Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lipca 2011

Gortat: Szparag z wolą walki

— Zawodnik NBA jest jak żołnierz Legii Cudzoziemskiej — jeśli nie maszeruje, ginie — przyznaje Marcin Gortat, jedyny polski koszykarz grający w NBA.


W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".

Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.

Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!

Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.

A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.

Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...

NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.

A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.

Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.

Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.

piątek, 1 kwietnia 2011

Kulej: Chciałem chłopakowi dokopać

— Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy pozwolili mi dorosnąć, byłbym zupełnie innym człowiekiem — przyznaje Jerzy Kulej, bokser. — A ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli na stryczku.


To sobie facet poboksował... Jerzy Kulej jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim (Tokio 1964 r., Meksyk 1968 r.), trzykrotnym medalistą Mistrzostw Europy, 8-krotnym mistrzem Polski. Wymieniać dalej?

Dotyk... Ma dla pana szczególne znaczenie?
— O dotyku można wiele mówić, bo dotyk nie jest równy dotykowi. Jestem zwolennikiem dotyku pozytywnego — przyjemnego i delikatnego. Pani pytanie brzmi dwuznacznie... Na pewno chce pani rozmawiać o boksie?

O mocnym dotyku...
— Dotyk to przenośnia do wielu tematów rozmów.

Ale też powrót do przeszłości. Gdyby nie Henio, chwyciłby pan za rękawicę?
— Henio był niegrzecznym chłopcem. W ogóle wtedy panowała dramatyczna sytuacja, bo młodzież była doświadczona wojną, co odbijało się na relacjach. Konsekwencją były zderzenia brutalności z brakiem dojrzałości. Każde dziecko wojny bardzo to przeżywało — ja również. Ale Henio brutalny był nad wyraz. Nie tyle był buntownikiem do innych chłopców, ile obłapywał dziewczyny w szatni. To też jest mocny dotyk, prawda? Dziewczynom się to nie podobało i mam nadzieje, że później nie miały kompleksów z powodu tego brutalnego dotyku. Mówi się, że zły dotyk boli całe życie... Chciałem więc chłopakowi dokopać. Za te dziewczyny, za to, że eliminował mnie ze szkolnego boiska i nie pozwalał grać w piłkę. Rozwaliłem mu więc nos w przerwie na drugie śniadanie. I właściwie to on ukierunkował mnie na boks. Wiem, że zostałbym sportowcem, ale czy bokserem? Próbowałem w życiu kilku dyscyplin — pływałem, nurkowałem i nawet wziąłem się za łyżwiarstwo szybkie. Ale w końcu zostałem bokserem.

Czyli może pan Heniowi podziękować.
— Żadna inna dyscyplina nie potrafiła sprostać moim ówczesnym problemom. Dopiero pięści. Jeśli Henio gdzieś jeszcze żyje: dziękuję ci! Może być dumny z tego, że spowodował moje zainteresowanie boksem.

A potem stoczył pan 348 walk — 317 wygranych, sześć zremisowanych i tylko 25 przegranych.
— No tak to wygląda. Jestem dumny ze wszystkiego, co udało mi się osiągnąć.

I nie było większych porażek?
— A kto powiedział, że nie było? Jestem normalnym człowiekiem i mam upadki jak każdy. Jednak to nie one pozwoliły docenić mój sukces. Każdą wygraną smakowałem w momencie jej trwania i doświadczania. Cieszyłem się każdą zwycięską walką i czerpałem z niej jak najwięcej. A kiedy przychodziły gorsze dni, wyciągałem wnioski. W takich momentach myśli się, czy sukces był właściwie odebrany i dobrze wykorzystany. Można tu nawet mówić o filozoficznych rozważaniach. Ale znam też sukcesy, które zabijają — nie tylko metaforycznie, ale też fizycznie. Taki dotyk sukcesu boli najbardziej. Ale dotyk porażki też odczuwa się przez wiele lat.

