Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 stycznia 2011

Zwierzęcy seks? Naturalnie!

Miłość nie patrzy na wiek. Bo gdy się kocha, nawet tona sadła nie przeszkadza. Ani długa szyja, ani okoliczności przyrody. Po prostu idzie się na żywioł! Dowodzi temu emerytka Aniela, która uwiodła młokosa Hugo.

Aniela na górze, Hugo na dole...
Co się dzieje ze zwierzętami? W ZOO w USA pewna żyrafa przytuliła się mocniej do pana żyrafy. Zwierzaki zrobiły to po kryjomu — tak aby nikt nie zauważył, nie usłyszał, nie pogroził palcem. Po ok. 15 miesiącach światło dzienne ujrzał Daniel — owoc miłości żyrafiej pary. Pracownicy ZOO nie mogą wyjść z szoku, bo nie spodziewali się małej żyrafy. Ba, nikt nawet nie zauważył, że ich długoszyjna podopieczna jest w ciąży! Co więc dzieje się z ludźmi?

Ale w Polsce jest jeszcze ciekawiej. Nestorka warszawskiego ogrodu, 48-letnia hipopotamica Aniela, zamiast opiekować się 7-letnim Hugo, uprawia z nim seks. I na nic tłumaczenia, że to kobieta po przejściach i powinna już odpoczywać. To nic, że urodziła już kilkoro dzieci i przeżyła swojego partnera Gucia, który odszedł na zawał. To nic, że jest najstarszą mieszkanką ZOO. W Europie też stoi nieźle — jest druga w wiekowej kolejności w Europie. To nic, że waży dwie tony, a on zaledwie jedną…

— Cały czas pływają razem. Gdy on śpi, ona kładzie mu głowę na karku. I odwrotnie. On przytula się do niej przy każdej okazji. No po prostu nierozłączni — opowiada Ewa Zbonikowska, wicedyrektor ogrodu, i dodaje: — Doszło nawet do krycia, a tego nikt się już nie spodziewał.

Młodzian ma ledwie siedem lat i dopiero wchodzi w wiek, w którym jest zdolny do rozmnażania. Sprowadzono go z Czech do Warszawy, żeby założył tu nową hipopotamią rodzinę, ale nikt nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko, i to z Anielą. Nie wskazywał też na to trudny początek ich znajomości. Na pierwszej randce znacznie większa Aniela skubnęła Hugo zalotnie w nos, ale tylko wystraszyła tym nowego sąsiada na wiele miesięcy. Ostatnio jednak Hugo się ośmielił i daje się wprowadzać w dorosłość starszej partnerce, więc i Aniela ożywiła się jeszcze bardziej.
(Poruszenie w ZOO: Emerytka uwiodła 40 lat młodszego)

Człowiek mówi, że miłość jest ślepa, a zwierzak jest innego zdania: nie patrzy na wiek. Po prostu na nic nie zwraca uwagi — byle było przyjemnie. A do tego wszystko dzieje się naturalnie. I to w jakich warunkach! Zakochani mieszkają w dużej szklarni, w środku znajdują się basen i plaża otoczone tropikalną roślinnością, mają też dwie sypialnie. Hipopotamy można obserwować nie tylko na powierzchni, ale też pod wodą.

Po co hipopotamy się zbliżyły, skoro w naturze nie ma seksu dla przyjemności, tylko w celach prokreacyjnych?
— Tu się nie zgodzę. U naczelnych istnieje coś takiego jak orgazm. I kopulacja nie służy wyłącznie rozmnażaniu, ale też utrzymaniu więzi. Waga, wielkość i wiek zwierząt nie zawsze odgrywają rolę, to nie jest czynnik niekorzystny — przyznaje prof. dr. hab. Tadeusza Kaletę z Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt Wydziału Nauk o Zwierzętach SGGW.
(Gdy jest miłość, nawet tona sadła nie przeszkadza)

Zachwyciły mnie te dwie wiadomości, które usłyszałam jednego ranka. Dzieje się więc w świecie zwierząt, oj dzieje. I niech się dzieje, bo jak mówi cytat z filmu „Kogel-mogel” — miłość to jest piękna rzecz. A w dodatku dzięki niej można przeżyć drugą młodość!

wtorek, 4 maja 2010

Martwy Chopin w muzeum

Frycek siadłby i płakał, że w jego muzeum brakuje emocji. Bo pełne gadżetów warszawskie Muzeum Fryderyka Chopina zapomina, że muzyka wychodzi z człowieka... Jak żył Chopin? Dlaczego komponował? Nie wiem.


