Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olsztyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olsztyn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Przedszkolaki: Bąble w wannie zamiast nudy

Na plaży, w Elblągu albo w łazience — co zrobić, aby zabić wakacyjną nudę? Rozmawiam z dziećmi z Przedszkola Miejskiego nr 10  w Olsztynie i śmieję się do łez.

Fot. Aleksander Bartnikowski
Jak zabić nudę w wakacje?
— Najlepiej na podwórku. Można biegać albo iść na spacer.
— Na spacer? To jest wielka nuda!
— Można jechać na plażę albo na statek. Albo łódką pływać.
— Albo oglądać dinozaury.
— A ja poszłam na żagiel i nuda przepadła.
— W czasie nudy wolno pływać statkiem.
— A nie lepiej szybko?
— W wakacje można grać na komputerze albo oglądać telewizor.
— Tym nudy nie zabijesz.
— Nie lubię nudzić się w domu.
— Lepiej iść do kina, bo tam jest większy ekran.
— Ja idę na „Madagaskar”!
— A na tapczanie siedzi leń. Albo leży.
— Ja wolę iść do sklepu i kupić ubrania z zabawkami.
— Ojej, a ja się strasznie spociłam!

Co jeszcze można robić w wakacje?
— Pojechać do Elbląga i wyśmiewać się z ludzi.
— Albo można kopnąć komuś piłkę w okno.
— Albo pojechać na Euro.
— Ale my przecież odpadliśmy w piłce nożnej!
— Przegraliśmy, ale cały czas jesteśmy w grze!
— Ja tam wolę jechać do Elbląga. Można tam wołać do ludzi: halo, halo! Gdzie jest banan?
— Albo: halo, halo! Gdzie jest torcik?
— A ja bym napełnił tortem dmuchawkę do balonów i bym strzelał z niej do ludzi.
— Oj, waliłaby taka dmuchawka: bum bum bum!
— Ja tam nie chcę nigdzie jechać. Wolę zostać w łazience.

A co można robić w łazience?
— Pływać w wannie.
— Zrobić statek z papieru, ale on szybko utonie. Lepiej wziąć gruby karton.
— Też zmięknie. Lepiej zrobić statek z metalu.
— Można puszczać bąbelki w wannie.
— Czyli bąki!
— Wielkie bąki i wielkie bąble! I głośne!
— Można też nasikać do wanny. Nikt nie zauważy.
— Ale kupki już tak łatwo nie zrobisz...
— A jak się wyjdzie z wanny, trzeba ubrać majteczki.
— A jak ktoś nie ma? Mój brat cioteczny nie ma ani jednych majteczek!
— Wtedy trzeba włożyć stanik.
— Moja mama nosi cyckonosz!

Rodzice mają wakacje?
— Jak tata łapie mamę za cycuszka, to wtedy mają wakacje.
— Mogą też iść razem do kina.
— I kupić sobie lody.
— Najlepiej kręcone!

Kiedy kończą się wakacje?
— Dla nas nigdy się nie kończą.
— A ja wiem za to gdzie się kończą!
— Wakacje kończą się w Raście.
— Tak, w supermarkecie. Już nie jest super.
— W przedszkolu wakacje nigdy się nie kończą.
— Kończą się wtedy, kiedy zaczyna nosić się cyckonosz.
— Mama nosi i nie ma wakacji...

poniedziałek, 7 maja 2012

Przedszkolaki: Kulka w uszach i sześćset milionów

— Gdy człowiek staje się bogaty, od razu pięknieje — twierdzą pięciolatki z Przedszkola Miejskiego nr 6 w Olsztynie.  


Gdybym był bogaty...
— To bym kupił zabawkę!
— Ale ja nie jestem bogaty.
— A co to jest bogactwo?
— To jest takie coś, że ma się dużo pieniędzy.
— Można mieć też złoty zegarek.
— Albo ładną suknię ze złota.
— W ogóle w bogactwie ma się całe złoto.
— Można mieć też 100 zł.
— I koronę, złoty pierścionek z brylantem.
— Kulkę w uszach.
— Można mieć też dom z pieniędzy.
— Albo ubranie uszyte z pieniędzy.
— Albo dwieście tysięcy milionów.
— Nie ma takiej kwoty!
— To dwieście tysięcy sześćset milionów.
— Bogactwo to pieniądze.  

A co to są pieniądze?
— To takie małe kółeczka. W środku mają litery.
— Ale może to być też kwadratowa zielona kasa.
— Pieniądz jest kwadratowy i papierowy.
— Bo to pieniążek papierowy!
— A mama musi mi oddać 10 zł, bo zapłaciłem ze swoich oszczędności za basen. Bo chodzę i pływam! Miałem trzy sztuki dziesięciozłotowe.
— Mama ci wisi?
— A dziesięć złotych to też papierek.
— Napisana jest na nim jedynka i zero.
— I jest król, a znalazł się na pieniądzu, bo umarł.
— Bo to anioł!
— A ja mam dużo drobniaków — dużych i małych.
— A ja mam pieniądze z innych krajów.
— Boże, Boże, Boże!
— Że niby co?
— Że masz dużo pieniądzów!  

Co można kupić za pieniądze?
— Mleko.
— Bułkę.
— Chleb na tosty.
— Kubek.
— Gazetkę dla dziewczynki.
— Kangura.
— Plasterek szynki.
— Kapcie do przedszkola.
— A ja bym wszystko kupił!
— Wszystkie bułki!
— Zapałki.
— Dom ze złota!
— Można zapłacić pani w sklepie.
— Albo kupić syrop.
— Buraka.
— Pałac.
— Tysiąc lalek.
— Samochody latające!
— Samoloty strzelające pieniędzmi.

Po czym można poznać bogacza?
— Że jest piękny.
— Że ma piękne oczy.
— Ma ubranie całe z pieniędzy.
— I dom z pieniędzy.
— I samochód ze złotymi kołami.
— I ciężkie kieszenie.
— Ma skarbiec.
— Ma też wielką ogromną skrzynię bez dna!
— I jedno oko zaklejone. — Ale to oko jest złote.
— I piękne.
— Bo gdy człowiek staje się bogaty, od razu pięknieje.
— A my nie mamy pieniędzy.
— Ja mam! Nawet zagraniczne!
— Ty się nie liczysz.
— I nie jesteś piękny.
— Za pieniądze można dużo załatwić.
— W ogóle nie można żyć bez pieniędzy.
— Bo pieniądze są ważne.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Aquasfera bez odpowiedzialności

Wrocławski Park Wodny dostał karę za niezgodne z prawem wywieszenie kartki „nie ponosimy odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach”. W Olsztynie Aquasfera idzie tym samym śladem...

Żeby wejść do wody, najpierw trzeba się rozebrać... Fot. aquasfera.olsztyn.eu

Byłam, sprawdziłam i wiem, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Odwiedziłam kilka instytucji i teraz uprzejmie zdaję relację z mojej wędrówki po Olsztynie.

Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych kartki w szatni nie wywiesiło, ale personel nie wie, co zrobić z ewentualnymi kradzieżami kurtek. Pani woźna wzrusza ramionami, patrzy na wieszaki i stwierdza: — Takie rzeczy to nie moja sprawa...