Mówi pan o swoich wizytach w więzieniu?
— Więźniowie mają potrzebę spotkań. Przyjmuję każde zaproszenie — między innymi byłem w zakładzie w Barczewie na Warmii. Staram się dawać im dobry przykład i pokazywać, że można żyć inaczej. Że ten dotyk pięści nie zawsze musi prowadzić do złego. Odczuwam wielką satysfakcję z tych „widzeń”, bo wielu więźniów spotykam później na wolności. Mówią mi, że jakoś na nich pozytywnie wpłynąłem. Bo wie pani, ja nie idę do nich, aby się pokazać i chwalić. Nie opowiadam im historii z książek, ale własne przeżycia, bo też — jak oni — ocierałem się kiedyś o pewne niebezpieczeństwa. Oni to czują.

Historia z Heniem dowodzi, że ciągnęło pana do bicia.
— Pyta mnie pani, czy szalałem? A czy to coś złego? Szaleństwa młodości można różnie interpretować. Młodość ma swoje prawa — nie wszystko, co się robi, jest zgodne z dobrym wychowaniem. Młodość jest jak szampan — musi się wymusować. A pani nie szalała? Jestem pewien, że kiedyś coś pani zrobiła, co być może pani nie wypadało. Ale bywa, że z tych szaleństw się nie wyrasta. Ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli gdzieś na stryczku. Błądzić jest rzeczą ludzką.

Ale trzeba uczyć się na własnych błędach.
— Otóż to. Jak raz z Heniem wygrałem, to już biłem go przy każdej okazji. Nie miałem dla niego litości. Nawet za to bicie miałem areszt domowy! Ale to nic nie dało. W efekcie rodzice zabrali Henia ze szkoły, już go więcej nie widziałem i nie biłem. Na szczęście potem spotkałem ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Wychowałem się bez ojca, więc mój pierwszy trener Wiktor Szyiński był dla mnie niezwykle ważnym człowiekiem w życiu. Cóż tu dużo mówić, był mi jak ojciec. A potem pałeczkę — nie tylko szkoleniową, ale też wychowawczą — przejął po nim Feliks Stamm. Wie pani, że on ciągle w moim życiu jest obecny? Już od wielu lat nie żyje, ale ja cały czas czuję, że jest mi bliski. To dzięki niemu zacząłem zdobywać medale, miałem zdrowe sportowe zacięcie i chciałem iść do przodu. Miałem szczęście, prawda? Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy stanęli na mojej drodze, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Nie rozmawialibyśmy o dotyku, jakim jest boks. Może o innym, ale na szczęście nie ma powodu.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Ani Mru Mru: Gruba ryba w siatce

— Częściej gram w nogę, w siatkówkę rzadziej, bo mam mało znajomych, którzy grają. Ale jak przychodzi lato, zacieram ręce, bo można łupać w siatkówkę plażową — przyznaje Marcin Wójcik z Ani Mru Mru.


Z jednymi gadka nie idzie, z innymi można rozmawiać godzinami. A jeszcze z innymi wchodzi się na taki kaliber wymiany zdań, że do absurdu to tylko krok. I tak właśnie jest z Marcinem Wojcikiem. Kabareciarz zawodowo i prywatnie. Ta rozmowa temu dowodzi.

Wyciągnęłam cię z masażu...
— Byłem, leżałem, masowano mnie, ale się skończyło. Trzeba jakoś z życia korzystać. A tak szczerze — grałem przez cały dzień w golfa i plecy mnie bolały. Nie dałbym rady żyć z takim bólem — musiałem oddać się w ręce masażysty. To są ręce, które leczą. Ale jestem też najlepszym siatkarzem świata.

A co cię wyróżnia?
— Wszystko. Mam nienaganną postawę, smukły tors, piękne kolana i dobrze wyglądam na boisku. Ale ja w ogóle jestem genialnym sportowcem. Czego się nie dotknę, zamienia się w złoto.

