Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WC. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2009

Prowokacja w Olsztynie: Cejrowski znów nie wziął od gejów

Terapia przeciw homofobii? Takie skierowanie chcieli w Olsztynie wręczyć Wojtkowi Cejrowskiemu geje i młodzi działacze lewicy. Podróżnik zaproszenia nie przyjął, na co homoseksualiści: Będziemy "prześladować" Cejrowskiego aż do skutku!


Oko za oko? Ząb za ząb? Fakt, Wojtek Cejrowski przegina ze swoimi poglądami. Nieraz dał popalić homoseksualistom — nie tylko w Poznaniu, gdy powiedział, że od „pedziów nie bierze, to może być zahivione”. Nie dziwię się więc, że nerwy puszczają. Ale czy przypadkiem w Olsztynie homoseksualiści się nie zagalopowali?

Cejrowski przyjechał do Olsztyna na Paradę Bosych Stóp. Byłam, widziałam, bawiłam się świetnie. Ktoś rozsypał pinezki na ulicy, ale przeszło, minęło. Dopiero dobę po zabawie na redakcyjne skrzynki przyszedł mail od Damiana Chodorka:

Przy okazji wizyty Wojciecha Cejrowskiego w Olsztynie, która miała miejsce 22 sierpnia, działacze Grupy Inicjatywnej Kampanii Przeciw Homofobii Olsztyn, Młodych Socjalistów oraz Polskiej Partii Socjalistycznej próbowali wręczyć podróżnikowi książkę na temat zabezpieczania się przez zarażeniem wirusem HIV oraz skierowanie na leczenie z homofobii. W odpowiedzi usłyszeli: Nie! Grzech sodomski. Mogę się za Was pomodlić, o to żebyście się tego grzechu wyleczyli (...) zła nie tolerujemy!

Wizyta Cejrowskiego odbywała się przy okazji "Parady bosych stóp" i promocji książek, których podpisywanie rozpoczęło się po południu na olsztyńskiej starówce. Właśnie wtedy próbowano wręczyć prezenty od lokalnych środowisk działających na rzecz praw mniejszości seksualnych. Była to reakcja przede wszystkim na stwierdzenie, które padło w Poznaniu: Od pedziów nie biorę. Nie wezmę. Brzydzę się was. To może być zahivione. Inicjatorom akcji nie udało porozmawiać się dłużej, ponieważ ochrona uniemożliwiła dalszą dyskusję. Myśleliśmy, że skoro festiwal jest dla wszystkich, co powinno mieć miejsce w demokratycznym państwie, to także geje i lesbijki mogą swobodnie porozmawiać z gościem uświadamiając mu, że głosi nieprawdziwe informacje na temat dróg zarażenia się wirusem HIV.

Żadnej awantury nie widziałam. Ba — pytałam nawet znajomych, którzy kręcili się przy Cejrowskim. Każdy wzruszał ramionami — geje dali mu popalić? A kiedy?

O sprawie — bazując tylko na mailu od Chodorka — napisała "Gazeta Wyborcza". Chwilę po publikacji pojawiły się pierwsze komentarze. Internauta zapytał: a widział to ktoś? Na co inny dopowiedział: do Cejrowskiego podeszli ludzie, którzy przedstawili się jako geje i lesbijki. Wręczyli mu prezent, ale ochroniarze podróżnika zareagowali. Trwało to może z pół minuty. Cejrowski prezentu nie przyjął.

A miał przyjąć?

Komentarze pod tekstem zostały zablokowane. Domyślam się, że toczyły się ostre boje — internauci nie znają granic i uwielbiają dolewać oliwy do ognia. Ale czasem bywa za gorąco. A czasem nawet dmucha się, by wzniecić ogień.

