasze zadanie, aby ludzi z kawami nie wpuszczać.
— I co ja mam teraz z tą kawą zrobić? Nietknięta!
— Nie wiem. Może pani wylać.
— Wylać? Nie po to kupuję kawę, aby ją wylewać!
— To już pani problem, co pani z nią zrobi. Albo pani wyleje, albo wypije. Do kina może pani wchodzić z kawą kupioną tylko w naszym bufecie.
— Ale wy macie kawę z proszku o zapachu popcornu.
— Proszę pani, napisane jest?
— Jest.
— No właśnie. To co pani robi z kawą?

Wypijam. Duszkiem. A do Multikina we Wrocławiu czuję niesmak. Do pani bileterki tym większy, bo nieuprzejmna. Wiem, zakazy, nakazy… Ale małym drukiem na kartce wywieszonej na poziomie kolan? To cios poniżej pasa!

poniedziałek, 28 września 2009

Porcupine Tree coraz bliżej

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą — Steven Wilson na pewno. Dokładnie za miesiąc, bo 28 października, Porcupine Tree zagra we Wrocławiu. Zaczynam odliczanie!


Porcupine Tree przyjedzie z koncertem promującym swój najnowszy album „The Incident”. Jak zabrzmi na żywo? Mam nadzieję, że co najmniej tak doskonale, jak poprzednie krążki brzmią w moim pokoju. Bo do dziesiątej już płyty w dorobku „jeżozwierzy” nie mogę się jeszcze przekonać. Piękna jest, fakt, ale nie przepiękna. Wcześniej, co Steven Wilson dotknął, zamieniało się w złoto. Czyżby tym razem przemiana potrzebowała czasu? Pewnie 29 października zmienię zdanie.

— Jestem już w tym biznesie tak długo i tyle zdążyłem wycierpieć, tyle przeżyłem załamań, tylu doznałem zawodów, że wiesz na pewno, iż nie tworzę muzyki z żadnego innego powodu niż z miłości do niej. Może to zabrzmi jak wyświechtany zwrot, ale nie interesuje mnie sukces dla sukcesu. Niespecjalnie jestem też zainteresowany pieniędzmi.

Wiem, że przez te lata zmieniłem się jako człowiek. Ba, zmieniłem się nawet od nagrania ostatniego albumu. Zmieniło się moje życie, zmieniły je filmy jakie oglądam, sposób w jaki słucham muzyki. Odmienia mnie to, co mi się przydarza. Suma tych składników powoduje zmianę we mnie i w muzyce, którą tworzę. Popycha ją na przód, poszerza, rozwija. Ale to nie tak, że ja sobie siedzę i wykrzykuję: „O, musimy się zmienić, trzeba przejść na wyższy poziom”. Ja ufam muzyce, pozwalam jej tworzyć się samej, oczywiście mając nadzieję, że zabrzmi inaczej i lepiej niż poprzednia. Ma w sobie rozpoznawalną markę, a jednocześnie niesie element świeżości, spojrzenia z nowej perspektywy. Dzieje się to bardziej intuicyjnie niż świadomie, chociaż zdaję sobie z tego sprawę.
(Steven Wilson dla Trójki)

"Trains" darzę ogromnym sentymentem:



"Arriving Somewhere But Not Here" to mój ukochany kawałek:



Przy "Heartattack in a Layby" zamieram:



> Kup bilet na koncert

środa, 29 lipca 2009

Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę

Kolorowy Olsztyn? Fantastycznie! Grafiiti ma nie tylko promować miasto, ale i zakryć szare mury. Zgadzają się wszyscy — tylko kolej wypada z torów. Bo malowidło ma powstać na wiadukcie. Halo, czy ktoś zna lekarstwo na sprzeciw?


„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.

Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.

Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.

O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.

Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).

Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.

Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.


Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?

Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.


Murale są znane na całym świecie. Malowidła ścienne o wymowie społecznej narodziły się podczas meksykańskiej rewolucji ludowej na początku XX wieku. Dzisiaj Mekką murale politycznego jest Irlandia Północna. Wiele osób na pewno pamięta słynne PRL-owskie malunki służące propagandzie. Wtedy to właśnie wszystkie frontowe ściany polskich budynków były pomalowane przez artystów-plastyków i głosiły idee systemu komunistycznego.