Filharmonia Warmińsko-Mazurska dumna jest z monitoringu. Dwie panie pilnujące szatni wiedzą, co robić: — Nikt jeszcze nie zgłaszał kradzieży, ale też nie powinien, bo oko kamery czuwa. Czuwa też zawsze człowiek. A jak coś zginie, będziemy bić się w pierś.

Centrum Konferencyjne UWM też nie wywiesiło kartki. Bo tu na straży też stoi człowiek: — Ale tylko do maja, bo później niż już kurtek nie nosi. A jeśli coś zginie... Nie zginie, nie powinno!

A co z basenami? Olsztyn w tym roku wzbogacił się o dwa nowe.

Basen Uniwersytecki ma szatnię z uśmiechniętą panią, bez kartki: — Skoro tu pracuje, więc za coś odpowiadam, a jak odpowiadam, ponoszę konsekwencję.

A co ze słynną Aquasferą? Szatniarz będący jednocześnie pracownikiem ochrony wskazuje mi palcem kartkę...


— Zdarza się, że ludzie przynoszą nieswoje numerki i chcą wyłudzić czyjeś ubranie. Ktoś zgubi numerek, ktoś inny go znajdzie... Czy możemy mieć na to wpływ? Jeśli coś zginie, nie odpowiadamy...

Największa olsztyńska pływalnia idzie w ślady wrocławskiej... Postępowanie wobec Wrocławskiego Parku Wodnego zostało wszczęte w październiku 2011 roku na podstawie skargi konsumenta. Wątpliwości wzbudziły postanowienia stosowane w regulaminie spółki, która informowała swoich klientów, że nie ponosi odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach. Wywieszenie ogłoszenia o takiej treści jest niezgodne z prawem i nie zwalnia przedsiębiorcy z odpowiedzialności za pozostawioną odzież.

— Jeśli ktoś wystawia wieszak, zgadza się na zostawienie ubrania, więc ponosi odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo — tłumaczy Jadwiga Urbańska, rzecznik konsumentów z olsztyńskiego ratusza. — Zgodnie z prawem, z chwilą oddania do szatni ubrań, dochodzi do zawarcia umowy przechowania i podmiot prowadzący szatnię zobowiązuje się do zachowania w stanie nienaruszonym rzeczy oddanej na przechowanie. Wywieszenie kartki nic nie znaczy. Można napisać wszystko, ale prawo ma tu więcej do powiedzenia. Inaczej jest w sytuacji, gdy zostawimy swoje rzeczy w przypadkowym miejscu — na przykład na krześle. Szatnia jednak odpowiada za swoje obowiązki...

Wrocławski Park Wodny zapłacił 17 tysięcy zł kary. Aquasfera ma najdroższe bilety za pływanie w mieście, więc jeśli jakiś klient się zdenerwuje, będzie miała z czego zapłacić...


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Bankomat zjada pieniądze z konta, a bank się nie przejmuje

Olsztyn ma bardzo żarłoczny bankomat PKO BP w Realu. Nie wypłaca pieniędzy, ale połyka je z konta. Pomimo zgłoszenia wady bankomatu, bank nic nie robi przez cały dzień. Czeka na kolejne reklamacje?


Bankomat w hipermarkecie Real 27 grudnia zaczyna szaleć. Wkłada się kartę, wpisuje PIN, kwotę i... nic. Złośliwość rzeczy martwych? Żeby wyjąć pieniądze, ponawia się próbę wypłaty. Znowu nic. Bankomat nie nawet nie jęknie, nie sapnie, nic nie wypluwa. Ale po wejściu na konto okazuje się, że zjada kasę i to podwójnie!

Zdenerwowany klient składa reklamację w banku. Jest godzina 8.10 następnego dnia, 28 grudnia. Bank skargę przyjmuje i obiecuje zająć się sprawą. A co z pieniędzmi? Trzeba przejrzeć monitoring (przez 14 dni), czy aby klient nie kłamie. Na koncie przecież kasy nie ma, więc może pieniądze zainkasował i teraz udaje Greka. Ale nic z tych rzeczy. Klient jest czysty. Mówi nawet: naprawcie ten bankomat, żeby innych nie robił w konia! Bank PKO BP nie zaprzecza: tak, ma klient rację, trzeba sprawdzić sprawność bankomatu.

Ale co z kasą? Konto klienta zostało zupełnie wyczyszczone. Bank kwituje to uśmiechem: proszę skorzystać z debetu.

A co z odsetkami?

Bank też skwituje je uśmiechem...

O godz. 17 w Realu pojawia się kolejny klient, któremu brakuje gotówki w portfelu. Bankomat nie wypłaca, ale ten klient zna już sprawę, więc w te pędy sprawdza stan swojego konta. Co się okazuje? Kasy mniej! Bankomat znowu zjadł. Bezczelnie zjadł!

Ilu klientów korzystało z bankomatu PKO BP w Realu tego dnia? Ile pieniędzy pomknęło w próżnię? Kiedy bank zainteresował się, że jego „wypłatomat” nie działa jak należy? Ba, kiedy doszło do niego, że zgłoszona reklamacja przez pierwszego klienta nie wzięła się znikąd?

Bank pracuje tak, jak robotnicy przy budowie dróg. Końca nie widać... Nawet początku interwencji nie widać!

Szczęście mają ci klienci, którzy zauważyli braki na swoim koncie. A co z tymi, których przerosło sylwestrowe szaleństwo i reklamacji pożarcia nie złożą? No tak, gapowe trzeba płacić...

Sprawą zajęła się „Gazeta Olsztyńska”. Kto wie, może dopiero prasa otworzyła oczy bankowi, który nie zauważył, że klienci tracą pieniądze? Na szczęście bank obiecał dziennikarzowi, że wszystkie reklamacje rozpatrzy.
— Aktualnie usterka została usunięta i urządzenie powinno działać normalnie — mówi Monika Floriańczyk z PKO BP. Ta miła pani jednak nie chce powiedzieć, ile osób złożyło reklamacje i jak zostaną rozpatrzone.

A kto w tym czasie obraca kasą klientów? Święty Mikołaj?

Przeczytaj też:
Przez awarię bankomatu ludzie tracili pieniądze


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

sobota, 29 października 2011

Kto mi dał skrzydła?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia? Coś w tym jest — zwłaszcza, gdy siedzi się za sterami samolotu. Dla totalnego debiutanta "zabawa" wolantem i bujanie w obłokach to coś bezcennego.


Wskakuję w mały, żółty ultralekki samolot Aeroprakt. To ma być zwykły lot. Mam popatrzeć na Olsztyn z lotu ptaka, pobujać trochę w obłokach, odświeżyć swoją miłość do latania i poczuć, że człowiek może góry przenosić. A właściwie może się w górze przemieszczać...

Za stery chwyta Bronek Ślężak, instruktor pilotażu z Aeroklubu Warmińsko-Mazurskiego. To szalenie roześmiany facet i lekki w rozmowie. Prawie tak lekki jak jego samolot — tyle, że nie żółtodziób!


Gdy tylko samolot odrywa się od pasa startowego, Bronek oddaje mi w ręce wolant. Mogę skręcać w lewo, w prawo, lecieć w dół, popędzić trochę w górę. Oczy w słup, bo nigdy tego nie robiłam! Do tej pory prowadziłam tylko samochód, który ma cztery koła i mocno trzyma się ziemi. Teraz pode mną nie ma nic — tylko przestrzeń, którą zawładnęły ptaki. I teraz ja jestem takim ptakiem — ze śmiglastym dziobem.