Gdyby nie mail od Chodorka, sprawa przeszłaby niezauważona. Gdyby nie Poznań, półminutowego incydentu w ogóle by nie było. Nie wypowiedziałby się Robert Biedroń, że Cejrowski to kolejny trudny przypadek. Że działacze KPH będą "prześladować" go aż do skutku, dopóki nie wyleczy się ze swojej homofobii i nietolerancji, albo nie wyjedzie do Ekwadoru, gdzie zostanie natychmiast aresztowany. Bo to kraj, w którym obowiązują surowe przepisy antydyskryminacyjne.

Ale stało się. Na ile jest to jednak nadmuchana wiadomość? Fakt, z zupki z proszku można ugotować niezłe danie. Poza mailem Chodorka innych dowodów brak. Przede wszystkim brak wypowiedzi Cejrowskiego. Myślę, że ukryta kamera zrobiłaby większą furorę niż jednostronna relacja.


A może odwrócić nieco fakty? Co by się stało, gdyby Cejrowski wyprzedził Chodorka i jako pierwszy wysyłał mail do mediów? Może czytalibyśmy wtedy:

Czepiają się mnie, szukają sensacji! Wiem, język mam niewyparzony, ale jeśli pederaści (tak Cejrowski nazywa homoseksualistów) wciąż mnie atakują, więc jak mam się do nich przekonać? Krytykowałem ich raz, drugi, trzeci. Może i przegiąłem pałę, ale… może miałem rację? Skoro oni ciągle skaczą do mnie, burzą się na każde słowo na ich temat… Czy od takich ludzi powinienem przyjmować prezenty? Gdybym przyjął książkę i skierowanie do lekarza, też byłaby sensacja. Że jestem perfidny i jaja sobie z nich robię. Że jestem niepoważny, że zdania własnego nie mam, że nie jestem asertywny. A ja, Wojciech Cejrowski, jestem asertywny. Lubić, nie lubię. Ale o skandale się nie proszę. To pederaści się proszą! Tysiące ludzi się ze mną sfotografowało, tysiącom ludzi dałem autografy — nikt się nie awanturował. Może to byli Żydzi, złodzieje, alkoholicy, narkomani, leworęczni, wegetarianie. Nie chwalili się. Brałem mazak i podpisywałem. Pozowałem do zdjęć, ale nie pozowałem na awanturnika.

Panie Wojtku, ja panu powiem — lubię pana, cenię, ale nie popieram pańskich przekonań. Jest pan katolikiem, więc powinien pan wyznawać, że każdy jest równy. Wiem, że lubi pan krytykować i języka za zębami utrzymać nie potrafi. Ba — nie dba o to! I sam pan sobie piwa nawarzył, że co i raz homoseksualiści nie wytrzymują. Że reagują, że się skarżą i w końcu krytykują — wet za wet. Że podpalają pana jak petardę i czekają, kiedy wybuchnie. A kiedy nie wybucha — walą jak w dym do mediów. A te już popalić potrafią. Sam się pan prosi swoimi komentarzami.

Panie Damianie, rozumiem, że Polak ma waleczną naturę. Wojował z Krzyżakami, zaborcami, hitlerowcami, a teraz wojuje z brakiem tolerancji. I racja, trzeba walczyć z homofobią — podpisuje się pod tym obiema rękami! Tylko dziwię się — czy trzeba robić to w tak kowbojski sposób? Wiele osób ma żal do homoseksualistów, że wojują wybijając się przed szeregi. Parady, transparenty… w końcu maile do mediów. A może lepiej byłoby napisać: podeszliśmy, wymierzyliśmy lufę w stronę tego homofoba Cejrowskiego, ten już przyjął waleczne barwy, ale goryle uniemożliwili nam konfrontację. Czujemy niedosyt, nawet żal czujemy, że nie udało nam się utrzeć nosa temu panu w kwiecistej koszuli. Dlatego wysyłamy mail do szanownych redakcji z prośbą o napisanie, że Cejrowski znów nas obraził. Chcieliśmy dać mu kontrowersyjny prezent, ale facet nie ma poczucia humoru. Bo ma złe poglądy.

