Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dowcip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dowcip. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 kwietnia 2010

Bukartyk: Strzelałem do ludzi z balkonów

— Ja zawsze byłem, i jestem nadal, wesoły chłopak, ale nikogo nie robiłem w konia. Sam za to wpadałem w sidła, bo byłem łatwowierny. Milion razy nabierali mnie w prima aprilis — twierdzi Piotr Bukartyk, piosenkarz.


Piotr Bukartyk jest jak kumpel. Ile razy już z nim rozmawiałam? Nie wiem. Ale zawsze jest zabawnie.

Robisz psikusy w prima aprilis?
— Z żoną zrobiłem sobie psikusa dwa lata temu. Teraz go przewijam, karmię, zabawiam i nie mam czasu na żarty. Dzisiaj jestem człowiek poważny, dzieciaty i nie w głowie mi wymyślanie psot. Nie skupiam się na życiu rozrywkowym tak, jak skupiałem się kiedyś. Ja zawsze byłem, i jestem nadal, wesoły chłopak, ale nikogo nie robiłem w konia. Sam za to wpadałem w sidła, bo byłem łatwowierny. Milion razy mnie nabierali.

Czyli?
— Pamiętam, że raz przejechałem pół Polski, żeby dać koncert. Jechałem z kumplem, jechałem... Aż na miejscu okazało się, że grania nie ma.

Kląłeś?
— Jak szewc! To było strasznie dawno temu, ale się nie gniewałem. Psikusa zrobił mi kolega, na którego nie można się gniewać, bo to złoty chłopak. Kłopot jednak pozostał, bo kawał czasu straciłem i kawał drogi przejechałem. Wiesz, jak się człowiek czuje, gdy przejedzie paręset kilometrów pociągiem... W tej chwili się śmieję, więc efekt tego dowcipu jest. Szkoda tylko, że po tylu latach. Tylko błagam wszystkich moich kumpli, nie powtarzajcie tego kawału!

Ale nie wierzę, że nigdy nikogo nie wkręciłeś...
— Jak byłem mały to może kilka razy mi się udało. Wtedy wszystkie dzieci się wkręcało i zazwyczaj dowcipy się udawały. Bo żartowało się z głupot — a to plama na tyłku, a to mucha na głowie. Przemyślane, zaplanowane akcje zazwyczaj nie wypalały. I ja się na plamę nabierałem. Ba — i nie tylko na plamę! Ja jestem delikatny człowiek i najgorszym nieszczęściem od lat jest wkręcenie mnie, że wlazłem w psią kupę. Strasznie reaguję i jestem gotów wyrzucić buty do kosza. Nie cierpię takich niespodzianek! A niestety prima aprilis przypada na taki czas, że śniegi odchodzą w zapomnienie i pojawia się brązowy pejzaż trawników. Jak się chce przejść, trzeba slalomem chodzić. Idę więc tak, jakbym był pijany, a nie jestem. Psie kupy działają na mnie przerażająco. Kocie kupy aż takiego wrażenia na mnie nie robią. Nie wiem dlaczego.

A 1 kwietnia robi na tobie wrażenie?
— Nie mam nic przeciwko takiej zabawie. Lubię, kiedy ludzie się weselą i każdy pretekst do imprezy jest dobry. Ale nie każda forma szaleństwa mi odpowiada. Śmigus dyngus jest dla mnie problematyczny. Uwielbiałem go, kiedy sam z kolegami polewałem, a teraz znoszę go źle, bo nie polewam, ale jestem ganiany. Dziś małolaty z wiadrami pozwalają sobie na zbyt wiele.

Przyznaj, na pewno nie byłeś lepszy.
— No nie... Ale wyrosłem i zapomniałem, że byłem jednym z małolatów! Tak, bawiłem się ostro. Pamiętam, jak w czasach mojego dzieciństwa budowano wieżowce. Było to dla mnie wielkie wydarzenie, więc musiałem te polskie komunistyczne drapacze chmur wykorzystać. Jak? Z najwyższego balkonu atakowałem ludzi. Było to dla mnie pierwsze zastosowanie prezerwatywy. Śmieszyły mnie takie spadające gumki z nieba. Dziś już z tego wyrosłem, więc wszystkie panie w lany poniedziałek mogą czuć się bezpiecznie.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

GPS gratis do grata

Reklama dźwignią handlu? Prawie. Wystarczy odpowiednio nazwać, a już sprzedawany przedmiot zyskuje na wartości. Samochód przede wszystkim.




Rozmowa dwóch panów:

— Jak będę sprzedawał swój samochód, napiszę, że to niebywała okazja.

— Ten grat to okazja?

— Tak, bo dam nawigację GPS gratis. Żadne auto takiego nie ma.

— Żadne nie ma GPS-a? Na głowę upadłeś?

— Nie. Bo to papierowa nawigacja. Mapę dołożę.

czwartek, 12 listopada 2009

Zero seksu aż do świąt?

Dziewczyna o jednym, chłopak o drugim. Znaczy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?


Mikołaje już kwitną w centrach handlowych. Autobusy są pełne nie tylko zastygłych twarzy, ale i ciekawych spostrzeżeń. Dziewczyna do chłopaka:
— Zaczął nam się już się okres świąteczny.
— Nam?
— A komu? I będzie trwał aż do Bożego Narodzenia.
— To nie będzie przez ten czas bzykania?

wtorek, 29 września 2009

Co się teraz dzieje w polskiej polityce?

