Można iść z duchem czasu, ale można też lecieć z wiatrem. Balony fascynują ludzi do lat — opierają się technice, szalonej pogoni i pozwalają dostrzec to, co na co dzień nam umyka. A świat widziany z góry zapiera dech w piersiach. To jak, wskakujemy do kosza?
Budzik dzwoni w środku nocy, ale jest to dobra wiadomość. Chwilę po piątej wsiądziemy do balonu, więc warto wstać. Ale najpierw trzeba dojechać do Gałkowa — mazurskiej wsi znanej z hodowli koni. I rzeczywiście — na dzień dobry witają nas rozbrykane konie. I wielki balon wciśnięty między małe chatki. W koszu czekają już na nas Niemcy z aparatami — uczestnicy kursu fotograficznego. Przebiegają nogami i zacierają ręce, bo zapowiada się atrakcyjna podróż! Wskakujemy więc do kosza i wznosimy się w powietrze. Kilka buchów gorącego powietrza i jesteśmy w górze. Nad lasami, polami, jeziorami i liniami dróg. Nad mgłą, która otacza Mazury niczym wata cukrowa. Pięknie jest o poranku!
Bąbel powietrza
Balony fascynują ludzi od dawna. Wzbijają się w powietrze i bezszelestnie przesuwają się po niebie. Jakim więc cudem balon leci?
— Ciepłe powietrze z zewnątrz kreuje inną gęstość powietrza wewnątrz balonu — tłumaczy Dariusz Brzozowski, pilot balonu. — Ciepłe powietrze jest lżejsze i unosi nas nad ziemią. Nie ma niestety możliwości sterowania balonem, bo lecimy z wiatrem. To jest urok latania. Nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale w tym tkwi cały urok latania. W tym tkwi adrenalina. Maksymalnie wznosimy się pięćset metrów nad ziemią, a lecimy z prędkością 50 km/h. Nie możemy tego odczuć, bo jesteśmy jak chmura — jak bąbel powietrza, który przesuwa się razem z wiatrem.
Zdziwione krowy
Im więcej ciepłego powietrza, tym wyżej lecimy. Ale mocno wieje, więc trzeba obniżyć lot. Jesteśmy bliżej wierzchołków drzew, leśnych bajorek i gospodarstw domowych. Właśnie na śniadanie wychodzą krowy. Patrzą na nas z ciekawością, wznoszą łby do góry i pewnie nie dowierzają, że dziś chmury wydają się bardziej kolorowe. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko strzały niemieckich migawek i odgłosy zachwytu. Niemcy uwielbiają Mazury — zwłaszcza, gdy patrzą na nie z lotu ptaka. No, z lotu wróbla, bo zniżamy się coraz bardziej. Dolatujemy do polany, gdzie mamy wylądować, ale okazuje się na to za mała. Jednak pilot ma na to sposób. Ociera kosz balonu o wierzchołki drzew, żeby zwolnić. Raptem uderzamy o ziemię. Bum! Przechylamy się na trawę, ale pilot nie daje za wygraną. Kosz się nie przewraca, wszyscy wiwatują. Brawo, pilocie! Okazuje się, że lecieliśmy trzy kwadranse i przemierzyliśmy 30 kilometrów. Aż tak dużo? Na górze nie było czuć tej odległości.
Kredki na początek
Lądowanie wieńczymy lampką szampana — jak na prawdziwych baloniarzy przystało. Wcześniej zwijamy balon i pakujemy go do specjalnego wora. Jesteśmy cali mokrzy od porannej rosy. Przecież wybija dopiero szósta!
— Powłoka waży 330 kilo, a kosz z butlą i palnikami to kolejne 750 kilo — tłumaczy Dariusz Brzozowski. — Balon, którym lecieliśmy, może udźwignąć 16 dorosłych osób i pilota. Ten balon ma na imię Ksenia, bo wszystkie moje balony mają imiona, część od imion dzieci z angielskiego domu dziecka... Gdy na desce kreślarskiej powstał pierwszy balon, dzieci dostały kredki i zaprojektowały jego kolory. Przywieźliśmy im potem gotowy już balon, a matką chrzestną została Catharina, jedna z podopiecznych. Ale nie przypadł jej do gustu balon spakowany w worku. Rozłożyliśmy go i napełniliśmy powietrzem, a wtedy ona obudziła się niczym śpiąca królewna: wow! Bo balony świetnie wyglądają na niebie. Sam, jak zobaczyłem go pierwszy raz w Białymstoku, zakochałem się. I mam tak do dzisiaj.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 czerwca 2011
niedziela, 29 sierpnia 2010
Jak czas płynie na Łynie
Spływaj! — tak mówi mi wiatr, gdy płynę sama kajakiem po Łynie. Nie daję się, wiosłuję i wiem, że Łyna to rzeka, na której nie można się nudzić. Po co więc szukać atrakcji, po co wbijać się na zatłoczoną Krutynię? Na Łynie czas tak samo płynie!
Wieje, strasznie wieje. Słońca niewiele, niebo zasłonięte chmurami. Pogoda pod psem — tylko deszczu brakuje, ale na szczęście nie pada. Jeszcze? Pojawiam się w umówionym miejscu — na moście w Bartągu. Zaraz dziesiąta, mam dołączyć się do grupy płynącej z Rusi. Ale niestety następuje szybka zmiana planów, bo grupa nie płynie. Mam sama wiosłować?
Kajak przywozi pan Adam, który tłumaczy, jak zachować się na wodzie. — Jak będzie pani miała dość na Brzezinach, proszę dać znać — mówi z uśmiechem. — Przyjadę, wyłowię.