Dzwoni do mnie M. i mówi:
— Aż mi się włosy na głowie zjeżyły. Byłam znowu w Muzeum Powstania Warszawskiego. Pojawiła się tam nowa ekspozycja dotycząca Katynia. Wchodzę, idę po ściółce leśnej, pachnie mi lasem i słyszę strzały. Boże, to tak jakby do mnie strzelali! Właśnie tak się człowiek czuje, gdy słyszy to „pif paf”! Kolosalne przeżycie, mówię ci... Kolosalne!

I oto jest właśnie muzeum multimedialne. Byłam dwa razy w Muzeum Powstania Warszawskiego i zawsze wychodziłam mądrzejsza. Bo współczesne muzea po to powinny być — żeby ludziom opowiadać, pomóc rozumieć. Tego Muzeum Fryderyka Chopina mi nie zapewniło.

Fryderyka nazywałam kiedyś Fryckiem. Czytałam o nim w encyklopediach muzycznych, słuchałam płyt (to zostało mi do dzisiaj, ale zdarza mi się rzadziej). Co mnie do niego ciągnęło? Może to, że mamy ten sam zodiaku i obchodzimy imieniny tego samego dnia? Na pewno kocham fortepian i emocje w muzyce. Tego Fryderykowi nie brakuje.

Byłam w Żelazowej Woli — poza świadomością, że tu urodził się wielki kompozytor, nic mnie nie powaliło na kolana. Ot, dworek. Potem byłam w Dusznikach Zdrój, gdzie Frycek odpoczywał. W tamtejszym parku zdrojowym koncertował, oddychał. Tam też stoi piękny smukły jego pomnik. Ale żadne zachwyty, żadne euforie — ot, parkowa nuda.

Z niecierpliwością czekałam więc na otwarcie Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Trąbili, wiwatowali, że to jedyne i niepowtarzalne miejsce poświęcone kompozytorowi.

— To najnowocześniejsze muzeum biograficzne w Europie czy też na świecie — powiedział minister kultury Bogdan Zdrojewski podczas otwarcia muzeum z okazji 200. rocznicy urodzin Chopina.

Siedzibą Muzeum Fryderyka Chopina jest Pałac Ostrogskich przy ul. Okólnik. Dzięki specjalnym kartom chipowym, które zwiedzający otrzymują zamiast tradycyjnych biletów, widzowie mają możliwość wyboru długości oraz intensywności danej ścieżki zwiedzania. Zgodnie z ideą muzeum otwartego, można poznawać Fryderyka Chopina m.in. z perspektywy jego twórczości, życia osobistego lub poprzez historię kobiet jego życia, bez narzuconej trasy zwiedzania.
(Muzeum Fryderyka Chopina otwarte dla publiczności)

Brzmi niesamowicie! Ale niestety gorzej wygląda. Od multimedialnego i interaktywnego muzeum wymagam więcej niż tylko oglądanie eksponatów okraszonych nowoczesnymi gadżetami. Bo zwiedzanie wygląda tak — można zacząć od sali poświęconej narodzinom kompozytora. Ogląda się wtedy zdjęcia przodków Frycka i czyta podpisy. Mało? Można kliknąć palcem w monitor i posłuchać czytającego pana, który poszerza nieco owe podpisy. Innymi słowy — tekst z Wikipedii opatrzony pokazem slajdów. Ale nie każdy monitor działa... Zdarzają się nieczynne. Ale czynni są za to turyści, którzy fotografują się przy każdym eksponacie: „ostatni fortepian Chopina, pukiel włosów George Sand...”. To oni są największą atrakcją, bo są z krwi i kości. To oni przyciągają uwagę.


Całe muzeum to gabloty, zdjęcia, nieliczne eksponaty i ekrany dotykowe. Panuje tu chaos, nie wiadomo w co ręce włożyć. Szczerze? Nie chciało mi się przebijać przez tłum ludzi, czekać w kolejce, żeby gadający ekran poopowiadał mi np. o kobietach w życiu Chopina. Takie informacje znajdę w internecie, w licznych biografiach.