Co tam, panie, w polityce? Aż strach myśleć. Anegdota Holoubka zdaje się być wiecznie żywa, wiecznie prawdziwa i wiecznie fantastyczna. Za każdym razem — gdy czytam, słyszę, opowiadam — śmieję się do łez. Zresztą nie tylko ja.


Redakcyjny kolega P. popłakał się dziś ze śmiechu, gdy podsunęłam mu tę anegdotę. Nie mógł się opanować, a ja patrzyłam i podziwiałam płaczącego mężczyznę po czterdziestce. Widok niecodzienny. Pyszny wręcz!

Przytoczę taki obrazek obyczajowy, który moim zdaniem dobrze ilustruje to, co się teraz dzieje w polskiej polityce. W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: „Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: „Odpierdol się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: „Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!” Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: „A pan jest chuj!” Przy czym strażak na posterunku też już był inny. Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju.

Autor: Gustaw Holoubek. Boski, prawda?

czwartek, 13 sierpnia 2009

Rower w mieście? Uważaj na czołg i walec!

Jesteś miejskim rowerzystą? To masz problem — jeden, drugi, trzeci… Poznaj „Cycling Survival", czyli zasady pedałowania zebrane przez miejskich cyklistów.


1. Ulice są pełne pijanych morderców w zepsutych samochodach.

2. Kierowca, nawet gdy na ciebie patrzy, to cię nie widzi.

3. Pojazd wyjeżdżający z drogi podporządkowanej (a tym bardziej z podjazdu do własnego garażu) na pewno wyjedzie przed tobą na jezdnię.

4. Im większy pojazd, tym większe pierwszeństwo (czołg i walec mają nadpierwszeństwo).

5. Zza autobusu stojącego na przystanku na pewno wyjdzie kobieta w ciąży (masa daje poczucie bezpieczeństwa).

6. Zza samochodu, którego kierowca uprzejmie udziela ci pierwszeństwa, na skrzyżowaniu wyskoczy taki, któremu się śpieszy i cię nie widzi.

7. Z wyprzedzającej cię ciężarówki będzie zwisał łańcuch z hakiem.

8. Staruszka chwiejąca się na krawędzi chodnika pomiędzy zaparkowanymi samochodami zacznie przechodzić przez jezdnię w momencie, gdy nadjedziesz.

9. Kałuża, przez którą właśnie przejeżdżasz, okaże się otwartym włazem do burzowca i będzie sięgać do środka Ziemi.

10. Pies spacerujący po chodniku rzuci się na ciebie, gdy będziesz zajęty rozwiązywaniem problemu wymijania zaparkowanego TIRa i autobusu z przeciwka.

Warto też wiedzieć, że samochody są jak rekiny: niektóre są względnie nieszkodliwe (rekin szary) lub atakują w określonych warunkach, inne zaś atakują zawsze, jak Spielbergowski biały rekin ze "Szczęk". Do samochodów względnie bezpiecznych można zaliczyć Citroena 2CV, odrestaurowane samochody muzealne oraz te zepsute, stojące na cegłach.

Do najbardziej niebezpiecznych zaliczają się:

1. Czarne (szczególnie przemalowane i stare) BMW, mające dymne lub lustrzane szyby, za kierownicą osobnik ok. 20 lat (nowobogacki z kompleksami).

2. Terenowe "4WD", szczególnie w ciemnych kolorach, z rurowym, chromowanym grillem chroniącym chłodnicę (macho).

3. Samochody z naklejką: "Uwaga, dziecko w samochodzie" (to ci, co sądzą, że z powodu dziecka w samochodzie prowadzą pojazd uprzywilejowany i powinny ich obchodzić inne prawa fizyki).

4. Demenci dwusuwowi z rozszerzeniem na 126p i stare 125p (zerowa percepcja, zerowy refleks i stosowanie poczucia godności własnej do zasad ruchu drogowego).

5. Furgonetki, szczególnie w okolicach bazarów (kierowca zajęty jest obliczaniem przychodu i rozchodu, szuka miejsca do parkowania i jest sfrustrowany).

6. TIRy (kierowcom płacą za to że jadą, nie za to że się zatrzymują).

7. Taksówki stojące (szczególnie na postojach znanych jako mafijne), ich kierowcy to wesołe chłopaki, które lubią komuś zrobić fajny kawał.

8. Taksówki jadące (większość taksówkarzy na całym świecie sądzi, że ma wyłączność na znajomość zasad ruchu).

9. Faceci z panienkami w samochodach (starają się zaprezentować swoje możliwości za pomocą samochodu).

10. Samochody, które właśnie zaparkowały i otwierają drzwi prosto w twarz nadjeżdżającemu.

poniedziałek, 25 maja 2009

Co piłka znaczy dla pupy?

Niby piłka jest okrągła. Niby. Inaczej patrzy na nią kobieta, inaczej mężczyzna. Ot, jeden sport, a różny punkt widzenia.