A skąd miłość do siatkówki?
— Z ulicy. Szedłem sobie drogą i wracałem ze sklepu. Pamiętam to jak dziś, że byłem w sklepie, ale nie pamiętam w jakim. Ale idę sobie ulicą, patrzę, a tu leży siatka. Taka plastikowa, normalna. Wziąłem ją, gdy nikt nie patrzył, zwinąłem w kulkę, zacząłem podrzucać i odbijać główką. Okazało się, że jednak ktoś mnie wtedy widział... I był to trener polskiej kadry w odbijaniu siatki górną częścią czoła. Zachwycił się moją taktyką.

I powiedział: biorę cię!
— I mnie wziął. Ale powiedziałem mu najpierw, że musi się spotkać z moim menedżerem, bo ja tani chłopak nie jestem. Papiery muszą być podpisane — dopiero potem główka będzie pracowała. Dogadaliśmy się, grube pieniądze poszły w ruch, a ja zostałem grubą rybą w siatce.

A potem zdobywałeś medale, puchary, kobiety.
— Kobiety w pierwszej kolejności, a potem złote wisiory i kielichy. I zjeździłem kawał świata. Ale największy sukces w odbijaniu siatki głową odniosłem w Boliwii. Był to turniej towarzyski, ale wszystkich powaliłem na kolana. Tam udało mi się odbić górną częścią czoła aż cztery razy siatkę.

Brawo, ja potrafię tylko trzy razy!
— Na tym właśnie polega różnica, że trzy razy każdy głupi odbija.

Dzięki...
— Ale to tylko powiedzenie, wcale tak o tobie nie myślę. Wyznaję solidarność sportowców tej samej dziedziny.

Ale cztery razy... Nie nabawiłeś się siniaków?
— Jestem profesjonalistą, dużo trenuję, więc nie obawiam się żadnych kontuzji. Złego licho nie bierze, nie ma obaw. Wiesz, jak ktoś zaczyna, to może sobie kilka guzów nabić. A poza tym na początku kariery nie skacze się na głęboką wodę ani nie zjeżdża na nartach ze stromej góry. Trzeba przygotować organizm do ekstremum. Czasem, owszem, nadwerężę sobie naskórek, ale na takie przygody mam specjalne metody. Nie zdradzę ich jednak za darmo.

Zapłacę w naturze.
— Wow, w naturze?

Dam mleko prosto od krowy. Naturalne!
— O właśnie mleka mi brakuje, więc zgoda — umowa stoi. To jakie sposoby mam podać?

Wszystkie!
— Trzeba naoliwić głowę specjalną oliwą. Można też nałożyć krem na czoło, który nie tyle chroni skórę, ile powoduje genialną przyczepność siatki. Mam też patent na guzy — nie martwić się o nie. Na razie nie wykryłem u siebie żadnych, więc... może ten krem też na nie działa?

To masz szczęście... Ja sobie guza nabiłam.
— Od siatki? A może próbowałaś przebić głową mur? Pamiętaj — głową muru nie przebijesz.

Grasz w siatkę na hali czy na plaży?
— Różnie, ale wolę na plaży. Powiew wiatru mnie mobilizuje. Zresztą mistrz siatki zawsze gra w siatkę. Chętnie zwija w kulkę profesjonalną siatkę i próbuje. Siatka musi mieć kolor mleczny.

Czyli ciągnie cię do mleka, do krowy...
— W dalszym ciągu nie zapłaciłaś mi w naturze! Czekam! Zaraz zsiadłe się zrobi, a ja wolę świeże.

A szczerze — grasz w siatkówkę?
— Częściej gram w nogę, w siatkówkę rzadziej, bo mam mało znajomych, którzy grają. Ale jak przychodzi lato, zacieram ręce, bo można łupać w siatkówkę plażową. Kiedyś, kiedy byłem w Kenii, grałem nawet w jednym zespole z oryginalnym Masajem. Wyjątkowo wysoko skakał, bo jest wysoki, więc natura go dobrze wyposażyła. Grałem z Masajem i graliśmy przeciwko Holendrowi i Niemcowi.