Po czyjej stoję stronie? Po niczyjej. Powiem jedynie — nie skaczmy sobie do gardeł. Szkoda życia.


SONDA
Po czyjej jesteś stronie?

Cejrowskiego
Homoseksualistów
Nie mam zdania


Przeczytaj:
Parada Bosych Stóp z Cejrowskim

sobota, 22 sierpnia 2009

Bosy Cejrowski w Olsztynie

Nawet pinezka wbita w gołą stopę nie przekreśla świetnej zabawy, jaką serwuje Wojtek Cejrowski. Podróżnik prowadzi w Olsztynie Paradę Bosych Stóp i pinezki rzucone niczym kłody pod jego nogi bagatelizuje. Pytanie jednak zostaje: nienawiść aż do bólu czy głupi dowcip?


Cejrowskiego albo się kocha, albo nienawidzi — potwierdzają to olsztyniacy. Przychodzą tłumnie na spotkanie z podróżnikiem, wiwatują, kupują książki, fotografują i proszą o autografy. Ale nie tylko — są też tacy, którym WC nie w smak. Rozrzucają na ulicy pinezki, by stopa Wojciecha poczuła, że nie wszędzie żyją jego entuzjaści.


Cejrowskiego można nie lubić — zwłaszcza po incydencie sprzed kilku dni, kiedy to w Poznaniu przyznaje, że brzydzi się gejów. Dosłownie. Oj, panie Wojtku — pan taki oblatany w kulturach i odważny jak mało kto, a tu krzywi się pan na mniejszości seksualne. Rozumiem, można mieć swoje poglądy, ale żeby od razu nazywać tak swoje emocje?

Wojciech Cejrowski zasłynął już wypowiedzią, że nie chce być obywatelem Polski i przenosi się do Ekwadoru. Póki co nie zmienił paszportu i ma się całkiem dobrze w kraju, który tak bardzo krytykował. (...) Cejrowski ma prawo do swoich ekstrawagancji, bo jest człowiekiem mediów i musi sprzedawać siebie do różnych programów, gdzie odgrywa czasami purytańskiego moralistę, czasami globtrotera. Musiał prowokować, aby jego imię nie zniknęło z przestrzeni publicznej. Zabrał nas w podróż boso przez świat i był to rzeczywiście ciekawy cykl, biorąc pod uwagę ofertę programową polskich stacji telewizyjnych. Szkoda, że tak, kiedyś, ciekawej postaci, jaką był Cejrowski, już nie ma, a zamiast Cejrowskiego mamy niedoszłego Ekwadorczyka, głoszącego konieczność podziałów... Po co komu taki Cejrowski?
(Po co komu Cejrowski?)

Oczywiście wniosek nasuwa się jeden — pinezki to weto dla poglądów Cejrowskiego. Słuszne?


Parada Bosych Stóp to fantastyczna impreza. Chylę czoła przed pomysłodawcami — oby więcej takich wspólnych zabaw na świeżym powietrzu. I nie ważne, że większość nie zdejmuje butów, nie ważne, że bosonogich jest zaledwie połowa. Idzie się inaczej niż zwykle — mimo iż dobrze znaną trasą.


A Wojtek Cejrowski? W pewnym momencie zaczynam mu współczuć. Widzę stojącą postać w kwiaciastej koszuli, która niczym automat rozdaje autografy i pozuje do zdjęć. Godzina, dwie, trzy... Uśmiech, zdjęcie, autograf. Uśmiech, zdjęcie, autograf. Dwie panie obok uwijają się zręcznie i kasują pieniądze za sprzedane książki. Uśmiech, zdjęcie, autograf.

W końcu ktoś przynosi mu pierogi, by nie padł z wyczerpania. Lubi ruskie.

I ja idę za tłumem i sama się przy nim ustawiam. Bo książki pisze niezłe, ma gadane i bagaż doświadczeń, którego pewnie nigdy się nie dorobię. Tylko... ile dziś jest Cejrowskiego w Cejrowskim?