Zasłyszane na osiedlowym boisku do kosza:

Kobieta: Gramy, by pupę zrzucić.
Mężczyzna: A my gramy, by pupę podnieść!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nieprawdaż?

poniedziałek, 11 maja 2009

Poetka z Częstochowy

Świat jest tak wielki i bogaty, a życie tak pełne różnorodności, że nigdy nie brak okazji do wierszy. Dlatego czasem warto im się przyjrzeć. W autobusie poezja to nawet święte słowa. I odkrywa nowe horyzonty!


Podróż przegubowcem. By zabić czas, koleżanka wymyśla quiz poetycki. Recytuje fragmenty wierszy z pamięci, a my zgadujemy autora.

Julia: szukam cię w miękkim futrze kota
w kroplach deszczu
w sztachetach
opieram się o dobry płot

Nie wiemy. Może jakaś podpowiedź?

Julia: Jak to nie wiecie? To poetka z Częstochowy!
Sebastian: Matka Boska?

PS. Odpowiedź: Halina Poświatowska

piątek, 8 maja 2009

Portret egoisty

Jak wygląda egoista? Wystarczy przyjrzeć się i przysłuchać. Opowiada o sobie zazwyczaj śpiewająco. I ja to udowadniam!

Człowiek z natury jest egoistą - myśli o sobie. Gdy jest głodny i ma tylko jedną kromkę chleba, zje ją sam.

Egoiści zazwyczaj jeżdżą autobusami i tramwajami. Tu nie ma przyjaźni, a przejawy altruizmu są wymuszone.

Listonosze są często egoistami. Zostawiają awizo w skrzynce na dole, bo nie chce im się wchodzić na czwarte piętro.

I bracia syjamscy mogą być egoistami.

Osoby na świeczniku też mogą być egoistami.

To oczywiste, że każdy lider jest narcyzem i egoistą. Ostatnio namnożyło się nam liderów. Liderem może być mały siwy facet z głupim uśmieszkiem i nowoczesna lodówka z odtwarzaczem kompaktowym oraz przyrządem do masowania stóp. (…) Megaegoistami są liderzy grup artystycznych. Tu już nie ma zmiłuj! Lider grupy muzycznej, teatralnej czy jakiejkolwiek innej to zwykle przewrażliwiony na swoim punkcie narcyz, przekonany, że mu słońce z tyłka świeci. Taki to myśli wyłącznie o sobie i swoim geniuszu. Znany jest przypadek słynnego polskiego aktora, który po zejściu ze sceny zwykł komentować publiczność, mówiąc do kolegów aktorów zawsze to samo: - Jakie oni mają szczęście, że mogą mnie oglądać na scenie!
Lider na ogół jest kabotynem i jako jedyny nie ma o tym pojęcia. Traktuje siebie zawsze z wielką powagą i wymaga tego także od otoczenia, które co prawda dostrzega owo kabotyństwo, ale milczy, gdyż uznaje pozycję lidera. Uwagi powyższe nie dotyczą jedynie liderów w wyścigach. Tu sprawa jest prosta jak struktura organizacyjna Samoobrony. Lider wysuwa się na przód, bo ma silniejsze nogi albo szybszy samochód.
(Krzysztof Skiba, Egoizm liderów)

A jak wygląda egoista? Nosi wąsy? Okulary? Beret? A może żeluje loki na głowie?

Egoista najczęściej wygląda przez swoje okno na świat. I wygląda normalnie. Dlatego postanowiłam zabawić się w komedianta, parodystę, kabareciarza i przedstawić egoisty portret własny. Jeśli ktoś znajdzie podobieństwo, powinien się zawstydzić. Albo i nie. Po co wstyd sobie przynosić?

Podkreślam też przy okazji, że egoista poliglotą nie jest i zna tylko jedno słowo. Zna je nawet śpiewająco! To oczywiście: JA, JA, JA…

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Ani Mru Mru: Szykuj się Waldek!

Jaki jest sposób na długodystansowe rozśmieszanie Polaków? — Pożyczyliśmy sobie grube pieniądze i podpisaliśmy weksle — zdradza Kabaret Ani Mru Mru — Nasze zobowiązania stracą ważność dopiero w 2044 roku.

Śmiech to najmądrzejsza i najłatwiejsza odpowiedź na wszystko, co dziwaczne. Ale nie zawsze. Kabarety mają to do siebie, że śmieją się – a właściwie zmuszają do śmiechu – z tego, co najprawdziwsze i w rzeczywistości jest najbardziej fair. Taka też – fair oczywiście – była rozmowa z Marcinem Wójcikiem, ojcem Kabaretu Ani Mru Mru. Gdy gadaliśmy (gawędziliśmy), miałam wrażenie, że moglibyśmy tak jeszcze ze trzy godziny. A niby kabaretów nie lubię. Ba — ale kabareciarzy i owszem!

Człowiek rodzi się głupi i głupi umiera. Czego w takim razie uczy się przez całe życie?
— Głupot się uczy! A ma ich na swoim koncie wiele — jak prowadzić niezdrowy tryb życia, jak robić wszystko, by nie być szczęśliwym. To straszne, ale cóż — życie jest straszne. Mogę też opowiedzieć o sobie, jakie głupoty siedzą mi w głowie. O, na przykład robię głupie miny. Nie potrafię też sobie odmówić różnych rzeczy. Tak jest ze słodyczami, papierosami i czasem z alkoholem. To są głupie rzeczy, ale za to przyjemne. No, może słodycze nie są głupie, ale papierosy to już głupota pierwszorzędna.

