Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obsługa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obsługa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 stycznia 2010

Jak PKP sprzedaje bilety na pociąg widmo

Pociąg relacji Gdynia-Olsztyn nie przyjechał, a PKP sprzedało bilet na tę trasę. W zamian oferta noworoczna — kłamliwy rozkład jazdy i Donald Tusk na peronie. Tak PKP leczy swojego posylwestrowego kaca. Moim kosztem.



2 stycznia. Czas wracać znad morza do Olsztyna. Idę na dworzec Gdynia Główna, elektroniczna tablica informacyjna na holu głównym wyświetla, że o godz. 12.27 odjeżdża pociąg osobowy. Pasuje idealnie! Idę więc po bilet do kasy na ten właśnie pociąg. Płacę 29 zł, czekam na odjazd.

Peron pusty, ale zbierają się ludzie. Patrzą nerwowo na zegarki. Pociągu ani widu, ani słychu.
— Tak późno go podstawią? — dziwi się pani w berecie. — Przecież my wsiąść nie zdążymy. Spóźniony, czy co? Ale przecież stąd ten pociąg jedzie, z Gdyni, a nie z Krakowa. Rany boskie!

Jeszcze siedem minut, może przyjedzie, może dowiezie do Olsztyna. Może. Ale coś mnie kusi — idę do informacji: przyjedzie czy się zgubił w czasoprzestrzeni?

Informacja, owszem, jest. Ale zamknięta. Nie ma więc informacji. Nie ma też pociągu. Jedyne, co jest — bilet sprzedany w kasie.

Okazuje się w końcu, że ten pociąg nie kursuje 1 i 2 stycznia. Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba zagłębić się w lekturze żółtego rozkładu jazdy. Napisane jest małym drukiem, że pociąg ma urlop. Ale zostawmy ten rozkład. W holu dworca wisi tablica, która informuje przecież na bieżąco. Tłumy się na nią patrzą, tłumy biorą ją za wiarygodną. A tu zonk! Okazuje się, że nie tylko telewizja kłamie. PKP też.

Pociąg nie pojawia się, pociągu brak. Ale jest nerw. Idę zwrócić bilet.
— Ale my nie obsługujemy osobowych. Obsługujemy podróżnych według ich życzenia — słyszę od kasjerki.

A co to ma do rzeczy? Na okienku kasowym wisi kartka: sprzedaż biletów na wszystkie pociągi.

Hmm, to może ja do Honolulu poproszę bilet? Nie da rady. PKP sobie nie poradzi, za daleko. Ze zwrotem pieniędzy też nie tak łatwo. Zabawa kosztuje mnie 15% ceny za oddany bilet. Nie ma zmiłuj, gapowe trzeba płacić. Czyżby? Nerw nadal mnie trzyma i nie odpuszczam. Pani w okienku radzi mi, aby iść do „głównego peronowego”, który wszystko spisze na bilecie. Wszystko. Będzie to dowód, że PKP nawaliło i zostanie zwrócone mi 100% ceny. Idę więc na perony.

— Ja od 1 stycznia nie pracuję już w Intercity i biletów nie unieważniam — główny peronowy mówi jak Donald Tusk (z wydatnym rrr), a ja oczy w słup. — Pani kasjerka jest niepoinformowana.

Że co? Że od 1 stycznia perrronowy nie pracuje? Znaczy, że wyjątek nie potwierdza reguły — PKP nie słynie z dobrej informacji. Ale perrronowy staje na wysokości zadania i dzwoni do kas, aby powiedzieć, że ma mniej obowiązków. Tłumaczy, że tylko kasjerki mogą unieważnić bilet. Panie z drugiej strony słuchawki wyrażają jednak sprzeciw.
— Ale to jest wasz problem! — perrronowy kończy dialog, a ja wychodzę, bo… nic nie załatwię.

Na peronie napotykam jakiegoś pracownika PKP. Pytam go, o co chodzi z tym pociągiem widmem. Często się tak zdarza? To już klasyka? Scheda po PRL-u?
— Nie do mnie z tą sprawą — mówi na luzaku. — A te perony to w ogóle do jakiejś innej spółki należą. Ja tu tylko przesyłkami się zajmuję. Widzi pani, tu nic nie działa.

Idę do kasy, w której bilet kupowałam. Pani twierdzi, że jednak pieniędzy mi nie odda, bo to nie pociąg Intercity — mimo iż tak na bilecie jest napisane — ale Przewozów Regionalnych. Fakt, osobowy przecież. Tę sprawę można załatwić w kasie obsługującej tylko połączenia sygnowane tym znakiem. Idę więc pod wskazany adres. Znowu załamka, znowu pani za okienka nie wie, co zrobić.
— Niech pani idzie do kasy, w której pani bilet kupowała.
— Jak to? — z sił opadam. — Czy panie sprzedają bilety prywatnie?
— Nie.
— Sprzedają więc jako PKP.
— Tak.
— Proszę o zwrot za bilet sprzedany na pociąg widmo.

Jak się moja zabawa z PKP kończy? Nie jadę 2 stycznia, ale dzień później. Nie chcę dopłacać do pośpiesznego. Wystarczy, że straciłam dużo czasu. I pociąg straciłam. I zaufanie do PKP też.

Wszystko nagrałam na telefon komórkowy. Lubicie „Misia”? Klimat jest jak z Barei:



Jak PKP sprzedaje bilety na pociąg widmo? Źle.

Nie chodziło mi o zwrot 100% ceny biletu. Chciałam pokazać, jak PKP podchodzi do klienta. Bo na pewno nie podjeżdża.

Przeczytaj też:
PKP: Powolne Katowanie Pasażera
Rewolucja w PKP. Uważaj, jaki bilet kupujesz!
Nie zmieścili się do pociągu, więc zablokowali tory. Poskutkowało

wtorek, 22 września 2009

Carrefour robi klienta w trąbę

Tam cukierki rosną w torebce. Tam rośnie cena na rachunku. A potem rośnie ciśnienie. Niezapomniane doznania dla ciebie i twojego portfela. Gdzie? W Carrefourze!