Dziwne uczucie, kiedy włada się tym metalowym ptakiem. Ba, ptaszkiem, bo to przecież stworek ultralekki. Każdy ruch wolantem lub naciśnięcie na pedały, kołysze samolotem. Patrzę przed siebie — jeśli widzę widnokrąg, jest dobrze. Jeśli zanika albo traci poziom, muszę wyrównać "żółtaka". Mogę też sobie nieźle pogrzać. W powietrzu nikt nie wlepi mi mandatu ani nie walnę w drzewo. Chyba...


Na szczęście Bronek siedzi przy mnie i ma pewnie niezły ubaw!


Nasz samolot wygląda jakby był po niezłej imprezie — a to kołysze się na boki, a to wiruje w powietrzu... Ale i tak to fantastyczne przeżycie. A do tego widoki widziane spod brzucha... I chmury, które wyglądają jak wata cukrowa. Pod nami biały puchaty dywan, a nad nami lekka kołdra z mgiełki. Tylko się przykryć i zostać tu na zawsze.


Ale chmury są zdradliwe. Trzeba wiedzieć, które nie zrobią nam krzywdy. Bronek ma to w jednym palcu, więc czuję się bezpiecznie. Gdzieś obok wiszą niskie czarne chmury. Nieźle by nami łomotało, gdybyśmy w nie wlecieli. Oddaję więc stery w ręce fachowca. Latamy jeszcze kilka dobrych minut. Jest fantastycznie!


Teraz jak mi ktoś powie, że chodzę w głową w chmurach, skrzywię się i go poprawię: ja latam z głową w chmurach!

Przeczytaj o olsztyńskich pilotach:
Latają i przeszkadzają w piciu kawy

wtorek, 18 października 2011

Podróż za jeden znaczek

Gdzie mnie jeszcze nie było? Na poczcie? Wskakuję więc w kopertę i sprawdzam, jak z listami obchodzą się olsztyńscy pocztowcy...


Nazywam się List. List Priorytetowy. Moim zadaniem jest jak najszybciej trafić pod wskazany adres. Na kopercie mam napisane: Olsztyn, ul. Kanta. Pochodzę z Olsztyna, więc chyba nie czeka mnie długa droga. Ponoć jednak najpierw muszę trafić w ręce pocztowców.

Młot z datą
Na początku ląduję w czerwonej skrzynce gdzieś w centrum. Jak tu ciasno i ciemno. Niech mnie ktoś uwolni! — wołam z całych sił. W końcu ląduję w wielkim worze z innymi listami. Każdy ma inny kolor, wagę, wielkość... Jedziemy razem na pocztę, aby tam obrać właściwy kurs. Trafiam na rozdzielnię, a tam jakiś facet przygląda się dokładnie każdemu z nas.
— Codziennie dostaję ze dwa tysiące listów — opowiada Tadeusz Wojniak. — Sprawdzam, czy na każdym jest znaczek z właściwą opłatą. Każdą kopertę muszę też ostemplować dzisiejszą datą. Cienkie listy idą na stemplownicę, a te grube stempluję własnoręcznie. Do tego służy specjalny datownik młotowy.
Ja chyba mam pecha, bo zaliczam się do grubych listów. Łup! Dostaję młotem i trochę ogłupiały, z siniakiem na czole czekam co będzie dalej.
— Listy z naniesioną datą są sortowane według kodu pocztowego — tłumaczy Elżbieta Rak, szefowa rozdzielni listowej. — My, pocztowcy, nazywamy go inaczej: PNA, czyli pocztowy numer adresowy. Każda przesyłka trafia więc do oddzielnego worka. Każdy z nich to inne miasto — na przykład Ostróda, Olsztyn... Worek jest zamykany i pakowany — albo do samochodu, który zawiezie go do innego miasta, albo do innego działu, który posegreguje listy według ulic.

Szczęki Kortowa
Ale tu się dzieje! Znowu inna sala. Wpadam w ręce pani, która w głowie ma całą mapę Olsztyna!
— Mam wykaz ulic, więc jeśli jakiejś nie mogę rozczytać, sięgam po pomoc i staram się rozszyfrować jej nazwę — zdradza Ewa Olszak. — Ale tak jak aptekarz potrafi rozczytać nazwy leków po lekarzach, tak ja nie mam problemów z ulicami i nadawcami. Zdarzają się jednak śmieszne sytuacje...
— Czasem ludzie błędnie piszą nazwy ulic — dodaje Elżbieta Rak. — Przykład? Mamy w Olsztynie ulicę Szczekin-Krotowa. Komuś się pomyliło i napisał: Szczęki Kortowa.

Wiązanka dla listonosza
Ja na kopercie mam napisane jak byk, że moim celem podróży jest ulica Kanta. Trafiam więc do przegródki z numerem 116, która oznacza rejon: Wilczyńskiego i Kanta. Mówią, że stąd mi już bliżej do torby listonosza.
— Najpierw jednak trzeba przygotować wiązankę dla niego — podkreśla Ewa Olszak. — Służy nam do tego specjalna maszyna. Listy, które są przydzielone na dany rejon, owijane są specjalną taśmą. Wystarczy nacisnąć guzik, a maszyna owija paczuszkę błyskawicznie. Dzięki temu mamy pewność, że żadna korespondencja nam nie zginie. To ważne, bo listów mamy szalenie dużo. To nieprawda, że era e-maili odciągnęła ludzi od korespondencji papierowej. Firmy wysyłają mnóstwo reklam, biuletynów i rachunków. Wiele dobrego poczcie robią też sklepy internetowe... Mamy więc pełne ręce roboty! A gdy zbliża się Wielkanoc albo Boże Narodzenie, walczymy z zalewem pocztówek z życzeniami.

Półka na koniec
Mam nadzieję, że dotrę na Jaroty do świąt... Na razie ląduję z całą wiązanką kolegów w innej sali. Cicho tu jakoś i pusto — zupełnie inaczej niż w poprzednich pomieszczeniach. Trafiamy na półkę, do której dostęp ma tylko listonosz. Czekam aż przyjdzie, wsadzi mnie do torby i zaniesie do adresata.
W końcu jest! Wciska mnie między inne listy i rusza na Jaroty, a ja wraz z nim. O spotkaniu z adresatem jednak wam nie opowiem, bo to zbyt osobiste...

Fot. Grzegorz Wadowski


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

sobota, 28 maja 2011

Gdzie się podziała ta wielka Ameryka?

Do Warszawy przyjechał Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, więc tematem numer jeden jest wszystko, co amerykańskie. Dlatego w Olsztynie postanowiłam poszukać Ameryki. I szukałam... jak igły w stogu siana.


Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?

Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!

Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!

Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!

Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!

Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!

Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...

czwartek, 26 maja 2011

Aż policzki zachodzą za uszy...

— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby wyskakiwać ze sprawnego samolotu? — mówi Franciszek Kiapśnia, który został spadochroniarzem w wieku 45 lat. — Uwielbiam fruwać jak ptak. Spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny.


— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.

Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.

Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.


I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 29 kwietnia 2011

Gaz do dechy w buggy!

Aż czuć piasek między zębami, gdy wciska się gaz do dechy. Taką zabawę zapewnia jazda buggy. Wskoczyłam więc do auta i poczułam się prawie jak na rajdzie Dakar!