Kto wygrał?
— A mogę prosić o inny zestaw pytań?

Jakie sobie upodobałeś plaże do grania w siatkę plażową?
— Lubię polskie plaże, ale nie ma na nich wiele miejsca. Zawsze się boję, że kogoś nadepnę, a tego bym nie chciał. Leży człowiek przy człowieku, a gdzie boisko? Nie ma. W tym roku byłem w Chorwacji i próbowałem grać w siatkę plażową, ale ciężko było. Przeszkadzały kamienie, które wbijały się w stopy. Dlatego staram się być coraz lepszy w golfa — kręci mnie ten sport. Ale siatka też jest niezła...

Występujesz w stroju siatkarza?
— To beznadziejne przebranie i nie do twarzy mi będzie. Niski chłopak jestem i załamałem się kiedyś... Jechałem raz windą z czterema siatkarzami AZS Olsztyn. Chłopy jak dęby! Sięgałem im do pasa.

Ale mogłeś przyjrzeć się ich pępkom.
— Wszyscy mieli na sobie kożuchy, więc brzuchy mieli zakryte. O, a może będę występował w kożuchu? Na pewno będę rzucał się w oczy. Bo jako mistrz muszę rzucać się w oczy.

Przeczytaj też:
Ani Mru Mru: Szykuj się Waldek!

wtorek, 13 lipca 2010

Gortat: Liga zwykłych ludzi

— Starałem się grać jak zawodnicy NBA, robiłem wszystko, żeby dorównać im na parkiecie. Ale nie udawało mi się to. Teraz się z tego śmieję — przyznaje Marcin Gortat, jedyny Polak grający w prestiżowej lidze NBA.


Trzynastka nie jest pechowa. Wie o tym Marcin Gortat, któremu udało się wejść na szczyt. Brawo, Marcin!

Od małego ciągnęło cię do kosza?
— Na początku chciałem zostać bramkarzem Menchesteru United. Dlatego, gdy miałem dziesięć lat, zapisałem się do drużyny Startu Łodzi. Po czterech latach przeniosłem się do Łódzkiego Klubu Sportowego i grałem tam około trzech lat. Z perspektywy czasu była to dobra decyzja, bo jako bramkarz wiele się nauczyłem. Stałem się twardszym facetem i bardziej zwinnym.

Ale pewnie oglądałeś wtedy mecze NBA w telewizji…
— Nie wierzyłem w to, że któregoś dnia będę w stanie zagrać w tej lidze. Oczywiście największym niedowiarkiem byłem w momencie, gdy zacząłem trenować kosza. Starałem się grać jak zawodnicy NBA, robiłem wszystko, żeby dorównać im na parkiecie. Ale nie udawało mi się to. Mówiłem nawet, że ludzie z NBA są nadludźmi i daleko mi do ich umiejętności. Teraz się z tego śmieję. Wiem dzisiaj, że każdy człowiek z NBA jest tylko człowiekiem — ma lepsze i słabsze chwile.

Zanim zostałeś koszykarzem, skakałeś wzwyż.
— Tak, skakałem w podstawówce. Była to szkoła o profilu sportowym i robiłem to bardziej z przymusu niż z chęci. Co mnie więc podkusiło do kosza? Ta pasja pojawiła się właściwie dopiero, gdy miałem osiemnaście lat. Grałem przecież w nogę, która zaczęła mi się nudzić. Postanowiłem więc coś z tym fantem zrobić. Chciałem coś zmienić w swoim życiu i stało się — postawiłem na kosza.

Na ile lekkoatletyka pomogła ci w koszykówce?
— Można powiedzieć, że dała mi wszystko. 90 procent sukcesu zawdzięczam tej dyscyplinie. Dzięki niej jestem w miarę zwinnym i dobrze zbudowanym człowiekiem. Tak, dzięki lekkoatletyce jestem ruchliwy i mam niezłą koordynację ruchową.