A można nie dać się głupocie?
— Jestem facetem, więc co ja mogę powiedzieć? Całe życie jestem skłonny do głupot. Faceci dorastają tylko do czwartego roku życia, a potem już tylko rosną...

Rosną i palą.
— No ba, podpisuję się pod tym dwoma rękami. Ale jest jeszcze inna głupota, której faceci po czwartym roku życia nie potrafią sobie odmówić. Mam trzydzieści pięć lat i klika dni temu kupiłem sobie konsolę do gry. Cieszę się jak głupi! Ale równie dobrze te pieniądze mogłem przepić — jako że to jedna z głupot. Ale jestem kulturalny chłopak i wydaję kasę na trzeźwą rozrywkę.

Stuknęło wam dziesięć lat istnienia Ani Mru Mru, więc to wiek prawie dojrzały. Też dojrzewaliście do czwartego roku?
— Nam się tak nie wydaje. Jako kabaret — wedle moich odczuć — rozwijamy się cały czas. Na pewno teraz wolniej niż na początku. Ale każdy człowiek tak ma, że w pierwszych latach idzie jak burza, a potem zwalnia, bo jest mu trudniej. Ale wiesz, my nad naszym rozwojem się nie zastanawiamy. Chcemy robić nasz kabaret najlepiej, jak potrafimy i długo, długo. Jak nam widzowie pozwolą, będziemy się wygłupiać, ile wlezie. Tym bardziej, że trochę więcej nam wolno. Już w czasach średniowiecza błazen mógł powiedzieć królowi, co myśli — bez żadnych konsekwencji. Z nami jest podobnie i wiele rzeczy uchodzi nam płazem. Rzadko z tego korzystamy na scenie, a w życiu? Też czasem się zdarzy pobłaznować. Ludzie traktują nas jako głupszych od siebie.

Macie dziesięć lat, więc pokaźny wiek. Ale do czego jeszcze nie dojrzeliście?
— O kurde, jakie trudne pytanie. Nie dojrzeliśmy na pewno do podsumowań. Dziesięciolecie traktujemy jako urodziny, a nie jako bilans.

Będzie więc tort ze świeczkami?

— Tort? W zespole jest Waldek, który szybko pożera wszystko, co jest duże i słodkie. Tak naprawdę planujemy cykl bankietów, więc tort się zapewne pojawi. Szykuj się Waldek! Ale wracając do dojrzewania — nasz kabaret nie dojrzał do moralizatorskiego tonu. Nie wytykamy błędów na scenie, nie zwracamy uwagi publiczności. Im mniej zadęcia, tym dla nas lepiej. Świetnie bawimy się na scenie i na tym nam zależy. Ale nie jesteśmy jak Jerzy Kryszak, którego bardzo cenię.

No tak, i włosów takich nie macie...
— Jak to nie? Michał ma na klatce piersiowej!

Wasz trzyosobowy skład pozostaje bez zmian. Co was trzyma przy sobie?

— Pożyczyliśmy sobie grube pieniądze i podpisaliśmy weksle. Niestety. Nasze zobowiązania stracą ważność dopiero w 2044 roku.

A kłócicie się czasem?
— Jasne, że tak. Jesteśmy facetami z silnym ego i spieramy się dosyć często. Ale też bardzo się przyjaźnimy jak łyse konie.

Jakie łyse? A owłosiona klata Michała?
— No tak! Ale tak mamy, że wszystkie problemy potrafimy rozwiązać w ciągu dziesięciu minut sposobem żołnierskim. Ma być spokój i zaraz jest. Jesteśmy błyskawiczni jak zamek. Ale wiesz, o co najczęściej się kłócimy? Ten rozdział mogę nazwać: "Michał się spóźnia". Można na niego godzinę czekać, mimo iż powiedział, że już schodzi. Ale jak schodzi, jak na przykład kładzie się, by się zdrzemnąć? I gdy już się wyśpi, schodzi do nas i w samochodzie następuje trzęsienie ziemi. Michał potem obiecuje, że będzie punktualny, ale... Michał nie kameleon.

Mówi się, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Który z was wychodzi na plus?

— Oczywiście, że zawsze ja mam rację.

A czym zaskakuje was publiczność?
— Szkoda, że panie nie rzucają swojej garderoby na scenę. Biustonosze zawsze są mile widziane. Ale kiedyś jakiś facet spod Torunia rzucił gacie i swoją piżamę w stronę Waldka. Ale nie wiem, chyba nie piszą do siebie, nie dzwonią... Nic tymi rzutami nie wskórał.

A robicie sobie kawały?

— Kiedyś, jak grałem króla, koledzy przyczepili mi dzwoneczek do korony. Co ruszyłem głową, słyszałem dzwonienie. A Waldkowi bardzo często na kapelusz przyklejamy jakieś plastry z napisami. On wychodzi tak na scenę — nie ma pojęcia, że coś ma na głowie oprócz kapelusza. Takie żarty dla widzów są nie do uchwycenia. Jedziemy sobie samochodem, gadamy na jakiś temat, a potem na scenie żartujemy. Ze dwa razy w tygodniu nam się zdarza, że pękamy ze śmiechu. Ludzie śmieją się z czego innego, my z czego innego. Bawimy się kabaretem.