Koleżanka D. zaciągnęła mnie do Carrefoura. Między innymi (zalety supermarketów) kupiłyśmy "krówki luz", więc sprzedawczyni wydrukowała wagę i kwotę do zapłaty: 4,59 zł. Nakleiła karteczkę na woreczku i z uśmiechem wręczyła: wasze krówki. A potem wydarzył się cud...

Kasjerka za pomocą zaczarowanej różdżki wybiła wyższą cenę na rachunku: 5,08 zł.

— Proszę nam wyjaśnić, jakim sposobem ta cena podrosła? — podchodzimy do działu obsługi klienta.
— A co się stało?
— Na krówkach wybita jest niższa, a kasa zażądała wyższej kwoty.
— To coś z wagą jest nie tak.
— Nie z wagą, z ceną!
— No tak, cena jest inna, bo waga jest inna.
— Nie, waga jest taka sama, to cena podskoczyła. Pani przy cukierkach wybiła maszyną jedną, a pani w kasie drugą. Jak to możliwe, że dwie maszyny w jednym sklepie nie są kompatybilne ze sobą?
— No bo przy cukierkach waga była inna, a przy kasie inna. To i cena jest inna, jak waga się zmieniła.
— To te cukierki urosły? Cena i owszem, ale cukierki ważą tyle samo!
— ??
— Pani przy cukierkach wybiła cenę, która nie zgadza się z ceną na rachunku. Te ceny są inne, proszę pani. I to nie na naszą korzyść. Na korzyść sklepu. Nie chodzi o wysokość tej niezgodnej z prawem nadpłaty, ale o fakt. Czy tak można oszukiwać klienta?

Pani oddała różnicę. Czy zrozumiała zagadkę? Ale jakie mają być te sklepowe, skoro w takich sklepach pracują?

Sklep — jak wiemy z czasów PZPR i PRL — Stój, kliencie, lub ewentualnie poproś. Do dnia dzisiejszego niewiele się zmieniło, może poza tym, że towaru dużo, a ludzi na niego nie stać.
(z Nonsensopedii)

Ktoś zauważy, upomni się o swoje, a tysiąc osób nawet nie zerknie na rachunek. A Carrefour składa na kupkę, składa. A ta rośnie i rośnie!

wtorek, 18 sierpnia 2009

Wściekły klient kontra wkurzony sprzedawca

Nasz klient — nasz pan? Nie zawsze, nie wszędzie. Poświadcza to czytelnik, który przysłał do redakcji skargę na obsługę olsztyńskiego marketu.

List cytuję z zachowaniem oryginalnej pisowni. Pomijam jednak nazwiska i nazwę sklepu — zamieniam ją na SUPERSKLEP. Ale czy sprzedawca nie jest w tej kwestii everymanem? Wszędzie znajdzie się taki, co... no właśnie!

„W dniu dzisiejszym, skuszony reklamą supersklepu w Olsztynie, udałem się do sklepu tej sieci w Olsztynie (woj. warm.-maz.). Ponieważ miałem do wykonania kilkadziesiąt zdjęć, które znajdowały się na karcie pamięci aparatu cyfrowego, chciałem skorzystać z automatu foto-lab znajdującego się na stoisku. Ale niestety, na miejscu okazało się, że automat jest wyłączony, czyli jak myślę — nieczynny. Poprosiłem pana, który był na stoisku, o pomoc. Pan Marcin, co prawda niechętnie, ale włożył kartę pamięci z aparatu do czytnika w komputerze, po czym złośliwie przewijając pasek przewijania, zapytał:
— To które zdjęcia mają być "zrobione"?
— Proszę pana o pomoc, którą zawsze u Was otrzymywałam. W ten sposób, w jaki pan to teraz robi, na pewno nic nie wybiorę.
— A co pan, nie widzi?
— Widzę, ale mógłby pan powiększyć...

Po mniej więcej takiej rozmowie, widocznie wkurzony, pan Marcin wyjął kartę z czytnika, rzucił ją na ladę i odszedł do drugiego komputera.
Poprosiłem o rozmowę z kierownikiem stoiska.
— Tu nie ma kierownika. Kierownikiem jestem ja!
— Panie, wszędzie i wszyscy posiadają swojego kierownika...
No i w odpowiedzi usłyszałem coś, co w poprzedniej — komunistycznej epoce, można było usłyszeć na słynnych barejowskich filmach:
— Spie...

Jednak po udaniu się do biura obsługi klientów, cudem znalazł się kierownik, który poradził mnie, bym napisał skargę na tego — co tu dużo ukrywać — chama i prostaka.

No i w związku z powyższym proszę:
1. O wyjaśnienie sprawy, czy istnieje kierownik działu obsługi foto-lab w supersklepie w Olsztynie.
2. Dlaczego zatrudniany jest człowiek bez przygotowania, bez jakiejkolwiek kompetencji i do tego złośliwy?
3. Co oznacza sformułowanie spie... w języku obsługi klienta w tym dziale, albowiem mam prawo przypuszczać, że chodzi tu o słowo: spieprzaj lub spierdalaj, co w języku cywilizowanego człowieka oznacza: daj mi święty spokój, upierdliwy kliencie, a co w konsekwencji — naraża waszą już i tak wątpliwą reputację na straty (chciałem wykonać ok. 500 odbitek).
4. Jak często automat znajdujący na stoisku wykonywania odbitek jest czynny? Bo mnie się wydaje, że to bardzo duże wyjątki...
5. Czy w waszej firmie, takie przypadki, są w ogóle rozpatrywane?
Nie mając nadziei na pozytywne rozpatrzenie swojej skargi, proszę o informację w tym temacie na mój adres majlowy.

Z żalem muszę stwierdzić, że dopóki nie będzie wyjaśniona ta sprawa, nikt z moich znajomych i ja, nie wstąpimy do waszej placówki nawet wtedy, gdy będziecie "rozdawać" sprzęt za darmo.