Nie siadłam za kółko, ale na fotelu pasażera też można czuć adrenalinę. Ostre wchodzenie w zakręty, warkot silnika i piasek sypiący się spod kół robią swoje. Dla wielbicieli motoryzacji jak znalazł! Co ja zresztą będę gadać — obejrzyjcie filmik:



Co to jest buggy?
To typ lekkiego samochodu rekreacyjnego. Wyposażony jest w duże koła z grubymi oponami, wytrzymałe zawieszenie, otwarte nadwozie oraz odsłonięty silnik umieszczony najczęściej z tyłu autka. Buggy zostały zaprojektowane i na początku służyły do jazdy po wydmach na plażach i pustyniach. Miały zapewnić jak największą wygodę podczas jazdy. Buggy są bezpieczniejsze od quadów. Posiadają czteropunktowe pasy bezpieczeństwa, a nisko położony punkt ciężkości wpływa na stabilność.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Opony Michelin: z pierwszej ręki nie kupisz

Lis syty i owca cała — sklepy firmowe nęcą zakupami bez marży i dzięki temu podnoszą sprzedaż. Szkoda, że nie każdy to docenia. Do fabryki opon Michelin wstęp wzbroniony.


Mam ochotę kupić oponę. Piękną, pachnącą gumą, nową oponę Michelin. Nic trudnego? Jasne, można wejść do sklepu internetowego — a takich jest multum — kliknąć na wybrany rozmiar i czekać na kuriera.

Miałabym ochotę kupić oponę w sklepie firmowym. Mieszkam w Olsztynie, gdzie Michelin produkuje i na tym moja radość się kończy. Mogę popatrzeć na wielką fabrykę, mogę sfotografować się na tle wielkiego ludka Bibendum, mogę też zrobić sobie zdjęcie w największej oponie świata. I znów na tym moja radość się kończy. Bo zakupów w Michelin nie zrobię. Sklepu firmowego brak.

Pamiętam czasy browaru Jurand, przy którym stała budka z firmowym piwem. Można było zasmakować w chmielu, ocenić i wrócić. Jurand przyciągał klientów, a wiadomo — przez żołądek do serca. Co prawda wiek nie pozwalał mi na degustację trunków Juranda, ale budkę firmową szanowałam.

A może krówkę? Jutrzenka, producent słodyczy, pyszności ludziom nie żałuje i sprzedaje je w sklepie firmowym. Bo taki sklep ma. Kartony krówek można kupować... Kartony krówek, irysów, śliwek w czekoladzie... A apetyt rośnie w miarę jedzenia! (opony na brzuchu gratis)

A Michelin? Michelin nie rośnie. W moich oczach nie rośnie. I trochę mi szkoda, że muszę wejść do internetu, że muszę szukać opon... niekoniecznie Michelin. A tak wsparłabym rodzimy przemysł (to nic, że francuski). Wsparłabym opony wykonane w pocie czoła przez olsztyniaków. No i kupione — co by nie było — z pierwszej ręki. Może nawet i z jakimś rabacikiem — jak to w sklepach firmowych bywa. I lis byłby syty, i owca cała.

Kiedyś, kiedy opony produkował Stomil, sklep firmowy był. I nawet w Gdyni cieszył się powodzeniem. Dziwne? Też się złapałam za głowę, że Gdynia ściągała po opony właśnie tu, na Warmię. Niedawno też chciała ściągnąć:
— A Michelin nie ma przypadkiem sklepu firmowego?
— Nie ma.
— Taka fabryka i nie ma? Aż dziwne.
— Na stronie firma poleca zakup u dilerów.
— A to opony czy narkotyki?

Żarty na bok. Od 1995 Stomil wchodzi w skład koncernu Michelin i produkuje pod nazwą Michelin Polska. Opon w miejscu produkcji nie sprzedaje.

Morał? Zachód zabiera nam coraz więcej — od wyszkolonych pracowników, przez żarówki, po sklepy firmowe. A tak bardzo chciałam kupić oponę. Piękną, pachnącą gumą, nową oponę Michelin...

czwartek, 20 stycznia 2011

Gówniana gadka: pies kontra sąsiadka

Ludziom w głowach się pomieszało w sprawie sprzątania po psach. Rozumiem, gdy chodzi o grubszą sprawę. Ale krzyczeć za sikanie na trawniku?


Poranek. Pies wyskakuje na dwór, aby się załatwić. I nie ma zwierzę w zamiarze większych planów — chce tylko opróżnić pęcherz, wrócić na śniadanie i cieszyć się spokojem domowej ciszy. Ale tej radości mniej w oczach pewnej pani, która wychodzi na parterowy balkon i zaczyna do mnie:
— Co pani robi?
— Ja?
— Co pies robi?
— Siku.
— Powinna pani posprzątać!
— Siku?
— Tak!
— Ale jak?
— Wsadzić błoto w torebkę i wyrzucić do kosza.
— ???
— Bezczelna baba!

Stanęłam jak słup, odpowiedziałam tym samym słowem miłej pani i wróciłam do domu. Ale to nie było normalne wchodzenie po schodach. Nie było to normalne wkładanie klucza do zamka. Nic z tych rzeczy! Nie mogłam uwierzyć, że ludzie wymagają sprzątania po swoim psie tego, co niewidoczne!

Pewnie ta miła pani wytłumaczyłaby mi, że w glebie widoczne są wszystkie składniki moczu, których się brzydzi. Wystarczy tylko zrobić badania toksykologiczne, chemiczne, biologiczne i Bóg wie jakie. Miałaby rację, ale bądźmy ludźmi — sprzątanie po swoim psie nie na tym polega. Rozumiem — kupa... To niezbyt miłe dla oka, a i wdepnąć można. Dlatego zawsze na spacer wychodzę z woreczkiem, ale najczęściej idę w dzicz, gdzie pies ma samowolkę. Nie tylko mój — wszystkie czworonogi z namiętnością wypinają się wśród wysokich traw. Nikt dla przyjemności tam nie chodzi — jedynie dla ulgi swoich pupili. Bo osiedlowe trawniki w tych grubszych celach odpadają. Swoich sąsiadów przecież szanować trzeba.

Od jakiegoś czasu zauważam nagonkę mediów na psiarzy. Miasto ma rzeczywiście gówniany problem i trzeba z nim walczyć. Ale przez to medialne nasycenie niektórym w głowach się poprzewracało. Hasło „sprzątnij po swoim psie” wielu odbiera dosłownie. Czekać mi tylko, kiedy będę musiała likwidować odciski psiej łapy, bo... niszczy krajobraz.

Kij ma dwa końce, więc czasem trzeba wejść w skórę psiarza, a nawet w skórę psa! Człowiek je, pies również. Człowiek pije, pies tym bardziej (pamiętaj, aby twój pies miał zawsze świeżą wodę w misce!). Po trawieniu musi nastąpić zwolnienie blokady maszyny losującej. Taka kolej rzeczy. Człowiek ma sedes, pies trawnik. Człowiek ma woreczek, a pies merdający ogon. Ale nikt jeszcze nie wymyślił woreczków do gleby zroszonej moczem. A co, gdy pies zmoczy koło samochodu? Też wsadzić w woreczek i wyrzucić? Bęben maszyny losującej jest pusty.