Gdzie przebiega granica parodii, wyśmiewania?
— Kiedyś myślałem, że granica żartu pokrywa się z granicą dobrego smaku. Dziś mi się zmieniło i jeśli wymyśli się dobry żart, który nikogo nie obrazi, ujdzie. Ale nie żartuję nigdy z pedofilii i przemocy domowej. Z tego ciężko zrobić żart. Jednak z papieża, księdza nie boję się żartować. Nie boję się też zażartować z niepełnosprawnej osoby. Wiem — bo mam kontakt z takimi osobami — że bawią ich tego typu gagi. Mają ogromny dystans do siebie. Jeśli już ktoś się obraża, to są to osoby pełnosprawne.

Dlaczego człowiek musi się śmiać?
— Śmiech pobudza jego cały układ krwionośny. Wydzielają się hormony szczęścia, a to wpływa na ogólny stan zdrowia człowieka. Nie bez powodu mówi się, że śmiech to zdrowie.

A wy dlaczego musicie rozśmieszać?

— Przecież podpisaliśmy weksle!

Często bywacie na Warmii i Mazurach?

— Piekielnie nam się te tereny podobają. Ale mamy tak ułożony kalendarz, że rzadko do was wpadamy. Szkoda.

Wasz grafik rzeczywiście jest nabity. Macie tournee jak zespół rockowy.
— Tak, ale Rolling Stonesi jadą w trasę raz na trzy lata, a my praktycznie nie wysiadamy z samochodu. Ale wracając do Warmii i Mazur, gdzie Stonesi jeszcze nie grali, tereny są niesamowite. Bardzo nam się podoba Lidzbark Warmiński i Olsztyn.

Wydarzyło się coś śmiesznego, gdy byliście "na całych jeziorach wy"?
— Bardzo miło wspominamy warsztaty kabaretowe, które co roku odbywają się albo w Mrągowie, albo w Piszu. Zjeżdża tam cała brać kabaretowa — palimy ognisko i gadamy.

Warsztaty? To się szkolicie?
— Podpowiadamy raczej młodszym kabaretom, jak bawić ludzi. Uwielbiam w ogóle oglądać początkujące kabarety, bo one są świeże i niczym nie spaczone.

To kabarety mogą się spaczyć?

— Tak, bo młode kabarety zaczynają grać pod publikę. Na przykład szykują gagi tylko pod studentów. To jest ograniczanie siebie i widowni. Bo ile razy można mówić o tym samym? Lepiej robić żarty, które rozbawią każdego.

piątek, 10 kwietnia 2009

Za 1,50 zł do sądu

Błądzić jest rzeczą ludzką — dlatego chochlik drukarski pojawia się tam, gdzie ludzkie oko potrafi to i owo przeoczyć. Ale przynajmniej dzięki jego tajnej współpracy teksty dziennikarskie dają się zauważyć.

Kto brał na dwóch kierunkach, ten odda w trzech ratach — pisze dzisiaj „Gazeta Olsztyńska” o studentach UWM, którzy pobierali stypendium na dwóch kierunkach. Żacy muszą zwrócić pieniądze. Nie mogli pobierać dubeltowej pomocy, bo tak mówią przepisy, których nikt do tej pory nie przestrzegał. Absurd? Nie to jednak jest najśmieszniejsze. Do tekstu wkradł się chochlik drukarski:

Studentka i jej kilkunastu kolegów oraz koleżanek usłyszała, że albo zwróci UWM 1,5 zł w trzech ratach, albo spotka się ze swoją uczelnią w sądzie.
— Nie było wyjścia. Zrezygnowałam z jednego stypendium i zadeklarowałam, że zwrócę pieniądze — wyjaśnia studentka. — Za półtora roku czekają mnie dwie obrony i nie chciałabym iść na wojnę z uczelnią. Choć z drugiej strony uważam, że sprawę w sądzie udałoby mi się wygrać.

Chochliki krążą po redakcjach. Są niewidoczne i tak przebiegłe, że nie ma na nie sposobu. Żyją w różnych miejscach — najczęściej w klawiaturach. Żerują na zmęczonych dziennikarzach, ale potrafią też czarować i oczarowują korektę. Ta w amoku pracy nie zauważa błędów. Chochlik działa więc skutecznie, a co najciekawsze — nie pobiera żadnej opłaty. Nie potwierdza to jednak, że chochlik jest wolontariuszem.