Chciałam poznać Chopina jako człowieka, a nie wejść w gąszcz fotografii. Chciałam posłuchać jego muzyki, może zagrać coś jednym palcem... Myślałam, że muzeum mi to umożliwi — tak jak Muzeum Powstania Warszawskiego chuchnęło mi w twarz historią.

Chopin w dalszym ciągu jest dla mnie muzyką z płyty, pomnikiem z Łazienek, dumą narodową — ale taką wydumaną, a nie płynącą z serca. Szkoda...

Bilety są dość drogie — ulgowy kosztuje 13 zł, normalny 22 zł.

PS. Pośmiertna maska Chopina.

środa, 29 lipca 2009

Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę

Kolorowy Olsztyn? Fantastycznie! Grafiiti ma nie tylko promować miasto, ale i zakryć szare mury. Zgadzają się wszyscy — tylko kolej wypada z torów. Bo malowidło ma powstać na wiadukcie. Halo, czy ktoś zna lekarstwo na sprzeciw?


„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.

Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.

Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.

O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.

Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).

Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.

Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.


Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?

Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.


Murale są znane na całym świecie. Malowidła ścienne o wymowie społecznej narodziły się podczas meksykańskiej rewolucji ludowej na początku XX wieku. Dzisiaj Mekką murale politycznego jest Irlandia Północna. Wiele osób na pewno pamięta słynne PRL-owskie malunki służące propagandzie. Wtedy to właśnie wszystkie frontowe ściany polskich budynków były pomalowane przez artystów-plastyków i głosiły idee systemu komunistycznego.


Ozdabianie muralami Wrocławia jest długofalowe. Istnieją plany zagospodarowania kolejnych pustych ścian wrocławskich kamienic na wielkoformatowe współczesne "freski". Malowidła oprócz wesołości i oryginalności mają jeszcze jedną istotną cechę — są tak ogromne, że nie zostawiają wiele miejsca do popisu graficiarzom, pseudoartystom i specjalistom od wulgaryzmów.
(Muralia — Wrocław)


Wrocław — miejsce spotkań.


Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.


Nikt mi nie powie, że to wandalizm.


Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.


Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.


Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.


Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.


Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.


A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.

niedziela, 26 lipca 2009

Jak parkują warszawiacy?

Po czym poznać warszawiaka? Po brawurze za kółkiem. Nie zawsze jednak szaleństwa wychodzą na zdrowie… samochodowi. W Olsztynie warszawiak zaparkował na schodach. Powód? Myślał, że to ulica!


Przyjechał do Olsztyna, zajechał na starówkę i nie patrzył na znaki. Jechał na czuja, aż zawiesił się na schodach. Chciał uciec przed policją z miejsca, gdzie samochodom wstęp wzbroniony, a wpadł w jej sidła.

Myślał, że obok kina Awangarda jest ulica. Przeliczył się. Zatrzymały go schody i stał się atrakcją turystyczną. Ludzie z jego feralnie zaparkowanym samochodem robili sobie zdjęcia. A i sam warszawiak miał poczucie humoru. Gdy przechodnie pytali, co robi tak dziwnie zaparkowane auto, odpowiadał: tu kręci się film „Mistrz kierownicy ucieka”.

Ale jak ucieka, skoro stoi?

W Olsztynie trwały Dni Jakubowe. Jednak to warszawiak był głównym punktem programu!

A może przed feralnymi schodami postawić barierkę? Historia lubi się powtarzać, a na zimne warto dmuchać.

piątek, 19 czerwca 2009

Zakaz szczekania dla psów i dziennikarek

Dzieci i ryby głosu nie mają? Czasy się zmieniają i zwyczaje też. Od dziś to kobiety i psy szczekać nie mogą. A to Polska właśnie!


Dyskryminacja pełną gębą! Damskie głosy brzmią gorzej niż męskie, bo są niewiarygodne — tak stwierdził Prezes Pipka, który szefuje radiową „Jedynką”. Wymyślił, że kobiety będą czytać serwisy informacyjne jedynie późnym popołudniem i wieczorem. Skandal!

W Polskim Radiu i we mnie wrze! Bo niby dlaczego kobiety nie brzmią wiarygodnie? To radio, a nie lektorki, powinno brzmieć sensownie. Panie Prezesie Pipka, czy jest pan seksistą?