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał...
— Tutaj trzeba powiedzieć jeszcze o dyscyplinie. To podstawowa rzecz, której trzeba nauczyć się w młodości. Mówię też o podstawach koszykówki, bo bez nich nie ma jak sięgać po cięższe ćwiczenia. W ten sposób, krok po kroku, można przejść do kolejnych, wyższych poziomów gry. Podstawy to podstawa.

Jak oceniasz możliwości rozwoju sportowego w Polsce?
— Oj, rozwój jest bardzo słaby. Do pewnego momentu dzieciaki same się rozwijają na boiskach i podwórkach. Ale przychodzi taki czas, że trzeba powierzyć swoją pociechę osobie, która ma pojęcie o sporcie i danej dyscyplinie. Młodzi często wyjeżdżają więc na Zachód, bo tam mogą się profesjonalnie szkolić. To jednak wiąże się z opuszczeniem domu i rzadkimi spotkaniami z najbliższymi. Ale jeżeli odpowiednie osoby wprowadzą pewne zmiany w naszym systemie szkolenia, wtedy więcej Polaków zostanie w Polsce i właśnie tu będą mogli budować swoje kariery.

Grasz w kosza... A dostałeś kosza?
— Szczerze? Jasne, że dostałem kosza i to od wielu osób. Byli to nauczyciele w szkole, którzy nie chcieli mnie przepuścić do kolejnej klasy. Dostałem też kosza od zawodnika z Grecji, który bardzo mnie upokorzył pod koszem. Zdobył dwadzieścia punktów w osiemnaście minut. Nie miałem szansy nic zrobić.

A od dziewczyny?
— Nigdy nie dostałem, ale dużo ich w swoim życiu nie miałem.

Mówisz, że gra w NBA nauczyła cię dorosłości koszykarskiej. Co to według ciebie oznacza?
— To dyscyplina i odpowiedzialność na boisku. To też podejmowanie mądrych decyzji i szacunek do swojej pracy i zaangażowania innych. Zrozumiałem, co to znaczy być liderem i czego od lidera można oczekiwać.

Jesteś przesądny?
— A skąd! Totalnie nie dbam o takie rzeczy! Gram z numerem trzynastym, który jest podobno pechowy, ale jeszcze tego nie doświadczyłem. Trzynastka przynosi mi dużo szczęścia.

Pamiętasz swoje pierwsze myśli, gdy dostałeś ten numer?
— Sam go wybrałem! Od początku kariery gram z tym numerem i nie ma mowy, aby ktoś ten numer przechwycił. To część mojego wizerunku i będę starał się z nim grać do końca życia.

czwartek, 14 stycznia 2010

Khalidov: Nie wiem, może się mnie boją...

Kiedyś chciał uciec z Olsztyna, dziś nie wyobraża sobie życia w innym miejscu. Mamed Khalidov, mistrz mieszanych sztuk walki, opowiada o swojej drodze na ring.


Dzwoni do mnie koleżanka i mówi: „Ada, Mamed Khalidov jest w pierwszej dziesiątce najlepszych zawodników MMA na świecie!” No pewnie, że jest — taki facet musi być! Nie to, że przystojny, to przede wszystkim skromny. No i waleczny — powala wszystkich na ringu. Strach się go bać!

Rozmawiam z najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Polsce...

— Eee tam, nie ma mnie co się bać! Na ringu dzieje się jedno, w życiu drugie. W sporcie chodzi o to, żeby wygrać — trzeba więc przeciwnika znokautować i dać z siebie wszystko.

A co cię najbardziej kręci — spytam jak baba — w laniu drugiego faceta?
— (śmiech) Ja nie biję ludzi! Ale sportowcy, którzy uprawiają sztuki walki, muszą być agresywni na ringu. Dobrze się biją, ale na co dzień są spokojni, można z nimi pogadać. Żyją normalnie, są wykształceni.