— A kiedy napisze pan kolejną książkę? — pyta ktoś z tłumu.
— Dobry autor pisze wolno i nie musi się nigdzie spieszyć. Proszę zapamiętać, Cejrowski pisze wolno, ale dobrze. Po co komu szybkie, ale kiepskie pisanie Cejrowskiego?



Przeczytaj:
Cejrowski: Stopa pochodzi z sawanny

Zobacz więcej zdjęć z parady:
Z Cejrowskim boso po Olsztynie

piątek, 21 sierpnia 2009

Cejrowski: Stopa pochodzi z sawanny

— Na pasterkę idę w butach nie tylko z powodu zimna, ale także ze względu na szacunek dla ludzi dookoła mnie. Na ślub w lipcu poszedłbym w butach, ale już na weselu mógłbym buty zdjąć — mówi Wojciech Cejrowski, podróżnik, który w sobotę poprowadzi Paradę Bosych Stóp w Olsztynie.


Zazdroszczę Wojtkowi Cejrowskiemu. Zazdroszczę, że jedzie... nie że krytykuje, ale że wyjeżdża, podróżuje, smakuje światy, odkrywa. Też mam podobnie — może nie odkrywam kultur, ale gotuje się we mnie krew, gdy nie jadę nigdzie... od miesiąca. Nałóg? Przyzwyczajenie? Taki charakter? Ale stopy mam delikatne. Niestety, gdy stąpam po niepewnym gruncie, odczuwam to nader uciążliwie. Kłuje mnie świat, ziemia. Taki charakter? Cóż, lubię buty. Piękne buty dają tyle przyjemności. Ale z kolei bose stopy dają tyle wolności. I jak tu pogodzić te dwa światy?

Jaką symbolikę mają bose stopy w krajach, w których pan bywa?
— Nie mają żadnej. To raczej u nas bosa stopa zaczyna być symboliczna, gdyż jest odstępstwem od normy. A w krajach tropikalnych bosonogi facet nie zwraca niczyjej uwagi, bo jest jednym z wielu.

Ale Wojtek Cejrowski — bosonogi często i w kwiaciastych koszulach — wzrok przyciąga.

— Nie prezentuję się na pokaz. To co państwo oglądają w TV, to ten sam Cejrowski, którego oglądają moi domownicy. Moja sztuczka polega na tym, że nigdy nie kreowałem sztucznego wizerunku z elementów na pokaz. Nie wszystko państwu pokazuję, ale to, co pokazuję, jest zawsze autentyczne. Skłonność do kiczowatej pstrokacizny miałem od dziecka. Kolorowe mam nie tylko koszule, także ściany w domu i biurze, także samochód... Boso chodzę po domu i po telewizji. Nie widzę powodu, by na siłę coś zmieniać tylko dlatego, że włączono kamery.

Zawsze chodzi pan na luzie?
— Niestety w tej waszej okropnej zniewalającej i biurokratycznej Unii Europejskiej za chodzenie na bosaka po mieście można dostać mandat. Kiedy kręciłem „Boso przez świat” w Sewilli, policjant nakazał mi założenie butów, bo... „gdyby pan wszedł na szkło, to mógłbym pan żądać od władz miasta odszkodowania za złe sprzątanie”. Chore tu macie przepisy i coraz mniej swobody osobistej.

Ale nie zawsze można swobodnie zdjąć buty.
— Zawsze, gdy klimat na to pozwala. I nie chodzi wyłącznie o temperaturę gruntu pod stopami. Klimat to także atmosfera kulturowa. Na pasterkę idę w butach nie tylko z powodu zimna, ale także ze względu na szacunek dla ludzi dookoła mnie. Na ślub w lipcu poszedłbym w butach, ale już na weselu mógłbym buty zdjąć.