— Dla każdego radiowca bardzo ważne jest to, kiedy występuje na antenie. Programy poranne są najbardziej prestiżowe, bo mają większą słuchalność. Są też lepiej płatne. A dziewczyny, które mają dzieci, nie chcą pracować wyłącznie wieczorami, bo wtedy praktycznie nie bywają w domu. Mówiliśmy o tym podczas spotkania z naszym naczelnym i prezesem, ale nie zamierzają zmieniać decyzji. Za to do dyskryminacji dorzucili jeszcze zastraszenie — mówi jeden z dziennikarzy, który prosi o zachowanie anonimowości.

Panie Prezesie Pipka — i jeszcze pan zastrasza pracowników?

— Usłyszeliśmy, że takie sprawy trzeba załatwiać w zespole, a nie chodzić i szczekać po mieście (...) Tylko nas zdeptali. Dali do zrozumienia, że może być jeszcze gorzej — mówi dziennikarka „Jedynki”.
(Dziennikarze mają nie szczekać)

Gorzej? Panie Prezesie Pipka, w kagańce wyposaży pan swoje dziennikarki? A może będzie je pan na smyczy prowadził?

W ślady prezesa Pipki poszła Łódź. Tamtejsza Rada Miasta wymyśliła, że pies nie może szczekaniem „zakłócać ciszy domowej” nie tylko w nocy, ale też w dzień. O zgrozo!

Teraz, gdy sąsiedzi usłyszą głośne ujadanie za ścianą, już nie będą musieli czekać z interwencją na godzinę 22 i ciszę nocną. Dzięki zapisowi mogą dzwonić do straży miejskiej przez cały dzień.
— To co, mam zabronić mu szczekania? — pyta zdziwiony Jan Pająk, właściciel Misia. — Pies jest mały, to szczeka głośno. Mam mu zakleić pysk taśmą? Ten zapis to jakiś absurd.
— Nie wyobrażam sobie jak mogłabym psa uciszyć na cały dzień. Zakuć go w kaganiec? Przecież pies ma bronić mieszkania i kiedy ktoś się kręci na klatce, to pies szczeka. Mogę na niego krzyknąć, uspokoić, ale to wszystko — mówi Bożena Kraśniewska.
(Psy! Zakaz szczekania!)

Nie chciałabym urodzić się ani łódzkim psem, ani dziennikarką „Jedynki”. Szczekać zabraniają, może i zaraz zabronią wychodzić na ulicę. Halo, halo, a to Polska właśnie?

Jak na razie w Olsztynie nikt psom i kobietom nie mówi: zamknąć pipki! I Bóg im zapłać za to.

Przeczytaj:
Pieskie życie, czyli czego pies robić nie może robić w mieście

wtorek, 16 czerwca 2009

Kabaret Moralnego Niepokoju: W kapciach nie żartuję

— Górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Zawód kabareciarza nie jest łatwy. Zwłaszcza jak pracuje się w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą — przyznaje Przemek Borkowski z Kabaretu Moralnego Niepokoju. — Ale gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem.


Nie mogłam się dodzwonić... ani do Kasi Pakosińskiej, ani do Przemka Borkowskiego.
Ja: Dzwonię, dzwonię, a Kabaret Moralnego Niepokoju nie odbiera!

Goga: Bo oni myślą, że to śmieszne jest!

No i wraca swój do swego. Chłopak z Dywit wystąpi w Olsztynie. A do Dywit wstąpi?

— Jasne, że tak! Wstąpi! Nie mogę takiej okazji przegapić.

A często trafia ci się taka okazja?

— Ostatnio coraz rzadziej, bo od jakiegoś czasu rodzice do mnie przyjeżdżają. Pochwalę się, bo niedawno urodził mi się synek Kacper. Ma już sześć miesięcy i jest świetny. Synek jest jeszcze za młody, by go po Polsce wozić. Jest po prostu małomobilny.

Bo teraz mieszkasz w Warszawie...

— Tak, ale cały czas jestem zameldowany w Dywitach!

