Jestem jak Juliusz Cezar, który przybył, zobaczył i zwyciężył. Prawie, bo w tym wypadku Doda podczas koncertu w Olsztynie wyszła z tarczą, a ja na tarczy. Bo królowa jest tylko jedna. Niezaprzeczalnie.
Mówi się o niej, że jest różową krzyczącą celebrytką. Mówi się też, że jest królową polskiej piosenki… Święta prawda, bo to, co Doda wyrabia na scenie podczas Rock'N'Roll Palace Tour, przechodzi pojęcie przeciętnego Polaka. Zaskakuje na każdym kroku i z każdym wypięciem pupy. A tyłek ma niezły!
Dla niej wyjście na scenę to nie tylko odśpiewanie kilku hitów, ale niezła zabawa. I niezły szok dla publiczności — zwłaszcza tej małoletniej. Nie powiem, co Doda wyrabia przy mikrofonie (i z czym go porównuje). Nie powiem też, co robi z wielkim mięsistym sercem… Ale to widać na załączonym obrazku.
I to widać na twarzach publiczności.
Nie jestem fanką Dody, ale chylę czoła. Za 35 zł dała niezły popis swojego wokalu (ma naprawdę świetny głos), cyrkowe show z tysiącem gadżetów (od srebrnej klatki, przez latającego konia, wyskakujące języki ognia, po płonące skrzydła).
Zdecydowanie Doda jest lepsza niż inne gwiazdy. Przykładowo — Feel w Olsztynie nie pokazał wiele, a zgarnął za występ 50 zł od osoby.
Co tu kryć — Doda robi niezły spektakl. W teatrze takiego cyrkowego przepychu i przegadania bym nie zniosła, ale na scenie to kupuję. Przecież muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Muzyka — zwłaszcza w wykonaniu Dody — pozwala się wyluzować i powiedzieć: wow! Nie jest to sztuka wysoka, ale wysoko mierzy w rozrywkowym wydaniu. Stawiam plus — ku mojemu zdziwieniu.
Doda jest artystką, której spełniło się marzenie z dzieciństwa. Od zawsze chciała śpiewać. Gdy miała 13 lat, wyjechała do Warszawy i tam zaczęła współpracę z Januszem Józefowiczem, który przyjął ją do teatru Buffo. Występowała w „Metrze.” Równocześnie brała lekcję śpiewu u Elżbiety Zapendowskiej. Potem zaczęła śpiewać w Virgin i zrobiła błyskawiczną karierę. Zdecydowała się na występy solowe i została okrzyknięta królową polskiej sceny. Na żywo daje tego dowody…
Przeczytaj:
Doda: Nigdy nie grałam w butelkę
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 października 2010
piątek, 12 lutego 2010
Enjoy the show, czyli Depeche Mode w Łodzi
Myślałam, że stracę głos i nie wypowiem ani jednego słowa po łódzkim koncercie Depeche Mode. Śpiewałam, tańczyłam i wołałam na bis. Veni, vidi, vici…
Prawie 14 tysięcy ludzi, a w tym tłumie ja. Ale organizacja była tak sprawnie obmyślona, że nie wszystko poszło gładko, a tę masę widać było podczas koncertu. Las rąk, ryk gardeł — fantastyczne!
Depesze potrafią rozerwać. Dave Gahan swoje lata już ma, ale zupełnie po nim tego nie widać. Kręci biodrami jak zawsze, tańczy z mikrofonem, wygina się, tupie nóżką — jak tylko on ma w zwyczaju. Nie bez powodu mówi się: o, ten sławny taniec Gahana. Ano sławny, bo Dave porusza się niesamowicie na scenie. Aż mu zazdroszczę — skąd w nim tyle energii? Z muzyki, proszę pani, z muzyki!
Ale nie sam Dave zagrzewa do muzycznego boju. Martin Gore też daje czadu — i śpiewa swoim hipnotycznym vibrato, i gitaruje. Elektroniczne dźwięki też wchodzą lekko w ucho i nijak z głowy wyjść nie mogą. A perkusja?! Mam słabość do bębnów na żywo, ale tylko pod jednym warunkiem — że to dobre bębny, a za nimi siedzi rewelacyjny pałkarz. No i proszę — miałam jak na wyciągniecie ręki. Prawie, a prawie robi wielką różnicę.
Depesze muzycznie spisują się na medal. Ale co ja tu będę pisała? Ani to nowość, ani odkrywanie kosmosu — wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy koncert. Polecam „Live In Milano” — z ekranu bije taka energia, że aż nie sposób usiedzieć w miejscu. Ale co tam ekran — gdy Depesze grają na żywo, temperatura rośnie, że aż z człowieka bucha niesamowita energia. I nie chodzi tu o taniec, klaskanie, wyśpiewywanie zwrotek i refrenów. Tworzy się wir wzajemnej radości i w tym momencie aż chce się powiedzieć: tak, muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka jednoczy, pozwala zapomnieć o wszystkich złach świata. Nikt przez chwilę nawet nie myśli, że gdzieś obok sypie śnieg i będzie trzeba wracać do domu przez zaspy. Zresztą, lody na koncercie topnieją błyskawicznie. Wystarczają pierwsze dźwięki, aby czarna plama zalewająca halę Atlas Arena błyskawicznie wprawiła się w ruch.
Zaczyna się od "In Chains". W między czasie lecą same hity: "Wrong", "A Question Of Time", "Enjoy The Silence", "In Your Room"…
Niesamowicie wyglądają też balony wypuszczone podczas "Policy of Truth" przez fanów bawiących się na płycie. Na wielkim ekranie pojawiają się kolorowe kulki, a na żywo podrzucane są kolorowe balony. Fruwają ich setki — do wyboru, do koloru. Małe, duże — aż zlewają się z wizualizacją na scenie. Szalaję na trybunach, więc mam na wszystko oko.
O wizualizacji też muszę napisać słówko, bo robi wrażenie nie tylko ogromem pikseli, ile dopracowaniem, wyliczeniem — współgrała z każdym dźwiękiem. Nie jest to tylko powiększenie scenicznego show — to nie fokus na to, jak Dave mruga okiem. Przez ekran przelewają się filmy — a to kruk wpatrujący się we wszystko, co wokół, a to spacerujący kosmici o twarzach Depeszy, a to… muszę wszystko opisywać? Nie muszę. Wierzcie ma na słowo, bo… veni, vidi, vici.
Na kolana powala mnie "Never Let Me Down Again", kiedy to wszyscy wymachują rękami. Z trybun wygląda to niesamowicie!
Miałam szczęście, że bawiłam się na trybunach. Podobno scena była za nisko ustawiona, więc ci z płyty niewiele widzieli.
Koniec wieńczy dzieło? Tu bym polemizowała, bo nie dolewa się oliwy do ognia, żeby potem zejść ze sceny ot tak. Ale rzeczywiście — końcowy „Personal Jesus” rozgrzewa ludzkie gardła do czerwoności. Wszyscy wykrzykują: „Reach out and touch faith”! Ale dam sobie głowę uciąć, że są i tacy, którzy śpiewają: „Reach out and fuck Dave”!
Ja tylko podsumuję: Reach out and touch Dave. Prawie.
PS. Nie wzięłam aparatu na koncert. Fotki: Artur Rawicz / Onet.pl.
Prawie 14 tysięcy ludzi, a w tym tłumie ja. Ale organizacja była tak sprawnie obmyślona, że nie wszystko poszło gładko, a tę masę widać było podczas koncertu. Las rąk, ryk gardeł — fantastyczne!
Depesze potrafią rozerwać. Dave Gahan swoje lata już ma, ale zupełnie po nim tego nie widać. Kręci biodrami jak zawsze, tańczy z mikrofonem, wygina się, tupie nóżką — jak tylko on ma w zwyczaju. Nie bez powodu mówi się: o, ten sławny taniec Gahana. Ano sławny, bo Dave porusza się niesamowicie na scenie. Aż mu zazdroszczę — skąd w nim tyle energii? Z muzyki, proszę pani, z muzyki!
Ale nie sam Dave zagrzewa do muzycznego boju. Martin Gore też daje czadu — i śpiewa swoim hipnotycznym vibrato, i gitaruje. Elektroniczne dźwięki też wchodzą lekko w ucho i nijak z głowy wyjść nie mogą. A perkusja?! Mam słabość do bębnów na żywo, ale tylko pod jednym warunkiem — że to dobre bębny, a za nimi siedzi rewelacyjny pałkarz. No i proszę — miałam jak na wyciągniecie ręki. Prawie, a prawie robi wielką różnicę.
Depesze muzycznie spisują się na medal. Ale co ja tu będę pisała? Ani to nowość, ani odkrywanie kosmosu — wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy koncert. Polecam „Live In Milano” — z ekranu bije taka energia, że aż nie sposób usiedzieć w miejscu. Ale co tam ekran — gdy Depesze grają na żywo, temperatura rośnie, że aż z człowieka bucha niesamowita energia. I nie chodzi tu o taniec, klaskanie, wyśpiewywanie zwrotek i refrenów. Tworzy się wir wzajemnej radości i w tym momencie aż chce się powiedzieć: tak, muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka jednoczy, pozwala zapomnieć o wszystkich złach świata. Nikt przez chwilę nawet nie myśli, że gdzieś obok sypie śnieg i będzie trzeba wracać do domu przez zaspy. Zresztą, lody na koncercie topnieją błyskawicznie. Wystarczają pierwsze dźwięki, aby czarna plama zalewająca halę Atlas Arena błyskawicznie wprawiła się w ruch.
Zaczyna się od "In Chains". W między czasie lecą same hity: "Wrong", "A Question Of Time", "Enjoy The Silence", "In Your Room"…
Niesamowicie wyglądają też balony wypuszczone podczas "Policy of Truth" przez fanów bawiących się na płycie. Na wielkim ekranie pojawiają się kolorowe kulki, a na żywo podrzucane są kolorowe balony. Fruwają ich setki — do wyboru, do koloru. Małe, duże — aż zlewają się z wizualizacją na scenie. Szalaję na trybunach, więc mam na wszystko oko.
O wizualizacji też muszę napisać słówko, bo robi wrażenie nie tylko ogromem pikseli, ile dopracowaniem, wyliczeniem — współgrała z każdym dźwiękiem. Nie jest to tylko powiększenie scenicznego show — to nie fokus na to, jak Dave mruga okiem. Przez ekran przelewają się filmy — a to kruk wpatrujący się we wszystko, co wokół, a to spacerujący kosmici o twarzach Depeszy, a to… muszę wszystko opisywać? Nie muszę. Wierzcie ma na słowo, bo… veni, vidi, vici.
Na kolana powala mnie "Never Let Me Down Again", kiedy to wszyscy wymachują rękami. Z trybun wygląda to niesamowicie!
Miałam szczęście, że bawiłam się na trybunach. Podobno scena była za nisko ustawiona, więc ci z płyty niewiele widzieli.
Koniec wieńczy dzieło? Tu bym polemizowała, bo nie dolewa się oliwy do ognia, żeby potem zejść ze sceny ot tak. Ale rzeczywiście — końcowy „Personal Jesus” rozgrzewa ludzkie gardła do czerwoności. Wszyscy wykrzykują: „Reach out and touch faith”! Ale dam sobie głowę uciąć, że są i tacy, którzy śpiewają: „Reach out and fuck Dave”!
Ja tylko podsumuję: Reach out and touch Dave. Prawie.
PS. Nie wzięłam aparatu na koncert. Fotki: Artur Rawicz / Onet.pl.
środa, 11 listopada 2009
Groniec: boso, ale w ostrogach
Krótko. Kasia Groniec zaśpiewała w Olsztynie, a ja byłam, widziałam i teraz uprzejmie donoszę. Artystka nie tylko śpiewa, ale i tryska humorem!


Myszka. Tak, na koncercie pojawia się myszka, która wskakuje na wielki kubik nazywany w mojej głowie amboną. Wyjmuje malutki długopis, równie malutką karteczkę i prosi Kaśkę Groniec o autograf. Nie słyszy sprzeciwu — jedynie wielkie sapnięcie, bo na tak małym skrawku papieru trudno napisać: miłej myszce, Kasia. Myszce dedykacja jednak się nie podoba. Krzywi się, zadziera nawet nosa! Powód dąsu? Kaśka zygzakiem weszła na margines. Przeprosiny na nic, myszka się obraża.
Odbiło mi? Ależ nie! To tylko opis fragmentu koncertu Katarzyna Groniec. Bo Kaśka poza talentem wokalnym (oj, gigant!) ma wielki talent aktorski. I poczucie humoru. Widać to na naszych wspólnych zdjęciach, że nie jest czarną plamą w świetle reflektorów. Jest fantastyczna i kto był na jej recitalu, ten wie.