Bosy, w naszym znaczeniu, to biedny. Czy wszędzie tak do tego podchodzą?
— Nie wszędzie. Na wyspach Pacyfiku żyją szczęśliwi ludzie, a klimat nie wymaga od nich ubrania ani obuwia. Chodzą po miękkim białym piasku i buty byłyby niepotrzebnym utrudnieniem. Na ogromnych obszarach Brazylii jedynym obuwiem, jakie mają ludzie, są gumowe klapki — nic innego im nie jest potrzebne. Na co dzień chodzą boso, a od święta, na przykład do kościoła, zakładają te klapki.

A jaka jest stopa życiowa Polaków? — na tle tej z innych krajów, dzikich plemion. Czego może innym zazdrościć?
— Wolności. Polak, przynajmniej na razie, został niewolnikiem swojej pracy, dorabiania się, nadrabiania zaległości wobec Europy. Pogubiliśmy ułańską fantazję, zapomnieliśmy jak miło jest się dzielić nasza biedą z innymi. Na razie Polak dorabia się , zarabia, zbiera, gromadzi... nie potrafi być szczodry, dbać o innych. Mam nadzieję, że ten stan minie.

Twierdzi pan, że prawdziwy świat można poznać tylko robiąc to, co tubylcy. Na ile Polak, Europejczyk musi się przełamać, by stać się ,,tubylcem”?
— Przełamać? Jeśli ktoś musi się przełamywać, to znaczy, że chyba źle wybrał kierunek podróży. To powinna być przyjemność, a nie przełamywanie własnego oporu. To powinno być wchodzenie w tubylczą kulturę z ciekawości, a nie z oporami, z obrzydzeniem, wbrew sobie... Ja się nie przełamuję, raczej z wypiekami na twarzy myszkuję sobie pośród obcych kultur, jak mały chłopiec, któremu po raz pierwszy pozwolono wejść do warsztatu zegarmistrzowskiego dziadka.

Krąży pan po świecie, a na Warmię i Mazury pan zagląda? Co tu pana zachwyca albo odraża?
— Ja jestem z Pomorza, a konkretnie z Kociewia. Mamy tam lasy i jeziora, więc nie mam potrzeby szukać lasów i jezior mazurskich — siedzę u siebie i majtam nogami, nie żałuję wcale, że nie jestem z wami, jak śpiewał Tomek Szwed, a ja za nim.

A Olsztyn? Olsztyn pan widzi ogromny, czy może czegoś naszemu miastu brakuje w pana oczach?
— Za mało znam Olsztyn, by mieć prawo do wskazywania braków. Może tylko jeden — chciałbym, by Olsztyn wspierał jednego doskonałego grajka, którego tutaj macie. Cezary Makiewicz zasługuje na ogólnopolską sławę.

Przeprowadzi pan olsztyniaków boso po mieście. My już zacieramy ręce, a pan zaciera... stopy?
— Nie zacieram. Ja raczej moje stopy ignoruję. Kiedy człowiek sporo chodzi boso, jego stopy przypominają sobie, że homo sapiens pochodzi z afrykańskiej sawanny. Natura zaczyna reagować na bodźce i dość szybko odtwarza grubą podeszwę, podobną do podeszwy psa, czy każdego innego dzikiego zwierzęcia. To z powodu tej grubej podeszwy mogę sobie komfortowo chodzić po żwirze. Czuję tyle samo, co pani przez podeszwę w trampkach. Wystarczy pochodzić boso dwa tygodnie. Stopa sama sobie poradzi. Wiedzą to dzieci, gdy wyjadą na wieś na wakacje — na początku wakacji trochę kłuje, ale pod koniec sierpnia biegają po rżyskach.

Parada Bosych Stóp odbędzie się 22 sierpnia o godz. 12 w Olsztynie. Jest jedną z atrakcji Festiwalu Strefa Przygody.