Chochlik drukarski — figlarny (ale i złośliwy) duszek, sprawca błędów, które przeszły niezauważone przez sito korekty i ujawniły się dopiero w gotowej publikacji poligraficznej, kiedy to na usunięcie ich jest już za późno (...) Chochlik drukarski nie zajmuje się tak przyziemnymi sprawami jak czeskie błędy czy inne literówki (o ile są one mało widoczne), skupiając całą swoją złośliwość na osiągnięciu wyższej szkodliwości swoich poczynań. Do ulubionych zabaw chochlika należy przestawianie liter w nazwiskach tak, aby brzmiały one szczególnie obraźliwie, tworzenie nieistniejących adresów pocztowych, podmienianie cen produktów, godzin pracy, dat, numerów stron itp., fałszowanie danych technicznych, zamienianie miejscami podpisów pod zdjęciami, ukrywanie nazwisk autorów itd. Szczególnie perfidnie zachowuje się chochlik podmieniając tylko jedną literę w wyrazie, tworząc przez to inny — równie prawdopodobnie brzmiący wyraz, tyle, że diametralnie zmieniający sens wypowiedzi. Chochlik potrafi jednak kasować lub przestawiać miejscami nawet duże fragmenty tekstu. Chochlik drukarski potrafi też manipulować ilustracjami (ze szczególnym upodobaniem do obcinania głów najważniejszych postaci), zmieniać kolory, manipulować w krzyżówkach, a nawet może wypuścić do druku całą kolumnę sprzed ostatniej korekty. Poza okresami aktywności chochlik drukarski śpi. Potocznie chochlikami drukarskimi nazywane są też błędy, których sprawcą jest ów chochlik. (Nonsensopedia)

Kiedyś do „Naszego Olsztyniaka” też wkradł się chochlik. Mega chochlik. Wycinek pozostawiam bez komentarza.

Przeczytaj:
Jak chochliki drukarskie wojowały z dziennikarzami
Rozliczenie z chochlikiem

środa, 1 kwietnia 2009

Dlaczego media kłamią?

Prima aprillis – uważaj, bo się pomylisz! Zapraszam do przeglądu olsztyńskich informacji z podtekstem. Prawda czy fałsz?

Francuzi 1 kwietnia nazywają "Kwietniową Rybą”, Anglicy - "Dniem Głupców”, a Polacy ten dzień ochrzcili po łacinie - "Prima Aprilis”. Tego dnia żart to obowiązek, więc nie ma się co obrażać na media, że kłamią. Ba – 1 kwietnia to także sprawdzian… inteligencji redaktorów.


Gazeta Olsztyńska – Olsztyn będzie musiał zmienić nazwę.

Zgodnie z unijnymi dyrektywami, które wchodzą w życie właśnie w środę, nie może być kilku miejscowości w danymi państwie o identycznej nazwie. Nowe przepisy wymagają zmian w nazewnictwie miejscowości, które na mapie Polski można znaleźć przynajmniej w dwóch miejscach.
W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji dowiedzieliśmy się, że sprawa dotyczy 63 miast, w tym także Olsztyna. Zmiana nazwy to spore utrudnienie dla lokalnego samorządu i mieszkańców. Gdy nastąpi zmiana nazwy miasta, konieczne będzie wprowadzenie korekt do wszystkich aktualnych dokumentów, na których figuruje nazwa miejscowości. Nieuniknione będą także wymiany pieczątek firm i zmiany w oprogramowaniach komputerów (o uaktualnieniu map nie wspominając). Wszystkich mieszkańców Olsztyna czeka również kolejna wymiana dowodów osobistych (za którą, oczywiście, zapłacą z własnej kieszeni).

Gazeta Wyborcza – Olsztyn: Po bilet? Tylko do konduktora.

Kasy na Dworcu Głównym w Olsztynie od środy nie sprzedają biletów. Ich właściciel nie dogadał się ze spółką PKP Przewozy Regionalne, więc zamknął interes. Do odwołania.
Wczoraj na ostry dyżur "Gazety" 194 86 pół godziny przed zamknięciem tego wydania zadzwonił kolejarz. - Bez umowy między PKP InterCity a PKP PR wszystkie kasy na "głównym" zostaną zamknięte, aż do momentu, kiedy firmy dogadają się co do prowizji od sprzedaży biletów. A to oznacza, że przez jakiś czas trzeba będzie kupować bilety u konduktora - wyjaśnia pracownik kolei.
PKP PR oczekuje od Intercity 30 proc. prowizji od każdego sprzedanego biletu. Na to nie godzi się Intercity - właściciel kas. Podobna sytuacja od 1 stycznia miała miejsce na dworcu w Toruniu Miasto. Tam przez blisko dwa miesiące pasażerowie kupowali bilety wyłącznie u konduktora. Na skutki takiego rozwiązania mocno skarżyli się pasażerowie. Wypisanie biletów w pociągu trwało nawet godzinę.

www.wm.pl – Zapiekanka i pierogi zastrzeżone

Usunięcia z szyldów słowa "pierogarnia" żąda od restauratorów w całym kraju spółka Polskie Pierogarnie, a słowa "zapiekanka" jedna z olsztyńskich firm. W spór zaangażowali się już językoznawcy. Czy to początek bitwy o prawo do nazw?
Pod koniec lutego jedna z chorzowskich restauracji otrzymała od spółki Polskie Pierogarnie wezwanie do natychmiastowego usunięcia słowa "pierogarnia" z szyldu, menu i folderów reklamowych. Spółka informuje, że łamią prawo, bo używają nazwy zastrzeżonej w Urzędzie Patentowym. Podobne pisma dostali właściciele pierogarni w całym kraju.
Do wysyłania podobnych pism szykuje się jedna z firm sprzedająca "słynne olsztyńskie zapiekanki".
- Odpowiednie dokumenty złożyliśmy już w Urzędzie Patentowym. Czekamy na decyzję.
Przedsiębiorca twierdzi, że jest autorem słowa "zapiekanka" ponieważ każdemu Polakowi słowo to kojarzy się z Olsztynem a to on pierwszy zaczął sprzedawać ten przysmak w stolicy Warmii i Mazur.