W sklepie byłem ja, moja żona — w imieniu której napisałem skargę — oraz dwie moje córki. Jedna już dorosła, druga czternastolatka... Chciałbym, by nigdy nie brały przykładu z pana Marcina.”

Sytuacja jak z Barei, prawda?



Informacji nie sprawdziłam, ale... wierzę czytelnikowi. A jakie są wasze przygody ze sprzedawcami? Piszcie!

sobota, 27 czerwca 2009

Gdzie się podziały tamte wisienki?

— Niezły lifting tu zaserwowali — tak o Coctail Barze mówią olsztyniacy. — Ale czy nowy wystrój podbije ich serca? A może kultowe miejsce już diabli wzięli?


— Gdzie ja mam płaszcz powiesić? — rozgląda się Irena. — Kiedyś były tu wieszaki, a teraz nie ma nic. Położę chyba na oparciu fotela. Ale jak to będzie wyglądało? I będę siedziała na swoim płaszczu? Nie mam wyjścia.
— Wyjście jest: siadaj i nie marudź — ucina Krysia. — Zaraz lody twarogowe przyjdą, więc humor ci się poprawi.
Lody przychodzą, z bitą śmietaną — aż ślinka cieknie. Posypane orzeszkami. Irena próbuje:
— Hmmm, jak za starych dawnych czasów.
Pięć przyjaciółek w średnim wieku od czasu do czasu wpada połasuchować i poplotkować. Coctail Bar w Olsztynie to miejsce ich spotkań od lat — położone w świetnym punkcie, blisko starówki i sklepów. Wystarczy, że jedna rzuci hasło: chodźmy na coś słodkiego. Idą wszystkie. Najczęściej zamawiają lody, koktaile i wuzetki.
— Ale wuzetki się popsuły — próbuje swoje ciastko Basia. — Kiedyś były większe i miały więcej bitej śmietany. Teraz są inne, bo i inny wystrój w środku. No tak, czasy się zmieniają. Ale my miejsca spotkań nie zmieniamy.
— Na szczęście lody twarogowe są, jedyne takie w mieście — podkreśla Irena. — Czego więcej chcieć od życia?

Bita z maszyny
A pomyśleć, że kultowy Coctail Bar miał zniknąć z mapy Olsztyna. Gdy na drzwiach wejściowych zawisła kartka, że go zlikwidują, wszyscy złapali się za głowy. Zatęsknili za ponczóweczką z bitą śmietaną i wisienką. Mówili: i co? 42 lata działalności diabli wezmą? Ale nie wzięli. Coctail Bar zmienił jednak swoje oblicze.
— Niezły lifting tu zaserwowali — rozgląda się Marek Matełko z Warszawy. — Jestem częstym bywalcem w Olsztynie, bo stąd pochodzę i mam tu rodzinę. Zawsze wpadam na bitą śmietanę, bo w całym mieście prawdziwej nie znajdę. Tu panie pewnie ją samą ubijają, a nie wyciskają z syfonu albo ze sprayu. Palce lizać!
— Mamy specjalną maszynę — wtrąca się młoda ekspedientka. — Ale składniki mamy naturalne, racja.
— Maszynę? Pamiętam, jak kiedyś panie wykładały bitą z miseczki łyżką — dodaje Marek. — Prawie jak w domu! Ale mama nie chciała mi często ubijać, bo — jak mówiła — za dużo babrania.


Duże gałki
Coctail po remoncie przypomina kafejkę. Beżowe fotele, eleganckie stoliki i futurystyczne żyrandole. Ale czuć tu ducha sprzed lat — lada chłodnicza przypomina stare dobre czasy. Teraz nawet jest lepiej zaopatrzona — do wyboru, do koloru, do smaku.
— Wcześniej było tu obrzydliwie, więc nawet nie zaglądałam — stwierdza Kinga, studentka weterynarii. — Ale po remoncie wdepnęłam. Na lody. I co się okazało? Że dają tu olbrzymie gałki. I smaków mają mnóstwo. Moje ulubione to straciatella i mascarpone.
— A ja uwielbiam jagodowe — dodaje Dorota. — Przynajmniej brzmią po polsku.
— W Coctailu czuło się czasy PRL-u — podkreśla Marek. — To było jedyne takie miejsce w Olsztynie. Wszędzie nowoczesność, a tu czas stał w miejscu. Ale przyszła kryska na Matyska i pewna epoka już za nami. Sentymenty zostały tylko we wspomnieniach i na zdjęciach. Czy nowy wystrój znów podbije serca olsztyniaków? Szczerze? Wątpię. Tu najbardziej smakowało mi moje dzieciństwo. Gdzie się podziały tamte wisienki?

Przeczytaj:
Cocktail Bar uratowany
Nowy właściciel Cocktail Baru posłuchał mieszkańców

piątek, 5 czerwca 2009

Bez butelki nie ma dnia

— Zbieramy puste butelki, a ludzie pytają: bimber pędzicie? Nie, przygotowujemy drinki z efektami. Butelki są nam potrzebne do żonglerki — opowiadają Grzegorz Żurowski i Adam Gogacz. To barmani, którzy potrafią czarować i oczarować swoich gości.


— Pocięte ręce, opuchnięte palce, dużo stłuczonych butelek. Tak zaczynaliśmy — opowiada Grzegorz, student doradztwa zawodowego. — Ale wyszliśmy z założenia, że poranione dłonie są wliczone w naszą pasję. Jak kończymy trening, musi jakaś butelka się stłuc. Na szczęście. W naszym żargonie nazywamy to denkiem.
— Trenujemy już prawie dwa lata — dodaje Adam, student stosunków międzynarodowych. — Chcieliśmy urozmaicić swoją barmańską pracę. Widzieliśmy klika fantastycznych pokazów — między innymi mistrza świata Eugeniusza Dytko — i chcieliśmy tak samo bawić się butelkami.