PS. Dlaczego mój pies kilka dni temu pod balkonem miłej pani schrupał kość? Skąd ta kość się wzięła? No, chyba że jest to kość niezgody... Pies na szczęście przeżył, ale ja chamstwa cały czas przeżyć nie mogę.

Przeczytaj też:
Kupa nie gryzie, kupa zabija!

wtorek, 18 stycznia 2011

Dziury na drogach po zimie? Lubię to!

Po zimie stulecia mamy tak dużo dziur, że drogowcy nie nadążają z ich łataniem. Zalewają jedne, a pojawiają się drugie. To syzyfowa praca? Ależ skąd! Ma to swoje plusy...


Dziękuję drogowcom, że mogę jeździć się slalomem.

Dziękuję drogowcom, że ćwiczę refleks. Mam oczy szeroko otwarte, aby ominąć szeroką dziurę.

Dziękuję drogowcom, że mogę częściej kręcić kierownicą.

Dziękuję drogowcom, że zdejmuję nogę z gazu. Dzięki temu jeżdżę bezpieczniej.

Dziękuję drogowcom, że rozwijam swoją wyobraźnię i nazywam dziury po imieniu. Wpadła mi w oko Jadzia. Wpadła mi też w oko Zenobia. Na szczęście moja skoda jeszcze „na ten pomysł” nie wpadła.

Dziękuję drogowcom, że pachołki ostrzegające przed łataniem dziury pojawiają się ni stąd, ni zowąd — dzięki temu uczę się spostrzegawczości.

Dziękuję drogowcom, że muszę zmieniać pas — przez te pachołki — i wbijać się w sznur samochodów. Wiadomo, w kupie raźniej!

Dziękuję drogowcom, że do dziur weteranek dołączają dziury młodzieżówki. Na pewno mają szanse na rozwój w Olsztynie. Trzymam kciuki!

Dziękuję drogowcom, że nigdy nie zaskakują. Bo jak regularnie zmieniają się pory roku, tak regularnie powtarzają się cykle zaśnieżonych ulic, psioczenia na tych i owych, czekanie na odwilż, żeby w końcu doczekać się... dziur. I tak w kółko.

Dziękuję drogowcom, że wzbogacam swój słownik wulgaryzmów. Wpadanie w dziury trzeba okrasić siarczystym słowem.

Dziękuję drogowcom, że czuję się jak Hołowczyc. Prawie.

W związku ze wzrostem temperatury po sezonie zimowym w drogach powstają dziury. Woda, która wnika w szczeliny w nawierzchni zamarzając zwiększa swoją objętość i rozsadza asfalt. W czasie przymrozków taka sytuacja powtarza się każdej nocy. Dziury, które powstają zimą, drogowcy łatają metodą „na mokro”, czyli wypełniają je specjalnymi mieszankami odpornymi na niskie temperatury. Nie jest to jednak działanie, które może przywrócić jezdniom dawną gładkość. Akcję poprawiania jakości dróg należy powtórzyć po ociepleniu się klimatu. Doraźne wypełnienie zamienia się wówczas na łatę ułożoną już „na gorąco”.

O stanie polskich jezdni decydują wielorakie czynniki. — Na polskie drogi są kładzione różnej jakości mieszanki mineralno-asfaltowe. Duża wolna przestrzeń w mieszance, czy złe zagęszczenie mieszanki, sprawiają, że woda zamarzając działa rozsadzająco — komentuje powstawanie ubytków w drogach profesor Piotr Radziszewski z Katedry Inżynierii Materiałów Budowlanych Politechniki Warszawskiej.

Do tak kiepskiego stanu polskich dróg przyczyniają się zaniedbania lat poprzednich. Każda nawierzchnia ma swój okres trwałości. W przypadku polskich dróg górna warstwa powinna być wymieniana co 10-15 lat, a w wielu przypadkach dochodzi do tego, że jest ona wymieniana dopiero po 20 latach. — Uderzenie kół, pewne nierówności i ubytki przyczyniają się do tego, że droga pęka — mówi profesor Piotr Radziszewski. Podkreśla również, że winą za stan jezdni należy obarczyć osoby odpowiedzialne za utrzymanie nawierzchni — to one dopuszczają się największego niechlujstwa. Wszelkie ubytki, które powstają w ulicach, trzeba natychmiast uzupełnić, bo z czasem dziury, o które nikt nie dba, mogą przybrać astronomiczne rozmiary.
(Czyhają na ciebie na każdej ulicy)

No właśnie. I dlatego dziękuję drogowcom. Powinni stworzyć profil na Facebooku. Na pewno go polubię.

Przeczytaj też:
Olsztyn musi opatentować dziurawe ulice

piątek, 7 stycznia 2011

Zgłaszam zaginięcie kuriera!

Kurier pilnie poszukiwany! Miał dostarczyć przesyłkę, ale słuch po nim zaginął. Cechy charakterystyczne: pracownik Siódemki, samochód dostawczy i wadliwy terminarz. I usługa opłacona z góry…


Klient nasz pan? To powiedzenie dawni już nie ma racji bytu. Dziś króluje pieniądz i on dyktuje warunki. Właściciel przelewu nie ma już nic do gadania. Nawet hasło przewodnie Siódemki — „przesyłki ekspresowe” — nie ma pokrycia. Kasa zainkasowana, więc hulaj dusza! Bo przecież pracuje się dla pieniędzy, a nie dla pochwał…

Paczka wychodzi z Warszawy 30 grudnia (czwartek) i nie może dojść do Olsztyna w obiecanym ekspresowym tempie. Dzisiaj, kiedy to piszę, jest 7 stycznia (piątek), a paczka nadal do mnie nie dotarła.

Zaczynam się denerwować już we wtorek, czyli 4 stycznia. Z uwagi na sylwestra i Nowy Rok macham ręką na błyskawiczne doręczenie, bo przecież każdy lubi dobrze się zabawić i porządnie potem wyspać. Ale kiedy kurier śpi za długo, tego darować już mu nie mogę. Dzwonię na infolinię Siódemki i grzecznie pytam, co dzieje się z przesyłką. Pani niegrzecznie mi odpowiada, że „z uwagi na świąteczne obsuwy, towar zalega na magazynie”. Twarz zalewa mi purpura, ale mam nadzieję, że w środę już uściskam kuriera. A tu zonk! Dzwonię więc znowu na infolinię:

— Dlaczego jeszcze nie otrzymałam przesyłki?
— Bo leży w magazynie w Olsztynie.
— Ale ja płacę za doręczenie towaru, a nie magazynowanie!
— Hmmm…
— Rozumiem, że nazwa Siódemka nawiązuje do siedmiodniowego terminu doręczenia.
— Nie, nazwa nawiązuje do doręczenia w ciągu 72 godzin od chwili wysyłki.
— Doprawdy?
— Proszę zadzwonić jutro.