Prima aprilis to extra tradycja:



Warto przeczytać:

„Przekrój” - 20 śmiertelnie zabawnych ludzi
„Wprost” – Całoroczny prima aprilis

czwartek, 19 marca 2009

Jak kot przeżyje kryzys?

Na czyim punkcie można mieć kota? 20 powodów potwierdza, że… na punkcie kota.

Mieszkam z czarnym kotem: leniwym, ospałym, z kolosalnym brzuchem. Nie chciał jeść śniadania – stwierdził, że kryzys gospodarczy opanował jego miskę.

Mówię mu więc, że musi zmienić zawód – z kota domowego niech stanie się politykiem. Miałby przynajmniej dietę…

A propos kota – napisałam kiedyś monodram, który właśnie z tej okazji przytoczę:

Na scenie facet w średnim wieku. Ubiera się, gdzieś się szykuje. Woda kolońska, krawat, może mucha... Obok w fotelu wygrzewa się kot. Zwierz jakby martwy, sztywny... Albo senny. Ale mężczyzna rozbudzony:


Cholera jasna! Co mam zrobić, gdy kobieta mówi mi: „Albo ja, albo kot”? (ironicznie, w kobiecym tonie) Kochanie, a może byś mi się oświadczył? A może wybudowalibyśmy domek na skraju lasu i żyli do.. usranej śmierci? (pełną męską piersią) W końcu podjąłem decyzję i wybrałem kota. Wyrok? No cóż – po sporządzeniu listy i spisaniu „za i przeciw” wyszło, że zwierzak jest lepszym kompanem życia niż... (znów ironicznie w iście kokietującym stylu) Ależ, kochanie – ty też jesteś niezastąpiona - ale tylko w przypadkach, gdy nie ma pupila w domu. Przyznam się. Tak – mam przynajmniej tę odwagę. Nie jestem pantoflarzem. Ja? (zmiana tonu na poważny)

Wysoki sądzie... Tak, udowodnię swój wybór... Kot w życiu to podstawa!

Po pierwsze - kot wie, że kocham go nade wszystko i świata poza nim nie widzę. I nie muszę mu sto razy tego powtarzać! A kobieta domaga się słowa „kocham” co najmniej raz na godzinę... Pupil takich błędów nie popełnia!

Po drugie - kobieta chce bym ją ciągle zapraszał na wykwintne kolacje, a kot żąda tylko jednej miski na dzień - na dodatek miska może być wypełniona suchą karmą. On to zje, obliże się językiem na znak zadowolenia – a język ma prawie jak z gumy. Idealnie elastyczny! O podziękowaniu partnerki raczej nie wspomnę. Kobieta zmienną jest i zmienia się w grymaśnego wampa. Z pazurami – to istotne! I drapie! Rozszarpać nawet może, walizki za drzwi wystawić.

Po trzecie - łączy się z punktem drugim – moja towarzyszka ma wieczną ochotę podróżowania po świecie, a kotu wystarczą cztery ściany - i w dodatku jest z nich szalenie zadowolony.

Po czwarte - kota głaszczę za uchem i od razu mruczy, a żeby zadowolić kobietę, muszę stracić pół nocy. Nie jest oczywiście pewne, że zamruczy... Wycedzić może słowa, że... głowa ją boli.

Po piąte – jest udoskonaleniem czwartego - kot sam wskakuje mi do łóżka, a kobietę muszę o to prosić... Zwierzak może spać nawet w nogach i bez przykrycia, a płeć piękna żąda lepszego miejsca w łóżku i grubej pierzynki – i co najgorsze – woli spać sama. Często sama! Bo ja chrapię? Ja nie chrapię! Bywa więc, że w nocy ogrzewa mnie tylko kocurek, bo panienka odwraca się plecami. Bo przecież ta głowa... Tak – koty są niezastąpione.

Po szóste – kobieta zmienia futro raz na rok – i to kosztem mojego portfela – a kiciuś ma jedno na całe życie. Wynika z tego, że życie z kotem to życie oszczędne. I jak tu nie wybrać przyjaciela na czterech łapach?

Po siódme – kot ogląda mecze razem ze mną, nie marudzi, że piję przy tym za dużo piwa Okocim i – co mnie niezmiernie cieszy – zjada ze mną chrupki orzechowe. Bo lubię. Kobieta w tym przypadku oświadczyłaby, że takie łakotki są zbyt tuczące i jeść ich nie będzie. I mi też zabrania, bo facet z wielkim brzuchem nie dla niej. I piłka nożna nie dla niej. Woli popatrzeć na prawdziwe kino – na jakiś serial brazylijski. Na don Alvaro. A ja wolę Ronaldo. I co? Kłótnia!

Po ósme – kot ma swoją własną toaletę i nigdy nie zwraca mi uwagi na pozostawioną podniesioną deskę klozetową. Kobieta przy tym ględzi i ględzi. Damska skleroza? Pewnie dlatego, że tak często głowa ją boli.