Najpierw na scenę wychodzą muzycy. Ten od klawiszy i ten od strun — pięciu, czyli od basu. Mają na sobie koszulki z twarzą Kaśki, która zdobi okładkę najnowszej płyty „Listy Julii”. (Tu powinno być miejsce na reklamę i jest, bo płyta zasługuje na wyraz szacunku i drobny pean.) Po chwili wychodzi ona — oczywiście bosa. Nie dodałam, że i panowie nawet skarpetek nie naciągnęli na stopy. Sceniczna trójka ma więc wspólny mianownik. Ba — nie tylko ten! Również i ona ma koszulkę z nadrukiem — z licem E.T. Skoro faceci mają Groniec na piersi, którego więc z tych utalentowanych muzyków ma Kasia na swoich sutkach? Nie odgaduję. Panowie zachwycają, a moją uwagę przyciąga przede wszystkim pianista. Bije w klawisze jak opętany, a nawet śpiewa delikatnym głosem. Publiczność kołysze się w wyobraźni, Kasia się zamyśla i puka palcem w ambonę. W ten sposób wybija rytm serca. Ja się uśmiecham.
Piosenka za piosenką, ani słowa „między wierszami”, czyli gadania do mikrofonu. Są „Listy Julii”, są kawałki kabaretowe, liryczne, jest też wspomniana już myszka. Widownia się uśmiecha. Piękne to jest — każdy zaokrągla usta w rogal. A wystarczy wystawić nos za scenę — pognać gdzieś wzrokiem do centrum. Oj, jacy tam ludzie smutni i zabiegani. Oj, jak oni gubią czas i jak im radość przecieka przez palce.
Jest też chwila, gdy Kaśka udaje bigotkę, podciąga spodnie wysoko za kolana, łapie się za krok i wychyla przed siebie brodę. Garbi się przy tym niezgrabnie, ale tak właśnie ma wyglądać. Znowu wszyscy szczęśliwi. Boże, jak ludziom mało trzeba — wystarczy zrobić z siebie idiotkę, a już wszyscy szaleją. Ale przyznać trzeba, że nie każdy potrafi być idiotką z klasą. Kaśka Groniec jest w tym fantastyczna i fenomenalna. Czy to komplement? Jasne, że tak! Artysta na scenie musi być niebanalny. Musi też kokietować — i to w taki sposób, aby chciało się o tym opowiadać i pisać. Ja tę chęć w tej chwili czuję. O!
Głos silny jak dzwon — taki właśnie ma pani, o której tak wylewnie piszę. Pani ta potrafi też być subtelna w swoim śpiewaniu, a często nawet i śmieszna. Ale o tym już było piętro wyżej.
Przyglądam się jej podczas śpiewania. Nie gania po scenie, jest spokojna, dużo siedzi, ale w środku aż jej się gotuje. Spoglądam na place u stóp — wyginają się tu i tam. To dowód na to, że z ustami muzykuje również każda żyłka, nerka, wątroba i serce. Turbodymomen nie mógłby zawstydzić Kaśki — nie potrafiłby. To też komplement. Dowcip i komplement.
Lubię to jej zaangażowanie. Lubię interpretację jej tekstów do muzyki. Lubię to jej zgranie z muzykami. Tak na „raz dwa trzy”. Mówią na to profesjonalizm. A ja powiem — talent, za który DZIĘKI.

Po koncercie sznur. Tłum bierze przykład z myszki i prosi o dedykacje. Człowiek jednak tym różni się od myszki, że łaknie Kaśki, jej podpisu i skromności. Kaśka się uśmiecha, nikomu nie odmawia — nawet panu, który przynosi całą dyskografię z hasłem GRONIEC w tytule, kilka albumów, zdjęć i Bóg wie co jeszcze. Hurtowo bierze podpisy, a wszyscy oczom nie wierzą. Zachłanny? Kolekcjoner? Miłośnik? Gronkowiec?

Pojawiają się też ludzie z Częstochowy. Jeżdżą za Kaśką z koncertu na koncert. Piękne. Będą mieli co wspominać na stare lata. I trochę im tej pasji zazdroszczę — nadszarpują moją żyłkę podróżnika, wariatki i sentymentalnej gaduły.

Koncert odbył się 10 listopada 2009 roku w Olsztynie. Promował płytę "Listy Julii".
Przeczytaj mój wywiad zapowiadający koncert:
Groniec: Każda trąbka na wagę złota

Myszka. Tak, na koncercie pojawia się myszka, która wskakuje na wielki kubik nazywany w mojej głowie amboną. Wyjmuje malutki długopis, równie malutką karteczkę i prosi Kaśkę Groniec o autograf. Nie słyszy sprzeciwu — jedynie wielkie sapnięcie, bo na tak małym skrawku papieru trudno napisać: miłej myszce, Kasia. Myszce dedykacja jednak się nie podoba. Krzywi się, zadziera nawet nosa! Powód dąsu? Kaśka zygzakiem weszła na margines. Przeprosiny na nic, myszka się obraża.
Odbiło mi? Ależ nie! To tylko opis fragmentu koncertu Katarzyna Groniec. Bo Kaśka poza talentem wokalnym (oj, gigant!) ma wielki talent aktorski. I poczucie humoru. Widać to na naszych wspólnych zdjęciach, że nie jest czarną plamą w świetle reflektorów. Jest fantastyczna i kto był na jej recitalu, ten wie.
Najpierw na scenę wychodzą muzycy. Ten od klawiszy i ten od strun — pięciu, czyli od basu. Mają na sobie koszulki z twarzą Kaśki, która zdobi okładkę najnowszej płyty „Listy Julii”. (Tu powinno być miejsce na reklamę i jest, bo płyta zasługuje na wyraz szacunku i drobny pean.) Po chwili wychodzi ona — oczywiście bosa. Nie dodałam, że i panowie nawet skarpetek nie naciągnęli na stopy. Sceniczna trójka ma więc wspólny mianownik. Ba — nie tylko ten! Również i ona ma koszulkę z nadrukiem — z licem E.T. Skoro faceci mają Groniec na piersi, którego więc z tych utalentowanych muzyków ma Kasia na swoich sutkach? Nie odgaduję. Panowie zachwycają, a moją uwagę przyciąga przede wszystkim pianista. Bije w klawisze jak opętany, a nawet śpiewa delikatnym głosem. Publiczność kołysze się w wyobraźni, Kasia się zamyśla i puka palcem w ambonę. W ten sposób wybija rytm serca. Ja się uśmiecham.
Piosenka za piosenką, ani słowa „między wierszami”, czyli gadania do mikrofonu. Są „Listy Julii”, są kawałki kabaretowe, liryczne, jest też wspomniana już myszka. Widownia się uśmiecha. Piękne to jest — każdy zaokrągla usta w rogal. A wystarczy wystawić nos za scenę — pognać gdzieś wzrokiem do centrum. Oj, jacy tam ludzie smutni i zabiegani. Oj, jak oni gubią czas i jak im radość przecieka przez palce.
Jest też chwila, gdy Kaśka udaje bigotkę, podciąga spodnie wysoko za kolana, łapie się za krok i wychyla przed siebie brodę. Garbi się przy tym niezgrabnie, ale tak właśnie ma wyglądać. Znowu wszyscy szczęśliwi. Boże, jak ludziom mało trzeba — wystarczy zrobić z siebie idiotkę, a już wszyscy szaleją. Ale przyznać trzeba, że nie każdy potrafi być idiotką z klasą. Kaśka Groniec jest w tym fantastyczna i fenomenalna. Czy to komplement? Jasne, że tak! Artysta na scenie musi być niebanalny. Musi też kokietować — i to w taki sposób, aby chciało się o tym opowiadać i pisać. Ja tę chęć w tej chwili czuję. O!
Głos silny jak dzwon — taki właśnie ma pani, o której tak wylewnie piszę. Pani ta potrafi też być subtelna w swoim śpiewaniu, a często nawet i śmieszna. Ale o tym już było piętro wyżej.
Przyglądam się jej podczas śpiewania. Nie gania po scenie, jest spokojna, dużo siedzi, ale w środku aż jej się gotuje. Spoglądam na place u stóp — wyginają się tu i tam. To dowód na to, że z ustami muzykuje również każda żyłka, nerka, wątroba i serce. Turbodymomen nie mógłby zawstydzić Kaśki — nie potrafiłby. To też komplement. Dowcip i komplement.
Lubię to jej zaangażowanie. Lubię interpretację jej tekstów do muzyki. Lubię to jej zgranie z muzykami. Tak na „raz dwa trzy”. Mówią na to profesjonalizm. A ja powiem — talent, za który DZIĘKI.
Po koncercie sznur. Tłum bierze przykład z myszki i prosi o dedykacje. Człowiek jednak tym różni się od myszki, że łaknie Kaśki, jej podpisu i skromności. Kaśka się uśmiecha, nikomu nie odmawia — nawet panu, który przynosi całą dyskografię z hasłem GRONIEC w tytule, kilka albumów, zdjęć i Bóg wie co jeszcze. Hurtowo bierze podpisy, a wszyscy oczom nie wierzą. Zachłanny? Kolekcjoner? Miłośnik? Gronkowiec?
Pojawiają się też ludzie z Częstochowy. Jeżdżą za Kaśką z koncertu na koncert. Piękne. Będą mieli co wspominać na stare lata. I trochę im tej pasji zazdroszczę — nadszarpują moją żyłkę podróżnika, wariatki i sentymentalnej gaduły.
Koncert odbył się 10 listopada 2009 roku w Olsztynie. Promował płytę "Listy Julii".
Przeczytaj mój wywiad zapowiadający koncert:
Groniec: Każda trąbka na wagę złota
piątek, 6 listopada 2009
Groniec: Każda trąbka na wagę złota
— Wolę jak burczy mi niż się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa — przyznaje Kasia Groniec.