Lód w powietrzu
Kolorowa praca — tak można określić fach barmanów. Olsztyniacy specjalizują się w stylu flair.
— To sztuka efektywnego i efektownego przygotowywania drinków — mówi Grzegorz. — Tu najważniejsze jest widowisko. W stylu klasycznym trzeba przestrzegać przepisów, smaku i wyglądu drinków. We flairze liczy się magia. Oczywiście też trzeba zrobić świetnego drinka, ale flair to przygotowanie, efektowne żonglowanie. To taki free style w przygotowywaniu napojów.
— Z butelkami wszystko można zrobić — dodaje Adam. — Można je obracać, kopać, podbijać na jeden albo dwa obroty, toczyć. W pokazie liczy się też dynamika.
— Wykorzystujemy też kubki, szklanki, shakery, lód, owoce — mówi Grzegorz. — Wszystko lata w powietrzu, bo trzeba gości oczarować. Drink — tak przygotowany i tak podany — lepiej smakuje.
— Ludzie uwielbiają płomienie, dlatego dużo jest ich w naszych pokazach — podkreśla Adam.
— Wszystkim się podoba, gratulują, są w szoku, biją brawo — stwierdza Grzegorz. — Mówią, że powinniśmy iść do programu „Mam talent” albo porównują nas z bohaterami filmu „Coctail”.

Stówa na czas
Trening czyni mistrza, więc chłopcy ciężko pracują. Wciąż podnoszą sobie poprzeczkę, a kulisy przygotowań często sięgają absurdu.
— Rok temu w majowy weekend wynosiłem z mieszkania 150 stłuczonych butelek — wspomina Grzesiek. — Sąsiedzi komentowali: Oj, nie żałowałeś sobie! Nie żałowałem, bo ostro trenowałem. A że szkło niestety się tłucze, to chodzę po mieście i zbieram butelki. Ludzie krzywo na mnie patrzą i pytają: Bimber pędzisz? A potem jadę autobusem i szkło brzęczy mi w torbie. Też się gapią.
— Na treningach robimy zawody między sobą: który szybszy — zdradza Adam. — Żonglujemy butelkami i liczymy podrzuty. Który pierwszy dojdzie do stówy, ten wygrywa. Podrzucamy też butelki, które pozornie nie nadają się do podrzutów, na przykład kwadratowe. W Olsztynie jest nas dwóch, więc tylko między sobą możemy rywalizować. Rośnie nam jednak konkurencja, bo uczymy osiemnastolatka.
— W Olsztynie występujemy raz w miesiącu, ale jeździmy też po Polsce — podkreśla Grzegorz. — W konkursach nie startujemy, bo mamy świadomość, że do najlepszych nam jeszcze daleko. Ale staramy się: nie ma dnia bez butelki w ręce.

Więcej o chłopakach.

środa, 3 czerwca 2009

Sklepowe oszustwo się opłaca

Nie cierpię oszukujących sklepów! Sprzedawcy nie podają ceny, by produkt jakości malucha sprzedać w cenie mercedesa. Czyli grosz do grosza i będzie kokosza.

Zachciało mi się napoju energetycznego. W sklepie ani Red Bulla, ani Tigera — jakieś szmatławce. Ale biorę do koszyka. Szukam ceny, nie ma. Idę do kasy i słyszę: 4.49 zł.
— Ile?
— 4.49.
— Jakiś zwykły energetyk w cenie Red Bulla?
— A ja nie wiem.
— To powinno kosztować 1,99!
— A ja nie wiem.
— A ja nie biorę. Dziękuję. Nie będę przepłacać.

Sklepowi „Cymes” na ul. Profesorskiej 15 w Olsztynie mówię NIE! Żenujące jest to, że podróby Red Bulla sprzedaje się w cenie Red Bulla. Ba — nawet drożej! A inne produkty?

Owszem, kupowałam jeszcze inne rzeczy. Nie zauważyłam kolejnego oszustwa. Ale kasjerka nie dała mi rachunku. Może to cicha praktyka, by klient na niego nie zerkał? By nie miał dowodu na to, że produkty drożeją o ponad 100% w drodze z regału do kasy?

Klient nasz pan. Tak, bo oszustwo się opłaca.

Nie kupujcie w „Cymesie”. Kupujcie u mnie. W drugim życiu nie będę dziennikarką, ale szefową spożywczaka. U mnie za tani napój energetyczny zapłacicie 3.49 zł. Złotówkę będziecie mieć w kieszeni. Kupicie za nią saszetkę kawy. A co z rachunkami? Będę wydawać. Ale wymyślę myk — zakupię kiepską kasę, w której akurat tusz wysiada. Cen nie będzie widać.

By było przyjemnie, włożę niebieski fartuch i wymaluję na różowo usta. Nie będę golić nóg, ale za to będę nosić spódnice. Nie będę palić na zapleczu, ale będę sprzątać sklep brudną szmatą. Nie będę krzyczeć na pracowników, ale będę miała brudne paznokcie i zdarty tygodniowy lakier. Będę też dłubać w nosie i myć włosy raz w tygodniu. Ale nie będę miała wydać grosza. Bo grosz do grosza i będzie kokosza. Powiecie, że nie szanuję klienta? A "Cymes" szanuje? OSZUKUJE! A ja będę szczera i prawdziwa.

środa, 20 maja 2009

Pieprz i zapieprz

Apetyt rośnie w miarę jedzenia — zwłaszcza, gdy portfel gruby. Ale nie wszystkim praca w olsztyńskiej lanserskiej knajpie smakuje. W restauracji „Przystań” nie tak łatwo przystanąć w pracy.


Wiaderko po ogórkach kiszonych. W nim zatopione dziesiątki petów. Właśnie ląduje kolejny. Psss. Chłopak w zielonym fartuchu gasi papierosa. Nie wygląda apetycznie. Ani chłopak, ani jego skręt w zalewie niedopałków. Ani najlepsza restauracja w Olsztynie.
— I co ja mogę powiedzieć o swojej pracy? Jest jak każda inna. Pospolity jestem. Szef zabronił gadać. I nawet jakbym chciał coś poopowiadać, patrzy na nas kamera. Nic się nie ukryje.
Chłopak pracuje w kuchni. Kocha tę pracę? Nie ma wesołych oczu, nie tryska energią. Nie lubi też chwili, gdy papieros ląduje w wiaderku po ogórkach.
— Koniec i kropka. Fajeczka wypalona. Czas na zapieprz.

