Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Widz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Widz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2009

Dziewica z brzuchem

Dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. „Wesele u drobnomieszczan” Giovanny’ego Castellanosa w olsztyńskim Teatrze Jaracza niby lekkostrawne, a nieżyt żołądka gotowy.


Jak kupić widza? Zaserwować mu wiązankę biesiady i disco-polo. I tym tropem idzie Giovanny Castellanos w „Weselu u drobnomieszczan” na podstawie sztuki Bertolta Brechta. Widownia atakuje aktorów salwami śmiechu, ale czy jest się z czego śmiać?

Z siebie. Nic nie jest tak zabawne, jak własny ogródek. Castellanos wskazuje palcem w publiczność – to wy jesteście śmieszni. To wy jesteście gośćmi na weselu. To wy reprezentujecie rozpadający się świat.

Oto na scenie trwa zabawa. Weselnicy rzucają się na stół, groteskowo skrobią w talerze. Są niczym zaprogramowane kukły działające na najwyższych obrotach. Nie jedzą, pożerają. Matka (Joanna Fertacz) wnosi rybę na tacy, za chwilę budyń z bitą śmietaną. Rozkosze podniebienia mieszają się z rozkoszami dyskusji. Ojciec (Marian Czarkowski) opowiada historie rodzinne, ktoś obok romansuje ze sobą, ktoś delikatnie się kłóci. Ale z biegiem czasu – z kolejnymi lampkami wina – rozwiązują się języki i krawaty, a wszelakie konwenanse idą na bok. Zasady padają – niczym krzesła i stół. Wystarczy siąść i trach! I właśnie rozpadające się meble są synonimem rozpadu świata, w którym żyją bohaterowie. Stół traci nogi, krzesła oparcia – wesele zaczyna się sypać. Czyli nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko trwałe, co stoi. Albo udaje, że stoi. Przykładem może być postawa Panny Młodej (Milena Gauer), która - ubrana w śnieżnobiałą suknię – ukrywa, że jest w ciąży. Nie ważne, że brzuch ją wyróżnia. Jeśli ona o ciąży nie wspomina, powinno być tak, jakby jej nie było. Ale gdy goście wspominają o jej „dziewictwie”, denerwuje się jak dziewczynka, której tajemnica zostaje odkryta. – Aż się zaczerwieniłam – stwierdza.

Castellanos ubiera aktorów w kiczowatym stylu. Ich fryzury i tandetne stroje podkreślają sztuczność świata. Każdy jest jakby z innej bajki, ale każdy stoi pod pręgierzem groteski. I to jest wspólny mianownik. Reżyser sięga po karykaturę, ale i sam się w niej zapętla. Nie może wyhamować. Wiele scen niczego nie wnosi, niczego nie tłumaczy. Castellanos nie tyle ośmiesza zachowania ludzkie, ile ich weselne tradycje – i to nie te najbardziej krępujące. Celuje w polskość. A z jakiego kalibru strzela? Nie wyśmiewa zabaw z wałkiem, zbierania na wózek, ani wulgarnych tańców z balonikiem. Wyszydza te najbardziej zakorzenione w polskiej zabawie. Na ile ośmieszają one współczesnego Polaka? Castellanos sięga między innymi po piosenkę Urszuli Sipińskiej „Cudownych rodziców mam” – symbol podziękowań za troskliwą opiekę rodzicielską. Czy jest się tu z czego śmiać? Może i jest, jeśli rodzice nie święcą przykładem. W „Weselu u drobnomieszczan” nie wyczuwa się jednak żadnych niesnasek dziecko-rodzic.

Castellanos bawi się spektaklem. Ma się wrażenie, że scena jest jak worek, do którego wrzuca każdy swój pomysł. Na scenie stawia mikrofon, do którego kolejno podchodzą goście. Jedni śpiewają, inni coś mówią. Ale mikrofon jest tylko zabawką. Czy reżyser za jego pomocą chce na coś zwrócić uwagę? Chce coś nagłośnić? Kwestie, które mogą podkreślać ludzką głupotę – drobnomieszczańskie zwyczaje – padają również poza głośnikami. Czyżby mikrofon był kolejnym elementem, by kupić widza? Czy to tylko sceniczny gadżet, który sprawia widzowi frajdę? A może to aluzja do filmowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego, gdzie triumfy święci Tymon Tymański ze swoim „Białym misiem”? Ale era tego przeboju skończyła się, gdy na sale weselne wdarła się grupa Masters z hitem „Żono moja”. Castellanos i po ten hymn nowożeńców sięga. Podchwytuje również „Złoty krążek”, ale w tej scenie przechodzi sam siebie. Przerost formy nad treścią – inaczej nie można nazwać wspólnego tańca z podrzucanym złotym hoolahoopem w tle.