Muszę coś pisać o Kasi Groniec? No dobrze, niech będzie. Cenię babkę, oj cenię. Po pierwsze za to, jaka jest na scenie. Dopiero później chwalę ją za płyty. To w moim odczuciu jedyna artystka w Polsce, która jest niesamowita na żywo.
Często bywa pani w Olsztynie i znowu pani tu zawita...
— Ojoj, czy to aby nie zarzut?
Ależ nie! Radość!
— Staram się raz w roku przyjechać do Olsztyna z nowym projektem. Czasem bywam częściej — przy okazji letnich spotkań zamkowych „Śpiewajmy poezję”. Miło wspominam te koncerty, panuje na nich niesamowita atmosfera. Mam nadzieję, że i teraz będzie przyjemnie.
I romantycznie, bo o miłości.
— Przedstawię materiał prezentujący moją najnowszą płytę „Listy Julii”, ale w wersji kameralnej, czyli z dwójką muzyków.
Czyli nie będzie z panią siedmiu muzyków jak na innych koncertach?
— Niestety nie. Przyznam, że koncert z siedmioma muzykami jest kosztowny i nie wszędzie udaje się zagrać w tym składzie. Poza siedmioma muzykami jest też ósmy człowiek, który obsługuje wizualizacje, dziewiąty — od świateł, dziesiąty — od nagłośnienia, jedenasty — od organizacji i dwunasty — od śpiewania. Będzie dwóch muzyków, dziesiąty, jedenasty i dwunasty. Czyli pięcioro nas.
A tak się nastawiałam...
— I tak będzie pięknie. Chociaż musi się pani trochę odstawić! (śmiech) Dlaczego? Niewielki ośrodek, który organizuje ten koncert, dysponuje niewielkim budżetem. Nas niestety nie stać na to, żeby przyjechać całym zespołem. Bardzo chciałabym grać jak najwięcej i najczęściej w dużym składzie, ale niestety życie nas nie rozpieszcza.
Czyli nie będzie pani kibolem na scenie...
— Nigdy kibolem nie jestem! Kibol, czyli ja ucharakteryzowana na kibola, jest wyświetlany na scenie. Oczywiście tylko wtedy, kiedy jest pan od multimediów. Ale zawsze można kupić płytę i zobaczyć zdjęcia, które przedstawiają postaci piszące do Julii, czyli mnie w różnych odsłonach. Fotografie wydane są w formie pocztówek razem z tekstami piosenek. To bardzo piękne wydanie. Ale wracając do koncertu — zaprezentuję przemieszany materiał. Zaśpiewam kilka piosenek z „Listów Julii”. Nie wszystkie niestety da się zagrać w kameralnej wersji. Będą też starsze utwory z poprzednich płyt i piosenki kabaretowe, więc zapraszam.
Pani nowa płyta bazuje na krążku „The Juliet Letters” Elvisa Costello inspirowanym listami pisanymi do Julii ze słynnego balkonu w Weronie. Była pani w tym kultowym miejscu?
— Ja nawet nigdy nie byłam we Włoszech! Widzi pani, jakie mam zaległości? Byłam na Syberii, ale do Włoch nie udało mi się pojechać.
Opowie mi pani o Syberii?
— Zachwyciły mnie cudowne przestrzenie i to, że jest na nich tak mało ludzi.
Pojechała pani, aby odpocząć?
— Dokładnie. Byłam tam w sierpniu, dwa lata temu. W tym roku czułam, że muszę wygrzać się na słońcu. Bardzo mi tego brakowało. Ale kto wie, może w przyszłym roku pojadę znowu na Syberię? Tęsknię za tamtym specyficznym krajobrazem, stepem, Bajkałem. To jednak robi wrażenie i bardzo dystansuje do wielu rzeczy.
Czyli?
— Do życia, do kłopotów, które stają się raptem mniejsze. Jak się pobędzie z daleka od nich, to i one się oddalają. Człowiek się zamartwia, a potem dziwi się jak bardzo nie są tego warte.
A może w przyszłym roku przyjedzie pani w mazurskie przestrzenie?
— Może przyjadę... Ale przyznam, że rzadko bywam i bywałam na Mazurach. To nie jest moje miejsce. Gdy byłam dzieckiem, jeździłam bardzo intensywnie nad morze — i to na wiele tygodni. Jeździłam tam właściwie trochę przymusowo, bo byłam chorowita i to był sposób leczenia. Ten bardziej przyjemny oczywiście. I w związku z tym Bałtyk jest mi najbliższy jeśli chodzi o wakacje w Polsce.
I stawiała pani babki z piasku?
— Babki? To byłoby zbyt prozaiczne! Budowałam z piasku całe konstrukcje, rzeźbiłam psy, koty, krokodyle. Wszystko, co przyszło mi do głowy! Co roku bywałam nad morzem przez prawie dwa miesiące, więc na plaży spędzałam wiele czasu. Miałam ogromną wprawę w budowaniu piaskowych stworów.
A może uciekła pani na Syberię, by zmienić klimat?
— Ależ nie, uciekłam z potrzeby serca!
A propos „Listów Julii” — dzisiaj ludzie listów nie piszą. Pani kiedyś pisała?
— Pisałam, ale niechętnie. Dzisiaj wszystko załatwia się smsem. Wystarczy napisać krótką informację: „Ok, będę” i już wszystko załatwione.
A pocztówki pani wysyłała?
— Jak byłam mała, wysyłałam kartki, ale teraz czasy mamy inne. Pocztówki są miłe, kiedy się je dostaje — jako pamiątkę z wakacji albo ciekawego wyjazdu. To przyjemny gest. Gorzej z wysyłaniem! Zazwyczaj bywa tak, że kartki wracają w torbie i są albo doręczane osobiście, albo wysyłane na poczcie w Warszawie. Zawsze się zapomina — mimo iż na początku jest dużo czasu, ale on tak szybko ucieka, że nagle go brak.
11 listopada wystąpi pani w Olecku. To ciekawy sposób na spędzenie Święta Niepodległości.
— Jestem akurat w trasie i ta data wpisuje się w plan moich koncertów...
...które są nabite dzień po dniu.
— Taka trasa na pewno jest uciążliwa i wymaga dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Moje życie — poza śpiewaniem — polega wtedy na pakowaniu i rozpakowywaniu. Bywa ciężko, ale koncerty rekompensują tę uciążliwość.
I pewnie dużo kawy pani wypija.
— I jem bardzo nieregularnie w przypadkowych miejscach. Zdarza się, że dzień zaczynam od kawy na stacji benzynowej, a nawet — jak już jest jakaś straszna bieda — kupuję sobie hot-doga. Ale bywa też tak, że nie jem przez cały dzień, bo przed koncertem nie mogę jeść. A potem na noc najadam się jak bąk.
I nie burczy pani w brzuchu podczas koncertu?
— Wolę jak mi burczy niż jak się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa.
Ale z drugiej strony — kiedy występuje pani w okrojonym składzie — dodatkowa trąbka z pustego brzucha nie zaszkodzi.
— Pewnie! Przynajmniej mamy dodatkowy instrument! Gdy nas niedużo na scenie, każdy instrument jest na wagę złota.

Muszę coś pisać o Kasi Groniec? No dobrze, niech będzie. Cenię babkę, oj cenię. Po pierwsze za to, jaka jest na scenie. Dopiero później chwalę ją za płyty. To w moim odczuciu jedyna artystka w Polsce, która jest niesamowita na żywo.
Często bywa pani w Olsztynie i znowu pani tu zawita...
— Ojoj, czy to aby nie zarzut?
Ależ nie! Radość!
— Staram się raz w roku przyjechać do Olsztyna z nowym projektem. Czasem bywam częściej — przy okazji letnich spotkań zamkowych „Śpiewajmy poezję”. Miło wspominam te koncerty, panuje na nich niesamowita atmosfera. Mam nadzieję, że i teraz będzie przyjemnie.
I romantycznie, bo o miłości.
— Przedstawię materiał prezentujący moją najnowszą płytę „Listy Julii”, ale w wersji kameralnej, czyli z dwójką muzyków.
Czyli nie będzie z panią siedmiu muzyków jak na innych koncertach?
— Niestety nie. Przyznam, że koncert z siedmioma muzykami jest kosztowny i nie wszędzie udaje się zagrać w tym składzie. Poza siedmioma muzykami jest też ósmy człowiek, który obsługuje wizualizacje, dziewiąty — od świateł, dziesiąty — od nagłośnienia, jedenasty — od organizacji i dwunasty — od śpiewania. Będzie dwóch muzyków, dziesiąty, jedenasty i dwunasty. Czyli pięcioro nas.
A tak się nastawiałam...
— I tak będzie pięknie. Chociaż musi się pani trochę odstawić! (śmiech) Dlaczego? Niewielki ośrodek, który organizuje ten koncert, dysponuje niewielkim budżetem. Nas niestety nie stać na to, żeby przyjechać całym zespołem. Bardzo chciałabym grać jak najwięcej i najczęściej w dużym składzie, ale niestety życie nas nie rozpieszcza.
Czyli nie będzie pani kibolem na scenie...
— Nigdy kibolem nie jestem! Kibol, czyli ja ucharakteryzowana na kibola, jest wyświetlany na scenie. Oczywiście tylko wtedy, kiedy jest pan od multimediów. Ale zawsze można kupić płytę i zobaczyć zdjęcia, które przedstawiają postaci piszące do Julii, czyli mnie w różnych odsłonach. Fotografie wydane są w formie pocztówek razem z tekstami piosenek. To bardzo piękne wydanie. Ale wracając do koncertu — zaprezentuję przemieszany materiał. Zaśpiewam kilka piosenek z „Listów Julii”. Nie wszystkie niestety da się zagrać w kameralnej wersji. Będą też starsze utwory z poprzednich płyt i piosenki kabaretowe, więc zapraszam.
Pani nowa płyta bazuje na krążku „The Juliet Letters” Elvisa Costello inspirowanym listami pisanymi do Julii ze słynnego balkonu w Weronie. Była pani w tym kultowym miejscu?
— Ja nawet nigdy nie byłam we Włoszech! Widzi pani, jakie mam zaległości? Byłam na Syberii, ale do Włoch nie udało mi się pojechać.
Opowie mi pani o Syberii?
— Zachwyciły mnie cudowne przestrzenie i to, że jest na nich tak mało ludzi.
Pojechała pani, aby odpocząć?
— Dokładnie. Byłam tam w sierpniu, dwa lata temu. W tym roku czułam, że muszę wygrzać się na słońcu. Bardzo mi tego brakowało. Ale kto wie, może w przyszłym roku pojadę znowu na Syberię? Tęsknię za tamtym specyficznym krajobrazem, stepem, Bajkałem. To jednak robi wrażenie i bardzo dystansuje do wielu rzeczy.
Czyli?
— Do życia, do kłopotów, które stają się raptem mniejsze. Jak się pobędzie z daleka od nich, to i one się oddalają. Człowiek się zamartwia, a potem dziwi się jak bardzo nie są tego warte.
A może w przyszłym roku przyjedzie pani w mazurskie przestrzenie?
— Może przyjadę... Ale przyznam, że rzadko bywam i bywałam na Mazurach. To nie jest moje miejsce. Gdy byłam dzieckiem, jeździłam bardzo intensywnie nad morze — i to na wiele tygodni. Jeździłam tam właściwie trochę przymusowo, bo byłam chorowita i to był sposób leczenia. Ten bardziej przyjemny oczywiście. I w związku z tym Bałtyk jest mi najbliższy jeśli chodzi o wakacje w Polsce.
I stawiała pani babki z piasku?
— Babki? To byłoby zbyt prozaiczne! Budowałam z piasku całe konstrukcje, rzeźbiłam psy, koty, krokodyle. Wszystko, co przyszło mi do głowy! Co roku bywałam nad morzem przez prawie dwa miesiące, więc na plaży spędzałam wiele czasu. Miałam ogromną wprawę w budowaniu piaskowych stworów.
A może uciekła pani na Syberię, by zmienić klimat?
— Ależ nie, uciekłam z potrzeby serca!
A propos „Listów Julii” — dzisiaj ludzie listów nie piszą. Pani kiedyś pisała?
— Pisałam, ale niechętnie. Dzisiaj wszystko załatwia się smsem. Wystarczy napisać krótką informację: „Ok, będę” i już wszystko załatwione.
A pocztówki pani wysyłała?
— Jak byłam mała, wysyłałam kartki, ale teraz czasy mamy inne. Pocztówki są miłe, kiedy się je dostaje — jako pamiątkę z wakacji albo ciekawego wyjazdu. To przyjemny gest. Gorzej z wysyłaniem! Zazwyczaj bywa tak, że kartki wracają w torbie i są albo doręczane osobiście, albo wysyłane na poczcie w Warszawie. Zawsze się zapomina — mimo iż na początku jest dużo czasu, ale on tak szybko ucieka, że nagle go brak.
11 listopada wystąpi pani w Olecku. To ciekawy sposób na spędzenie Święta Niepodległości.
— Jestem akurat w trasie i ta data wpisuje się w plan moich koncertów...
...które są nabite dzień po dniu.
— Taka trasa na pewno jest uciążliwa i wymaga dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Moje życie — poza śpiewaniem — polega wtedy na pakowaniu i rozpakowywaniu. Bywa ciężko, ale koncerty rekompensują tę uciążliwość.
I pewnie dużo kawy pani wypija.
— I jem bardzo nieregularnie w przypadkowych miejscach. Zdarza się, że dzień zaczynam od kawy na stacji benzynowej, a nawet — jak już jest jakaś straszna bieda — kupuję sobie hot-doga. Ale bywa też tak, że nie jem przez cały dzień, bo przed koncertem nie mogę jeść. A potem na noc najadam się jak bąk.
I nie burczy pani w brzuchu podczas koncertu?
— Wolę jak mi burczy niż jak się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa.
Ale z drugiej strony — kiedy występuje pani w okrojonym składzie — dodatkowa trąbka z pustego brzucha nie zaszkodzi.
— Pewnie! Przynajmniej mamy dodatkowy instrument! Gdy nas niedużo na scenie, każdy instrument jest na wagę złota.
czwartek, 29 października 2009
Porcupine Tree: hello Wrocław!
Babcia zawsze mi powtarza: młodość musi się wyszumieć. Coś w tym jest, bo po koncercie Porcupine Tree szumi mi w głowie. Ale szum ten jest na tyle fantastyczny, że nawet hotelowa lodówka powinna się wstydzić. Chłopaki dali czadu, oj dali!

Początek był żenujący — na scenę wyszła rzępoląca Rose Kemp. Ludzie złapali się za uszy, jedno dziewczę nawet uszy zatkało, a jakiś chłopak grał w grę na komórce. Na szczęście Emily Rose — bo tak nazywam dla potrzeb własnych ten talent gitarowo-wokalny — wyła niespełna pół godziny. Potem na scenie pojawił się już Steven Wilson z ekipą, by zejść z niej niepokonany.

Koncert składał się z dwóch części — pierwsza promowała najnowszy album „The Incident”, druga składała się z największych hitów. Tracklisty nie podam, bo pamięć z powodu pokoncertowego szumu w głowie zawodzi. Jeśli ktoś zna — będę wdzięczna za podanie w komentarzu.