W czwartek przypada Święto Trzech Króli, więc w ten dzień kurier znowu śpi. Ale w piątek powinien biec do mnie jak na skrzydłach. Biegnie? Ależ skąd! Znowu dzwonię do biura obsługi klienta:

— Chcę zgłosić zaginięcie kuriera. Miał dojechać, a nie dojechał.
— Pani paczka leży na magazynie w Olsztynie.
— To wiem…
— Może pani złożyć reklamację.
— Ale ja chcę przesyłkę, a nie reklamację!
— Reklamację musi pani złożyć listownie. Nie przyjmujemy reklamacji mailowo.
— A może mi pan powiedzieć, dlaczego paczka leży na magazynie?
— Niestety nie, bo filia w Olsztynie pracuje do godz. 16, a jest już po… Proszę zadzwonić jutro, a my wtedy wyślemy ponaglenie do Olsztyna. Wyślemy maila…

Na stronie Siódemki pisze jak byk: „Nadrzędnym celem naszej pracy jest satysfakcja wszystkich Klientów. To im podporządkowujemy nasze działania gwarantując najwyższą jakość usług poprzez ciągłe doskonalenie systemu zarządzania jakością.” Tere fere!

Czas to pieniądz? I tu zaczynają się schody, bo czas to zwłoka. Dla Siódemki na pewno. A wystarczyłby jeden telefon z informacją, że paczka już trafiła do Olsztyna i można ją odebrać albo na terminalu, albo czekać aż kurier przyjedzie. A że pracy kurier ma wiele, więc może nie wyrobić się w terminie. „Wybór należy do pani”.

I wilk byłby syty, i owca cała. Ale tu najedzony czuje się tylko jeden. Smacznego! A w gardle stoi kość niezgody.

PS. Paczka została dostarczona w sobotę samochodem z logo UPS...

Przeczytaj też:
Na noże z DHL

środa, 22 grudnia 2010

Uwaga, leci sopel!

Wyglądają pięknie, ale są szalenie niebezpieczne. Czapki z głów przed soplami? Prędzej kaski włóż! Idzie odwilż, sople spadają jak grom z jasnego nieba. A są miejsca, gdzie jest na to przyzwolenie…


Piękne i przerażające! Zwisają z dachów, z latarni i Bóg wie z czego jeszcze. Widzę ich w Olsztynie całą masę i aż mnie krew zalewa. Temperatura coraz bliżej zera, a sople coraz bliżej ziemi. Aż strach pomyśleć, gdy przyjdą takie roztopy, że sople będą spadać jeden po drugim. Jeśli wbiją się w chodnik, żaden problem. A co, jeśli akurat w pobliżu będzie szedł człowiek?

Na temat sopli rozmawiałam ze znajomym, który widział sopla-mordercę. Kiedy był mały, sopel spadł na idącego przed nim mężczyznę. Miałam ciary, gdy opowiadał, co widział:
— Idzie człowiek, nagle w niego sopel łup, on spokojnie na kolanka i… nawet nic nie poczuł. A sopel wszedł w niego jak w kreskówkach — po prostu nóż w maśle.

Bez komentarza. Minuta ciszy.

Zadziwiają mnie sople w Szpitalu Uniwersyteckim w Olsztynie. Wiszą na latarni (co widać na załączonym obrazku), tuż nad chodnikiem przy przychodni. A tędy chodzą ludzie! Sople wiszą już od kilkunastu dni i nikt ich nie zauważa. Właściwie każdy je widzi, ale nikt nie zwraca na nie uwagi. Ot,są atrakcją turystyczną. Prawie jak rekiny w Egipcie…

A może szpital podchodzi do sprawy sopli inaczej? Jeśli spadną, pomoc przyjdzie błyskawicznie — szpital jest przecież pełen specjalistów. Sopel szybko się roztopi... A i studenci medycyny dowiedzą się, że sopel nie jest przyjacielem człowieka. Będzie to też gratka dla fizyków.

Czterokilogramowy sopel spadający z 15-metrowej wysokości uderza o chodnik z prędkością 17 metrów na sekundę. Czyli około 60 kilometrów na godzinę. W momencie zderzenia z ziemią ma energię kinetyczną na poziomie około 550 dżuli. Czy to dużo? Dla porównania, jeśli chciałbym kupić sobie wiatrówkę, a nie miał pozwolenia na broń, musiałbym zawęzić swój wybór do tych o energii wylotowej pocisku nie większej niż 17 dżuli. Hełm budowlany wytrzymuje energię uderzenia do 50 dżuli. Później pęka.
(Spadające z dachów sople lodu jak strzały z pistoletu)

Obowiązek usunięcia sopli spoczywa na dozorcach, a za jego niedopełnienie grozi 500-złotowy mandat. A ile jest warte ludzkie życie?

sobota, 11 grudnia 2010

Niesmak po grze wstępnej… w McDonald’s

McDonald’s zaprasza na gorące francuskie croissanty! Do kawy jak znalazł, czyli amerykańska sieciówka trafiła z pomysłem w dziesiątkę. Ale strzeliła też sobie w kolano...


Wpadłam do McDonalda na croissanta, bo uwielbiam kruche i puszyste rogaliki. Już jestem w ogrodzie, już witam się z gąską — bonjour! — a tu zonk. Francuski rogalik okazuje się atrapą.

Croissanty weszły do menu McDonalda w kwietniu. Fakt, w wakacje kilka razy schrupałam to ciepłe pieczywko i chwaliłam, oj chwaliłam — a ja przecież fast foodów nie chwalę. Ale tu zrobiłam wyjątek i zrobiłam błąd. Dziś mamy grudzień, a kruche francuskie rogaliki zamieniły się w zwykłe drożdżowe rogaliki. Do croissantów im daleko – miliony kilometrów! Ale nazwa została, żeby nie było.

Jakie wnioski? Nic nie jest wieczne, nawet rogaliki. I niczemu nie można ufać — przede wszystkim amerykańskim sieciówkom. Francuską tradycję zastąpiły tanim pieczywem, ale za tę samą fast foodową cenę.

Pytam pracownicy McDonalda, co stało się z rogalikami, jakimi „restauracja” nęci w reklamach. Wzruszyła ramionami i stwierdziła w iście polskim stylu: ja tu tylko pracuję.

Jasne, ryba psuje się od głowy i to mnie smuci, bo przez takie podejście oszukuje się klientów. Zaczyna się z grubej rury, rozkochuje na zasadzie „przez żołądek do serca”, a potem? Masz, babo, placek.

Ale co ja się będę wywodziła-rozwodziła… Przecież z igły nie wyjdą igły! Amerykańska papka też nigdy nie przypomni francuskiej rozkoszy. Bo najważniejsza jest gra wstępna… A prawdziwego McDonalda ocenisz nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.

czwartek, 2 grudnia 2010

Jak Praktiker przeprasza klienta

Wielka sieć kontra mały klient? Z tej mąki raczej chleba nie będzie, ale wyjątki zaskakują. Praktiker podchodzi praktycznie do kupującego — aby wrócił z portfelem, a nie siał nienawiść wśród znajomych. A wszystkiemu winien… akumulator.


Zimę odczuwają przede wszystkim samochody — zwłaszcza te ze słabymi akumulatorami. Co więc najlepiej zrobić, aby polepszyć sobie sytuację? Kupić nowy akumulator! Tym sposobem wybieram się z koleżanką na zakupy do olsztyńskiego Praktikera. Obsługuje nas bardzo niemiły blondyn. Wskazuje akumulator, który mamy kupić i tyle mamy radochy z jego pomocy. Czyżby wyznawał zasadę, że baba za kółkiem powinna radzić sobie sama? Nawet w sklepie?

— Pomoże nam pan zanieść akumulator do kasy?
— To sklep samoobsługowy. Trzeba było wziąć wózek.
— Ale wózka nie ma. Pomoże pan?
— Nie.