Wesele się nie udaje. Zabawa jest nie do zniesienia - młodzi wciąż powtarzają: niech oni już sobie pójdą. I idą - pozostawiając po sobie niesmak. Panna młoda przeżywa, że wszyscy wezmą na języki jej ciążę. Że się wydała, a przecież miała tak dobrze skrojoną suknię. Jednak nie szata zdobi człowieka. Dlatego zdziera z siebie dziewiczą biel i paraduje z wydętym brzuchem. Zaczyna się codzienność – napęczniała, aż niesmaczna proza życia. Rachunki, kwoty w kopertach-prezentach... Life is brutal.

Giovanny Castellanos chce nie tyle wyśmiać społeczeństwo, ile pokazać, że człowiek jest zależny od społeczności, w której żyje. Że niewiele robi dla siebie, ale dla innych. Bo ślub to „nasz zbiorowy obowiązek”. Na ile mu się to udaje? Słyszałam w kuluarach, jak jedna pani drugiej pani szeptała w uszko, że jedna z bohaterek to wypisz wymaluj ich znajoma. A jednak jest się z czego śmiać – z siebie. Tylko dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija tą maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. Sam się uzależnił od tego, by widza przekupić. Bo to „nasz zbiorowy obowiązek”.

niedziela, 10 maja 2009

Sen w teatrze pobudza

Nuda w teatrze inspiruje. Wyostrzają się zmysły — oko się szerzej otwiera, ucho czujniej słucha. Spektakl nie porywa, a widzowie zainteresowani są... sobą. A co z aktorami? Grają sobie a muzom?

Podczas nudnej sztuki widownia wygląda tak: część śpi, część udaje zainteresowanie, reszta pęka ze śmiechu. Z czego? Z tych śpiących. Gdy scena nie przykuwa uwagi, wodzi się wzrokiem po twarzach towarzyszy niedoli. Gdy dojrzy się jednego śpiocha, szuka się kolejnego. Gdy ten pierwszy się obudzi, czeka się na kolejną wpadkę. I tym sposobem trwa się do końca spektaklu.

Nie tylko spanie bywa zaraźliwe. Obserwacja też łączy — tworzy się więc na widowni brać obserwatorów. Ci najpierw podświadomie, a potem już świadomie zaczynają komunikować się ze sobą. Jeśli ktoś śpi po lewej, trzeba dać cynk. Jeśli ktoś ziewa po prawej, warto wskazać palcem. Aktorzy schodzą na drugi plan.

Salwy śmiechu wybuchają samoistnie. Są nie do opanowania - a to ktoś usta otworzy podczas snu, a to komuś głowa się kiwa, a to – moje ulubione – ktoś chrapie. Zdarzają się też czkawki i wzbudzające najmniej emocji burczenie w brzuchu.

Raz na jakiś czas trafia się widz odważny. Gdy mu się nudzi, wstaje i wychodzi. Po prostu. Wtedy obserwatorzy mają kolejny powód do radochy – przebijający się przez rzędy dezerter staje się bohaterem narodowym. Wszyscy wyostrzają wzrok, by niczego nie przegapić. W tej chwili mile widziane są wpadki uciekiniera – gdy nadepnie komuś na palce, gdy potknie się albo usiądzie jakiejś „zainteresowanej” pani na kolanka. A finał takiej dezercji często przejawia się trzaskiem drzwi. Nie ma zmiłuj – śpiący się budzą, udający zainteresowanie wystraszeni podskakują. Tylko aktorzy nie reagują – grają, grają, grają. I tu podziw dla nich, ukłon w ich stronę, oklask – za profesjonalizm. Nikt mi nie powie, że praca odcina ich od publiczności. Przecież czują ten brak dialogu, brak reakcji publiczności. Ba – nadmiar reakcji na pewno słyszą.