Klimat? Szkoda, że Steven — mimo iż artysta z niego genialny — nie złapał kontaktu z publicznością. Książki takie wyjście w tłumy nazywają charyzmą. Steven zaś zasłonił się gęstwiną swoich włosów, wyśpiewywał songi i zmieniał co i raz gitary. Nie obyło się bez kilku klawiszowych przygód, co dowodzi, że lider PT (nazywany przeze mnie cudownym chłopcem vel Harrym Potterem) jest muzycznym poliglotą. Bardzo ładnie, a nawet jeszcze ładniej. Ale tej wspomnianej charyzmy brakowało, więc i szaleństw na widowni jakby za mało. Niektórzy tylko główkami kiwali, nóżką przytupywali. Ale były momenty, że raptem z publiki wyrastał las rąk. Konewką były oczekiwane przez wszystkich hity, a największe korzenie zapuścił oczywiście kawałek „Trains”. Zagrali go na koniec — to taka wisienka na torcie. Na smak.


Porcupine Tree są świetni instrumentalnie. Genialni! I nie to, że zgrani są ze sobą, to jeszcze z wizualizacją, jaka urozmaicała „dzianie się” na scenie. Z każdym uderzeniem w bębny, szarpnięciem w struny gitar, obrazy zmieniały się jak za klaśnięciem w dłonie. Tak, chłopaki mieli dopracowany każdy szczegół.


Przepraszam, ale więcej pisać mi się nie chce. Koncert był fantastyczny i fenomenalny. Film jest na to żywym dowodem. Hmmm, ale Porcupine Tree to i tak zespół nieśmiertelny. Ave!
Porcupine Tree zagrało we wrocławskiej Orbicie 28 października 2009 roku. Kropka.
> Zobacz więcej zdjęć z wrocławskiego koncertu
> Relacja z rockmetal.pl
Początek był żenujący — na scenę wyszła rzępoląca Rose Kemp. Ludzie złapali się za uszy, jedno dziewczę nawet uszy zatkało, a jakiś chłopak grał w grę na komórce. Na szczęście Emily Rose — bo tak nazywam dla potrzeb własnych ten talent gitarowo-wokalny — wyła niespełna pół godziny. Potem na scenie pojawił się już Steven Wilson z ekipą, by zejść z niej niepokonany.
Koncert składał się z dwóch części — pierwsza promowała najnowszy album „The Incident”, druga składała się z największych hitów. Tracklisty nie podam, bo pamięć z powodu pokoncertowego szumu w głowie zawodzi. Jeśli ktoś zna — będę wdzięczna za podanie w komentarzu.
Klimat? Szkoda, że Steven — mimo iż artysta z niego genialny — nie złapał kontaktu z publicznością. Książki takie wyjście w tłumy nazywają charyzmą. Steven zaś zasłonił się gęstwiną swoich włosów, wyśpiewywał songi i zmieniał co i raz gitary. Nie obyło się bez kilku klawiszowych przygód, co dowodzi, że lider PT (nazywany przeze mnie cudownym chłopcem vel Harrym Potterem) jest muzycznym poliglotą. Bardzo ładnie, a nawet jeszcze ładniej. Ale tej wspomnianej charyzmy brakowało, więc i szaleństw na widowni jakby za mało. Niektórzy tylko główkami kiwali, nóżką przytupywali. Ale były momenty, że raptem z publiki wyrastał las rąk. Konewką były oczekiwane przez wszystkich hity, a największe korzenie zapuścił oczywiście kawałek „Trains”. Zagrali go na koniec — to taka wisienka na torcie. Na smak.
Porcupine Tree są świetni instrumentalnie. Genialni! I nie to, że zgrani są ze sobą, to jeszcze z wizualizacją, jaka urozmaicała „dzianie się” na scenie. Z każdym uderzeniem w bębny, szarpnięciem w struny gitar, obrazy zmieniały się jak za klaśnięciem w dłonie. Tak, chłopaki mieli dopracowany każdy szczegół.
Przepraszam, ale więcej pisać mi się nie chce. Koncert był fantastyczny i fenomenalny. Film jest na to żywym dowodem. Hmmm, ale Porcupine Tree to i tak zespół nieśmiertelny. Ave!
Porcupine Tree zagrało we wrocławskiej Orbicie 28 października 2009 roku. Kropka.
> Zobacz więcej zdjęć z wrocławskiego koncertu
> Relacja z rockmetal.pl
poniedziałek, 5 października 2009
Gwiazdy w Olsztynie nie świecą
Koncertów w Olsztynie ze świecą szukać, a gwiazd nawet z lupą wypatrywać. Cisza jak makiem zasiał, bo w stolicy Warmii i Mazur nie ma gdzie zrobić porządnej zabawy. Ale i ludzi z jajami brak, by imprezę rozkręcić.

Czasy zabawy pod chmurką już minęły — deszcze, wiatry, a pewnie zaraz i śniegi zaatakują Olsztyn. Drzwi amfiteatru zamknięte już na trzy spusty i wcale się nie dziwię. Nie chciałabym stać z parasolką, której z powodu siły natury utrzymać nie mogę. Nie chciałabym też, by gwiazdę ze sceny wywiewało. Żadna przyjemność — ani dla mniej, ani dla mnie. Wolę czuć dreszcze emocji niż trząść się z zimna!
Zapadł więc czas ciszy i spokoju. Skończył się czas koncertów. Skończył się, bo miejsc z zadaszeniem (i z mocnymi ścianami) w Olsztynie brak. Owszem — są kluby, ale mały i niskie. Żadna przyjemność zabawy, a i podskoczyć wyżej nie można, bo organizatorzy za guzy nie odpowiadają.
Chociaż... Byłam w sali CEIiK-u na kilku koncertach — nawet rockowych. Ludzie byli zachwyceni. Lepszy więc wróbel w garści niż gołąb na dachu, tak? Ale nie każdy o tym wie. Zresztą CEIiK szalenie się ceni. Dla przykładu — gdy Kętrzyn za imprezę bierze 25 zł, Olsztyn 50 zł. Zgrozo! Ale jeśli chce się jak najwięcej zarobić...
Do biegu gotowi start! Tłumy artystów wyruszają w swoje jesienne trasy, a Olsztyna w ich grafikach brak. Ani Kultu, ani Hey'a, ani innych wielkich, średnich i mniejszych gwiazd nie usłyszysz. Kicha! O sprawie pisze dziś Gazeta Olsztyńska. Ale to jak pisać patykiem po wodzie.
A ja myślę, że nie tylko sale są problemem. W Olsztynie nikomu nie chce się tyłka ruszyć, by zorganizować dobry koncert. Bo i po co? Ile to biegania, wymyślania, a i bilety sprzedać trzeba, promocję zorganizować. Potem jeszcze wyrywać siwe włosy albo farbować. No tak, Olsztyn nie czuje bluesa.
O braku chętnych organizatorów rozmawiałam kiedyś z Jarkiem Tioskowem, wokalistą Kasy Chorych. Przytaczam rozmowę jako dowód:

Kasa Chorych pochodzi z Białegostoku — stolicy disco polo. Jak czują się bluesmani w takim towarzystwie?
— Disco polo to zupełnie inny temat muzyczny! Nie słucham takich dźwięków, bo mam swoją muzykę. Disco polo mało mnie interesuje, bo dotyczący innych uczuć. Blues jest muzyką bardziej przeżywającą, a tamto to muzyka odtwórcza.
A jak dzisiaj blues ma się w Polsce?
— Gdybym cokolwiek ode mnie wiele zależało, stwierdziłbym, że ma się nieźle. Ale bez ogródek — bluesa w Polsce nie ma. Jest tylko tam, gdzie grają kapele i gdzie przychodzą ludzie. Jednak nie tylko blues niknie... Jak się przyjrzymy mediom, można zadać sobie pytanie: dlaczego Anny Marii Jopek nie słychać w radiu? Gdzie jest ta dobra muzyka? Dżemu też się za wiele nie gra, a o Kasie Chorych nie wspomnę. Kampanie radiowe mają na celu wypromować swoją muzykę — prostą, nieskomplikowaną i szybko sprzedającą się. I tu tkwi błąd, bo nikt nie może puszczać dobrej muzyki, bo wpływ finansowy pewnych układów jest tak wielki, że o przebicie ciężko.
Bluesmani mają jakiś pomysł, by wyjść z tego dołka?
— Nie mają. I ja nie mam żadnego pomysłu. Uważam, że trzeba po prostu grać — to jedyne wyjście. Ludzie poznają bluesa, jak będą przychodzić na koncerty.
I przychodzą.... O czym rozmawiacie z fanami?
— Różnie. Ostatnio byliśmy w małym mieście i rozmawialiśmy o organizowaniu koncertów. Okazało się, że w mniejszych miejscowościach ciężko o dobre imprezy. Jeśli jest jeden człowiek, który tym się zajmuje, coś się dzieje. Ale w wielu miejscach bywa tak, że nawet tego jednego człowieka nie ma.
Życie bluesmena przebiega więc na czekaniu.
— Teoretycznie tak to wygląda. Siedzimy i czekamy aż zadzwoni telefon.
Czyli ciężkie jest życie bluesmana.
— Ale nikt nie powiedział, że jest lekkie!
Rozumiem, że Polska nie czuje bluesa.
— Wynika to z mody, jaka krzyczy z mediów — począwszy od stylu ubierania, a skończywszy na muzyce właśnie.
Ale to może mieć i dobrą stronę. Wedle słów Kazika — „najbardziej płodny jest artysta głodny”.
— Niewiele w życiu nagraliśmy muzyki — raptem kilka płyt. Ale oczywiście, że pracuje się w każdej sytuacji. Czasami jednak wydaje mi się, że to wszystko idzie na próżno. Trzeba grać koncerty. Myślę, że wszystko jeszcze jakoś się poukłada.

Czasy zabawy pod chmurką już minęły — deszcze, wiatry, a pewnie zaraz i śniegi zaatakują Olsztyn. Drzwi amfiteatru zamknięte już na trzy spusty i wcale się nie dziwię. Nie chciałabym stać z parasolką, której z powodu siły natury utrzymać nie mogę. Nie chciałabym też, by gwiazdę ze sceny wywiewało. Żadna przyjemność — ani dla mniej, ani dla mnie. Wolę czuć dreszcze emocji niż trząść się z zimna!
Zapadł więc czas ciszy i spokoju. Skończył się czas koncertów. Skończył się, bo miejsc z zadaszeniem (i z mocnymi ścianami) w Olsztynie brak. Owszem — są kluby, ale mały i niskie. Żadna przyjemność zabawy, a i podskoczyć wyżej nie można, bo organizatorzy za guzy nie odpowiadają.
Chociaż... Byłam w sali CEIiK-u na kilku koncertach — nawet rockowych. Ludzie byli zachwyceni. Lepszy więc wróbel w garści niż gołąb na dachu, tak? Ale nie każdy o tym wie. Zresztą CEIiK szalenie się ceni. Dla przykładu — gdy Kętrzyn za imprezę bierze 25 zł, Olsztyn 50 zł. Zgrozo! Ale jeśli chce się jak najwięcej zarobić...
Do biegu gotowi start! Tłumy artystów wyruszają w swoje jesienne trasy, a Olsztyna w ich grafikach brak. Ani Kultu, ani Hey'a, ani innych wielkich, średnich i mniejszych gwiazd nie usłyszysz. Kicha! O sprawie pisze dziś Gazeta Olsztyńska. Ale to jak pisać patykiem po wodzie.
— Nas też niestety nie będzie w najbliższych czasie w Olsztynie — zapowiada Bodek Celiński, organizujący koncerty zespołu T-Love. — Kiedyś graliśmy u was bardzo często i zdarzało się, że byliśmy po trzy, cztery razy w roku. Teraz — jak co roku — robimy jesienną trasę i mamy listę klubów, z którymi współpracujemy, ale niestety pod hasłem "Olsztyn" nie mam w kajecie żadnego numeru... Hala Urania nie wchodzi w grę, bo jest zbyt duża na koncert klubowy. Odpowiednich warunków na koncert rockowy nie ma także Centrum Konferencyjne UWM w Kortowie i sala CEIiK. Małe koncerty odbywają się w klubach Bohema i Andergratnt, ale tam sale pomieszczą maksymalnie do 300 osób.
(Gwiazdy polskiego rocka omijają Olsztyn)
A ja myślę, że nie tylko sale są problemem. W Olsztynie nikomu nie chce się tyłka ruszyć, by zorganizować dobry koncert. Bo i po co? Ile to biegania, wymyślania, a i bilety sprzedać trzeba, promocję zorganizować. Potem jeszcze wyrywać siwe włosy albo farbować. No tak, Olsztyn nie czuje bluesa.
O braku chętnych organizatorów rozmawiałam kiedyś z Jarkiem Tioskowem, wokalistą Kasy Chorych. Przytaczam rozmowę jako dowód:

Kasa Chorych pochodzi z Białegostoku — stolicy disco polo. Jak czują się bluesmani w takim towarzystwie?
— Disco polo to zupełnie inny temat muzyczny! Nie słucham takich dźwięków, bo mam swoją muzykę. Disco polo mało mnie interesuje, bo dotyczący innych uczuć. Blues jest muzyką bardziej przeżywającą, a tamto to muzyka odtwórcza.
A jak dzisiaj blues ma się w Polsce?
— Gdybym cokolwiek ode mnie wiele zależało, stwierdziłbym, że ma się nieźle. Ale bez ogródek — bluesa w Polsce nie ma. Jest tylko tam, gdzie grają kapele i gdzie przychodzą ludzie. Jednak nie tylko blues niknie... Jak się przyjrzymy mediom, można zadać sobie pytanie: dlaczego Anny Marii Jopek nie słychać w radiu? Gdzie jest ta dobra muzyka? Dżemu też się za wiele nie gra, a o Kasie Chorych nie wspomnę. Kampanie radiowe mają na celu wypromować swoją muzykę — prostą, nieskomplikowaną i szybko sprzedającą się. I tu tkwi błąd, bo nikt nie może puszczać dobrej muzyki, bo wpływ finansowy pewnych układów jest tak wielki, że o przebicie ciężko.
Bluesmani mają jakiś pomysł, by wyjść z tego dołka?
— Nie mają. I ja nie mam żadnego pomysłu. Uważam, że trzeba po prostu grać — to jedyne wyjście. Ludzie poznają bluesa, jak będą przychodzić na koncerty.
I przychodzą.... O czym rozmawiacie z fanami?
— Różnie. Ostatnio byliśmy w małym mieście i rozmawialiśmy o organizowaniu koncertów. Okazało się, że w mniejszych miejscowościach ciężko o dobre imprezy. Jeśli jest jeden człowiek, który tym się zajmuje, coś się dzieje. Ale w wielu miejscach bywa tak, że nawet tego jednego człowieka nie ma.
Życie bluesmena przebiega więc na czekaniu.
— Teoretycznie tak to wygląda. Siedzimy i czekamy aż zadzwoni telefon.
Czyli ciężkie jest życie bluesmana.
— Ale nikt nie powiedział, że jest lekkie!
Rozumiem, że Polska nie czuje bluesa.
— Wynika to z mody, jaka krzyczy z mediów — począwszy od stylu ubierania, a skończywszy na muzyce właśnie.
Ale to może mieć i dobrą stronę. Wedle słów Kazika — „najbardziej płodny jest artysta głodny”.
— Niewiele w życiu nagraliśmy muzyki — raptem kilka płyt. Ale oczywiście, że pracuje się w każdej sytuacji. Czasami jednak wydaje mi się, że to wszystko idzie na próżno. Trzeba grać koncerty. Myślę, że wszystko jeszcze jakoś się poukłada.
poniedziałek, 28 września 2009
Porcupine Tree coraz bliżej
Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą — Steven Wilson na pewno. Dokładnie za miesiąc, bo 28 października, Porcupine Tree zagra we Wrocławiu. Zaczynam odliczanie!

Porcupine Tree przyjedzie z koncertem promującym swój najnowszy album „The Incident”. Jak zabrzmi na żywo? Mam nadzieję, że co najmniej tak doskonale, jak poprzednie krążki brzmią w moim pokoju. Bo do dziesiątej już płyty w dorobku „jeżozwierzy” nie mogę się jeszcze przekonać. Piękna jest, fakt, ale nie przepiękna. Wcześniej, co Steven Wilson dotknął, zamieniało się w złoto. Czyżby tym razem przemiana potrzebowała czasu? Pewnie 29 października zmienię zdanie.
"Trains" darzę ogromnym sentymentem:
"Arriving Somewhere But Not Here" to mój ukochany kawałek:
Przy "Heartattack in a Layby" zamieram:
> Kup bilet na koncert

Porcupine Tree przyjedzie z koncertem promującym swój najnowszy album „The Incident”. Jak zabrzmi na żywo? Mam nadzieję, że co najmniej tak doskonale, jak poprzednie krążki brzmią w moim pokoju. Bo do dziesiątej już płyty w dorobku „jeżozwierzy” nie mogę się jeszcze przekonać. Piękna jest, fakt, ale nie przepiękna. Wcześniej, co Steven Wilson dotknął, zamieniało się w złoto. Czyżby tym razem przemiana potrzebowała czasu? Pewnie 29 października zmienię zdanie.
— Jestem już w tym biznesie tak długo i tyle zdążyłem wycierpieć, tyle przeżyłem załamań, tylu doznałem zawodów, że wiesz na pewno, iż nie tworzę muzyki z żadnego innego powodu niż z miłości do niej. Może to zabrzmi jak wyświechtany zwrot, ale nie interesuje mnie sukces dla sukcesu. Niespecjalnie jestem też zainteresowany pieniędzmi.
Wiem, że przez te lata zmieniłem się jako człowiek. Ba, zmieniłem się nawet od nagrania ostatniego albumu. Zmieniło się moje życie, zmieniły je filmy jakie oglądam, sposób w jaki słucham muzyki. Odmienia mnie to, co mi się przydarza. Suma tych składników powoduje zmianę we mnie i w muzyce, którą tworzę. Popycha ją na przód, poszerza, rozwija. Ale to nie tak, że ja sobie siedzę i wykrzykuję: „O, musimy się zmienić, trzeba przejść na wyższy poziom”. Ja ufam muzyce, pozwalam jej tworzyć się samej, oczywiście mając nadzieję, że zabrzmi inaczej i lepiej niż poprzednia. Ma w sobie rozpoznawalną markę, a jednocześnie niesie element świeżości, spojrzenia z nowej perspektywy. Dzieje się to bardziej intuicyjnie niż świadomie, chociaż zdaję sobie z tego sprawę.
(Steven Wilson dla Trójki)
"Trains" darzę ogromnym sentymentem:
"Arriving Somewhere But Not Here" to mój ukochany kawałek:
Przy "Heartattack in a Layby" zamieram:
> Kup bilet na koncert
niedziela, 9 sierpnia 2009
Power of Zakopower
Krótko, ale intensywnie. Krótko, ale z przytupem. Ba — nawet z podskokiem! Tak można podsumować koncert Zakopower. Chłopaki mają tyle energii, że tylko ich entuzjazmem ładować swoje baterie. Góry dają siłę!

Zaskoczyli mnie, gdy podskoczyli — raz, drugi, trzeci. Zaskoczyli mnie, gdy tańcowali jak zbójnicy. Zaskoczyli mnie też, gdy czerpali z muzyki jak najwięcej. Siłę, energię, wiarę, nadzieję, miłość — wszystko z dźwięków czerpali.

Rzadko widuję na koncertach tak rozbrykanych muzyków. Zazwyczaj bawią się, tupią nogą, nawołują do śpiewania, od czasu do czasu podskoczą. A Zakopower to istny power!

Góralu, czy ci nie żal, że tak szybko schodzisz ze sceny? Koncert trwał zaledwie ponad godzinę. Krótko — tym bardziej, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.
To kiedy wracacie?
Zakopower zagrał w Olsztynie 8 sierpnia 2009 roku.
Przeczytaj:
Karpiel-Bułecka: Górale piją z umiarem
Zaskoczyli mnie, gdy podskoczyli — raz, drugi, trzeci. Zaskoczyli mnie, gdy tańcowali jak zbójnicy. Zaskoczyli mnie też, gdy czerpali z muzyki jak najwięcej. Siłę, energię, wiarę, nadzieję, miłość — wszystko z dźwięków czerpali.
Rzadko widuję na koncertach tak rozbrykanych muzyków. Zazwyczaj bawią się, tupią nogą, nawołują do śpiewania, od czasu do czasu podskoczą. A Zakopower to istny power!
Góralu, czy ci nie żal, że tak szybko schodzisz ze sceny? Koncert trwał zaledwie ponad godzinę. Krótko — tym bardziej, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.
To kiedy wracacie?
Zakopower zagrał w Olsztynie 8 sierpnia 2009 roku.
Przeczytaj:
Karpiel-Bułecka: Górale piją z umiarem
czwartek, 6 sierpnia 2009
Bono pływa w Kortowie? W głowie...
Po czterech latach U2 wraca do Polski. Znów Chorzów. Znów wielkie show, a ja w Olsztynie... A może wpadłby pan do Olsztyna, panie Bono?

Nie wpadnie. Ten facet tak ma, że nie wpadnie. Może gdyby miał więcej czasu i nie grałby dziś w Chorzowie, wpadłby popływać na naszych jeziorach.
Paparazzi by oszaleli — Bono na łódce w Nowej Kaletce. Albo Bono na rowerze wodnym w Kortowie. Albo na Krzywym w kajaku. Albo na starówce przy kufelku piwa! Albo Bono w autobusie w godzinach szczytu. Do twarzy mu jednak pomost i wędka. I ten jego kapelusz.
Miałby pan, panie Bono, wielkie branie w Olsztynie. Ba — pan to gruba ryba, więc byłby pan atrakcją na skalę światową. Ludzie by się ożywili i miasto zostałoby sprzątnięte dwa razy. A może nawet pan, panie Bono, rzuciłby groszem na remonty naszych dróg? Albo wsparłby pan rowerzystów i ich ścieżki rowerowe? Tak pro publico Bono.
Jest pan, panie Bono, człowiekiem wielkiej pomocy. Za takiego się pana uważa. Ale i robi pan świetną muzykę. I aż mi żal, że nie pojechałam, by pana zobaczyć. Ale zawsze może pan wpaść do Olsztyna. Zapraszam na zupę pomidorową.
— Panie Bono, ma pan szczęście, że odpoczywa pan w Olsztynie.
— Jakie szczęście?
— Wielkie szczęście. Olsztyn to król wszystkich polskich miast.
— King of Poland?
— Prawie jak king of rock.
A śpiewając "New Year's Day" jest się w Polsce, prawda?
Tak było w Chorzowie w 2005 roku.

Nie wpadnie. Ten facet tak ma, że nie wpadnie. Może gdyby miał więcej czasu i nie grałby dziś w Chorzowie, wpadłby popływać na naszych jeziorach.
Paparazzi by oszaleli — Bono na łódce w Nowej Kaletce. Albo Bono na rowerze wodnym w Kortowie. Albo na Krzywym w kajaku. Albo na starówce przy kufelku piwa! Albo Bono w autobusie w godzinach szczytu. Do twarzy mu jednak pomost i wędka. I ten jego kapelusz.
Miałby pan, panie Bono, wielkie branie w Olsztynie. Ba — pan to gruba ryba, więc byłby pan atrakcją na skalę światową. Ludzie by się ożywili i miasto zostałoby sprzątnięte dwa razy. A może nawet pan, panie Bono, rzuciłby groszem na remonty naszych dróg? Albo wsparłby pan rowerzystów i ich ścieżki rowerowe? Tak pro publico Bono.Jest pan, panie Bono, człowiekiem wielkiej pomocy. Za takiego się pana uważa. Ale i robi pan świetną muzykę. I aż mi żal, że nie pojechałam, by pana zobaczyć. Ale zawsze może pan wpaść do Olsztyna. Zapraszam na zupę pomidorową.
— Panie Bono, ma pan szczęście, że odpoczywa pan w Olsztynie.
— Jakie szczęście?
— Wielkie szczęście. Olsztyn to król wszystkich polskich miast.
— King of Poland?
— Prawie jak king of rock.
Śpiewanie naszych piosenek to uderzanie w wysokie tony, co wymaga niesamowitej koncentracji i zaangażowania. Trzeba w nie wejść i żyć nimi. Wykonując "Sunday Bloody Sunday" jesteś w samym środku Derry, śpiewając "Pride in the Name of Love" jesteś w Memphis z Dr Kingiem na wiecu poświęconym przestrzeganiu praw obywatelskich. Ja właśnie tam jestem. Twój kumpel właśnie rujnuje sobie życie działką hery. To utwór "Bad". Odczuwasz te stany.
(Bono w książce „U2 o U2”)
A śpiewając "New Year's Day" jest się w Polsce, prawda?
Tak było w Chorzowie w 2005 roku.
poniedziałek, 20 lipca 2009
Waglewski: Nie odkrywam torsu
Mistrz pozostanie mistrzem. Bez dwóch zdań. Waglewski, Fisz i Emade nie dali ciała na koncercie w Olsztynie. Dali czadu! — Na scenie jesteśmy kumplami, a nie rodziną. Nie mam dla synów taryfy ulgowej — kwituje Wojciech Waglewski.