Przeczytaj też:
WC to nie oranżadka

niedziela, 3 maja 2009

Cejrowski: WC to nie oranżadka

— Pierwszą noc w Meksyku spędziłem z żebrakami na kratkach od metra, bo tam było ciepło — wspomina Wojciech Cejrowski. — A potem robiłem drinki.

Tego faceta jadłabym łyżkami. Smakuje mi jego mądrość, dowcip i pewność siebie. Wojciech Cejrowski dobrze zna swoje imię i nazwisko. Świetnie zna też swoje inicjały. WC brzmi dumnie!

Panie Wojtku, kim chciał pan zostać, gdy był małym chłopcem?
— Papieżem. Chciałem udowodnić światu, że Polak potrafi. Zrezygnowałem, kiedy wybrano Karola Wojtyłę - cel został zrealizowany, a ja mogłem się zająć zostawaniem milionerem, bo to był mój plan B. Udało się. Był jeszcze plan C - pisarz. Udało się. Teraz bardzo chciałbym zostać profesorem antropologii i wykładać na uniwersytetach. Taki wiek - człowiek zebrał pewną porcję wiedzy i teraz czas się nią zacząć dzielić.

Co jak co, ale pana inicjały biją na głowę. Dobrze że nie chciał pan zostać babcią klozetową, a wyszedł na ludzi... Jednak z WC nie było tak łatwo. Miał pan przykrości?
— Przykrości mnie nie obchodzą, bo... pochodzą od nieżyczliwych małostkowych ludzi. Zawsze starałem się jakoś mimo wszystko przekuwać moje wady na sukces. Wychodzę z założenia, że wszytko da się sprzedać (to ten milioner we mnie). No i chyba udowodniłem, że moje nieciekawe inicjały - WC - to całkiem niezły towar. Sprzedałem je w tytule "WC Kwadrans" i natychmiast stałem się rozpoznawalny. Posługując się pełnym imieniem i nazwiskiem nie dorobiłbym się "nazwiska" tak szybko.

A gdy wydoroślał pan, świat stanął przed panem otworem. Na pewno pamięta pan swoją pierwszą podróż – co to była za przygoda?
— To akurat opisałem dość dokładnie w książce "Gringo wśród dzikich plemion". Brakowało mi forsy na bilet lotniczy do Meksyku. Nie zastanawiając się wiele sprzedałem lodówkę i kupiłem bilet. W Meksyku wylądowałem z osiemnastoma dolarami w kieszeni. Na trzy miesiące to trochę mało, więc pierwszą noc spędziłem z żebrakami na kratkach od metra - tam było ciepło - a potem poszukałem sobie pierwszej pracy. Ostatecznie wylądowałem jako barman w najdroższym hotelu w Acapulco. Dodam jeszcze, że potrafiłem wtedy robić tylko dwa drinki - Margaritę i Pina Coladę. To była prawdziwa przygoda! (śmiech)

A skoro już o przygodach – ta najbardziej zadziwiająca... Co to było?
— Jeszcze nie było. Ja dopiero zaczynam.

Odkrywa pan nieznane plemiona. Według pana – w czym one są lepsze i mądrzejsze od Polaków?
— A bo ja wiem? Słowo "lepsze" nie bardzo pasuje. Bo o co niby chodzi? O to, że są lepsi w strzelaniu z łuku chyba nie, prawda? Czyli "lepsi" w sensie dobra wyższego i mądrości życiowej? Tak nie bardzo się da wartościować ludzi, a już szczególnie kultury. Mogę pani powiedzieć czego ja, jako Polak, zazdroszczę Indianom. Boga. Oni są bliżej Boga, nie znając go, niż ja, który codziennie czytam Biblię i modlę się na różne sposoby.

Uwielbia pan Amazonię, więc... Amazing Amazonia. Ten obszar nazywa się roślinnym piekłem. Spotkał pan tam diabła?
— Diabeł jest wszędzie, on chodzi za człowiekiem i... najczęściej siedzi w środku - w ludziach. Boję się więc złych ludzi - na przykład komunistycznej partyzantki w Kolumbii. Natomiast nie boję się zielonego "piekła" tropikalnej puszczy. Natura bywa groźna, ale jest też przewidywalna - zwierzęta i rośliny zachowują się według swoich naturalnych instynktów czyli schematów. Człowiek natomiast jest groźny, bo nieprzewidywalny.