Z nudą w teatrze zmagałam się przy okazji „Spalonej powieści” Białostockiego Teatru Lalek. Osób śpiących zliczyłam siedem. Ziewających było o połowę więcej. Śmiejących się jeszcze więcej. Współpracujących ze sobą – już zliczyć nie mogłam. Jedna dłubała w nosie.

W spektaklu Wojciecha Szelachowskiego wszystkiego jest za dużo. Za dużo aktorów na scenie, za dużo zdań wielokrotnie złożonych, za dużo słów trudnych, za dużo powtórzeń, za dużo sensów możliwych, a nie do końca wyartykułowanych.
(Jerzy Szerszunowicz, Udławili się słowami)

Sztukę obejrzałam podczas 29. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

A ty jaki masz sposób na nudę w teatrze? Komentuj, nie wstydź się!

wtorek, 7 kwietnia 2009

Nagroda za topienie chomików

Czy teatr to miejsce, gdzie można bez konsekwencji męczyć zwierzęta? Widzowie się oburzają. — Moje przedstawienia są sztuką. O co chodzi? — dziwi się Rodrigo García, hiszpański reżyser, który we Wrocławiu odebrał nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne, zamordował homara i podtapiał chomiki.

Na ile może sobie pozwolić artysta? Takie pytanie zadaję sobie ja, tłumy widzów festiwalu Premio Europa per il Teatro, a przede wszystkim prokuratura, która przesłuchiwała hiszpańskiego reżysera Rodrigo Garcíę. Prowokator, bo za takiego jest uznawany, nie widzi niczego złego w swoich teatralnych praktykach.

"Rozsyp moje prochy nad Myszką Miki". Tytuł sztuki intrygujący - inscenizacja aż zanadto. Czy chomiki syryjskie - zwierzęta półpustynne - potrafią pływać? Nie. Dlatego García wrzuca zwierzęta do wody i gdy te zaczynają tonąć, wyciąga je podbierakiem. By widz mógł dojrzeć przerażenie chomików, zbliżenie tej sceny pojawia się na wielkim telebimie. Szok. Ze strony widowni leci butelka, a na scenę wchodzi aktywistka Straży dla Zwierząt i zabiera chomiki. Ja siedzę jak zamurowana. Sztuka trwa dalej. Aktor zanurzony w białej masie przypominającej cement przywiązuje do siebie żaby na sznurkach. Ludzie zaczynają wychodzić, a gdy spektakl się kończy, uwiązane żaby pozostają w lepkiej mazi. Zastygają. Widzowie przechodzą obojętnie - przyglądają się ich ostatnim podrygom. Ktoś mówi, że jedna żaba już zastygła. Nikt nie idzie z ratunkiem. Nawet organizatorzy. Czekają aż wszyscy opuszczą widownię? Być może, bo to nie będzie czas reanimacji, ale... pogrzeb.

Fakt, emocje w teatrze grają bardzo ważną rolę, ale są granice. Można na sztuce płakać, bać się, śmiać się, a nawet mieć gęsią skórkę. Ale jak nazwać emocje, które towarzyszą meczeniu zwierząt? I jak określić teatr, który teatrem nie jest? Bo przemoc to nie sztuka – i nie ważne są intencje twórców. Owszem, o cierpieniu należy mówić - bo dzieje się, oj dzieje - ale zabawa w Hannibala Lectera nie jest najlepszym środkiem. Hasło "tylko u nas na żywo pokaz <>" mi nie w smak.

Teatr jest przyjemnością, więc skoro tak – García realizuje swoje fascynacje zasłaniając się sztuką. Ale nawet w teatrze nie można czuć się bezkarnie. Tylko dlaczego krytycy przyznają mu nagrody? Bo szokuje? Bo jeszcze nikt inny nie maltretował bezbronnych zwierząt w teatrze? Czy tak ma wyglądać Nowa Teatralna Rzeczywistość? Jeśli tak – co w takim razie będzie po Garcíi? Czy w imię tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, aktor zamorduje kiedyś człowieka?

Innym spektaklem, na który ciężko było się dostać, był "Accidens" ("Wypadki: Zabić, by zjeść"). W tej sztuce artysta torturuje homara, by go potem zabić. Widzowie słyszą - dzięki czułemu mikrofonowi - odgłosy bicia serca konającego skorupiaka.