Ty studiowałeś w Olsztynie zarządzanie i administrację.
— Przyjechałem tu na studia i chciałem z dyplomem wracać do domu, do Groznego. Ale rozpętała się kolejna wojna i wrócić nie mogłem.

Można powiedzieć, że uciekłeś z Czeczenii do Polski?

— Nie, nie byłem uchodźcą. Do Polski przyjechałem w 1997 roku, więc było już po wojnie i panował spokój. Dostałem szansę nauki i to był powód mojego przyjazdu.

Nie była to nawet ucieczka mentalna?
— Kiedyś działo się w Czeczenii, oj działo. Nikomu nie życzę, żeby przez to przechodził. Przyznam, że nie chciałem w ogóle wyjeżdżać z Groznego, ale matka z ojcem wypchali mnie na siłę. Powiedzieli, że muszę studiować. No to przyjechałem i po pół roku wróciłem. Strasznie stęskniłem się za rodziną, za krajem i znów nie mogłem wyjechać. Rodzice znowu swoje... Kiedy dojechałem do Moskwy, chciałem zawrócić. Tata jednak przeprowadził ze mną godzinną rozmowę przez telefon i mnie przekonał.

Czas pokazał, że miał rację.
— Tak, pobyt w Olsztynie bardzo mi pomógł. Los tak się potoczył, że zacząłem zawodowo trenować w tutejszym klubie, który dziś jest jednym z najlepszych w Polsce. Dziś na pewno nie zamierzam stąd uciekać — ani z klubu, ani tym bardziej z Olsztyna. Bo tu znalazłem swoje miejsce. Kocham Olsztyn! To bardzo ciepły region — mamy wiele jezior, lasów i wspaniałych ludzi. No i tu trenuję MMA, więc robię to, co lubię. MMA imponuje mi tym, że trzeba być wszechstronnym — to walka stójce, w parterze... We wszystkim trzeba się wykazać.

Boisz się, kiedy wychodzisz na ring?
— Boję się tylko Boga. Przed walką czuję fajną adrenalinę i właśnie to najbardziej mnie kręci.

A dostałeś kiedyś „po mordze” na ulicy?
— (śmiech) Nie! Ale przyznajmy, każdy mężczyzna miał w swoim życiu potyczki uliczne. A że byłem kiedyś bardzo mały i chudy, więc to jakoś prowokowało... Musiałem sobie radzić, ale dzięki Bogu, wychodziłem obronną ręką. Dziś jest spokojnie — nie wiem, może się mnie boją.

Nie dziwię się — jesteś przecież najniebezpieczniejszym facetem w okolicy.

— W okolicy nie walczę! (śmiech) Ale w marcu powalczę w Japonii. W maju — trwają rozmowy — może właśnie w Polsce. Jeszcze później lecę do USA. Trzymajcie za mnie kciuki!



Świetne teksty o Mamedzie, polecam:
Polsko-czeczeńska duma
Veni, vidi, vici

poniedziałek, 14 września 2009

Ten krążek, złoty krążek: Polacy mistrzami Europy!

Z naszych siatkarzy to złote chłopaki! Pobili w finale 3:1 Francję. Teraz każdy Polak ma tylko jedno na języku. A niby milczenie jest złotem...


Janek: Polska mistrzem Europy jest!
Monika: A ja myślałam, że Chrystusem narodów.

No, skoro puszczasz oko, Moniko, niech będzie Twoim językiem. Prawie zmartwychwstanie — nie udało się chłopakom Huberta Wagnera, ale udało się siatkarzom Daniela Castellaniego.

Polacy zostali mistrzami Europy, Paweł Zagumny (były gracz AZS-u Olsztyn) najlepszym rozgrywającym, a Piotr Gruszka najlepszym siatkarzem starego kontynentu. Wow!