Przy kasie z akumulatora zaczyna sączyć się ciecz. Kapie na kurtkę koleżanki — na rękaw. Wypala się biała plama przypominająca wielki smark. Fu! Koleżanka myśli: woda to czy kwas? Smakuje: kwas! Nie ma innej możliwości: język staje jej kołkiem, rękaw nie zachęca, a klient stojący obok przestrzega, że już po kurtce... Że zaraz wypali się dziura.

Na szczęście pani przy kasie jest miła, podaje szmatkę do wytarcia i radzi, żeby wezwać menedżera. Sprawę trzeba wyjaśnić, aby nie pozostał niesmak, aby nie narobić kwasu. Zgadzamy się. Pani dzwoni:
— Klientka skarży się, że sprzedajemy wadliwy towar. Kwas z akumulatora wylał się jej na kurtkę. Skąd wie, że to kwas? Posmakowała!

Pojawia się menedżer. Patrzy na nas trochę spode łba…
— Ta kurtka kosztowała 300 zł, a teraz nie nadaje się do noszenia — podkreśla koleżanka. — I akumulator, który u was kupuję, też się do niczego nie nadaje.

Wraz z menedżerem pojawia się niemiły blondyn. Biedny, musi teraz nosić akumulator… Trochę mu to nie w smak, bo nie planował dźwigać, a teraz musi. Nie śmiej się dziadku!

Menedżer okazuje się milszy od swojego pracownika:
— Praktiker w ramach przeprosin odejmie wartość kurtki od ceny wartościowego akumulatora. Pasuje?

Pasuje.

Rachunek: 49 zł, czyli nowy akumulator i stara kurtka obsmarkana przez kwas.

Wniosek: jak to dobrze, że czasy PRL-u odeszły w zapomnienie. Że na powiedzenie „nasz klient, nasz pan” mam niezbite dowody. Jestem mile zaskoczona. Koleżanka też. Poszkodowany czuje się niestety tylko rękaw. Ale na szczęście Praktiker ma asa w rękawie — dba o swoje dobre imię.

PS. Jak to było w reklamie? "Praktiker. Da radę!"

poniedziałek, 15 listopada 2010

Olsztyn: kampania wyborcza jak makiem zasiał

Cisza wyborcza w Olsztynie ma inny wymiar niż w innych miastach. Burza toczy się w internecie, w gazecie, ale nie na ulicy. Kandydaci nie chcą wisieć na latarni... Czyżby pod latarnią najciemniej?




Za głowę się łapię, gdy wjeżdżam do Trójmiasta. Plakaty wyborcze krzyczą z drzew, słupów, ogrodzeń i każdego wolnego miejsca. Gdańsk nie jest więc już wolnym miastem. Jest zaplakatowanym od stóp do głów. W Gdyni i w Sopocie jest podobnie. Zamykam oczy i mogę z pamięci (fotograficznej) wymieniać nazwiska kandydatów. Od Szczurka po Żurka...

W Olsztynie natomiast hula wiatr. Plakatów ze świecą szukać. No, może tu i ówdzie jakiś powiewa. Tu jakiś obdrapany, ten z domalowanym wąsem, a ten niewidoczny, bo rozmiarów znaczka pocztowego. I na kogo tu głosować?

Chyba trzeba postawić głos po znajomości...

Wystarczy tylko jeden rzut oka, aby zauważyć, że Trójmiasto jest bogatsze o tony papieru i dykty. Więcej też zarobiły tamtejsze drukarnie, a po wyborach zgarną sporo firmy sprzątające. Ale jest jeszcze inna sprawa — wyborcy z Pomorza są lepiej poinformowani. Taki uliczny krzyk (być może) pomoże im postawić trafnie krzyżyk na karcie wyborczej. A olsztyniacy muszą szperać w internecie, żeby poznać kandydatów. A najlepiej, żeby mieli konto na facebooku — tu kampania reklamowa jest obecna, a jakże! W końcu to XXI wiek!

W Olsztynie kandydaci na polityków nie chcą wychodzić na ulice. Żeby ludzie polityków ulicznikami nazywali? Nie chcą wisieć na drzewach, krzakach i znakach drogowych. A przecież — jak mówi powiedzenie — co ma wisieć, nie utonie.

Jeśli ktoś nie interesuje się wyborami, w Olsztynie może przejść obok nich obojętnie. I jak tu takiemu przechodniowi wytłumaczyć, że to jedne z ważniejszych wyborów, skoro w mieście tego nie czuć? Po co ma się obywatel interesować, skoro miasto takiego zainteresowania nie przejawia?

A może to przedsmak ciszy wyborczej, która w Olsztynie wyjątkowo zaczęła się kilka tygodni przed „godziną zero”? Co kraj, to obyczaj...

Tylko jeden kandydat ma wyjątkowe szczęście. Ma na imię Paweł i robi sobie niesamowitą reklamę. Aby trafić do rady miasta, bierze udział w programie „Mam talent”. Występ trafił mu akurat w sobotę — na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych. Cisza mu niestraszna, bo chłopak śpiewa.

Ejzenberg nie ukrywa, że liczy na swoją popularność, którą zapewnił mu udział w programie telewizyjnym. — Dzięki temu stałem się rozpoznawalny, przynajmniej w niektórych środowiskach — śmieje się wokalista. — Mam nadzieję, że to się przełoży na głosy, bo inaczej szanse, co tu ukrywać, mam niewielkie. Na to liczę plus kampania wyborcza, naturalnie w miarę moich możliwości finansowych. Gdyby się udało zdobyć mandat, to byłoby pięknie. To byłby dowód, że nie miejsce na liście, a osoba jest najważniejsza.
(Wyborcza plejada gwiazd)

Trochę mniej szczęścia ma Iwona Pavlović, która kandyduje do Rady Gminy w Dywitach. Jurorka „Tańca z gwiazdami” pojawi się na ekranie w niedzielę dopiero o godz. 20. A przecież dwie godziny później lokale wyborcze zostaną zamknięte. Komu buzia Iwony się spodoba i mu się przypomni, że „Czarna mamba” kandyduje, może nie zdążyć postawić na nią swojego krzyżyka...

Ale może w Dywitach plakaty Iwony wiszą jak szalone na każdym konarze. Nie wiem, nie wizytowałam. Widziałam tylko Trójmiasto i się przeraziłam, że aż tyle twarzy walczy o dobre stanowisko. W Olsztynie też walczą... tylko że nie słychać jak kruszą się kopie.

sobota, 30 października 2010

Doda: królestwo i cyrk

Jestem jak Juliusz Cezar, który przybył, zobaczył i zwyciężył. Prawie, bo w tym wypadku Doda podczas koncertu w Olsztynie wyszła z tarczą, a ja na tarczy. Bo królowa jest tylko jedna. Niezaprzeczalnie.


Mówi się o niej, że jest różową krzyczącą celebrytką. Mówi się też, że jest królową polskiej piosenki… Święta prawda, bo to, co Doda wyrabia na scenie podczas Rock'N'Roll Palace Tour, przechodzi pojęcie przeciętnego Polaka. Zaskakuje na każdym kroku i z każdym wypięciem pupy. A tyłek ma niezły!