Mam mieć dość? Nigdy w życiu! Łyna to nie Amazonka, więc muszę dać radę — mimo iż to mój pierwszy kajakowy raz na rzece. Wcześniej wiosłowałam tylko po jeziorach i zawsze w towarzystwie — na cztery ręce, na dwa wiosła.
Walka z wiatrem
Wsiadam w dwuosobowy kajak i ruszam. Trzciny szumią, woda płynie w miarę spokojnie. Gdyby nie wiatr, usłyszałabym śpiew ptaków. Po prawej mijam jakieś gospodarstwo i wpływam między pola i łąki. I tu zaczynają się schody. Nic mnie nie osłania — żadne drzewo, żaden dom. Nic! Wiatr daje mi popalić i ściąga kajak w bok. Ale nie daję się, zaciskam zęby i wiosłuję ile sił w rękach. Raz mi się udaje, innym razem powiew jest na tyle silny, że wpływam w trzciny — a to bokiem kajaka, a to dziobem. I tu zaczynają się schody, bo wiatr hula tak bardzo, że obraca mnie tyłem do nurtu. Muszę się jakoś „postawić do pionu” — znów zaciskam zęby i manewruję wiosłami. Już wiem jak don Kichot walczył z wiatrakami... Jestem jednak lepsza — udaje mi się! Znów płynę do przodu!
Wodna serpentyna
Wiatr wchodzi w zmowę z zakolami rzeki, których do Brzezin jest wiele. Ciągle zawijasy — w lewo, w prawo. Łyna to serpentyna! I już jestem w ogródku na Brzezinach, już witam się z gąską, a tu kolejny „zakręt”. Ile mi zajmuje przepłynięcie zaledwie 3,5 km? W takich warunkach grubo ponad godzinę... Ale za to widoki piękne — malownicze drzewa, lasy w oddali — o Warmio moja miła! Natrafiam też na zatopiony telewizor w całkowicie bezludnym miejscu. Kto go tu wyrzucił? A może nurt Łyny go tu przywiódł? Potem wpadam kajakiem na martwego dzika, który — na moje oko — nie nie mógł wyjść z rzeki i tak został. W tym miejscu — przy pięknym drzewie — nurt szalenie ściąga w bok. Dlatego nie dziwię się, że ląduję w trzcinach. Obok pana dzika...
Na leżąco
Dobijam do Brzezin. Tam czeka na mnie Paweł, fotoreporter. — Co tak długo? — dziwi się. — Czekam na ciebie i czekam. Nie masz dość?
Nie mam, płynę dalej. Tym bardziej, że przestaje wiać, bo przecież wokół domy i drzewa. Spokojnie dobijam do centrum Olsztyna — mijam most na Tuwima, a potem na Obrońców Tobruku. Tu niespodzianka, bo tuż za mostem ciągnie się bardzo nisko osadzony ciepłociąg. Trzeba położyć się w kajaku, aby nie nabić sobie guza. Potem płynę między brzegami zasypanymi przez butelki i śmieci. Oj, nie jest ładnie. Drodzy olsztyniacy, do śmietnika za daleko? Łyna nie rozpuszcza śmieci... chociaż mogłaby. Jak się wpływa do miasta, woda staje się mętna, a momentami brzydko pachnie. To za sprawą cwanych odpływów ścieków, które co jakiś czas rzucają się w oczy. Fu!
Łapak na koniec
Paweł ma mnie łapać na starówce, ale jestem od niego szybsza. Dziwi się, kiedy dzwonię spod mostu na Niepodległości. — Już dopłynęłaś? A co tak szybko? Zwolnij trochę!
Zwalniam, bo jest na co popatrzeć. Starówka widziana z koryta rzeki charakteryzuje się powykręcanymi konarami i przebijającymi się przez korony drzew zabytkami. I napisem na betonowym stoku przed mostem świętego Jana: FANY — META. I ludźmi, którzy patrzą na mnie jak na zjawę: o, kajak na Łynie! Fakt, to niecodzienny widok — Łyna nie jest aż tak modna jak mazurska Krutynia. Ale cudze chwalicie, swego nie znacie.
Spływ kończę w łapaku do kajaków usytuowanym na lewym brzegu rzeki — tuż przy zamku. Bilans: przepłynęłam 9 kilometrów, walczyłam z wiatrem, zwiałam Pawłowi i... nawet nie spłynęłam potem. A w dodatku to był mój pierwszy raz na Łynie!
Wieje, strasznie wieje. Słońca niewiele, niebo zasłonięte chmurami. Pogoda pod psem — tylko deszczu brakuje, ale na szczęście nie pada. Jeszcze? Pojawiam się w umówionym miejscu — na moście w Bartągu. Zaraz dziesiąta, mam dołączyć się do grupy płynącej z Rusi. Ale niestety następuje szybka zmiana planów, bo grupa nie płynie. Mam sama wiosłować?
Kajak przywozi pan Adam, który tłumaczy, jak zachować się na wodzie. — Jak będzie pani miała dość na Brzezinach, proszę dać znać — mówi z uśmiechem. — Przyjadę, wyłowię.
Mam mieć dość? Nigdy w życiu! Łyna to nie Amazonka, więc muszę dać radę — mimo iż to mój pierwszy kajakowy raz na rzece. Wcześniej wiosłowałam tylko po jeziorach i zawsze w towarzystwie — na cztery ręce, na dwa wiosła.
Walka z wiatrem
Wsiadam w dwuosobowy kajak i ruszam. Trzciny szumią, woda płynie w miarę spokojnie. Gdyby nie wiatr, usłyszałabym śpiew ptaków. Po prawej mijam jakieś gospodarstwo i wpływam między pola i łąki. I tu zaczynają się schody. Nic mnie nie osłania — żadne drzewo, żaden dom. Nic! Wiatr daje mi popalić i ściąga kajak w bok. Ale nie daję się, zaciskam zęby i wiosłuję ile sił w rękach. Raz mi się udaje, innym razem powiew jest na tyle silny, że wpływam w trzciny — a to bokiem kajaka, a to dziobem. I tu zaczynają się schody, bo wiatr hula tak bardzo, że obraca mnie tyłem do nurtu. Muszę się jakoś „postawić do pionu” — znów zaciskam zęby i manewruję wiosłami. Już wiem jak don Kichot walczył z wiatrakami... Jestem jednak lepsza — udaje mi się! Znów płynę do przodu!