Piotr Gruszka huknął raz, huknął drugi. Wszyscy Francuzi leżeli już na boisku plackiem w poszukiwaniu piłki. Nie znaleźli jej, meczbola nie obronili. Kiedy zbija Gruszka, piłka ucieka daleko.
(ME siatkarzy. Polacy mistrzami Europy)

Zdjęcia z www.sport.pl i www.dziennik.pl

sobota, 13 czerwca 2009

Rzuceni na głęboką wodę, czyli regaty dziennikarzy w Olsztynie

Na kilka godzin odstawiliśmy komputery, a chwyciliśmy za szoty. Nie zlękliśmy się deszczu i z zapałem ruszyliśmy po zwycięstwo. Ale zamiast złotego medalu, dali nam srebrny talerz.


Deszcz. Nic, tylko deszcz. Leje się z nieba, ale wszyscy stawiają się na plaży miejskiej punktualnie. Najpierw losujemy łódki, potem przygotowujemy je do startu. To dla mnie nowość. Niby mieszkam w mieście jedenastu jezior, ale nigdy żaglówką nie płynęłam. Były kajaki, rowery wodne… A teraz Omega. Voila! Startuję w czerwonych barwach, czyli jako "Nasz Olsztyniak".

Godz. 11. Start! Dziewięć drużyn łapie wiatr w żagle. Raz wieje, innym razem słychać tylko przekleństwa. Ale jakoś się kręci. Pogoda nas nie rozpieszcza, a wręcz testuje. Ale dziennikarz ma twardy tyłek, więc nie ma na niego bata. Dlatego płynie jak z bata strzelił.

Pierwsze Otwarte Mistrzostwa Olsztyna Dziennikarzy w Żeglarstwie to dziewicza impreza w stolicy Warmii i Mazur, ale nie na… Warmii i Mazurach. Corocznym hitem są ogólnopolskie wyścigi mediów w Mikołajkach. Szefem tych regat jest Jerzy Iwaszkiewicz, z którym zamieniłam kilka zdań na ten temat. Nic ciekawszego o regatach nie wymyślę, więc cytuję:

Przed nami Mistrzostwa Dziennikarzy. Nie wystarczą im pióra i mikrofony? Muszą lać wodę podczas regat?
— Woda to najlepsze miejsce, by odpocząć. Pływamy bez przerwy na tych samych żaglówkach typu Omega. Bo gdy się płynie, słychać wodę i wiatr. Po prostu słychać, że się płynie! A nie że się na przykład jedzie samochodem przez Nowy Świat. Bo wiele nowoczesnych żaglówek przypomina teraz ciche samochody. A Omega jest pod tym względem niezastąpiona i nigdy się nie zestarzeje. Zawsze jest świeżuteńka.

Jak wyglądają zawody dziennikarzy? Zapewne nie jest to wyścig szczurów...

— Niczym się nasze regaty nie różnią od innych regat. Nie ma ułatwień, trzymamy się regulaminu.

Nasza ekipa dopłynęła do mety na szóstej pozycji. Pierwsza była załoga TVO Olsztyn, tuż za nią Radio UWM FM, a trzecie miejsce zgarnęło „Nowe Życie Olsztyna”. Jako ostatni przypłynęli rzecznicy prasowi. Z łódek wyszli jednak z podniesionymi głowami: jesteśmy pierwsi wśród rzeczników! Racja! Ale dowodzi to też, że dziennikarz szybszy jest od rzecznika nawet na wodzie. Voila!

Najlepsi dostali medale, a wszyscy wyróżnienia — srebrne talerze. Trzeba więc startować za rok — może dadzą złote widelce!?

Deszcz nie zniweczył niczyjej pogody ducha. Było fantastycznie!



> Zobacz zdjęcia z regat


poniedziałek, 25 maja 2009

Co piłka znaczy dla pupy?

Niby piłka jest okrągła. Niby. Inaczej patrzy na nią kobieta, inaczej mężczyzna. Ot, jeden sport, a różny punkt widzenia.


Zasłyszane na osiedlowym boisku do kosza:

Kobieta: Gramy, by pupę zrzucić.
Mężczyzna: A my gramy, by pupę podnieść!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nieprawdaż?