Zabijamy zwierzęta od zawsze, ale to zabijanie musi mieć sens, by ich życie nie szło na marne.
García ma potrzebę szokowania publiczności. Ale tak naprawdę widz nie ma dla niego znaczenia, nie zależy mu, czy go oburzy, czy nie. Nie potrzebny jest mu widz, ale podglądacz. Jego artystyczna motywacja jest bardzo licha. Na jego prośbę zamówiliśmy w Monachium trzy homary specjalnego gatunku do konsumpcji (…) Znamienna jest też jego postawa jako człowieka. Każe nam sprowadzić z paryskiego sklepu specjalny gatunek żab, po czym minutę po spektaklu ich los już go nie obchodzi.
(Jarosław Fret, García mógłby z homarem zrobić rzeczy gorsze)

Co znaczą spektakle Garcíi? Artysta twierdzi, że jego sztuka uświadamia, że pokazuje ludziom, jak traktuje się zwierzęta. Że tylko mięsożerny człowiek potrafi zgotować im taki los. Ale czy reżyser swoją sztuką nie podcina gałęzi, na której siedzi? Nie wierzę w jego intencje. Po prostu nie wierzę.



Przeczytaj:
Skandal na festiwalu teatralnym: torturowali i zabili homara na scenie
Wrocław. Awantura o homara na festiwalu teatralnym

Obejrzyj:
Krystian Lupa laureatem PREMIO EUROPA

piątek, 3 kwietnia 2009

Teatry są za ciasne — świat się nie mieści

Ponad 500 gości z całego świata i problemy z organizacją – tak można podsumować pierwsze dni wrocławskiego festiwalu Premio Europa per il Teatro. Nie wszyscy mogą oglądać prezentowane spektakle!


Festiwal pełną gębą i pełne ręce roboty, więc nie obywa się bez wpadek. Za dużo gości, a za małe teatry – to główny problem organizatorów jednej z najważniejszych imprez teatralnych w Europie. Do Wrocławia zjechali nadprogramowi goście, więc – by wszystkich pomieścić na widowni – trzeba się nieźle nagłowić. A to nie takie proste. Zaproszeni - a każdy z nich ważny - ustawiają się gęsiego przed teatrami i zadają pytanie na miarę Hamleta: wejdę na spektakl, czy nie wejdę? Bywa, że nie pomaga identyfikator – odchodzi się z kwitkiem. Dlaczego?

Program Europejskiej Nagrody Teatralnej realizowany jest przez biuro Premio Europa per il Teatro oraz Instytut im. Jerzego Grotowskiego. Organizatorzy się nie dogadali. I właśnie szydło wyszło z worka, gdy widzów w teatrze wciąż przybywało, a miejsca na widowni ubywało.
- Włosi zaprosili o 200 osób więcej, niż się spodziewaliśmy - przyznaje Anna Pupin z biura prasowego festiwalu. - Robimy, co możemy, by wszystkich pomieścić na widowni, ale nie mamy nieskończonej liczby miejsc.

Polak jednak potrafi wybrnąć z sytuacji - na międzynarodowym festiwalu pojawiają się "listy zapisowe". Scheda po komunizmie? Kto pierwszy, ten lepszy - oto nowe zasady. Identyfikatory z nazwiskami tracą ważność, bo listy wiodą prym. Problem w tym, że nie każdy zaproszony gość o zapisach wie. Przychodzi do teatru – szczęśliwy, że sztukę obejrzy – a tu nie niespodzianka. Jest nazwisko na liście? Nie ma? To i oglądania nie ma. No, może dwie, trzy osoby da się upchnąć kolanem, ale reszta – marsz do hotelu. Można próbować następnym razem – spektakle grane są zazwyczaj dwukrotnie. Ale czy dublowane przedstawienia zaspokoją zdublowanych gości?

Organizatorzy negocjują z artystami, by grali spektakle trzykrotnie. I tu ma szansę sprawdzić się polskie powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Szkoda tylko, że ta sztuka – mimo iż na światowym poziomie – to jednak w polskim wykonaniu.

Polska jest po raz pierwszy gospodarzem ceremonii wręczenia nagród Premio Europa per il Teatro i New Theatrical Realities. W tym roku teatralnego Oscara odbierze reżyser Krystian Lupa. Stąd Wrocław, stąd Polska.

PS. Pozdrawiam pana, Krystianie Lupo. Gratuluję nagrody! Myśli pan, że organizacja Euro 2012 przebiegnie sprawniej?

wtorek, 24 marca 2009

Wielkie brawa małego miasta

Trwają Olsztyńskie Spotkania Teatralne. To jedna z niewielu olsztyńskich imprez leczących kompleksy małego miasta. Bo wielkie nazwiska zmniejszają złe samopoczucie. W jaki sposób?