Ozdabianie muralami Wrocławia jest długofalowe. Istnieją plany zagospodarowania kolejnych pustych ścian wrocławskich kamienic na wielkoformatowe współczesne "freski". Malowidła oprócz wesołości i oryginalności mają jeszcze jedną istotną cechę — są tak ogromne, że nie zostawiają wiele miejsca do popisu graficiarzom, pseudoartystom i specjalistom od wulgaryzmów.
(Muralia — Wrocław)


Wrocław — miejsce spotkań.


Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.


Nikt mi nie powie, że to wandalizm.


Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.


Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.


Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.


Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.


Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.


A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Nagroda za topienie chomików

Czy teatr to miejsce, gdzie można bez konsekwencji męczyć zwierzęta? Widzowie się oburzają. — Moje przedstawienia są sztuką. O co chodzi? — dziwi się Rodrigo García, hiszpański reżyser, który we Wrocławiu odebrał nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne, zamordował homara i podtapiał chomiki.

Na ile może sobie pozwolić artysta? Takie pytanie zadaję sobie ja, tłumy widzów festiwalu Premio Europa per il Teatro, a przede wszystkim prokuratura, która przesłuchiwała hiszpańskiego reżysera Rodrigo Garcíę. Prowokator, bo za takiego jest uznawany, nie widzi niczego złego w swoich teatralnych praktykach.

"Rozsyp moje prochy nad Myszką Miki". Tytuł sztuki intrygujący - inscenizacja aż zanadto. Czy chomiki syryjskie - zwierzęta półpustynne - potrafią pływać? Nie. Dlatego García wrzuca zwierzęta do wody i gdy te zaczynają tonąć, wyciąga je podbierakiem. By widz mógł dojrzeć przerażenie chomików, zbliżenie tej sceny pojawia się na wielkim telebimie. Szok. Ze strony widowni leci butelka, a na scenę wchodzi aktywistka Straży dla Zwierząt i zabiera chomiki. Ja siedzę jak zamurowana. Sztuka trwa dalej. Aktor zanurzony w białej masie przypominającej cement przywiązuje do siebie żaby na sznurkach. Ludzie zaczynają wychodzić, a gdy spektakl się kończy, uwiązane żaby pozostają w lepkiej mazi. Zastygają. Widzowie przechodzą obojętnie - przyglądają się ich ostatnim podrygom. Ktoś mówi, że jedna żaba już zastygła. Nikt nie idzie z ratunkiem. Nawet organizatorzy. Czekają aż wszyscy opuszczą widownię? Być może, bo to nie będzie czas reanimacji, ale... pogrzeb.

Fakt, emocje w teatrze grają bardzo ważną rolę, ale są granice. Można na sztuce płakać, bać się, śmiać się, a nawet mieć gęsią skórkę. Ale jak nazwać emocje, które towarzyszą meczeniu zwierząt? I jak określić teatr, który teatrem nie jest? Bo przemoc to nie sztuka – i nie ważne są intencje twórców. Owszem, o cierpieniu należy mówić - bo dzieje się, oj dzieje - ale zabawa w Hannibala Lectera nie jest najlepszym środkiem. Hasło "tylko u nas na żywo pokaz <>" mi nie w smak.

Teatr jest przyjemnością, więc skoro tak – García realizuje swoje fascynacje zasłaniając się sztuką. Ale nawet w teatrze nie można czuć się bezkarnie. Tylko dlaczego krytycy przyznają mu nagrody? Bo szokuje? Bo jeszcze nikt inny nie maltretował bezbronnych zwierząt w teatrze? Czy tak ma wyglądać Nowa Teatralna Rzeczywistość? Jeśli tak – co w takim razie będzie po Garcíi? Czy w imię tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, aktor zamorduje kiedyś człowieka?

Innym spektaklem, na który ciężko było się dostać, był "Accidens" ("Wypadki: Zabić, by zjeść"). W tej sztuce artysta torturuje homara, by go potem zabić. Widzowie słyszą - dzięki czułemu mikrofonowi - odgłosy bicia serca konającego skorupiaka.