Czyli w stolicy waletujesz!?
— Można tak powiedzieć. Waletuję od piętnastu lat, ale jestem mieszkańcem Warmii. Ale przyznam, że najbardziej brakuje mi widoku z okna. Okno domu rodzinnego wychodzi na las, a teraz widzę — jak w każdym dużym mieście — inny dom. Ot, uroki życia w blokowisku. Dlatego widok z okna to moja największa tęsknota. Marzy mi się, by w Warszawie widzieć zieloną przestrzeń — z jeziorem i lasem na horyzoncie. W ogóle jezior mi w Warszawie brakuje. Niby mamy Wisłę, ale by dotrzeć na jej brzegi, trzeba się trochę natrudzić. Muszę przebić się przez Wisłostradę, nastać się w korkach. To nie to samo, że wychodzi się z domu i już się jest na łonie natury. I dlatego — jak tylko cieplej się zrobi — wezmę pod pachę Kacperka i przyjedziemy w rodzinne strony. Niech chłopak trochę pozwiedza.

Skończyłeś polonistykę. Mówią, że to fabryka bezrobotnych... Podzielasz to zdanie?

— Moje doświadczenie mówi, że jest zupełnie inaczej. Filologia polska produkuje prędzej utalentowanych ludzi! Przykład? Poloniści przecież wykonują przeróżne zawody — nie są tylko nauczycielami. Moi znajomi ze studiów są dziennikarzami, pracują w agencjach reklamowych, a jeden jest nawet tłumaczem w Brukseli i pracuje dla Unii Europejskiej. To dowód na to, że poloniści są ludźmi wszechstronnymi i nie interesują się tylko językiem ojczystym. Dla niech nie tylko książki i gramatyka. Według mnie polonistyka to przedłużenie liceum ogólnokształcącego. Daje bardzo dobrą ogólną wiedzę ze wszystkiego.

Ale na polonistyce nie ma chemii i fizyki!
— Bo to przedłużenie profilu humanistycznego. Nie zmienia to faktu, że studia te dają sporą wiedzę o świecie i możliwości rozwijania własnych zainteresowań. Charakteryzują się bogactwem czasu wolnego. Przyszli prawnicy czy lekarze zakuwają ostro, a poloniści albo czytają, albo robią wszystko, co chcą.

A ty — wybierając kierunek — chciałeś zostać poetą, czy belfrem?
— Ależ oczywiście, że poetą. I z tego zrodził się właśnie kabaret! Trzech z nas — ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak — byliśmy poetami i mieliśmy marzenie, by zaistnieć. Tworzyliśmy wtedy gazetę literacką, a nawet wydaliśmy tomik wierszy „Zeszyt w trzy linie”. Ale niestety cieszyliśmy się umiarkowanym zainteresowaniem. Naszą gazetę czytało niewiele osób. Publikowaliśmy wiersze swoje i kilku osób, które się nawinęły.

Czyli pisaliście sobie, a muzom?
— Właściwie tak. Ale wcale nas to nie zadowalało. Pomyśleliśmy: skoro nie chcą nas czytać, więc może będą nas słuchać. I tym sposobem zrobiliśmy pierwszy koncert — złożyliśmy go z naszych satyrycznych wierszy i piosenek. Ludzie to łyknęli, a kabaretowy potwór nas połknął i trzyma w swoim brzuchu do dzisiaj.

Od samego początku występowaliście jako Kabaret Moralnego Niepokoju?

— Nie. Pierwsze dwa programy graliśmy bezimiennie. Potem trzeba było wymyślić nazwę i pojawiła się ta ówczesna. Wymyśliłem ją akurat ja, więc jestem ojcem nazwy! Ale za Chiny nie pamiętam, skąd mi się ona w głowie wzięła. Nie pamiętam.

Kabareciarz powinien ciągle śmieszyć — na scenie, w autobusie, w przychodni. Dajesz radę?
— Nie zamieniłbym się na żaden inny zawód. Myślisz, że górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Żadna praca nie jest łatwa. Zwłaszcza jak wykonuje się ją w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą. Na szczęście kabareciarz też ma wolne od bycia śmiesznym i wtedy ładuje baterie. Gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem. Mam wolne od żartowania. Jestem jak górnik, który po powrocie do domu siada w fotelu, a nie schodzi do piwnicy, by wydobywać węgiel. Z rodziną odpoczywam, ale gdy już jestem w towarzystwie kabaretu, jest cały czas śmiesznie. My się po prostu sami nakręcamy i można przy nas boki zrywać. Tzn. my zrywamy boki, ale czy inni wiedzą, o co nam chodzi? Jak jemy obiad w jakiejś restauracji, żartujemy sobie i śmiejemy sobie w głos, a ludzie na nas patrzą z rogu i nie wiedzą, co zrobić.