Czapki z głów — zawsze będę zdejmować, gdy na mojej drodze stanie Wojtek Waglewski. Co tu kryć, mądry facet, dojrzały i niebanalny. Bo najgorsze, co dziś przytrafia się muzyce, to powielanie tandety. Szablon, szablon, szablon — by sprzedać singla i trafić na prasowe jedynki. Waglewski w tej kwestii schodzi w cień — mimo iż z mediów nie ucieka. Powadzi „Magiel Wagli” w Trójce. Ale Trójka inne rozgłośnie bije przecież na łeb, na szyję...
Synowie — Fisz i Emade — to jego siła. Dzięki nim znów wypływa. Tonący brzytwy się chwyta? Jasne, jest to sposób na chwilową nieśmiertelność. Ale tu broni się sama muzyka. Co więc Wojtek poradzi, że ma tak fantastycznych synów? Nie tylko z genów, nie tylko z talentu, ale i z twarzy. Ładni to chłopcy, oj ładni...
Po koncercie (18 lipca) gnam za kulisy. By podać rękę Wojtkowi. Z szacunku. Z uśmiechem. Z podziękowaniem. Jest cały mokry ze zmęczenia, aż czerwony. Ledwo widzi na oczy — też zaczerwienione. Dowód na to, że energia wylewała się ze sceny. Ot, magiel Wagli...
— Nie kupiłeś może jednej butelki wina? — Wojtek zagaduje do jednego z pomocników kulisowych. — Teraz bym się winka napił!
Toast za Olsztyn? A dlaczego nie? Z Olsztyna pochodzi klawiszowiec Waglewskich — Mariusz „Pasztet” Obijalski. Fantastyczny chłopak! Można wypić chociażby za niego.
Gra pan z synami, czyli niedaleko pada jabłko od jabłoni...
— Oj, niedaleko! Nawet dosłownie, bo mieszkamy bardzo blisko siebie. Ale to nie ma znaczenia, bo nie gramy z powodów rodzinnych. Mówiąc kolokwialnie — nie musimy się wozić na nazwiskach. Każdy z nas zapracował na swój życiorys. Po prostu chcieliśmy wzajemnie powymieniać się doświadczeniami i z taką ideą płyta „Męska muzyka” powstała.
Zazdrości pan czegoś swoim synom?
— Jako muzyk dojrzały zazdroszczę im tego, co z dojrzałością się traci. Zazdroszczę im więc spontaniczności. Ale to banał, co mówię. Człowiek wraz z dojrzałością osiąga pewną wiedzę i warsztat. Muzyka przez to jest szlachetniejsza, bardziej wyrafinowana, ale mniej spontaniczna, mniej poszukująca... Chociaż też nie do końca. Innymi środkami wyrażam dziś to, co mam do przekazania. W wieku pięćdziesięciu paru lat głupio jest śpiewać o problemach młodszych kolegów.
Kwestia interpretacji...
— Racja. Jestem w stanie wyobrazić sobie dziesięciolatka, który śpiewa o swojej pierwszej miłości. Ale w moim wykonaniu byłoby to śmieszne, prawda?
A synowie czego panu zazdroszczą?
— Urody oczywiście! (śmiech) Oni od małego niczego nikomu nie zazdrościli. Ani zabawek, ani samochodów, ani żadnej innej rzeczy. Od małego obracali się środowisku artystycznym innej branży, więc zazdrość była już z góry eliminowana. Oni są nawet lepsi ode mnie, bo ja w ich wieku nie osiągnąłem tak dobrej pozycji, jaką oni mają teraz. Powiem nawet ciekawostkę — Robert Leszczyński po wydaniu pierwszej płyty Fisza i Emade przychodzi do mnie i pyta, czy o nich słyszałem. Opowiada mi z wypiekami na twarzy, że ten album wymyka się etykiecie hip-hopowej. Ja mu na to: słyszałem chłopaków, bo to moi synowie. Zaskoczyła mnie więc niewiedza tego krytyka muzycznego, a nie odkrycie na rynku muzycznym Fisza i Emade.
To dobrze świadczy o synach...
— Trochę gorzej o Robercie. A synowie od samego początku pracowali na własny rachunek i własny życiorys. Nigdzie się mną nie podpierali.
Czyli czuje pan dumę z synów.
— Jako ojciec? Jakaś córeczka by mi się przydała! Ale już jest za późno. A pani pytanie brzmi tak, jakbym miał już umierać. Cały czas się spełniam — i jako ojciec, i jako muzyk. Ale jako ojciec cieszę się, że moi synowie dają sobie radę. Że są zdolnymi artystami z dobrą pozycją. Cieszy mnie też, że nie zboczyli z dobrej drogi.
Chciał pan, by zostali artystami?
— Oczywiście! Bycie dobrym artystą jest najlepszym zawodem na świecie. Nie ma nic bardziej fantastycznego niż podróżować, bawić się, spotykać z genialnymi ludźmi i jeszcze brać za to pieniądze. Fatalnie jest być średnim artystą. Lepiej już być złym, bo średni chce być ciągle wyżej, ale wciąż mu czegoś brakuje. Oczywiście do ich planów artystycznych podchodziłem z pewną dozą niepewności. Nie zmienia to faktu, że cieszę się z ich powodzenia.
Gracie „Męską muzykę”. Uważa pan, że muzyka ma płeć?
— Ten tytuł wynika ze słów poety.
Ale muzyka zawsze była kochanką. Tu męską kochanką?
— Mężczyzna bierze się za uprawianie zawodu artystycznego zawsze z powodu kobiety. A tytuł wziął się stąd, że jest to muzyka zagrana w męskim gronie. Oczywiście przewrotnie połączyłem te dwie płcie, bo chciałem, by traktowano płytę z przymrużeniem oka. Chciałem, by muzyka ociekała testosteronem. Ale na płycie nikt nie znajdzie „maczeizmu”.
A na koncercie?
— Że niby mamy odkryte torsy i powieszone złote łańcuchy na owłosionych piersiach? Też tego nie ma. Nie szalejemy, nie tupiemy. Ale zdarzają się występy, na których i ja, i synowie czujemy niesamowitą energię, którą po trosze można nazwać szaleństwem.
Może czas teraz wydać „Damską muzykę” w duecie z żoną?
— Wydałem już kiedyś płytę „Voo Voo z kobietami”, a teraz mało czuję się predysponowany do pisania damskiej muzyki. Co do żony — nie sądzę, by zechciała ze mną coś nagrać. Nigdy się z muzycznymi talentami nie ujawniała.
Ale nagrał pan żonie Grażynie płytę „Gra-żonie”.
— Pięknie wtedy zareagowała i kocha mnie do dziś. I pięknie mi podziękowała. Nie mogę jednak opowiadać tak osobistych rzeczy.
Ten prezent to przeprosiny, czy wyraz miłości?
— Płytę nagrałem w czasie, gdy pracowałem nad „Małym Wu Wu”. Była to długa i żmudna praca. Chciałem złapać trochę oddechu i wykorzystać studio. Siadłem i nagrałem teksty, które w Voo Voo nigdy by się nie pojawiły, bo były zbyt osobiste. Płyta powstała z miłości. To na pewno.
Czyli jest pan muzykiem sentymentalnym, a nie rockmanem z krwi i kości.
— Myśli pani o sex, drugs and rock'n'roll? To stereotyp! Pamiętam jak do Polski przyjechał zespół Iron Maiden. Muzycy przed wyjściem na scenę zamiast się szprycować, pić wódkę i zdobywać kobiety, zagrali w piłkę. Wszyscy byli zdziwieni. Mit ostrego muzyka prysnął. Ale wszystko ma dwie strony medalu. Znam artystów, którzy prowadzą samodesktrukcyjny styl życia, ale znam też żyjących spokojnie przy boku swoich żon — jak Kazik, Leszek Janerka, Muniek. Model muzyka-alkoholika tworzony jest na potrzebę mediów i ulepszania biografii.
Bo męska rzecz być daleko, a kobiecie wiernie czekać. Myśli pan, że koncertowa rozłąka jest siłą związku?
— Ja gram sto koncertów w roku, więc ponad dwieście dni spędzam w domu. W jakim zawodzie można tyle czasu poświęcać rodzinie? Kiedyś ktoś zapytał synów, czy mieli pełną swobodę w domu, bo ojciec ciągle wędruje po świecie z gitarą. Zaprzeczyli, bo byłem cały czas z nimi. Skarżyli się nawet, że niczego nie mogli zrobić, bo patrzyłem im na ręce.
Był pan łaskawym ojcem?
— Ich trzeba o to zapytać. Oczywiście zawsze popełnia się błędy, ale dzieciaki wyrosły mi na dobrych ludzi, więc chyba tak źle nie było. Przede wszystkim z Grażyną byliśmy — i jesteśmy — zgodnym małżeństwem. Ba — to nawet mało powiedziane! My byliśmy i jesteśmy szalenie zakochanym małżeństwem. Myślę, że to promieniuje.
A dowodem na to jest wspólne granie.
— Na scenie jesteśmy kumplami, a nie rodziną. W tym zawodzie nie można powoływać się na geny. Tu nie ma zmiłuj się. To byłoby nieuczciwe wobec ludzi, którzy chcą nas słuchać. Wymagamy od siebie bardzo wiele. Nie mam dla synów taryfy ulgowej.

Przeczytaj:
Kocham Grażynę W.
Hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czyli "Pozytywne myślenie" Waglewskiego