Wodna serpentyna
Wiatr wchodzi w zmowę z zakolami rzeki, których do Brzezin jest wiele. Ciągle zawijasy — w lewo, w prawo. Łyna to serpentyna! I już jestem w ogródku na Brzezinach, już witam się z gąską, a tu kolejny „zakręt”. Ile mi zajmuje przepłynięcie zaledwie 3,5 km? W takich warunkach grubo ponad godzinę... Ale za to widoki piękne — malownicze drzewa, lasy w oddali — o Warmio moja miła! Natrafiam też na zatopiony telewizor w całkowicie bezludnym miejscu. Kto go tu wyrzucił? A może nurt Łyny go tu przywiódł? Potem wpadam kajakiem na martwego dzika, który — na moje oko — nie nie mógł wyjść z rzeki i tak został. W tym miejscu — przy pięknym drzewie — nurt szalenie ściąga w bok. Dlatego nie dziwię się, że ląduję w trzcinach. Obok pana dzika...
Na leżąco
Dobijam do Brzezin. Tam czeka na mnie Paweł, fotoreporter. — Co tak długo? — dziwi się. — Czekam na ciebie i czekam. Nie masz dość?
Nie mam, płynę dalej. Tym bardziej, że przestaje wiać, bo przecież wokół domy i drzewa. Spokojnie dobijam do centrum Olsztyna — mijam most na Tuwima, a potem na Obrońców Tobruku. Tu niespodzianka, bo tuż za mostem ciągnie się bardzo nisko osadzony ciepłociąg. Trzeba położyć się w kajaku, aby nie nabić sobie guza. Potem płynę między brzegami zasypanymi przez butelki i śmieci. Oj, nie jest ładnie. Drodzy olsztyniacy, do śmietnika za daleko? Łyna nie rozpuszcza śmieci... chociaż mogłaby. Jak się wpływa do miasta, woda staje się mętna, a momentami brzydko pachnie. To za sprawą cwanych odpływów ścieków, które co jakiś czas rzucają się w oczy. Fu!
Łapak na koniec
Paweł ma mnie łapać na starówce, ale jestem od niego szybsza. Dziwi się, kiedy dzwonię spod mostu na Niepodległości. — Już dopłynęłaś? A co tak szybko? Zwolnij trochę!
Zwalniam, bo jest na co popatrzeć. Starówka widziana z koryta rzeki charakteryzuje się powykręcanymi konarami i przebijającymi się przez korony drzew zabytkami. I napisem na betonowym stoku przed mostem świętego Jana: FANY — META. I ludźmi, którzy patrzą na mnie jak na zjawę: o, kajak na Łynie! Fakt, to niecodzienny widok — Łyna nie jest aż tak modna jak mazurska Krutynia. Ale cudze chwalicie, swego nie znacie.
Spływ kończę w łapaku do kajaków usytuowanym na lewym brzegu rzeki — tuż przy zamku. Bilans: przepłynęłam 9 kilometrów, walczyłam z wiatrem, zwiałam Pawłowi i... nawet nie spłynęłam potem. A w dodatku to był mój pierwszy raz na Łynie!
niedziela, 15 sierpnia 2010
Biesowo: pierogi, że palce lizać!
Ślinka leci? Już za późno. Wszystkie pierogi zjedzone, a IV Warmińska Uczta Pierogowa w Biesowie przeszła do historii. Następne obżarstwo już za rok. A właściwie dopiero za rok!
Polak mądry po szkodzie. Po 90 minutach od rozpoczęcia pierwszej imprezy — mimo przygotowanych 5 tysięcy sztuk, pierogów zabrakło. Ludzie torbami brali, na święta, do domu. Dlatego Biesowo i wspierające okoliczne wioski podczas czwartej edycji Warmińskiej Uczty Pierogowej zrobiło 58 tysięcy sztuk pierogów: m.in. warmińskie, wileńskie, ruskie, z kapustą i z grzybami, z mięsem i na słodko.
Pierogi można było kupić na kilku stoiskach, do których ustawiły się kolejki. Za sztukę płaciło się złotówkę.
Pierogi gotowały się nie tylko w garach, ale i na słońcu. A przygotowanie pieroga na żywo pewnie dla tych, co jedzą oczami...
Pierogi swoje święto miały 14 sierpnia. Palce lizać!
Przeczytaj też:
Zniknęły pierogi z Biesowa
Polak mądry po szkodzie. Po 90 minutach od rozpoczęcia pierwszej imprezy — mimo przygotowanych 5 tysięcy sztuk, pierogów zabrakło. Ludzie torbami brali, na święta, do domu. Dlatego Biesowo i wspierające okoliczne wioski podczas czwartej edycji Warmińskiej Uczty Pierogowej zrobiło 58 tysięcy sztuk pierogów: m.in. warmińskie, wileńskie, ruskie, z kapustą i z grzybami, z mięsem i na słodko.
Pierogi można było kupić na kilku stoiskach, do których ustawiły się kolejki. Za sztukę płaciło się złotówkę.
Pierogi gotowały się nie tylko w garach, ale i na słońcu. A przygotowanie pieroga na żywo pewnie dla tych, co jedzą oczami...
Pierogi swoje święto miały 14 sierpnia. Palce lizać!
Przeczytaj też:
Zniknęły pierogi z Biesowa
niedziela, 20 grudnia 2009
I Warmiński Jarmark Świąteczny ożywił Olsztyn
I Warmiński Jarmark Świąteczny przyciągnął tłumy spacerowiczów. Zapowiadane atrakcje wypaliły — karuzela i iluminacje świetlne. Gorzej z lodowiskiem — aż zmroziło amatorów łyżwiarstwa.