Czyli to jest zawód, który poleciłbyś swojemu synowi?
— Wiesz, chyba bym mu odradzał, by został kabareciarzem. Oczywiście nie będę wchodził mu w drogę, a nawet będę kibicował jemu planom i zamiarom. Jednak kabaret — mimo iż to przyjemna praca — obarcza człowieka wielkim ryzykiem. Bo co zrobić w sytuacji, gdy się nie uda? Gdy się nie osiągnie jakiejś pozycji, nie jest już do śmiechu. To zawód wysokiego ryzyka.

A co w chwili, gdy gracie już po raz setny jakiś skecz? Nie przejada wam się wasz humor?
— Nie tyle nam się przejada, ile się w nas wypala. To wypalanie trwa mniej więcej półtora roku, dlatego po tym czasie robimy nowy program. Ale do tego czasu idzie nam nieźle, bo nie odklepujemy tego samego. Inna publiczność, inna sytuacja — to wszystko wpływa na nasze występy.

niedziela, 10 maja 2009

Sen w teatrze pobudza

Nuda w teatrze inspiruje. Wyostrzają się zmysły — oko się szerzej otwiera, ucho czujniej słucha. Spektakl nie porywa, a widzowie zainteresowani są... sobą. A co z aktorami? Grają sobie a muzom?

Podczas nudnej sztuki widownia wygląda tak: część śpi, część udaje zainteresowanie, reszta pęka ze śmiechu. Z czego? Z tych śpiących. Gdy scena nie przykuwa uwagi, wodzi się wzrokiem po twarzach towarzyszy niedoli. Gdy dojrzy się jednego śpiocha, szuka się kolejnego. Gdy ten pierwszy się obudzi, czeka się na kolejną wpadkę. I tym sposobem trwa się do końca spektaklu.

Nie tylko spanie bywa zaraźliwe. Obserwacja też łączy — tworzy się więc na widowni brać obserwatorów. Ci najpierw podświadomie, a potem już świadomie zaczynają komunikować się ze sobą. Jeśli ktoś śpi po lewej, trzeba dać cynk. Jeśli ktoś ziewa po prawej, warto wskazać palcem. Aktorzy schodzą na drugi plan.

Salwy śmiechu wybuchają samoistnie. Są nie do opanowania - a to ktoś usta otworzy podczas snu, a to komuś głowa się kiwa, a to – moje ulubione – ktoś chrapie. Zdarzają się też czkawki i wzbudzające najmniej emocji burczenie w brzuchu.

Raz na jakiś czas trafia się widz odważny. Gdy mu się nudzi, wstaje i wychodzi. Po prostu. Wtedy obserwatorzy mają kolejny powód do radochy – przebijający się przez rzędy dezerter staje się bohaterem narodowym. Wszyscy wyostrzają wzrok, by niczego nie przegapić. W tej chwili mile widziane są wpadki uciekiniera – gdy nadepnie komuś na palce, gdy potknie się albo usiądzie jakiejś „zainteresowanej” pani na kolanka. A finał takiej dezercji często przejawia się trzaskiem drzwi. Nie ma zmiłuj – śpiący się budzą, udający zainteresowanie wystraszeni podskakują. Tylko aktorzy nie reagują – grają, grają, grają. I tu podziw dla nich, ukłon w ich stronę, oklask – za profesjonalizm. Nikt mi nie powie, że praca odcina ich od publiczności. Przecież czują ten brak dialogu, brak reakcji publiczności. Ba – nadmiar reakcji na pewno słyszą.

Z nudą w teatrze zmagałam się przy okazji „Spalonej powieści” Białostockiego Teatru Lalek. Osób śpiących zliczyłam siedem. Ziewających było o połowę więcej. Śmiejących się jeszcze więcej. Współpracujących ze sobą – już zliczyć nie mogłam. Jedna dłubała w nosie.

W spektaklu Wojciecha Szelachowskiego wszystkiego jest za dużo. Za dużo aktorów na scenie, za dużo zdań wielokrotnie złożonych, za dużo słów trudnych, za dużo powtórzeń, za dużo sensów możliwych, a nie do końca wyartykułowanych.
(Jerzy Szerszunowicz, Udławili się słowami)

Sztukę obejrzałam podczas 29. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

A ty jaki masz sposób na nudę w teatrze? Komentuj, nie wstydź się!

sobota, 21 lutego 2009

Sztuka mięsa

Nienarodzone dziecko i mózg człowieka – takie cuda można oglądać w warszawskim centrum handlowym. Wystawa „Bodies...The Exhibition” przyciąga tłumy.