Czapki z głów — zawsze będę zdejmować, gdy na mojej drodze stanie Wojtek Waglewski. Co tu kryć, mądry facet, dojrzały i niebanalny. Bo najgorsze, co dziś przytrafia się muzyce, to powielanie tandety. Szablon, szablon, szablon — by sprzedać singla i trafić na prasowe jedynki. Waglewski w tej kwestii schodzi w cień — mimo iż z mediów nie ucieka. Powadzi „Magiel Wagli” w Trójce. Ale Trójka inne rozgłośnie bije przecież na łeb, na szyję...
Synowie — Fisz i Emade — to jego siła. Dzięki nim znów wypływa. Tonący brzytwy się chwyta? Jasne, jest to sposób na chwilową nieśmiertelność. Ale tu broni się sama muzyka. Co więc Wojtek poradzi, że ma tak fantastycznych synów? Nie tylko z genów, nie tylko z talentu, ale i z twarzy. Ładni to chłopcy, oj ładni...
Po koncercie (18 lipca) gnam za kulisy. By podać rękę Wojtkowi. Z szacunku. Z uśmiechem. Z podziękowaniem. Jest cały mokry ze zmęczenia, aż czerwony. Ledwo widzi na oczy — też zaczerwienione. Dowód na to, że energia wylewała się ze sceny. Ot, magiel Wagli...
— Nie kupiłeś może jednej butelki wina? — Wojtek zagaduje do jednego z pomocników kulisowych. — Teraz bym się winka napił!
Toast za Olsztyn? A dlaczego nie? Z Olsztyna pochodzi klawiszowiec Waglewskich — Mariusz „Pasztet” Obijalski. Fantastyczny chłopak! Można wypić chociażby za niego.
Gra pan z synami, czyli niedaleko pada jabłko od jabłoni...
— Oj, niedaleko! Nawet dosłownie, bo mieszkamy bardzo blisko siebie. Ale to nie ma znaczenia, bo nie gramy z powodów rodzinnych. Mówiąc kolokwialnie — nie musimy się wozić na nazwiskach. Każdy z nas zapracował na swój życiorys. Po prostu chcieliśmy wzajemnie powymieniać się doświadczeniami i z taką ideą płyta „Męska muzyka” powstała.
Zazdrości pan czegoś swoim synom?
— Jako muzyk dojrzały zazdroszczę im tego, co z dojrzałością się traci. Zazdroszczę im więc spontaniczności. Ale to banał, co mówię. Człowiek wraz z dojrzałością osiąga pewną wiedzę i warsztat. Muzyka przez to jest szlachetniejsza, bardziej wyrafinowana, ale mniej spontaniczna, mniej poszukująca... Chociaż też nie do końca. Innymi środkami wyrażam dziś to, co mam do przekazania. W wieku pięćdziesięciu paru lat głupio jest śpiewać o problemach młodszych kolegów.
Kwestia interpretacji...
— Racja. Jestem w stanie wyobrazić sobie dziesięciolatka, który śpiewa o swojej pierwszej miłości. Ale w moim wykonaniu byłoby to śmieszne, prawda?
A synowie czego panu zazdroszczą?
— Urody oczywiście! (śmiech) Oni od małego niczego nikomu nie zazdrościli. Ani zabawek, ani samochodów, ani żadnej innej rzeczy. Od małego obracali się środowisku artystycznym innej branży, więc zazdrość była już z góry eliminowana. Oni są nawet lepsi ode mnie, bo ja w ich wieku nie osiągnąłem tak dobrej pozycji, jaką oni mają teraz. Powiem nawet ciekawostkę — Robert Leszczyński po wydaniu pierwszej płyty Fisza i Emade przychodzi do mnie i pyta, czy o nich słyszałem. Opowiada mi z wypiekami na twarzy, że ten album wymyka się etykiecie hip-hopowej. Ja mu na to: słyszałem chłopaków, bo to moi synowie. Zaskoczyła mnie więc niewiedza tego krytyka muzycznego, a nie odkrycie na rynku muzycznym Fisza i Emade.
To dobrze świadczy o synach...
— Trochę gorzej o Robercie. A synowie od samego początku pracowali na własny rachunek i własny życiorys. Nigdzie się mną nie podpierali.
Czyli czuje pan dumę z synów.
— Jako ojciec? Jakaś córeczka by mi się przydała! Ale już jest za późno. A pani pytanie brzmi tak, jakbym miał już umierać. Cały czas się spełniam — i jako ojciec, i jako muzyk. Ale jako ojciec cieszę się, że moi synowie dają sobie radę. Że są zdolnymi artystami z dobrą pozycją. Cieszy mnie też, że nie zboczyli z dobrej drogi.
Chciał pan, by zostali artystami?
— Oczywiście! Bycie dobrym artystą jest najlepszym zawodem na świecie. Nie ma nic bardziej fantastycznego niż podróżować, bawić się, spotykać z genialnymi ludźmi i jeszcze brać za to pieniądze. Fatalnie jest być średnim artystą. Lepiej już być złym, bo średni chce być ciągle wyżej, ale wciąż mu czegoś brakuje. Oczywiście do ich planów artystycznych podchodziłem z pewną dozą niepewności. Nie zmienia to faktu, że cieszę się z ich powodzenia.
Gracie „Męską muzykę”. Uważa pan, że muzyka ma płeć?
— Ten tytuł wynika ze słów poety.
Ale muzyka zawsze była kochanką. Tu męską kochanką?
— Mężczyzna bierze się za uprawianie zawodu artystycznego zawsze z powodu kobiety. A tytuł wziął się stąd, że jest to muzyka zagrana w męskim gronie. Oczywiście przewrotnie połączyłem te dwie płcie, bo chciałem, by traktowano płytę z przymrużeniem oka. Chciałem, by muzyka ociekała testosteronem. Ale na płycie nikt nie znajdzie „maczeizmu”.
A na koncercie?
— Że niby mamy odkryte torsy i powieszone złote łańcuchy na owłosionych piersiach? Też tego nie ma. Nie szalejemy, nie tupiemy. Ale zdarzają się występy, na których i ja, i synowie czujemy niesamowitą energię, którą po trosze można nazwać szaleństwem.
Może czas teraz wydać „Damską muzykę” w duecie z żoną?
— Wydałem już kiedyś płytę „Voo Voo z kobietami”, a teraz mało czuję się predysponowany do pisania damskiej muzyki. Co do żony — nie sądzę, by zechciała ze mną coś nagrać. Nigdy się z muzycznymi talentami nie ujawniała.
Ale nagrał pan żonie Grażynie płytę „Gra-żonie”.
— Pięknie wtedy zareagowała i kocha mnie do dziś. I pięknie mi podziękowała. Nie mogę jednak opowiadać tak osobistych rzeczy.
Ten prezent to przeprosiny, czy wyraz miłości?
— Płytę nagrałem w czasie, gdy pracowałem nad „Małym Wu Wu”. Była to długa i żmudna praca. Chciałem złapać trochę oddechu i wykorzystać studio. Siadłem i nagrałem teksty, które w Voo Voo nigdy by się nie pojawiły, bo były zbyt osobiste. Płyta powstała z miłości. To na pewno.
Czyli jest pan muzykiem sentymentalnym, a nie rockmanem z krwi i kości.
— Myśli pani o sex, drugs and rock'n'roll? To stereotyp! Pamiętam jak do Polski przyjechał zespół Iron Maiden. Muzycy przed wyjściem na scenę zamiast się szprycować, pić wódkę i zdobywać kobiety, zagrali w piłkę. Wszyscy byli zdziwieni. Mit ostrego muzyka prysnął. Ale wszystko ma dwie strony medalu. Znam artystów, którzy prowadzą samodesktrukcyjny styl życia, ale znam też żyjących spokojnie przy boku swoich żon — jak Kazik, Leszek Janerka, Muniek. Model muzyka-alkoholika tworzony jest na potrzebę mediów i ulepszania biografii.
Bo męska rzecz być daleko, a kobiecie wiernie czekać. Myśli pan, że koncertowa rozłąka jest siłą związku?
— Ja gram sto koncertów w roku, więc ponad dwieście dni spędzam w domu. W jakim zawodzie można tyle czasu poświęcać rodzinie? Kiedyś ktoś zapytał synów, czy mieli pełną swobodę w domu, bo ojciec ciągle wędruje po świecie z gitarą. Zaprzeczyli, bo byłem cały czas z nimi. Skarżyli się nawet, że niczego nie mogli zrobić, bo patrzyłem im na ręce.
Był pan łaskawym ojcem?
— Ich trzeba o to zapytać. Oczywiście zawsze popełnia się błędy, ale dzieciaki wyrosły mi na dobrych ludzi, więc chyba tak źle nie było. Przede wszystkim z Grażyną byliśmy — i jesteśmy — zgodnym małżeństwem. Ba — to nawet mało powiedziane! My byliśmy i jesteśmy szalenie zakochanym małżeństwem. Myślę, że to promieniuje.
A dowodem na to jest wspólne granie.
— Na scenie jesteśmy kumplami, a nie rodziną. W tym zawodzie nie można powoływać się na geny. Tu nie ma zmiłuj się. To byłoby nieuczciwe wobec ludzi, którzy chcą nas słuchać. Wymagamy od siebie bardzo wiele. Nie mam dla synów taryfy ulgowej.

Przeczytaj:
Kocham Grażynę W.
Hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czyli "Pozytywne myślenie" Waglewskiego
piątek, 17 lipca 2009
Nie leci w kulki: Gaba Kulka
Powinnam pisać o Alison Moyet, bo gwiazda zaśpiewała w Olsztynie, ale od pewnego czasu zachwyca mnie Gaba Kulka. To ona wystąpiła jako przedsmak legendy lat 80. I tak zaostrzyła apetyt, że aż burczy mi w uchu z muzycznego głodu.
Perełka. W świecie szablonowo-radiowych dźwięków — perełka. Świeża, pomysłowa, inteligentna i niebanalnie finezyjna. Inaczej Gaby Kulki nie mogę określić. To nie jest prostolinijny pop, by pisać o nim w stylu kawa na ławę. Dziewczyna bawi się muzyką, cieszy się dźwiękiem i poraża, zaraża, a pewnie i przeraża szereg nikłych wokalistek. I ja czuje się — kopnięta, dotknięta zaczarowaną różdżką, która zdjęła złe czary z polskiej muzyki. No i ten fortepian! Poraża nie dlatego, że elektroniczny.
Jak widać — rosną fanki Gaby Kulki, już rosną. Trzy. Kto wie, może za kilkanaście lat będę opowiadać o legendzie pierwszej dekady XXI wieku? Dziewczynki, 3mam kciuki!

Po koncercie gnam za kulisy, by uścisnąć dłoń Gabrysi. Bo zawsze miło jest podziękować artyście ze świeżymi emocjami wypisanymi na twarzy. Oj, ale uścisk dłoni to ona ma! Siłę ma i krzepę, a jest przecież jest taka szczupła, delikatna i skromna.
— Masz przekłute uszy? — zagaduje do niej pewien miły brunet i wręcza małe pudełeczko. Gaba zawstydza się jak mała dziewczynka.
— Ale ja nie mogę...
— To miłe, gdy można podarować coś osobie, o której wszyscy mówią dobrze. I tak trzymaj! — facet ucieka, a Gaba zerka do pudełeczka. Znajduje kolczyki. Tylko gdzie je teraz powiesić? Uszu przekłutych przecież nie ma.
— Może dłonie, by grać pocieszniej na klawiszach?
— Będę cię teraz wypatrywać, czy przekłujesz uszy — tym razem to moje słowa. — A tak w ogóle to chciałabym z tobą zrobić wywiad. Musisz więc jeszcze raz przyjechać do Olsztyna, bym miała pretekst do rozmowy.
— To może w listopadzie?
— Trzymam za słowo!
Tak, trzymam za słowo. Chcę Kulkę w listopadzie w Olsztynie!
Gaba występuje jako support Alison Moyet, którą okrzyknięto legendą lat 80. Gdyby ktoś mnie tak nazwał, padłabym trupem. Bo legenda? To brzmi jakby było już po człowieku! Freddie Mercury jest legendą. Janis Joplin… A Alison jeszcze żyje i ma się świetnie! Na koncercie to potwierdza. Z piosenki na piosenkę jest coraz lepsza — ale czy ona się tak rozkręca, czy ja się wkręcam w jej klimat? Przyznam, że jedno i drugie. Alison w przerwach między kawałkami popija koniaczek, więc jej głos nabiera barwy.
Nie znam Alison. Owszem, słyszałam Yazoo, ale to nie jest artystka mojego pokolenia, co też się potwierdza się przed koncertem. Opowiadam kilku osobom, że idę na koncert pani Moyet, a każdy otwiera szeroko oczy: a kto to jest?
Dziś już wiem i chylę czoła. Piękny koncert i intrygująca kobieta. Może nie ubrała się wystrzałowo (zwykła czarna kiecka), ale ze sceny schodzi z klasą. Don’t go!
Koncert Alison Moyet to spore wydarzenie nie tylko w skali kraju, bo artystka sporadycznie występuje z solowymi recitalami. Skupia się od kilku lat na pracy w teatrze (za co jej kolejny ukłon). Po ogromnym sukcesie w latach osiemdziesiątych — najpierw w zespole Yazoo, a później solo — Alison rozpoczyna współpracę z teatrem West End, która miała trwać tylko sześć miesięcy. Nie udało się jej uciec i jej teatralna przygoda trwa do dziś. Cóż, nie dziwię się, bo teatr wciąga.
> Znów się rozpędzam. Rozmowa z Alison Moyet
Koncertu nie można ani fotografować, ani filmować, ale… od czego są komórki?
> Zdjęcia z koncertu
> Gwiazda Alison Moyet
> Gaba Kulka się dopiekła
Perełka. W świecie szablonowo-radiowych dźwięków — perełka. Świeża, pomysłowa, inteligentna i niebanalnie finezyjna. Inaczej Gaby Kulki nie mogę określić. To nie jest prostolinijny pop, by pisać o nim w stylu kawa na ławę. Dziewczyna bawi się muzyką, cieszy się dźwiękiem i poraża, zaraża, a pewnie i przeraża szereg nikłych wokalistek. I ja czuje się — kopnięta, dotknięta zaczarowaną różdżką, która zdjęła złe czary z polskiej muzyki. No i ten fortepian! Poraża nie dlatego, że elektroniczny.
Jak widać — rosną fanki Gaby Kulki, już rosną. Trzy. Kto wie, może za kilkanaście lat będę opowiadać o legendzie pierwszej dekady XXI wieku? Dziewczynki, 3mam kciuki!