Lubię, gdy Olsztyn tętni życiem. Lubię, kiedy ludzie rodzinnie spędzają czas. Lubię, gdy dzieciaki bawią się na całego. Takie wrażenia miała zapewnić impreza, która jest w Olsztynie nowością.
Na I Warmińskim Jarmarku Świątecznym byłam w niedzielę — w czwarty, ostatni dzień zabawy. Przybyłam, zobaczyłam… donoszę.

Jarmarkowanie zaczęłam od przejażdżki 120-letnią wenecką karuzelą. Niby dobijam do trzydziestki, ale kto mi zabroni czuć się dzieckiem? Karuzela dała radę — rozbawiła mnie prawie do łez. Ach, jak to przyjemnie cofnąć się w czasie. No, może nie o 120 lat, ale… chociażby o te dwadzieścia. Param pam pam!

Skoro już chciałam poczuć jarmark na własnej skórze, na chwil kilka stałam się Eskimosem. Lubię psy, więc ogromniasty przyjaciel strzegł mojego świętego spokoju. Huskych było więcej — nie tylko na monidle, ale przede wszystkim na żywo. Było więc szczekanie live, piszczenie, leżenie i prezentowanie się w pełnej krasie. Pies to potrafi… w wiosce eskimoskiej tym bardziej.
Jarmark reklamowany był nie tylko karuzelą, a przede wszystkim stałym lodowiskiem na Targu Rybnym. Owszem, lodowisko stanęło, ale nie bardzo rozumiem po co. Byłam na jarmarku kilka dobrych (bardzo dobrych chwil), a lodowisko świeciło pustkami. Kiedy rozmawiałam w sobotę ze znajomymi, że lód na jarmarku jest martwy, nie wierzyłam. Ale uwierzyłam.

Nie powiem, tafla lodu gładka jak pupa niemowlaka. Moje zdanie potwierdził wysportowany pan, który przyszedł z przewieszonymi łyżwami przez ramię. Pokręcił się, popatrzył na nieskazitelnie śliski lód i z przekleństwem na ustach odszedł. Zmroziło go pewnie, gdy zobaczył bezludzie. No właśnie, po co wykrzykiwać, że pierwsze lodowisko w centrum Olsztyna jest głównym punktem jarmarkowego programu? Jak jest, skoro nie jest?
Przy lodowisku zawisła tablica informująca, że lód czynny jest od piątku od godz. 19. Czyżby tylko wtedy? Jarmark przecież trwa o wiele dłużej! Nie to, że od czwartku, to przede wszystkim do niedzieli — przez cały weekend! Owszem, może lód zaczyna przyjmować łyżwiarzy, gdy mocno się ściemni, bo wtedy — mniemam — jazda w świetle kolorowych lampek jest frajdą. Ale… dzieciaki wieczorami siedzą już w domach, a to przecież dla nich łyżwy są największą atrakcją, prawda? Hmm, za lodowisko stawiam jarmarkowi wielki minus. Myślałam, że na Targu Rybnym będzie ostrrro, a nie tylko cicho i gładko.

Jedyną przynętą na Targu Rybnym — poza wiejącym pustką i chłodem lodowiskiem — była lodowa figura świętego Jakuba. Patron Olsztyna wyglądał jednak bardziej na plastikowy pomnik niż na wyrzeźbiony w lodzie. W dotyku nie był nawet zimny (żeby o lodowym nie wspomnieć). Ale mogę się nie znać, mógł Jakub zostać „zakonserwowany”.
Lodowisko na szczęście świetnie zastąpiła wata cukrowa. Inne emocje, ale równie słodkie doznania.


Starówkę oblały iluminacje świetlne. Olsztyn stał się magicznym Olsztynem — chociaż na chwilę kolorowe światła przyćmiły prowincjonalny klimat. I Bóg zapłać!

Lubię, gdy Olsztyn tętni życiem. Lubię, kiedy ludzie rodzinnie spędzają czas. Lubię, gdy dzieciaki bawią się na całego. Takie wrażenia miała zapewnić impreza, która jest w Olsztynie nowością.
Na I Warmińskim Jarmarku Świątecznym byłam w niedzielę — w czwarty, ostatni dzień zabawy. Przybyłam, zobaczyłam… donoszę.
Jarmarkowanie zaczęłam od przejażdżki 120-letnią wenecką karuzelą. Niby dobijam do trzydziestki, ale kto mi zabroni czuć się dzieckiem? Karuzela dała radę — rozbawiła mnie prawie do łez. Ach, jak to przyjemnie cofnąć się w czasie. No, może nie o 120 lat, ale… chociażby o te dwadzieścia. Param pam pam!
Skoro już chciałam poczuć jarmark na własnej skórze, na chwil kilka stałam się Eskimosem. Lubię psy, więc ogromniasty przyjaciel strzegł mojego świętego spokoju. Huskych było więcej — nie tylko na monidle, ale przede wszystkim na żywo. Było więc szczekanie live, piszczenie, leżenie i prezentowanie się w pełnej krasie. Pies to potrafi… w wiosce eskimoskiej tym bardziej.
Jarmark reklamowany był nie tylko karuzelą, a przede wszystkim stałym lodowiskiem na Targu Rybnym. Owszem, lodowisko stanęło, ale nie bardzo rozumiem po co. Byłam na jarmarku kilka dobrych (bardzo dobrych chwil), a lodowisko świeciło pustkami. Kiedy rozmawiałam w sobotę ze znajomymi, że lód na jarmarku jest martwy, nie wierzyłam. Ale uwierzyłam.
Nie powiem, tafla lodu gładka jak pupa niemowlaka. Moje zdanie potwierdził wysportowany pan, który przyszedł z przewieszonymi łyżwami przez ramię. Pokręcił się, popatrzył na nieskazitelnie śliski lód i z przekleństwem na ustach odszedł. Zmroziło go pewnie, gdy zobaczył bezludzie. No właśnie, po co wykrzykiwać, że pierwsze lodowisko w centrum Olsztyna jest głównym punktem jarmarkowego programu? Jak jest, skoro nie jest?
Przy lodowisku zawisła tablica informująca, że lód czynny jest od piątku od godz. 19. Czyżby tylko wtedy? Jarmark przecież trwa o wiele dłużej! Nie to, że od czwartku, to przede wszystkim do niedzieli — przez cały weekend! Owszem, może lód zaczyna przyjmować łyżwiarzy, gdy mocno się ściemni, bo wtedy — mniemam — jazda w świetle kolorowych lampek jest frajdą. Ale… dzieciaki wieczorami siedzą już w domach, a to przecież dla nich łyżwy są największą atrakcją, prawda? Hmm, za lodowisko stawiam jarmarkowi wielki minus. Myślałam, że na Targu Rybnym będzie ostrrro, a nie tylko cicho i gładko.
Jedyną przynętą na Targu Rybnym — poza wiejącym pustką i chłodem lodowiskiem — była lodowa figura świętego Jakuba. Patron Olsztyna wyglądał jednak bardziej na plastikowy pomnik niż na wyrzeźbiony w lodzie. W dotyku nie był nawet zimny (żeby o lodowym nie wspomnieć). Ale mogę się nie znać, mógł Jakub zostać „zakonserwowany”.
Lodowisko na szczęście świetnie zastąpiła wata cukrowa. Inne emocje, ale równie słodkie doznania.
Starówkę oblały iluminacje świetlne. Olsztyn stał się magicznym Olsztynem — chociaż na chwilę kolorowe światła przyćmiły prowincjonalny klimat. I Bóg zapłać!
środa, 19 sierpnia 2009
Olsztyn: ciągnie ludzi na starówkę
Starówka tętni życiem — codziennie. Bawią się świetnie turyści, ale i olsztyniacy znajdują tu wiele dla siebie — lody, wata cukrowa, bańki mydlane. Lato w Olsztynie wygląda pięknie!