Opisuje Pan swoje wyprawy wydając książki. Na ile słowo i zdjęcie może oddać klimat odwiedzanych przez pana miejsc?
— Nie umiem tego ocenić. Mogę się tylko bardzo starać. I mam wrażenie, że moje książki robią na ludziach mocne wrażenie. Niekoniecznie identyczne z moim wrażeniem z opisywanych miejsc, ale na pewno mocne. Staram się pisać wyraziście. Moje książki to nie oranżadka, tylko mocna Margarita z podwójną tequilą. Jak rozśmieszać, to do posikania w gacie, jak wzruszać to do szlochu w poduszkę - taki jest mój pisarski cel. I z listów wynika, że często mi się udaje.

Słynie pan z ostrego języka – legendarna rozmowa z Frytką może służyć za przykład. Dlaczego lubi Pan czasem ludziom dokuczyć?
— Nie lubię dokuczać. Dokuczanie to efekt uboczny konfrontacji. A idee, poglądy, systemy filozoficzne, moralne... wszystko to wymaga dyskusji, wymaga ścierania się poglądów przeciwstawnych, wymaga... konfrontacji. Jezus działał nie tylko miękką ręka miłości - on także ukręcił bicz z powrozów, krzyczał na przekupniów, używał ostrego słowa przeciw faryzeuszom... Staram się brać przykład z Nauczyciela.

piątek, 6 marca 2009

Pisać o pisuarach nie wolno

Nowe WC na dworcu PKP w Olsztynie powala na kolana. To najdroższy i najładniejszy szalet w najbrzydszym budynku miasta. Wiadomo - luksus kosztuje. Tylko dlaczego siedziba olsztyńskiej toalety mieści się w Kielcach?

Olsztyński dworzec dotychczas niczym nie mógł się pochwalić. Przeprowadzone kontrole zarzucały brak poczekalni, fatalne posadzki, perony w złym stanie technicznym oraz śmieci walające się po budynku i peronach. Zastrzeżenia wzbudzała też zniszczona elewacja budynku.

Dziś jest inaczej. Od kilku dni wizytówką zmurszałego dworca jest świeża toaleta. Stara została poddana liftingowi za – bagatela! – pół miliona złotych i brudu ze świecą szukać. Wybrałam się więc tam nie za potrzebą, a zawodowo. Tym bardziej, że już kiedyś pisałam o szaletach miejskich, więc temat jest mi "bliski".

Schodzę (bo przybytek mieści się w piwnicach dworca głównego PKP), przedstawiam się i chcę przyjrzeć się marmurom, bidetom i prysznicom. Babcia klozetowa informuje mnie jednak, że rozglądać się nie wolno. Wolno się tylko załatwiać. Za jedyne 2,50 zł!

Nie czuję potrzeby, ale tłumaczę, że chcę napisać tekst o nowej toalecie. Babcia oczy w słup!
- Nie nadaję się do gadania! Ja zresztą nie jestem upoważniona. Takie gadki to z kierownikiem.
- W takim razie proszę poprosić kierownika.

Babcia klozetowa obraca się na kręconym krześle, otwiera drzwi, jakie ma za plecami i woła:
- Panie kierowniku! Ktoś z gazety do pana!

I oto za pięć minut przed oczyma staje mi młokos, co ledwo goli wąs pod nosem. Młodzieniec w siwej bluzie dresowej, z ręką w kieszeni, z uśmiechem amanta dla nastolatek.
- Pan jest kierownikiem? – oczom nie wierzę.
- Tak, jestem kierownikiem tej toalety.