Ser na gaz
Restauracja „Przystań” w miesiącu obsługuje kilkadziesiąt tysięcy osób. Przez kasy lokalu przelewają się też tysiące złotych. Tu nie jest tanio, ale ludzi nie brakuje. Cały nadziany Olsztyn tu jada, przyjezdni goście nie znają innego adresu. To miejsce smakuje przepychem. Pani w białej spódniczce zamawia tatara z polędwicy wołowej. Jej towarzysz ma ochotę na smażony ser camembert z konfiturą borówkową i grillowaną gruszką. Kelnerka przyjmuje zamówienie i idzie do kuchni. Tam chłopak w zielonym fartuchu podwija rękawy. Był dymek z papierosa, teraz jest patelnia na gazie. Kelnerka wraca do pracy.
— Może coś do picia?

Barowe buty

Łukasz Ziarko nie nosi zielonego fartucha, ale codziennie rano zakłada koszulę. Jest barmanem i na swoją pracę nie narzeka.
— Z samych napiwków bym wyżył. Nie jest źle. Ludzie dadzą raz więcej, raz mniej. Ziarnko do ziarnka, a uzbiera się miarka. A co kupiłem za pierwszą wypłatę? Buty. Gdy się pracuje tyle na nogach, trzeba mieć porządne.
W restauracji pracuje już półtora roku. Bywają dni, że wszystko z rąk wypada.
— Kiedyś pękła mi szklanka. Nalewałem piwo, a tu brzdęk i wszystko się rozlało. Bóg zapłać, że nie zmoczyłem sobie ubrania. Byłoby widać, że nabroiłem. Szybko wytarłem podłogę i udawałem, że nic się nie stało. Nie wydało się nigdy. Teraz zdradzam pani moją tajemnicę.
Za barem Łukasz stoi dwanaście, a nawet piętnaście godzin. Rano kawa i herbata, od południa wino. Do mięsa czerwone, a do ryb i sałatek białe. Lampka trunku ma podkreślić smak dania.
— I musi zadowolić klienta, a przychodzi do nas naprawdę przeróżna klientela. Nie brakuje zachcianek. Najbardziej dziwi mnie, gdy ktoś sobie życzy, by z trzech zdań zrobić jedno. To taki mix na życzenie. Ale czy to smaczne? Jak się ma pieniądze, wszystko smakuje.

wtorek, 12 maja 2009

Agent PZU na budę

Królestwo za konia? Nie, królestwo za profesjonalizm. Sztuka, z jaką prowadzą rozmowy agenci ubezpieczeniowi, prosi się o pomstę do nieba. A może tam gdzie diabeł nie może, agenta pośle? Ludzie, nauczcie się rozmawiać!

Biorą z zaskoczenia. Zawsze. Rzadko pytają, czy nie przeszkadzają. Często walą prosto z mostu. Miałam przyjemność odebrać telefon z ofertą i z podziwu wyjść nie mogę. Bo lubię czuć się klientem, którego obsługuje się profesjonalnie. Takie czasy — kto lepszy, ten wygrywa.

— Tu Urszula Jakaśtam. Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Powiedz mi, do jakiego funduszu emerytalnego jesteś zapisana?
— A my jesteśmy na ty?
— Tak, kiedyś się poznałyśmy.

Szukam w głowie poznania — Urszula Jakaśtam tłumaczy, że raz się widziałyśmy.

— To w jakim funduszu jesteś?
— (mówić prawdę, czy kłamać?) Commercial Union.
— Uuu, to radzę ci zmienić na PZU.
— Nie potrzebuję zmian.
— Ale Commercial Union kiepsko stoi. Spadło bardzo. To jak?
— Nie dziękuję.
— A pracujesz?
— Pracuję.
— I jesteś zadowolona z pracy?
— Jestem.
— I nie myślałaś o zmianie funduszu?
— Nie czułam potrzeby.
— Ale zastanów się i do mnie zadzwoń, dobrze?
— Niestety nie mam jak zapisać numeru.
— To ja do ciebie zadzwonię, dobrze? A ty się zastanowisz.
— Nie mam argumentów, by się zastanawiać. Nie jestem zainteresowana.
— Acha, no to trzymaj się.

I czego mam się trzymać? Commercial Union? Cała przyjemność po mojej stronie.

Gratuluję profesjonalnego podejścia do klienta. Widzę, że pani Urszula (bo jednak nie jestem z nią na ty) perfekcyjnie zna techniki sprzedaży. Palce lizać! Winszuję też PZU — stawia przecież na zawodowców. Ale widać, że kryzys już wszędzie swoją łapę kładzie.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Brudny paznokieć panienki sklepowej

Nie ma już fartuchów, nie ma opasek na głowie. Ekspedientki sklepowe dziś jak z żurnala wycięte. Ale tylko z pozoru. Świat idzie do przodu, a czasy się nie zmieniają. A może to PRL staje się modny?


Idę do sklepu – mały, osiedlowy, napastowany przez okolicznych pijaczków. Panienka zza lady w rewelacyjnej komitywie ze wszystkimi. Akurat przede mną stoi lump z dwudziestoletnim stażem alkoholowym.
- Ewuniu, ja bym za tobą na koniec świata – przymila się ekspedientce, która – mimo iż z dwudziestką zaledwie na karku – dziękuje mu błyskiem oka i trzepotem rzęsy.

Skąd takie dziewczęta się biorą? Wiadomo – klient, nasz pan, a o gustach się nie dyskutuje.

Chwiejny don juan wychodzi. Składam zamówienie, a dziewczynie dzwoni telefon w kieszeni. Nie zwraca na mnie uwagi i odbiera. Ja z portfelem w ręce, ona z komórką przy uchu. Stoję, patrzę i perfidnie się przysłuchuję. Ciekawość mnie zżera. Czy panienka przeprosi swojego rozmówcę i wróci do pracy? A może mnie przeprosi i przyspieszy swój dialog – jeśli jest aż tak ważny?