Ola uwielbia kolorowe wiatraki. Gdy wieje, świetnie się kręcą!

Muzyka na świeżym powietrzu? Tak, w wykonaniu kolonii gitarowej.

Michałek, gdy siedzi na barana, ma oko na całą starówkę.

Boli? Ja tylko tak dla frajdy ciągam!

Wiesia i Wojtek przyjechali z Warszawy. Ona chciała Kopernikowi spojrzeć głęboko w oczy, on zasmakować warmińskiego jedzenia.

Mateusz uwielbia bańki, gdy tata Jacek je wydmuchuje. Dzięki turystom z Poznania na starówce jest bajkowo.

Mała Ola z rodzicami Agnieszką i Piotrem często wychodzą na lody. Na starówce smakują wyśmienicie!

Ola uwielbia kolorowe wiatraki. Gdy wieje, świetnie się kręcą!

Muzyka na świeżym powietrzu? Tak, w wykonaniu kolonii gitarowej.

Michałek, gdy siedzi na barana, ma oko na całą starówkę.

Boli? Ja tylko tak dla frajdy ciągam!

Wiesia i Wojtek przyjechali z Warszawy. Ona chciała Kopernikowi spojrzeć głęboko w oczy, on zasmakować warmińskiego jedzenia.

Mateusz uwielbia bańki, gdy tata Jacek je wydmuchuje. Dzięki turystom z Poznania na starówce jest bajkowo.

Mała Ola z rodzicami Agnieszką i Piotrem często wychodzą na lody. Na starówce smakują wyśmienicie!
niedziela, 16 sierpnia 2009
Zniknęły pierogi z Biesowa!
Przez żołądek do serca? Biesowo corocznie serwuje tysiące pierogów i zaostrza wszystkim apetyt. Zwłaszcza tym, którzy przyjechali, a pierogów nie posmakowali. Bo te zbyt szybko się rozeszły.

Jeśli chce się zjeść warmińskich pierogów, do Biesowa trzeba jechać jak najwcześniej. W tym roku, 16 sierpnia, impreza rozpoczęła się o godz. 13, a pierogów nie było już po godz. 16. Szkoda, bo gwiazda imprezy — Irena Jarocka — wyszła na scenę grubo, grubo później. Ci, co zjechali na główny punkt programu Warmińskiej Uczty Pierogowej, skosztować mogli jedynie kiełbasę z grilla albo kolorową watę cukrową. Wielkich garów z pierogami nie było śladu.
Problem z logistyką?

Myślę, że organizatorzy mają zbyt dobre serca. Serwują pierogi i sprzedają mrożone w paczkach po 25 sztuk. Sama kupiłam, bo pyszne. Tym sposobem 19 tysięcy pierogów szybko schodzi. Ci, co przyjeżdżają później, obchodzą się tylko smakiem. I czy mają dobre wrażenie o Warmińskiej Uczcie Pierogowej?

Jak temu zaradzić? Może po prostu nie sprzedawać pierogów na wynos? Przecież można jeść do woli na miejscu. Sprzedaż pierogów można rozpocząć na przykład o godz. 20. Ci o największych apetytach zostaną. A i pobawią się, może i piwka się napiją, przejdą po malutkim Biesowie. Odpoczną. Docenią.

Jak widać — historia lubi się powtarzać.
Jeśli chce się zjeść warmińskich pierogów, do Biesowa trzeba jechać jak najwcześniej. W tym roku, 16 sierpnia, impreza rozpoczęła się o godz. 13, a pierogów nie było już po godz. 16. Szkoda, bo gwiazda imprezy — Irena Jarocka — wyszła na scenę grubo, grubo później. Ci, co zjechali na główny punkt programu Warmińskiej Uczty Pierogowej, skosztować mogli jedynie kiełbasę z grilla albo kolorową watę cukrową. Wielkich garów z pierogami nie było śladu.
Problem z logistyką?
Myślę, że organizatorzy mają zbyt dobre serca. Serwują pierogi i sprzedają mrożone w paczkach po 25 sztuk. Sama kupiłam, bo pyszne. Tym sposobem 19 tysięcy pierogów szybko schodzi. Ci, co przyjeżdżają później, obchodzą się tylko smakiem. I czy mają dobre wrażenie o Warmińskiej Uczcie Pierogowej?
Jak temu zaradzić? Może po prostu nie sprzedawać pierogów na wynos? Przecież można jeść do woli na miejscu. Sprzedaż pierogów można rozpocząć na przykład o godz. 20. Ci o największych apetytach zostaną. A i pobawią się, może i piwka się napiją, przejdą po malutkim Biesowie. Odpoczną. Docenią.
Zofia Wielgus rzuciła pomysł, a biesowianie podchwycili i przy pomocy Biesowskiego Domu Kultury zorganizowali Warmińską Ucztę Pierogową. Pomysł zacny, ozdobiony legendą Wandy Piasty o babcinym przepisie na warmińskie pierogi z kaszą gryczaną, twarogiem i miętą, przyjął sie nadspodziewanie.
1 września 2007 do Biesowa — wyścigowej wsi z gminy B. ściągnęło podobno ponad 2000 osób z okolic i całego regionu. — Z Iławy, Olsztyna, Działdowa i Nidzicy przyjechali — mówią z iskrami w oczach mieszkańcy malowniczej wsi.
Po 90 minutach od rozpoczęcia imprezy — mimo przygotowanych 5000 sztuk — pierogów zabrakło. — Torbami brali, na święta, do domu — wspominają. Podobno kampania reklamowa i niska cena spowodowały takie zainteresowanie.
(Pierogi warmińskie z Biesowa)
Jak widać — historia lubi się powtarzać.
czwartek, 9 lipca 2009
Warmii ze świecą szukać
Warmia poległa z kretesem, bo wedle internautów Olsztyn leży na Mazurach. Wielu z nich zna też olsztyński ratusz. Kto wie, czy nie jest to najbardziej znany ratusz w Polsce? Ale mazurski, a nie warmiński.