Tłumaczę, jaki jest cel mojej wizyty. Kierownik patrzy, ale jakby nie słucha. Nie dziwię się - odpowiedź ma już przygotowaną:
- Proszę zadzwonić do Kielc. Tam jest szef i on z panią porozmawia. Ja tu tylko pracuję.
- Mam rozmawiać z Kielcami o olsztyńskim szalecie?
- Tak, tam znajduje się siedziba.
- Siedziba olsztyńskiej toalety w Kielcach?

Fakt jest faktem, a absurd absurdem. I jeszcze jedno jest pewne - dziennikarzom nie wolno wchodzić do publicznego szaletu dworcowego. Wstęp płatny mają pasażerowie i wszyscy, którzy muszą za potrzebą. Tylko ci są tolerowani przez fotokomórki i przez babcię klozetową. Dziennikarz jest już nadprogramowy. Marmury, pisuary i prysznice mają inne przeznaczenie. Pisać o nich nie wolno.

Młokos niestety nie może mi pomóc, ale uśmiecha się do babci klozetowej – znaczy, że szanuje swój personel. Kobietka odwzajemnia mu błyskiem oka. Ma z pięćdziesiąt lat, zielony fartuch i włosy z odrostami. Cechuje ją też szacunek do kierownika – nie ważne, że mógłby być jej wnukiem. Grunt to honor!

Ale, ale… O Olsztynie mam rozmawiać z Kielcami? Młokos daje mi numer do swojej „góry”. Mówi: niech pani prosi Tadeusza. Wybijam więc numer na komórce, czekam aż usłyszę głos Tadeusza. Ojciec dyrektor? Zgłasza się jednak sekretarka i mówi, że szef oddzwoni.

W oczekiwaniu na telefon łapię młode małżeństwo z Łukty. Akurat przyjechali do Olsztyna. Ona ogląda galerię plakatów, jaka zdobi wejście do toalety. On korzysta właśnie z WC. Ale za chwilę wychodzi i chętnie dzieli się wrażeniami. Jest zachwycony.
- W tylu toaletach bywałem, a ta naprawdę robi wrażenie! – mówi. – Aż miło wejść i skorzystać. A pamiętam jak było przed remontem. Szkoda gadać. Facet jakoś dawał radę się wysikać, ale kobieta musiała już się namęczyć. Nie było czysto, nie było przyjemnie. A teraz pierwsza klasa! Nawet na lotnisku w Gdańsku nie ma takich rarytasów! Niestety cena powala. Poprzednio płaciło się 1,50 zł za wejście, a dziś o złotówkę drożej. Widać, że kryzys nie omija nawet toalet. Bo jak człowiek musi, zapłaci.

Dzwonią Kielce. Niestety nie Tadeusz, ale inny ojciec dyrektor.
- W Olsztynie nie upoważniliśmy nikogo do rozmów z prasą. Dwa dni temu było otwarcie i wtedy mieliśmy dzień otwarty dla dziennikarzy – przyznaje Paweł Łukaszewski, szef olsztyńskiej toalety z Kielc. – WC jest dopiero po remoncie, za jaki zabrała się nasza firma. Szukamy człowieka, który mógłby zarządzać szaletem w naszym imieniu.
- Ale Olsztyn już ma kierownika!
- To kandydat na kierownika. Zobaczymy jeszcze, czy się sprawdzi.
- Czy się sprawdzi? Ma czas, młody jeszcze… A ile on ma lat?
- Właśnie, jak sama pani zauważa, to bardzo młody chłopak. To kandydat, ale jeszcze nie kierownik. Jak kierownik będzie na miejscu, wtedy będzie mogła pani z nim porozmawiać.


Olsztyńska toaleta jest jak prezydent. Trzeba umówić się na spotkanie. I poczekać, aż prezydent zejdzie z tronu.

Ciekawe linki:
Dworzec w Olsztynie nie ma żadnych szans
Obiecanki-cacanki, a podróżnym ciągle smutek