Panienka gada o lakierze do paznokci. Ma być różowy – o zgrozo. Ktoś po drugiej stronie komórki siedzi akurat na Allegro i składa zamówienie. Sprawa wagi państwowej. Mój chleb może poczekać. Ba – nawet musi!

W końcu się niecierpliwię, wzdycham i daję znać, że czas to pieniądz. Jeszcze chwila, a za pieczywo nie zapłacę. Panienka kończy więc rozmowę z wyrzutem i kasuje mi za chleb. A że nie kupuję zwykłego baltonowskiego, więc zaczynają się schody. Dziewczyna szuka kodu na wytartej kartce leżącej przy kasie i wspomaga się palcem wskazującym. Znajduje, palec zatrzymuje się przy jednej z linijek. Przyglądam się temu palcowi, przyglądam się paznokciowi. Ani różu na nim, ani błękitu. Pod paznokciem widzę brud!

- Teraz wszyscy kupują na Allegro – puentuję. – Znaczy się, że taniej. Zaoszczędzić można.

- A ja to nie wiem. Bo ja to pierwszy raz. To znaczy kumpela kupuje i mnie namówiła. Przesyłkę na pół zapłacimy.

- Pierwszy raz? Niech pani uważa, bo Allegro wciąga jak woda. No, chyba że wody pani się boi…

* * *

Skarga z 1979 roku: Złe zachowanie kasjerki. Kasjerka robiła sobie manikurę w sklepie żywności. Kiedy prosiłam o mleko nic nie odpowiedziała, manikura trwała. Drugi raz prosiłam. Sugerowałam, że to nie miejsce do manikury. Odpowiedziała niegrzecznie i znowu zaczęła z manikurą. Czekam na tłumaczenie z Urzędu Dzielnicowego. Przepraszam, że niedokładnie piszę po polsku - Kay Withers.

* * *

Skarga z 1987 roku: Poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą datą na kapslu. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego mleko w dniu 3 maja datowane jest na 4 maja i czy ekspedientka mogła odmówić mi sprzedaży tego mleka - Halina Mikołajczyk.

Wyjaśnienie kierowniczki: Mleko tłuste z żółtym kapslem dostarczane jest w południe i jednocześnie jest awansem na dzień następny. Proszę przyjść jutro, a będzie!

* * *

Skarga z 1985 roku: Kupiłam nieświeże drożdże, pół kilo. Nie chciano mi ich wymienić. - Walewska.

Wyjaśnienie kierowniczki: Klientka przedstawiła do reklamacji drożdże kupione rzekomo w naszym sklepie 3 dni temu. Tymczasem były one zapakowane w prawdziwy papier pakowy, którego to papieru sklep nie posiada od pół roku - a więc drożdże nie nasze.

* * *

Skarga z 1987 roku: Jestem siostrą PCK. Mam pod opieką sześć samotnych kalek i mam zezwolenie na kupowanie dla nich poza kolejnością. Odmówiono mi sprzedaży wafli, natomiast sprzedano trzem innym osobom z kolejki po 14, 15 i 10 sztuk - Marcinkowska.

Wyjaśnienie kierowniczki: Zgodnie z wytycznymi ministra w sprawie zasad obsługi poza kolejnością wyjaśniam, że opiekunka PCK nie miała prawa do zakupu poza wszelką kolejnością - które to prawo mają wyłącznie inwalidzi wojenni i wojskowi - a jedynie miała prawo do stania w kolejce dla uprzywilejowanych, zamiast w kolejce zwykłej. Z uwagi na to, że zarówno w kolejce zwykłej, jak i w kolejce dla uprzywilejowanych stała znaczna ilość klientów i nie wyrażali oni zgody na sprzedaż wafli siostrze PCK, klientce odmówiono sprzedaży poza wszelką kolejnością. Tak więc nie było żadnej winy ekspedientki - wszystkim uprzywilejowanym przysługuje obsługa poza kolejnością, ale tylko jeśli staną w kolejce dla uprzywilejowanych. I w tej kolejce powinna pani - jako siostra PCK - stanąć. Jest jeszcze zwykła kolejka, dla nieuprzywilejowanych. W niej stać pani nie musi.

* * *

Skarga z 1988 roku: Na wystawie odkryłem naboje do syfonów, jednak w sklepie nie chciano mi ich sprzedać, wykazując przy tym arogancję i chamskie odzywki - Jerzy Waka.

Dopisek kierownika: Klient nie miał żadnej racji. Wchodząc do sklepu, był już zdenerwowany. Ubliżał mojej pracownicy. Chciałem uspokoić tego klienta, tłumacząc sytuację obecnego braku naboi, lecz klient w dalszym ciągu miał pretensje i ubliżał. A co do wystawy, stoi tam tylko puste pudełko po nabojach.

* * *

Skarga z 1988 roku: Podejście p. ekspedientki do stoiska nabiałowego trwało od godz. 7.40 do 8.00 - Lutkowski.

Wyjaśnienie kierowniczki: Mieliśmy przyjęcie towaru, a klient był bardzo niecierpliwy. Mimo dużej kolejki, która spokojnie oczekiwała, domagał się obsługi.

* * *

Pochwała z 1988 roku: Dziękuje za rodzynki, które kupiłam w tym sklepie, a nie mogłam dostać od 2 lat w całym śródmieściu. Szczególnie dziękuję pani sprzedawczyni, która z uśmiechem odważyła mi żądaną ilość - Dominika Pytkowska.