O Warmio moja miła, gdzieś ty się schowała? Bawisz się w chowanego? Ale nikt cię nie szuka! Ani z Krakowa, ani z Warszawy, ani nawet z Wrocławia. Wszyscy jak jeden mąż jadą na Mazury – mimo iż stacjonują w Olsztynie albo w okolicach. Jeziora – a Olsztyn ma ich w swoich granicach aż 11 – kojarzą się jednoznacznie. To Mazury są i basta! Czyja to wina? Urzędników?
O skojarzenia, jakie wywołują największe polskie miasta, spytała internautów firma IMAS International. Gazeta Wyborcza odkrywa karty: Warmię widzę malutką albo wcale jej nie widzę.
Warmia swoją wielkością nie grzeszy – leży między Mazurami Wschodnimi a Zachodnimi. Historycznie obie krainy dzieliła religia – Warmia była katolicka i dlatego nazywano ją „świętą Warmią”, a Mazury – protestanckie. Dziś znakiem po odrębnych religiach obu krain są przydrożne kapliczki i drewniane krzyże.
Mazury jawią się turystom jako tereny zalane jeziorami. Warmiacy natomiast patrzą w niebo – niczym Mikołaj Kopernik, który… prawie był Warmiakiem. To nad warmińskimi głowami latają bociany. W Żywkowie przy granicy z Rosją, zwanym bocianią wsią, na osiem gospodarstw przypada ponad 40 bocianich gniazd, a w jednym obejściu jest ich aż 12! Najgęściej jest w sierpniu – boćki zbierają się na sejmiki przez odlotem na południe.
Żywkowo to malutka wioska, w której mieszka około 25 osób. Całą mieścinkę można przejść w ciągu minuty – od końca do końca.
Bociany żądzą – we wsi stanęła wieża widokowa, umożliwiająca podglądanie życia w bocianim gnieździe. Trudno wyobrazić sobie ciekawszą lekcję przyrody. Białe skrzydła furkocą nie tylko nad Żywkowem. Szczurkowo, Toprzyny oraz prawie dwadzieścia innych położonych przy rosyjskiej granicy wiosek to prawdziwe bocianie zagłębie. Dlatego powstał Warmińsko-Mazurski Szlak Bociani. Kto o tym słyszał?
Ale za to triumfy święci ratusz usytuowany w sercu stolicy Warmii i Mazur.
Z Edwardem Cyfusem rozmawia Wojciech Grejciun, dziennikarz Gazety Wyborczej:
Z czym pana zdaniem Polakom kojarzy się Olsztyn?
– Myślę, że w czołówce jest Mikołaj Kopernik, który ma coraz większą promocję.
Myli się pan. Przegrał nawet z juwenaliami.
– To straszne, a z czym się kojarzymy?
Przede wszystkim z Mazurami.
– Chyba tego nie wytrzymam. Przypomina mi się sytuacja, kiedy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkół. Polonistka przedstawiła mnie słowami: przed wami słynny warmiński gawędziarz z naszych pięknych Mazur.
Jak pan zareagował?
– Nie powiem. Ale przypomnę, jak zareagowała publiczność w Olsztynie podczas koncertu Krzesimira Dębskiego kilka lat temu. Między utworami artysta dużo rozmawiał z olsztyńskimi widzami. Powiedział, że ma stąd dobre wspomnienia, że możemy być dumni z naszego pięknego Olsztyna na Mazurach. Publiczność zaczęła buczeć i głośno wyprowadzać go z błędu.
Różnice między Warmią i Mazurami zaczęły się rozmydlać po 1945 roku.
– Mazur przez kilkadziesiąt lat PRL-u był określeniem człowieka z województwa olsztyńskiego, a Warmiak to był "krzyżak", jego gwara - co odczułem na własnej skórze - była kojarzona tylko z Niemcami. Na szczęście od kilku, kilkunastu lat wszystko się zmieniło. W naszym regionie z odróżnianiem krain jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i ja swoją działalnością do tego się przyczyniam. Zawsze podkreślam swoją dumę z bycia Warmiakiem. Moja córka pytała kiedyś, czy także może mówić, że jest Warmianką. To powinno być oczywiste dla ludzi, którzy tutaj się urodzili.