Gdy byłam mała, straszono mnie Babą Jagą albo trupią czachą. Albo mówiono mi, że przyjdzie zły człowiek i obedrze mnie ze skóry. Nie mogłam sobie wtedy wyobrazić, jak wyglądałabym „ oskalpowana”. Do dziś nie potrafię. Ale świat idzie do przodu. Dziś sztuka to nie Canaletto. Dziś sztuka to 13 całych spreparowanych ciał oraz 250 poszczególnych organów, zakonserwowanych przy wykorzystaniu nowoczesnej technologii – plastynacji.

Chyba dobrze, że mieszkam w Olsztynie. Warszawianką nie chciałabym być za Chiny i kosmosy. Bo oto idę na zakupy, by kupić skarpetki i sok pomarańczowy, a tu – zamiast uśmiechniętej ekspedientki Jadzi – ludzkie oko na mnie patrzy. Bez wyrazu, pływające w wielkim słoju, w towarzystwie mięśni poprzecznie prążkowanych. Sztuka! Tak, niezła to sztuka mięsa. A współczesny to niezły przymiotnik. Można nim wszystko przyozdobić, by uszło płazem. Ot, sztuka współczesna.

Gdyby dziś jakiś strach zdarł ze mnie skórę, trafiłabym prosto na „Bodies...The Exhibition”. Na wystawie można zobaczyć, co dzisiaj oznacza powiedzenie, że nie szata zdobi człowieka. A co zdobi? Biologia, anatomia i tłumek gapiów wokół.

Poszłabym jednak na tę wystawę. Poszłabym z czysto naukowej ciekawości. Z czysto życiowej ciekawości. Poszłabym popatrzeć na śmierć, na te swoje nie-swoje bebechy. Patrzenie nie boli, ale empatia już daje o sobie znać. I nie chciałabym się widzieć na tej ekspozycji w roli tego tzw. dzieła sztuki. Ot, dzieła natury. Nie bez powodu inspektorzy sanitarni badają wystawę ludzkich zwłok. Bo ciało po śmierci może spocząć w grobie, może być spalone albo dane uczelniom medycznym do celów naukowych. Ale na Boga! Nikomu nigdy do głowy nie przyszło, by wystawiać je centrum handlowym! Czy ciało człowieka po śmierci nie powinno być chronione prawem?

Centrum handlowe to nie szkoła, więc ciężko tu mówić o nauce anatomii.

Przysięga Hipokratesa: Przysięgam uroczyście że, życie moje poświęcę służbie ludzkości. Nauczycieli moich szanować będę za wiedzę, którą im zawdzięczam. Zawód mój wykonywać będę z sumiennością i godnością. Troska o zdrowie chorych będzie moim pierwszym obowiązkiem. Powierzone mi ich tajemnice szanować będę. Podtrzymywać będę ze wszystkich moich sił honor i szlachetne tradycje mego zawodu. Koledzy moi będą mi braćmi. Nie dopuszczę, by religijne, narodowe, rasowe, polityczne lub społeczne względy były przeszkodą w spełnianiu mego obowiązku wobec cierpiącego. Mieć będę najwyższy szacunek dla życia ludzkiego już od chwili jego poczęcia. Nie użyję mej wiedzy lekarskiej przeciw prawom ludzkości nawet pod presją groźby. Z własnej woli, na mój honor uroczyście oświadczam, że tej przysięgi dochowam.

Jak ta przysięga odnosi się do wystawy?

Twórcą „Bodies...The Exhibition” jest dr Roy Glover, emerytowany wykładowca anatomii Uniwersytetu Michigan.

Wystawę obejrzało już ponad 11 milionów ludzi na świecie. Teraz czas na centrum handlowe Blue City. Chętnych nie brakuje.

Bilet wstępu dla osoby dorosłej: 49/59 zł (dni robocze/świąteczne), studenci i emeryci zapłacą 35/40 zł, a bilet dla dziecka kosztuje 30/35 zł. Na wystawie można kupić np. breloczki z kręgosłupem, kauczukowe oczy i koszulki z nadrukiem żeber w różnych rozmiarach. Skarpetek brak.