Po dziewiąte – gdy wychodzę z kumplami na piwo, kot cieszy się jak głupiec, że nareszcie poleży sobie na kanapach i powisi na firankach. Gdy wracam - łasi się czule i prosi o przytulenie. Z kobietą jest odwrotnie – gdy wychodzę, jest wściekła, a gdy wracam - jeszcze bardziej. Tornado mam wokół głowy! Istną trąbę powietrzną! Bombę terrorystyczną, a nie... sex bombę – jak bym chciał.

Po dziesiąte – kobieta bez fryzjera żyć nie może, a kot bez niego się obejdzie. Kameleon mówi: „Daj na nową farbę”, a zwierzak w takim przypadku milczy, bo w ogóle nie potrzebuje żadnych specyfików. Ba - jest zachwycony swoim włosem na grzbiecie o każdej porze dnia i nocy. W ogóle jest sobą zachwycony. Nie wie, co to kompleksy.

Po jedenaste – moja partnerka uwielbia wiecznie się kąpać i przez to płacę gigantyczne rachunki za wodę. A kot – w przeciwieństwie do niewiasty - czuje wstręt do jakiejkolwiek cieczy i tym samym ratuje mój portfel.

Po dwunaste – kobieta wciąż domaga się dziecka, a ja wolę kumpli niż małego bobasa w domu. Kota mogę wykastrować i nie ma nic do gadania. Problem z głowy – w dodatku nie męczy, gdy chcę spokojnie zasnąć... po meczu, po piwku. Człowiek wtedy taki ociężały.

Po trzynaste – płeć piękna nawet nie pomyśli o złapaniu myszy, a pupil dopadnie i rozszarpie ją z przyjemnością. Panienka, gdy widzi takiego gryzonia, wskakuje na krzesło i wrzeszczy w niebogłosy: „Ratunku!”, a zwierzak... po prostu jest samowystarczalny - nie histeryzuje, pozwala mi się zdrzemnąć.

Po czternaste – kota szczepię od wścieklizny, a kobieta jest wiecznie wściekła. Może pokazać – jako dowód - te pazury, te zadrapania, jakie mam na plecach?

Po piętnaste - czy jest jakieś piętnaste? Chociażby to, że zwierzaki machają ogonem, żeby pokazać swoją radość, a moja kobieta pupą nie kręci... A chciałbym, żeby tak pokręciła, okręciła się wokół mnie jak mój kociak... A tu nic!
Po szesnaste – koty zostały udomowione w Egipcie. Moja partnerka też chce oswajać i używa do tego, niestety, plag egipskich... Może jednak pokazać te plecy?

Po siedemnaste – najlepiej rozwinięty zmysł u mojego pupila to słuch, a niewiasta nie to, że wszystko słyszy, wszystko widzi, to jeszcze wywęszy, gdzie byłem ostatniej nocy.

Po osiemnaste – kot zawsze spada na cztery łapy, a panienka zazwyczaj nabije sobie siniaka. Później wszyscy myślą, że zupa była za słona, a ona przecież tylko przestraszyła się myszy i weszła na ruchomy stołek. Wszyscy myślą, że jest odwrotnie! Pokazać te plecy?

Po dziewiętnaste – kobieta to długodystansowiec. Bo kto normalny chce budować dom na skraju lasu?

Po ostatnie – (dzwoni telefon, mężczyzna odbiera) Tak, kochanie. Już wychodzę. I kupię kwiaty dla mamy. Tak, tak – wiem, że będę dobrym zięciem. Już zaraz wychodzę... (przestaje rozmawiać) No tak, wysoki sądzie. Mam kota na fotelu i kota w głowie - bo kupować mi kwiaty... i to dla jej matki? Hmm... (poprawia krawat bądź muchę, spogląda na pupila) Zostawić kota...? Zostawić dla wściekłej, nieokiełznanej, naburmuszonej, dąsającej się wciąż i chodzącej własnymi drogami baby? O nie! Ale kobieta to kobieta. Tak, wysoki sądzie. Zdarzy się, że obiad ugotuje, skarpetki poceruje, wypierze, koszulę wyprasuje, za uchem podrapie, kark rozmasuje i w... usta pocałuje. Tak! Tak, wysoki sądzie... (spogląda na zegarek – czas nagli) I brakuje na to rady, że ma się czasami kota na punkcie kobiety. Bywa! Wysoki sądzie, ale... pokazać te plecy? (spogląda na zegarek, godzina W już wybiła) Niech wysoki sąd się nie śmieje. Boki można zrywać, gdy się ma dobre plecy! A ja mam plecy... (zakłopotany) No wie, wysoki sąd... Plecy kończą się tyłkiem, w który mogę dostać kopa!

sobota, 28 lutego 2009

Zawsze Dziewica

Olsztyński autobus jest jak słownik ortograficzny. Lepiej - jest jak słownik synonimów!

Jadę "pietnastką" – galerią ludzkich charakterów. Vis a vis mnie siedzi para gimnazjalistów. On i ona. Mają się ku sobie - policzki zaczerwienione, w oku błysk. Imponują sobie każdym zdaniem, każdym słowem.

On: Nigdy nie wiem... Jak się pisze Maria? Przez i czy przez j?
Ona: Napisz dziewica.

PS. Bosko! Nowy singiel Depeche Mode już jest: WRONG!



Genialny, prawda? A do Dave'a mam słabość...