O Warmio moja miła, gdzieś ty się schowała? Bawisz się w chowanego? Ale nikt cię nie szuka! Ani z Krakowa, ani z Warszawy, ani nawet z Wrocławia. Wszyscy jak jeden mąż jadą na Mazury – mimo iż stacjonują w Olsztynie albo w okolicach. Jeziora – a Olsztyn ma ich w swoich granicach aż 11 – kojarzą się jednoznacznie. To Mazury są i basta! Czyja to wina? Urzędników?
O skojarzenia, jakie wywołują największe polskie miasta, spytała internautów firma IMAS International. Gazeta Wyborcza odkrywa karty: Warmię widzę malutką albo wcale jej nie widzę.
Plemię Warmów srogo by się odegrało na Polanach za tę zniewagę, a kto wie, może i papież Innocenty IV przewróciłby się w trumnie w watykańskich kryptach, gdyby dowiedział się, że Polacy pogrzebali diecezję warmińską, którą powołał do życia w 1234 roku. Miejsce Warmii bezkrwawo zajęły Mazury.
Warmia swoją wielkością nie grzeszy – leży między Mazurami Wschodnimi a Zachodnimi. Historycznie obie krainy dzieliła religia – Warmia była katolicka i dlatego nazywano ją „świętą Warmią”, a Mazury – protestanckie. Dziś znakiem po odrębnych religiach obu krain są przydrożne kapliczki i drewniane krzyże.
Mazury jawią się turystom jako tereny zalane jeziorami. Warmiacy natomiast patrzą w niebo – niczym Mikołaj Kopernik, który… prawie był Warmiakiem. To nad warmińskimi głowami latają bociany. W Żywkowie przy granicy z Rosją, zwanym bocianią wsią, na osiem gospodarstw przypada ponad 40 bocianich gniazd, a w jednym obejściu jest ich aż 12! Najgęściej jest w sierpniu – boćki zbierają się na sejmiki przez odlotem na południe.
Żywkowo to malutka wioska, w której mieszka około 25 osób. Całą mieścinkę można przejść w ciągu minuty – od końca do końca.
Bociany żądzą – we wsi stanęła wieża widokowa, umożliwiająca podglądanie życia w bocianim gnieździe. Trudno wyobrazić sobie ciekawszą lekcję przyrody. Białe skrzydła furkocą nie tylko nad Żywkowem. Szczurkowo, Toprzyny oraz prawie dwadzieścia innych położonych przy rosyjskiej granicy wiosek to prawdziwe bocianie zagłębie. Dlatego powstał Warmińsko-Mazurski Szlak Bociani. Kto o tym słyszał?
Ale za to triumfy święci ratusz usytuowany w sercu stolicy Warmii i Mazur.
Ci, co go znają, wcale nie myślą o nim jako o zabytku. Mam na to dowód. Aż 7 proc. badanych zna Olsztyn dzięki seksaferze z udziałem byłego już prezydenta miasta. Seksskandal z ratuszową wieżą mają wiele wspólnego, stąd zapewne takie skojarzenia internautów. (…) Ale cieszyć się powinniśmy z jednego: jesteśmy rozpoznawalni. Czterech na pięciu Polaków kojarzy Olsztyn. Tylko co piąty nic nie wie o naszym mieście. To niezły wynik, biorąc pod uwagę, że mniej rozpoznawalne są Bydgoszcz czy Rzeszów.
(Internauci pytają: Warmia? A gdzie to jest?)
Z Edwardem Cyfusem rozmawia Wojciech Grejciun, dziennikarz Gazety Wyborczej:
Z czym pana zdaniem Polakom kojarzy się Olsztyn?
– Myślę, że w czołówce jest Mikołaj Kopernik, który ma coraz większą promocję.
Myli się pan. Przegrał nawet z juwenaliami.
– To straszne, a z czym się kojarzymy?
Przede wszystkim z Mazurami.
– Chyba tego nie wytrzymam. Przypomina mi się sytuacja, kiedy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkół. Polonistka przedstawiła mnie słowami: przed wami słynny warmiński gawędziarz z naszych pięknych Mazur.
Jak pan zareagował?
– Nie powiem. Ale przypomnę, jak zareagowała publiczność w Olsztynie podczas koncertu Krzesimira Dębskiego kilka lat temu. Między utworami artysta dużo rozmawiał z olsztyńskimi widzami. Powiedział, że ma stąd dobre wspomnienia, że możemy być dumni z naszego pięknego Olsztyna na Mazurach. Publiczność zaczęła buczeć i głośno wyprowadzać go z błędu.
Różnice między Warmią i Mazurami zaczęły się rozmydlać po 1945 roku.
– Mazur przez kilkadziesiąt lat PRL-u był określeniem człowieka z województwa olsztyńskiego, a Warmiak to był "krzyżak", jego gwara - co odczułem na własnej skórze - była kojarzona tylko z Niemcami. Na szczęście od kilku, kilkunastu lat wszystko się zmieniło. W naszym regionie z odróżnianiem krain jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i ja swoją działalnością do tego się przyczyniam. Zawsze podkreślam swoją dumę z bycia Warmiakiem. Moja córka pytała kiedyś, czy także może mówić, że jest Warmianką. To powinno być oczywiste dla ludzi, którzy tutaj się urodzili.
wtorek, 7 lipca 2009
Rowerem na Kielary
Dwa kółka i w drogę? A droga nad Jezioro Kielarskie to rezerwat warmińskiej przyrody — wiejskie drogi z żółtym piaskiem, rozłożyste łąki i czyste powietrze. Żyć, nie umierać — i to zaledwie pół godziny pedałowania od Olsztyna.

Ścieżek rowerowych w Olsztynie nie przybywa. Nawet jeśli gdzieś się pojawiają, to i tak jesteśmy daleko w lesie. Zazdrościmy innym miastom? I tak, i nie. Bo inne miasta nie mają tak pięknych okolic. Dobrze więc, że "olsztyńskie udogodnienia" wyganiają nas do lasu i na wiejskie drogi. Tym sposobem poznajemy Warmię.
.jpg)
Jezioro Kielarskie leży pomiędzy wsiami Ruś i Bartążek — 8 km na południe od Olsztyna. Można jechać asfaltówką, by potem zboczyć w zieleń. Ale można pedałować cały czas w towarzystwie natury. Nie tylko dzikiej. Tu i ówdzie wpada się na zgraje amatorów dzikich plaż. W sezonie radzę uważać, bo od dzikusów-plażowiczów aż się roi. Droga ciągnąca się brzegami Jeziora Bartąg przypomina warszawską Marszałkowską. Serio!

Ale chwilę potem wpada się w otchłań malowniczej warmińskiej przyrody. Ma się wrażenie, że ludzka stopa nigdy tu nie stanęła. Cisza, polne kwiaty i niebo.

Od północnej strony jeziora rozciągają się pola i łąki. Brzegi wschodnie i południowe pokryte są lasem. Linia brzegowa urozmaicona jest niewielkimi zatokami, ale za to bardzo zarośnięta. Nieopodal wydzielony jest rezerwat przyrody – Las Warmiński.