Dla niej wyjście na scenę to nie tylko odśpiewanie kilku hitów, ale niezła zabawa. I niezły szok dla publiczności — zwłaszcza tej małoletniej. Nie powiem, co Doda wyrabia przy mikrofonie (i z czym go porównuje). Nie powiem też, co robi z wielkim mięsistym sercem… Ale to widać na załączonym obrazku.


I to widać na twarzach publiczności.


Nie jestem fanką Dody, ale chylę czoła. Za 35 zł dała niezły popis swojego wokalu (ma naprawdę świetny głos), cyrkowe show z tysiącem gadżetów (od srebrnej klatki, przez latającego konia, wyskakujące języki ognia, po płonące skrzydła).


Zdecydowanie Doda jest lepsza niż inne gwiazdy. Przykładowo — Feel w Olsztynie nie pokazał wiele, a zgarnął za występ 50 zł od osoby.


Co tu kryć — Doda robi niezły spektakl. W teatrze takiego cyrkowego przepychu i przegadania bym nie zniosła, ale na scenie to kupuję. Przecież muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Muzyka — zwłaszcza w wykonaniu Dody — pozwala się wyluzować i powiedzieć: wow! Nie jest to sztuka wysoka, ale wysoko mierzy w rozrywkowym wydaniu. Stawiam plus — ku mojemu zdziwieniu.


Doda jest artystką, której spełniło się marzenie z dzieciństwa. Od zawsze chciała śpiewać. Gdy miała 13 lat, wyjechała do Warszawy i tam zaczęła współpracę z Januszem Józefowiczem, który przyjął ją do teatru Buffo. Występowała w „Metrze.” Równocześnie brała lekcję śpiewu u Elżbiety Zapendowskiej. Potem zaczęła śpiewać w Virgin i zrobiła błyskawiczną karierę. Zdecydowała się na występy solowe i została okrzyknięta królową polskiej sceny. Na żywo daje tego dowody…

Przeczytaj:
Doda: Nigdy nie grałam w butelkę


niedziela, 29 sierpnia 2010

Jak czas płynie na Łynie

Spływaj! — tak mówi mi wiatr, gdy płynę sama kajakiem po Łynie. Nie daję się, wiosłuję i wiem, że Łyna to rzeka, na której nie można się nudzić. Po co więc szukać atrakcji, po co wbijać się na zatłoczoną Krutynię? Na Łynie czas tak samo płynie!


Wieje, strasznie wieje. Słońca niewiele, niebo zasłonięte chmurami. Pogoda pod psem — tylko deszczu brakuje, ale na szczęście nie pada. Jeszcze? Pojawiam się w umówionym miejscu — na moście w Bartągu. Zaraz dziesiąta, mam dołączyć się do grupy płynącej z Rusi. Ale niestety następuje szybka zmiana planów, bo grupa nie płynie. Mam sama wiosłować?
Kajak przywozi pan Adam, który tłumaczy, jak zachować się na wodzie. — Jak będzie pani miała dość na Brzezinach, proszę dać znać — mówi z uśmiechem. — Przyjadę, wyłowię.
Mam mieć dość? Nigdy w życiu! Łyna to nie Amazonka, więc muszę dać radę — mimo iż to mój pierwszy kajakowy raz na rzece. Wcześniej wiosłowałam tylko po jeziorach i zawsze w towarzystwie — na cztery ręce, na dwa wiosła.


Walka z wiatrem
Wsiadam w dwuosobowy kajak i ruszam. Trzciny szumią, woda płynie w miarę spokojnie. Gdyby nie wiatr, usłyszałabym śpiew ptaków. Po prawej mijam jakieś gospodarstwo i wpływam między pola i łąki. I tu zaczynają się schody. Nic mnie nie osłania — żadne drzewo, żaden dom. Nic! Wiatr daje mi popalić i ściąga kajak w bok. Ale nie daję się, zaciskam zęby i wiosłuję ile sił w rękach. Raz mi się udaje, innym razem powiew jest na tyle silny, że wpływam w trzciny — a to bokiem kajaka, a to dziobem. I tu zaczynają się schody, bo wiatr hula tak bardzo, że obraca mnie tyłem do nurtu. Muszę się jakoś „postawić do pionu” — znów zaciskam zęby i manewruję wiosłami. Już wiem jak don Kichot walczył z wiatrakami... Jestem jednak lepsza — udaje mi się! Znów płynę do przodu!

Wodna serpentyna
Wiatr wchodzi w zmowę z zakolami rzeki, których do Brzezin jest wiele. Ciągle zawijasy — w lewo, w prawo. Łyna to serpentyna! I już jestem w ogródku na Brzezinach, już witam się z gąską, a tu kolejny „zakręt”. Ile mi zajmuje przepłynięcie zaledwie 3,5 km? W takich warunkach grubo ponad godzinę... Ale za to widoki piękne — malownicze drzewa, lasy w oddali — o Warmio moja miła! Natrafiam też na zatopiony telewizor w całkowicie bezludnym miejscu. Kto go tu wyrzucił? A może nurt Łyny go tu przywiódł? Potem wpadam kajakiem na martwego dzika, który — na moje oko — nie nie mógł wyjść z rzeki i tak został. W tym miejscu — przy pięknym drzewie — nurt szalenie ściąga w bok. Dlatego nie dziwię się, że ląduję w trzcinach. Obok pana dzika...


Na leżąco
Dobijam do Brzezin. Tam czeka na mnie Paweł, fotoreporter. — Co tak długo? — dziwi się. — Czekam na ciebie i czekam. Nie masz dość?
Nie mam, płynę dalej. Tym bardziej, że przestaje wiać, bo przecież wokół domy i drzewa. Spokojnie dobijam do centrum Olsztyna — mijam most na Tuwima, a potem na Obrońców Tobruku. Tu niespodzianka, bo tuż za mostem ciągnie się bardzo nisko osadzony ciepłociąg. Trzeba położyć się w kajaku, aby nie nabić sobie guza. Potem płynę między brzegami zasypanymi przez butelki i śmieci. Oj, nie jest ładnie. Drodzy olsztyniacy, do śmietnika za daleko? Łyna nie rozpuszcza śmieci... chociaż mogłaby. Jak się wpływa do miasta, woda staje się mętna, a momentami brzydko pachnie. To za sprawą cwanych odpływów ścieków, które co jakiś czas rzucają się w oczy. Fu!

Łapak na koniec
Paweł ma mnie łapać na starówce, ale jestem od niego szybsza. Dziwi się, kiedy dzwonię spod mostu na Niepodległości. — Już dopłynęłaś? A co tak szybko? Zwolnij trochę!
Zwalniam, bo jest na co popatrzeć. Starówka widziana z koryta rzeki charakteryzuje się powykręcanymi konarami i przebijającymi się przez korony drzew zabytkami. I napisem na betonowym stoku przed mostem świętego Jana: FANY — META. I ludźmi, którzy patrzą na mnie jak na zjawę: o, kajak na Łynie! Fakt, to niecodzienny widok — Łyna nie jest aż tak modna jak mazurska Krutynia. Ale cudze chwalicie, swego nie znacie.


Spływ kończę w łapaku do kajaków usytuowanym na lewym brzegu rzeki — tuż przy zamku. Bilans: przepłynęłam 9 kilometrów, walczyłam z wiatrem, zwiałam Pawłowi i... nawet nie spłynęłam potem. A w dodatku to był mój pierwszy raz na Łynie!