Zauważam w Olsztynie „syndrom gwiazdy” — chorobę zakaźną wywołaną wirusem małego miasta. Gdy na scenie staje osoba z rozpoznawalną twarzą, wiele osób traci zmysły.

Wczoraj w Olsztynie pojawił się Janusz Gajos w „Nartach Ojca Świętego” — spektaklu Teatru Narodowego. Sztuka skończyła się owacjami na stojąco. Widownia szalała — jak i przy okazji każdego spektaklu Spotkań, co jest zjawiskiem wręcz paranormalnym. Trzeba wstać i wyrazić nie tyle swój szacunek, ile podbudować samego siebie — że jednak jest się w teatrze w tak doborowym towarzystwie. Bo w tym wypadku nie sztuka jest niezłą kulturą, ale kultura być niezłą sztuką.

Bilety na spektakl rozeszły się błyskawicznie. Powód? Bo Gajos właśnie! Corocznie olsztyniacy zabijają się o nazwiska. To one decydują o jakości spektaklu i wieńczących wiwatach. Reżyseria i autor schodzi na drugi plan. Gęba ma znaczenie, gęba!

Podczas poprzednich Olsztyńskich Spotkań Teatralnych gościła Katarzyna Figura z „Badaniami nad ukraińskim seksem”. Sztuka nienajlepsza, ale z owacjami na stojąco. Bo przecież Figura! Bo gęba i biust!

Podobnie było z „Nartami Ojca świętego”. Olsztyniacy swoje, a krytyka swoje:

(...) pozostaje niedosyt. A dlaczego właściwie? Być może sztuka Pilcha jest zbyt grzeczna? Biorąc na warsztat temat tak poważny jak Papież, stosunek narodu do niego, brak rzeczywistego zrozumienia nauki papieskiej, Pilch zachował się bardzo ryzykownie, ale gdzieś w trakcie chyba się zatrzymał i rozpuścił rzecz całą w dobrodusznej rodzajowości. Nie powiedział nic o tym, czy tym razem wykorzystaliśmy dziejową szansę, czy nie do końca, po pierwszym zrywie pogrążając się w wiadomym chocholim tańcu. Otwarte pytanie o przyszłość postawione jako pytanie o to, komu teraz będziemy kibicować — czy sami sobie? — zdaje się zbyt łagodne. Domyka Gogolowską klamrę, ale nie jest wystarczająco gorzkie, by śmiech w tej komedii zaczął nas dławić.
Wyszedł w sumie teatr grzeczny i trochę o niczym, to znaczy o tym, co mądry wie, a głupi wiedzieć nie ciekaw. Jak pół litra Pontyfikalnej, której nie odważyli się stworzyć mieszkańcy Granatowych Gór. Najpierw podnieca, a potem daje marne pocieszenie pogrążając w rosnącym odrętwieniu.
(Piotr Gruszczyński, Papież w Granatowych Górach)

Dlaczego Olsztyn szaleje? Nieczęsto gwiazdy zjeżdżają do stolicy Warmii i Mazur. A taki Janek Kos to przecież legenda. Zasmakował życia, bywa tu i tam — czasami też pojawia się w mediach. Kiedy można więc zobaczyć taką osobowość na własne oczy, rośnie duma i nikną na chwilę kompleksy. Wielkie nazwisko leczy niespełnioną „wielkomiejskość”. Ale życie toczy się dalej. Dziś Gajos znów jest w Warszawie, a olsztyniak liże rany.

— Byłem na dobrym spektaklu. Gajos grał.
— Gajos? A jaki jest na żywo?

Czyż nie tak wyglądały dzisiaj rozmowy w kuluarach urzędniczych biurek? Ciekawa jestem, ile razy w dialogach padło nazwisko Gajosa, a ile tytuł sztuki... O reżyserze Cieplaku nie wspomnę. Ale pozdrawiam pana Piotra — tym bardziej, że „Narty Ojca Świętego” w Olsztynie były grane po raz setny. Pozdrawiam również tych, którzy czują potrzebę bywania w teatrze — potrzebę posmakowania wartości, a nie dowartościowania się. Z pustego i tak Salomon nie naleje.