Zabijamy zwierzęta od zawsze, ale to zabijanie musi mieć sens, by ich życie nie szło na marne.
García ma potrzebę szokowania publiczności. Ale tak naprawdę widz nie ma dla niego znaczenia, nie zależy mu, czy go oburzy, czy nie. Nie potrzebny jest mu widz, ale podglądacz. Jego artystyczna motywacja jest bardzo licha. Na jego prośbę zamówiliśmy w Monachium trzy homary specjalnego gatunku do konsumpcji (…) Znamienna jest też jego postawa jako człowieka. Każe nam sprowadzić z paryskiego sklepu specjalny gatunek żab, po czym minutę po spektaklu ich los już go nie obchodzi.
(Jarosław Fret, García mógłby z homarem zrobić rzeczy gorsze)

Co znaczą spektakle Garcíi? Artysta twierdzi, że jego sztuka uświadamia, że pokazuje ludziom, jak traktuje się zwierzęta. Że tylko mięsożerny człowiek potrafi zgotować im taki los. Ale czy reżyser swoją sztuką nie podcina gałęzi, na której siedzi? Nie wierzę w jego intencje. Po prostu nie wierzę.



Przeczytaj:
Skandal na festiwalu teatralnym: torturowali i zabili homara na scenie
Wrocław. Awantura o homara na festiwalu teatralnym

Obejrzyj:
Krystian Lupa laureatem PREMIO EUROPA

piątek, 3 kwietnia 2009

Teatry są za ciasne — świat się nie mieści

Ponad 500 gości z całego świata i problemy z organizacją – tak można podsumować pierwsze dni wrocławskiego festiwalu Premio Europa per il Teatro. Nie wszyscy mogą oglądać prezentowane spektakle!


Festiwal pełną gębą i pełne ręce roboty, więc nie obywa się bez wpadek. Za dużo gości, a za małe teatry – to główny problem organizatorów jednej z najważniejszych imprez teatralnych w Europie. Do Wrocławia zjechali nadprogramowi goście, więc – by wszystkich pomieścić na widowni – trzeba się nieźle nagłowić. A to nie takie proste. Zaproszeni - a każdy z nich ważny - ustawiają się gęsiego przed teatrami i zadają pytanie na miarę Hamleta: wejdę na spektakl, czy nie wejdę? Bywa, że nie pomaga identyfikator – odchodzi się z kwitkiem. Dlaczego?

Program Europejskiej Nagrody Teatralnej realizowany jest przez biuro Premio Europa per il Teatro oraz Instytut im. Jerzego Grotowskiego. Organizatorzy się nie dogadali. I właśnie szydło wyszło z worka, gdy widzów w teatrze wciąż przybywało, a miejsca na widowni ubywało.
- Włosi zaprosili o 200 osób więcej, niż się spodziewaliśmy - przyznaje Anna Pupin z biura prasowego festiwalu. - Robimy, co możemy, by wszystkich pomieścić na widowni, ale nie mamy nieskończonej liczby miejsc.

Polak jednak potrafi wybrnąć z sytuacji - na międzynarodowym festiwalu pojawiają się "listy zapisowe". Scheda po komunizmie? Kto pierwszy, ten lepszy - oto nowe zasady. Identyfikatory z nazwiskami tracą ważność, bo listy wiodą prym. Problem w tym, że nie każdy zaproszony gość o zapisach wie. Przychodzi do teatru – szczęśliwy, że sztukę obejrzy – a tu nie niespodzianka. Jest nazwisko na liście? Nie ma? To i oglądania nie ma. No, może dwie, trzy osoby da się upchnąć kolanem, ale reszta – marsz do hotelu. Można próbować następnym razem – spektakle grane są zazwyczaj dwukrotnie. Ale czy dublowane przedstawienia zaspokoją zdublowanych gości?

Organizatorzy negocjują z artystami, by grali spektakle trzykrotnie. I tu ma szansę sprawdzić się polskie powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Szkoda tylko, że ta sztuka – mimo iż na światowym poziomie – to jednak w polskim wykonaniu.

Polska jest po raz pierwszy gospodarzem ceremonii wręczenia nagród Premio Europa per il Teatro i New Theatrical Realities. W tym roku teatralnego Oscara odbierze reżyser Krystian Lupa. Stąd Wrocław, stąd Polska.

PS. Pozdrawiam pana, Krystianie Lupo. Gratuluję nagrody! Myśli pan, że organizacja Euro 2012 przebiegnie sprawniej?

niedziela, 22 lutego 2009

Olsztyn - przestrzeń radości

Nowe miasto, nowe logo, nowa przestrzeń - Olsztyn po liftingu? Oby.

Dzień dobry. Nazywam się Marian Kowalski, a dla feministek Maria Kowalska. Zastanawiam się właśnie, gdzie spędzić kilka dni wolnego. W Polskę trzeba jechać, bo cudze chwalicie, swego nie znacie. Tylko gdzie? Może do Olsztyna?