* * *

Skarga z 1987 roku: O godz. 8.30 na stoisku było około 17 kg baleronu. O godz. 9 baleron został wykupiony. Ja oraz inni klienci zażądaliśmy dodatkowego wydania wędlin z chłodni. Ekspedientka wyszła na zaplecze i stwierdziła, że kierowniczka zabrała klucze do chłodni. Poszła po nią. Kierowniczka oświadczyła, że nic w chłodni nie ma. Jednak z wcześniejszego zachowania ekspedientki (znaczące mruganie okiem) wynikało, że towar jest. Jako klienci zażądaliśmy komisyjnego sprawdzenia zawartości chłodni, ale odmówiono nam tego, twierdząc, że to nie nasza sprawa. Kwestionujemy prawo kierowniczki, bo w tym wypadku zamykanie jej nie miałoby przecież sensu - Gotlib Stefania, Teresa Mudzka, Anna Dobrowolska.

Wyjaśnienie kierowniczki: Była wolna sobota. Dostałam dorzut wędliny - 30 kg baleronu. Nie wprowadziłam wagowych ograniczeń, ażeby sprzedaż odbyć bez jakichkolwiek zatargów ze strony klienta. O godz. 9 skończył się więc towar. A w chłodni naprawdę nic nie miałam.

środa, 25 marca 2009

DHL przyznaje się do błędu

Kto pisze, nie błądzi, a kto błądzi, ten płaci. Jaka jest siła blogowania? Firma kurierska DHL odczuła to na własnej skórze.

DHL nie spisało się najlepiej. Moja paczka przepadła na dwa tygodnie — mimo iż miała być dostarczona w ekspresowym tempie. Wykłócałam się o swoje, ale zostałam ignorowana. W końcu opisałam sprawę na blogu i miałam rację. Poskutkowało:

16 marca
Witam, na Pani blogu internetowym „Ada, to nie wypada” przeczytałam wpis dotyczący DHL i historię przesyłki, która była wysyłana za naszym pośrednictwem. W imieniu naszej firmy chciałabym przeprosić Panią za wszelkie niedogodności wynikające z opisanej sytuacji. Chciałabym także wyjaśnić tę sprawę - czy mogę prosić o podanie kontaktu oraz numeru Listu Przewozowego? Na tej podstawie będę mogła zidentyfikować przesyłkę oraz przekazać do wyjaśnienia osobom odpowiedzialnym za sprawną obsługę klienta w naszej firmie.

Z poważaniem,
Anna Mazurek
Kierownik ds. relacji z mediami i PR
Dział Komunikacji Marketingowej i PR

Uczyniłam, co należało.

24 marca
Witam, otrzymałam właśnie z działu reklamacji potwierdzenie, iż złożona przez Panią reklamacja została uznana. Mamy prośbę o podanie numeru konta bankowego, na który będziemy mogli dokonać przelewu.

Jeszcze raz chciałabym przeprosić Panią za zaistniałą sytuację,

Pozdrawiam,
Anna Mazurek

Hurra! Jednak DHL potrafi przyznać się do błędu i... PRZEPROSIĆ!

PS. Gdyby nie wpis na blogu, czy reklamacja zostałaby uznana?

Przeczytaj też:
DHL: Koszmarne pieniądze, koszmarna obsługa

wtorek, 10 marca 2009

Jak ciężko dostarczyć lekką przesyłkę

Chcesz dostać przesyłkę? To sobie ją sam odbierz! — tak brzmi hasło polskich przewoźników. Na czas, na pewno — naprawdę w to nie wierzę.

Moich przygód z przesyłkami ciąg dalszy. Wojowałam z DHL, które przez dwa tygodnie przetrzymywało mi paczkę. Teraz czekam na odpowiedź w sprawie reklamacji. Zabawy jednak ciąg dalszy - tym razem atrakcje funduje mi Poczta Polska. Oczywiście za moje pieniądze.


Czekam już drugi dzień na listonosza. Ma mi przynieść przesyłkę na adres pracy. W końcu pojawia się nie z paczką, ale z awizo. Nie przychodzi jednak do mnie, ale cichaczem zostawia blankiecik w recepcji. Sama więc muszę iść na pocztę i sama muszę odebrać to, co moje. Listonoszowi za ciężko, by przynieść małą paczuszkę. Plecy już nie te? I tak powinnam się cieszyć, że doręczył mi "zaproszenie"!

Chcę tę sprawę wyjaśnić, dzwonię więc na pocztę wskazaną na awizo. Nikt nie odbiera. Bo i po co?

Poczta Polska – jedna z najefektywniejszych polskich instytucji, zajmujących się przechowywaniem przesyłek na czas bliżej nieokreślony.

Urząd ten nie pozwala na bierne spędzanie czasu przed Internetem czy TV, ponieważ paczkonosze bądź listonosze w ramach akcji "Żyj zdrowo i wesoło" zostawiają u odbiorców tylko awiza z adnotacją "Odbiorcy nie zastano", nie próbując nawet dostać się do skrzynki pocztowej adresata, bądź w przypadku przesyłki o większych gabarytach niż list polecony o wadze 50 gram, do domofonu. Po przesyłki trzeba udać się samemu do Urzędu Pocztowego, który oddalony jest od miejsca zamieszkania nieraz o kilka kilometrów.

Logo Poczty reprezentuje puzon i nieregularnie powykrzywiana strzała, mówiącą nam, że nasza przesyłka, nadana z Warszawy do Żyrardowa zachaczy o Uzbekistan, Peru i Mozambik i przeleży tam wystarczająco długo, by dwukrotnie minął czas połowicznego rozpadu węgla, który przesyłaliśmy na opał dla bliskich. (Nonsensopedia)



Bareja gdyby żył, zrobiłby film o paczkach i przesyłkach „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz II”. Już czuję się główną bohaterką...



A uprzejmość i zaangażowanie poczty pokazuje Krzysztof Kieślowski w „Krótkim filmie o miłości” (od 6 minuty).



PS. Poszłam na pocztę - okazało się, że waga przesyłki zmniejszyła się o trzy dekagramy. Tym sposobem listonosz nie mógł jej dostarczyć. Dlaczego? Wyszła jedna waga, a przyszła inna. Co stało się z trzema dekagramami w podróży? Ja - jako adresat - musiałam podpisać kwit, że odbieram lżejszą przesyłkę. A takie rzeczy to tylko na poczcie.

piątek, 20 lutego 2009

Na noże z DHL

Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Ale jak tu się cieszyć skoro firma kurierska DHL wystawia mnie do wiatru? Nie może dostarczyć przesyłki, która od tygodnia leży w olsztyńskim magazynie.