Dla mieszczucha taki wypad to przewentylowanie dróg oddechowych i oczyszczenie zwojów mózgowych. Natura zlana słońcem ma to do siebie, że zwalnia z myślenia. Pracują tylko nogi — bo jednak pedałować trzeba — i oczy — bo jednak trzeba jechać drogą, a nie z niej zbaczać.
Kielary to kiler dąsów i pląsów. I pomyśleć, że tysiąc jest takich warmińskich cudów. Wystarczy tylko chcieć je zobaczyć.
Gdzie teraz radzicie mi jechać?
W internecie znalazłam inną proponowaną trasę na Kielary. Przez las.
Ścieżek rowerowych w Olsztynie nie przybywa. Nawet jeśli gdzieś się pojawiają, to i tak jesteśmy daleko w lesie. Zazdrościmy innym miastom? I tak, i nie. Bo inne miasta nie mają tak pięknych okolic. Dobrze więc, że "olsztyńskie udogodnienia" wyganiają nas do lasu i na wiejskie drogi. Tym sposobem poznajemy Warmię.
.jpg)
Jezioro Kielarskie leży pomiędzy wsiami Ruś i Bartążek — 8 km na południe od Olsztyna. Można jechać asfaltówką, by potem zboczyć w zieleń. Ale można pedałować cały czas w towarzystwie natury. Nie tylko dzikiej. Tu i ówdzie wpada się na zgraje amatorów dzikich plaż. W sezonie radzę uważać, bo od dzikusów-plażowiczów aż się roi. Droga ciągnąca się brzegami Jeziora Bartąg przypomina warszawską Marszałkowską. Serio!
Ale chwilę potem wpada się w otchłań malowniczej warmińskiej przyrody. Ma się wrażenie, że ludzka stopa nigdy tu nie stanęła. Cisza, polne kwiaty i niebo.
Od północnej strony jeziora rozciągają się pola i łąki. Brzegi wschodnie i południowe pokryte są lasem. Linia brzegowa urozmaicona jest niewielkimi zatokami, ale za to bardzo zarośnięta. Nieopodal wydzielony jest rezerwat przyrody – Las Warmiński.
Dla mieszczucha taki wypad to przewentylowanie dróg oddechowych i oczyszczenie zwojów mózgowych. Natura zlana słońcem ma to do siebie, że zwalnia z myślenia. Pracują tylko nogi — bo jednak pedałować trzeba — i oczy — bo jednak trzeba jechać drogą, a nie z niej zbaczać.
Kielary to kiler dąsów i pląsów. I pomyśleć, że tysiąc jest takich warmińskich cudów. Wystarczy tylko chcieć je zobaczyć.
Gdzie teraz radzicie mi jechać?
W internecie znalazłam inną proponowaną trasę na Kielary. Przez las.
poniedziałek, 6 lipca 2009
Leciałam motolotnią!
To impreza wysokich lotów! Z Fotomotif Festival Olsztyn powinien być dumny. Dowody? Veni, vidi, vici. Na motolotni, na ziemi, na zabój zakochana w warmińskich terenach. Polecam!

Ma Olsztyn niepowtarzalne show. Pierwsza edycja Fotomotif Festival wzięła na tapetę „Powietrze”. A dokładniej? Powietrze interpretowane na wszystkie sposoby — jako mieszaninę gazów, przestrzeń życiową, oddech, wiatr, siłę wznoszenia, odpychania, zbliżenia i opadania. I w tę wyliczankę świetnie wpisało się lotnisko na Dajtkach. To całe spirytus movens zamieszania.
Fotomotif postawił sobie cel — wyciągnąć fotografie z galerii i sal wystawowych na otwartą przestrzeń miasta. Mało?

Zdjęcia wzbiły się również w chmury, opanowując przestrzeń ponad ziemią. Mało?

Lipcowy Fotomotif to wielkie show, które rozdmuchał Aeroklub Warmińsko-Mazurski. Impreza pełną gębą — przeloty balonami, loty szybowcami, samolotami, skoki spadochronowe w tandemie, pokazy modeli latających i pokazy akrobacji — Marka Szufy i grupy „Żelazny”. Mało?
I ja wystrzeliłam się w powietrze na motolotni. Poszerzyłam sobie pole widzenia i przestrzeń życiową na te kilkanaście minut lotu. Warmia piękna jest — stwierdzam. Jeziora boskie są — podkreślam. Zieleń soczysta jest — nie kryję.

Aż do tej pory zapiera mi dech w piersiach.

Imprezę zorganizował Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie. Brawa za pomysł!
Fotomotiv widziany moim okiem, czyli Olsztyn z góry:
Impreza „łapana” z ziemi, czyli kilka ujęć z dołu:
> Tłoczno na Fotomotif Festival
> Zdjęcia z Fotomotif

Ma Olsztyn niepowtarzalne show. Pierwsza edycja Fotomotif Festival wzięła na tapetę „Powietrze”. A dokładniej? Powietrze interpretowane na wszystkie sposoby — jako mieszaninę gazów, przestrzeń życiową, oddech, wiatr, siłę wznoszenia, odpychania, zbliżenia i opadania. I w tę wyliczankę świetnie wpisało się lotnisko na Dajtkach. To całe spirytus movens zamieszania.
Fotomotif postawił sobie cel — wyciągnąć fotografie z galerii i sal wystawowych na otwartą przestrzeń miasta. Mało?

Zdjęcia wzbiły się również w chmury, opanowując przestrzeń ponad ziemią. Mało?

Lipcowy Fotomotif to wielkie show, które rozdmuchał Aeroklub Warmińsko-Mazurski. Impreza pełną gębą — przeloty balonami, loty szybowcami, samolotami, skoki spadochronowe w tandemie, pokazy modeli latających i pokazy akrobacji — Marka Szufy i grupy „Żelazny”. Mało?
I ja wystrzeliłam się w powietrze na motolotni. Poszerzyłam sobie pole widzenia i przestrzeń życiową na te kilkanaście minut lotu. Warmia piękna jest — stwierdzam. Jeziora boskie są — podkreślam. Zieleń soczysta jest — nie kryję.

Aż do tej pory zapiera mi dech w piersiach.

Imprezę zorganizował Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie. Brawa za pomysł!
Fotomotiv widziany moim okiem, czyli Olsztyn z góry:
Impreza „łapana” z ziemi, czyli kilka ujęć z dołu:
> Tłoczno na Fotomotif Festival
> Zdjęcia z Fotomotif
Subskrybuj:
Posty (Atom)