A co to za miasto? Jakieś na północy? Nawet Doda ma problemy z usytuowaniem stolicy Warmii i Mazur. No, może nie stolicy, ale w ogóle Warmii i Mazur. Rozmawiałam z nią przy okazji walentynkowego koncertu w Elblągu, pytałam o jej związki z naszym regionem - tym bardziej, że jej rodzinny Ciechanów nie tak daleko… Co mi odpowiedziała? - Warmia i Mazury? A jakie to miasta na przykład?

Jej wysokie IQ wysokim IQ, ale ta "błyskotliwość" dużo mówi. Jesteśmy regionem drugiej kategorii. Nie ważne, że na całych jeziorach my, że zielono nam i tak naturalnie. Nie jesteśmy atrakcyjnym kąskiem. Ale jak mamy być, skoro niewiele przemawia za naszą niepowtarzalnością?

No dobra, panie Marianie vel Mario - wybieramy Olsztyn pod Częstochową, czy Olsztyn na Warmii? Przez długi czas Google Maps nie mogło znaleźć nas w swoich zasobach. Ale "Gazeta Olsztyńska" narobiła burzy i dziś jest tak, jak być powinno. Uff. Jednak przez długi czas to Częstochowa zbijała kasę, a Olsztyn czekał, czekał, czekał – na turystę jak na księcia z bajki. Bo w internecie prawo dżungli – czyli silniejszego – nie obowiązuje.

A co Google mówi o Olsztynie? Niewiele. Nasze miasto w sieci też nie daje się złapać. Wyskakują lokalne strony, ale żadna nie przekonuje do przyjazdu. Na przykład witryna Urzędu Miasta stawia wyłącznie na swoją promocję. Skądinąd Olsztyn życiem ratusza wsławił się najbardziej… Idźmy jednak do przodu. Turysta nie ma się śmiać, ale przyjechać. Może więc galeria go przekona? Warto zobaczyć, jak miasto się prezentuje – czy zamek wart jest zobaczenia i czym starówka kusi oko. Klikam i co widzę? Urzędników widzę! Siedzą przy stołach, piją wodę mineralną, czasem się uśmiechają. I co myślę? Czyżby Olsztyn to miasto sztywniaków? Nie imprezuje? Szukam więc zabawy, bo przecież w mieście musi się coś dziać – nie samą pracą i wodą człowiek żyje. I teraz następuje moje ulubione - olsztyn.naszemiasto.pl! Zakładka >>Rozrywka<< kieruje mnie do Elbląga. Fantastycznie!

Za Elblągiem nie przepadam, więc w Polskę idę. Inne miasta żyją już na światowym poziomie. Oto chwali się sobą magiczny Kraków, Wrocław podkreśla, że jest miastem spotkań, a Poznań nie ukrywa, że tu warto żyć. A Olsztyn? Pracuje nad nową strategią promocji, a przede wszystkim nad nowym logo, bo stare… nie potrafiło się obronić. Gdyby nie gmina Cekcyn, mielibyśmy swój znak firmowy ten sam od lat. Niewielka mieścina z Borów Tucholskich jednak capnęła nam pomysł, opatentowała go i spija śmietankę. Różnice w logach oczywiście są – żeby nie było - ale czy naprawdę diabeł tkwi w szczegółach?

Olsztyn wykłada więc grube pieniądze i szuka nowego stylu. Nie jest najlepiej – kolejne pomysły rozczarowują. W końcu udaje się wybrać to jedno jedyne logo - wedle zasady, że starych drzew się nie przesadza. Metodą Cekcynu nowe logo czerpie ze starego. Znów różnicę widać w szczegółach i to chyba przyczyna diabła. Wiadomo - dlatego diabeł mądry, że stary. Jak stare logo, które nie było złe. Skoro Bory Tucholskie z niego czerpały, więc znaczy, że w Olsztynie tkwi siła. I siła w liftingu, bo podświadomie nowy znaczek dodaje skrzydeł, gdy stary te loty obniżał. Wizerunek więc odświeżamy, drodzy państwo. Stare grzyby idą w kąt, czas wypuścić nowe pączki! Ktoś już nawet widział przebiśniegi - czyżby przed ratuszem? Inside? Tak, dobry lifting nie jest zły. Tym bardziej, że paliwo też mamy niezłe – proponowane hasło „Przestrzeń radości” brzmi dobrze. Ale czy odzwierciedla rzeczywistość? Pomyśle jutro, gdy będę jechała do pracy zatłoczonym autobusem. Będzie mi do śmiechu?