Wtorek. 10 lutego. Wzywam kuriera, ten się pojawia i odbiera przesyłkę – laptopa. Komputer potrzebuje lekarza, nie ma zmiłuj. Pod nos podkłada mi papier, podpisuję i odliczam dni do powrotu.

Poniedziałek. 16 lutego. Dzwoni serwis, że w środę nie odebrał przesyłki. Dlaczego? Paczka poszła terminowa, a odbierają tylko zwykłe krajowe. Robię wielkie oczy – jak to? To gdzie jest ta paczka?

Dzwonię do DHL, dowiaduję się, że wzywając kuriera kliknęłam „dostarczenie do jutra, do godz. 9 rano”. Nie ważne, że podałam numery umowy DHL z serwisem. Przyznam, że myślałam, że umowa określa warunki przesyłki. Trudno, mój błąd. Konsultant DHL jak do rany przyłóż – przyjmuje moją interwencję, zmienia status zamówienia i informuje, że paczka dojdzie w środę do odbiorcy. Przesyłka terminowa została zmieniona na zwykłą.

Wtorek. 17 lutego, godz. 9. Dzwoni kobieta o głosie zimnym jak lód. Na imię ma Edyta i wyrozumiałości w niej ani za grosz. Informuje mnie, że staję się za automatu odbiorcą – jako że ten prawdziwy odmówił przyjęcia przesyłki. Muszę płacić 130 zł. Dziwię się, nie rozumiem. A wczorajsze zapewniania konsultanta DHL?
– Nie było żadnych ustaleń, nie ma żadnego zapisu w naszym komputerze – informuje Edyta.
– To przesłuchajcie nagrania naszej rozmowy! – krzywię już brew.
- Nie nagrywamy rozmów.
- Nie nagrywacie? Więc dlatego bezkarnie wprowadzacie klientów w błąd?
- Nie wprowadzamy. Zapłaci pani?
- Ale dlaczego rozmawiamy dopiero w środę? Dlaczego nikt mnie nie poinformował, że przesyłka nie została odebrana?
- Nie musimy informować klientów. Od tego jest strona internetowa.
- Zgadza się, widnieje w niej informacja: PRZESYŁKA ZREALIZOWANA.
- Ale nie „dostarczona”.
- Pomimo powinniście się ze mną skontaktować. Nazywacie się DHL Express, a pracujecie w żółwim tempie!
- Co mamy zrobić z przesyłką? Odbierze ją pani?
Rozmowa się toczy. Odbiorę, zapłacę, bo inaczej nie odzyskam laptopa. Kurier ma przyjechać do pracy. Czekam. Wiem, że nie ja jedyna mam problemy z tą firmą kurierską. Internauci grzmią. DHL jest też na bakier z prawem. Ale co tam dla firmy wyrok sądu - mają wszystko w nosie.

Wtorek. 17 lutego, godz. 17. Dzwonię do DHL – gdzie jest kurier?
- Pani Edyty już nie ma w pracy – mówi jakaś pani w zastępstwie. - Przesyłka zostanie dostarczona jutro.
- Jak to? Przecież miałam ją dostać dzisiaj! Czas to pieniądz, więc dlaczego mam płacić za waszą zwłokę?
- Może pani złożyć reklamację za niedotrzymanie terminu. Racja, przesyłka powinna zostać odesłana do pani 12 lutego, w czwartek. Wyślemy prośbę do olsztyńskiego terminala, by obniżył pani koszty za opóźnienie.

Środa. 18 lutego, godz. 9. Dzwoni Edyta:
- Terminal nie wyraził zgody na zmianę kosztów. Musi pani zapłacić 130 zł. Wczoraj przesyłka nie została dostarczona, bo kurier nie wziął jej z terminala.
- Jak to? Co mnie to obchodzi? Płacę, wymagam! O której dzisiaj będzie?
- Dzisiaj też kurier nie wziął przesyłki z terminala.
- Pani żartuje?
- Otrzyma ją pani jutro.
- Jutro i pojutrze mnie nie będzie. Czekam na przesyłkę dzisiaj.
- Postaram się, by do pani dotarła. Zadzwonię do pani z informacją, czy będzie to możliwe, czy nie. Zadzwonię na pewno.

Środa. 18 lutego, godz. 17.
Dzwonię do DHL. Edyta już poszła do domu. Kobieta, z którą rozmawiam nie potrafi mi udzielić żadnej informacji.
- Pani przesyłka jest w Olsztynie. Oczywiście zostanie dostarczona jutro do godz. 9.
- Jutro? – ręce mi opadają aż do piwnicy. – W czwartek? Ale tydzień po czasie! Co się dzieje z moją przesyłką?
- Nie wiem. To problem terminala.
- I ja mam płacić za wasz problem?
- Hmmm… Przesyłka zostanie do pani dostarczona jutro rano.

Czwartek, 19 lutego, godz. 14.15. Mam szkolenie służbowe. Dzwoni koleżanka z pracy, że kurier mnie szuka. Nawet się nie wysilił, by do mnie zadzwonić! Koleżanka ma niego oko. Ten stawia jakiś zygzak na papierze i odjeżdża.

Piątek. 20 lutego. Szkolenie. Nie mam głowy na DHL, bo zajmuje mi ją szkolenie. Tak czy siak - straciłam nerwy, nie mam laptopa, a ręce w piwnicy. Czekam do poniedziałku… Wysmaruję piękną reklamację!

Jak skończyła się sprawa? Pozytywnie - przeczytaj.

Ale to nie koniec moich batalii z DHL: Koszmarne pieniądze, koszmarna obsługa

PS. Jak pracuje DHL?
Komu DHL oddaje paczki?
Firma kurierska zostawia przesyłki sąsiadom
Ludzkie organy pomyłkowo doręczone na zły adres.