Po koncercie gnam za kulisy, by uścisnąć dłoń Gabrysi. Bo zawsze miło jest podziękować artyście ze świeżymi emocjami wypisanymi na twarzy. Oj, ale uścisk dłoni to ona ma! Siłę ma i krzepę, a jest przecież jest taka szczupła, delikatna i skromna.
— Masz przekłute uszy? — zagaduje do niej pewien miły brunet i wręcza małe pudełeczko. Gaba zawstydza się jak mała dziewczynka.
— Ale ja nie mogę...
— To miłe, gdy można podarować coś osobie, o której wszyscy mówią dobrze. I tak trzymaj! — facet ucieka, a Gaba zerka do pudełeczka. Znajduje kolczyki. Tylko gdzie je teraz powiesić? Uszu przekłutych przecież nie ma.
— Może dłonie, by grać pocieszniej na klawiszach?
— Będę cię teraz wypatrywać, czy przekłujesz uszy — tym razem to moje słowa. — A tak w ogóle to chciałabym z tobą zrobić wywiad. Musisz więc jeszcze raz przyjechać do Olsztyna, bym miała pretekst do rozmowy.
— To może w listopadzie?
— Trzymam za słowo!
Tak, trzymam za słowo. Chcę Kulkę w listopadzie w Olsztynie!
Gaba występuje jako support Alison Moyet, którą okrzyknięto legendą lat 80. Gdyby ktoś mnie tak nazwał, padłabym trupem. Bo legenda? To brzmi jakby było już po człowieku! Freddie Mercury jest legendą. Janis Joplin… A Alison jeszcze żyje i ma się świetnie! Na koncercie to potwierdza. Z piosenki na piosenkę jest coraz lepsza — ale czy ona się tak rozkręca, czy ja się wkręcam w jej klimat? Przyznam, że jedno i drugie. Alison w przerwach między kawałkami popija koniaczek, więc jej głos nabiera barwy.
Nie znam Alison. Owszem, słyszałam Yazoo, ale to nie jest artystka mojego pokolenia, co też się potwierdza się przed koncertem. Opowiadam kilku osobom, że idę na koncert pani Moyet, a każdy otwiera szeroko oczy: a kto to jest?
Dziś już wiem i chylę czoła. Piękny koncert i intrygująca kobieta. Może nie ubrała się wystrzałowo (zwykła czarna kiecka), ale ze sceny schodzi z klasą. Don’t go!
Koncert Alison Moyet to spore wydarzenie nie tylko w skali kraju, bo artystka sporadycznie występuje z solowymi recitalami. Skupia się od kilku lat na pracy w teatrze (za co jej kolejny ukłon). Po ogromnym sukcesie w latach osiemdziesiątych — najpierw w zespole Yazoo, a później solo — Alison rozpoczyna współpracę z teatrem West End, która miała trwać tylko sześć miesięcy. Nie udało się jej uciec i jej teatralna przygoda trwa do dziś. Cóż, nie dziwię się, bo teatr wciąga.
> Znów się rozpędzam. Rozmowa z Alison Moyet
Koncertu nie można ani fotografować, ani filmować, ale… od czego są komórki?
> Zdjęcia z koncertu
> Gwiazda Alison Moyet
> Gaba Kulka się dopiekła
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Edyta Geppert jak rozmowa o polityce
Musiało ostro zagrzmieć, bym doceniła Edytę Geppert. Na szczęście czas leczy rany i dziś żadna burza nikomu nie straszna. Ba — sama jestem skłonna zaserwować artystce burzę oklasków.

Nie mogłam sobie odmówić — weszłam za kulisy, by opowiedzieć Edycie Geppert historię swojego dojrzewania. Brzmi dziwnie? Dziwniejsze może być to, że marzyłam, by ona to usłyszała. I to ode mnie!
Gdy byłam maluchem, mój tata — muzyk z zawodu — zachwycał się piosenkami Edyty. Mówił zawsze, że drugiej takiej w Polsce nie ma, że wszystkie piosenkarki przy niej się chowają. Wtedy ja — mały berbeć — patrzyłam na tatę krzywym okiem.
— Ta czarna nieruchoma baba? — dziwiłam się. — I ty się nią zachwycasz? Stoi jak słup i nudzi. Co ci się w niej tak podoba?
— Jak dojrzejesz, zrozumiesz — odpalił tata zły, że jego dziecko nie podziwia Edyty.
Minęły lata, a Geppert wciąż stała nieruchomo na scenie i śpiewała smutne piosenki. Ale nie wszystkie były łzawe — moje ucho zaczynało wyławiać treści z tej skostniałej formy.
Wybrałam się w końcu na koncert Edyty, która występowała podczas Olsztyńskich Spotkań Zamkowych. I to był przypadek — koleżanka spoza Olsztyna prosiła mnie, bym kupiła jej bilety. Prośbę spełniłam, ale znajoma słowa nie dotrzymała — nie dojechała. Zostałam więc z biletem w ręce i z dylematem w głowie — iść, czy nie iść? Czy ja w ogóle dojrzę ubraną na czarno Edytę w czerni nocy? Ale poszłam, bo szkoda było mi wejściówki. Rozsądek wziął górę nad emocjami.
Padał wtedy ogromny deszcz, a organizatorzy nie zapewnili artystom żadnego zadaszenia. A gdy Edyta wyszła na scenę, rozpętała się prawdziwa burza. Ludzie walczyli z parasolami, a Geppert...
Fakt, ja nic nie zauważyłam, ale artystkę doceniłam. Bo śpiewać w strugach deszczu? Śpiewać „Kocham cię życie”? Fantastyczne!
To był ten moment — dojrzałam do jej muzyki. I teraz często tłumaczę swoim znajomym, że do wszystkiego trzeba dojrzeć — jak do Edyty Geppert. Do rozmów o polityce, do miłości, do odpowiedzialności za własne słowa...
I tę historię opowiedziałam Edycie. Słuchała, a na koniec uśmiechnęła się i podziękowała spojrzeniem. Swoim dojrzałym kobiecym spojrzeniem o źrenicach małej dziewczynki.
Edyta Geppert wystąpiła w Olsztynie 16 kwietnia.
Nie mogłam sobie odmówić — weszłam za kulisy, by opowiedzieć Edycie Geppert historię swojego dojrzewania. Brzmi dziwnie? Dziwniejsze może być to, że marzyłam, by ona to usłyszała. I to ode mnie!
Gdy byłam maluchem, mój tata — muzyk z zawodu — zachwycał się piosenkami Edyty. Mówił zawsze, że drugiej takiej w Polsce nie ma, że wszystkie piosenkarki przy niej się chowają. Wtedy ja — mały berbeć — patrzyłam na tatę krzywym okiem.
— Ta czarna nieruchoma baba? — dziwiłam się. — I ty się nią zachwycasz? Stoi jak słup i nudzi. Co ci się w niej tak podoba?
— Jak dojrzejesz, zrozumiesz — odpalił tata zły, że jego dziecko nie podziwia Edyty.
Minęły lata, a Geppert wciąż stała nieruchomo na scenie i śpiewała smutne piosenki. Ale nie wszystkie były łzawe — moje ucho zaczynało wyławiać treści z tej skostniałej formy.
Wybrałam się w końcu na koncert Edyty, która występowała podczas Olsztyńskich Spotkań Zamkowych. I to był przypadek — koleżanka spoza Olsztyna prosiła mnie, bym kupiła jej bilety. Prośbę spełniłam, ale znajoma słowa nie dotrzymała — nie dojechała. Zostałam więc z biletem w ręce i z dylematem w głowie — iść, czy nie iść? Czy ja w ogóle dojrzę ubraną na czarno Edytę w czerni nocy? Ale poszłam, bo szkoda było mi wejściówki. Rozsądek wziął górę nad emocjami.
Padał wtedy ogromny deszcz, a organizatorzy nie zapewnili artystom żadnego zadaszenia. A gdy Edyta wyszła na scenę, rozpętała się prawdziwa burza. Ludzie walczyli z parasolami, a Geppert...
(...) ulewny deszcz spowodował, że zostałam dość mocno porażona prądem z trzymanego w dłoni mikrofonu. Z najwyższym trudem dokończyłam swój występ. Później dowiedziałam się, że publiczność nie zorientowała się, że przeżyłam tak trudne chwile.
(Edyta Geppert, Ludzi wrażliwych nie brakuje)
Fakt, ja nic nie zauważyłam, ale artystkę doceniłam. Bo śpiewać w strugach deszczu? Śpiewać „Kocham cię życie”? Fantastyczne!
To był ten moment — dojrzałam do jej muzyki. I teraz często tłumaczę swoim znajomym, że do wszystkiego trzeba dojrzeć — jak do Edyty Geppert. Do rozmów o polityce, do miłości, do odpowiedzialności za własne słowa...
I tę historię opowiedziałam Edycie. Słuchała, a na koniec uśmiechnęła się i podziękowała spojrzeniem. Swoim dojrzałym kobiecym spojrzeniem o źrenicach małej dziewczynki.
Edyta Geppert wystąpiła w Olsztynie 16 kwietnia.
sobota, 7 marca 2009
Jak wymiata Piotr Kupicha?
Pokaż, na co cię stać! Feel udowadnia, że z igły robi się niezłe widły. W Olsztynie było głośno, ale krótko.
Na koncerty zazwyczaj chodzę z ciekawości. Jak wypadli więc pogromcy duchów - Feel, czyli zespół kilku przebojów i jednej płyty? Piosenki rzeczywiście wpadają w ucho, więc nie trudno o szał publiczności. „Jest już ciemno” – czy jest ktoś, kto nie zna tego kawałka? Albo „Jak anioła głos” - dzwonkowy hit telefonów komórkowych. Ale czy z zaledwie kilku melodyjek z banalnymi słowami można zrobić wielkie show?
Koncert, który odbył się 6 marca w hali Urania, trwał trochę ponad godzinę. Kosztował – w zależności od miejsca - 50/60 zł. Czy chwila z Kupichą warta jest takich pieniędzy?
Na dwoje babka wróżyła. Mówi się, że czas to pieniądz, więc można czuć niedosyt. Złotówka za minutę - nieźle. Jednak nie samym czasem człowiek żyje. Plus dla organizacji koncertu. Światła, telebim, a przede wszystkim charyzma wokalisty zrobiły wrażenie. Chłopcy nieźle też tarabanili w swoje instrumenty – ukłon dla ich tzw. kunsztu muzycznego. W radiu Feel – jak i każdy zespół – brzmi zupełnie inaczej. Plastikowo, hitowo i mało drapieżnie. Koncert weryfikuje. I mimo iż fanką Feela nie jestem, dałam się złapać w gibanie. Nóżka aż sama się prosiła, by nią poruszać. Bumtarara!
Jedno mnie denerwowało - Feel rozciągał piosenki jak gumę. Po tak zwanym kawałku albumowym następował flirt z publicznością. A to śpiewanie na głosy, a to a capella, a to przy samej perkusji, czy gitarze. To takie dmuchanie balonu na siłę. Gdy pęknie, czas iść do domu. Nawet drugiego bisu brak... Ale przyznać trzeba, że to świetne wypełnianie czasu. Gdyby nie takie wstawki (interludia), koncert skończyłby się już po dwóch kwadransach. Ale nie - fan płaci, fan żąda. A Kupicha tańczy, jak mu zagrają.
Zanim balon pękł - sporo weszło do niego powietrza. Prologiem do imprezy był teledysk wyświetlony na telebimie. Zegar zaczął cykać, więc mamy już trzy minuty z głowy. Potem przemówienie Piotra – powitanie i kilka słów od siebie. Dwie minuty. Później cała reszta, a na deser cover „Sweet harmony”. Zamiast bitej śmietany - fajerwerki, „rączki w górę” i jazda do domu. Najbardziej napaleni mogli dostać autograf.
Olsztyński koncert - poza „megakomercyjną” - ma jeszcze jedną zaletę. Piotr Kupicha zapewne dowiedział się, jak daleko jest Olsztyn od Katowic. Wcześniej miał z tym problemy.
Na koncerty zazwyczaj chodzę z ciekawości. Jak wypadli więc pogromcy duchów - Feel, czyli zespół kilku przebojów i jednej płyty? Piosenki rzeczywiście wpadają w ucho, więc nie trudno o szał publiczności. „Jest już ciemno” – czy jest ktoś, kto nie zna tego kawałka? Albo „Jak anioła głos” - dzwonkowy hit telefonów komórkowych. Ale czy z zaledwie kilku melodyjek z banalnymi słowami można zrobić wielkie show?
Koncert, który odbył się 6 marca w hali Urania, trwał trochę ponad godzinę. Kosztował – w zależności od miejsca - 50/60 zł. Czy chwila z Kupichą warta jest takich pieniędzy?
Na dwoje babka wróżyła. Mówi się, że czas to pieniądz, więc można czuć niedosyt. Złotówka za minutę - nieźle. Jednak nie samym czasem człowiek żyje. Plus dla organizacji koncertu. Światła, telebim, a przede wszystkim charyzma wokalisty zrobiły wrażenie. Chłopcy nieźle też tarabanili w swoje instrumenty – ukłon dla ich tzw. kunsztu muzycznego. W radiu Feel – jak i każdy zespół – brzmi zupełnie inaczej. Plastikowo, hitowo i mało drapieżnie. Koncert weryfikuje. I mimo iż fanką Feela nie jestem, dałam się złapać w gibanie. Nóżka aż sama się prosiła, by nią poruszać. Bumtarara!
Jedno mnie denerwowało - Feel rozciągał piosenki jak gumę. Po tak zwanym kawałku albumowym następował flirt z publicznością. A to śpiewanie na głosy, a to a capella, a to przy samej perkusji, czy gitarze. To takie dmuchanie balonu na siłę. Gdy pęknie, czas iść do domu. Nawet drugiego bisu brak... Ale przyznać trzeba, że to świetne wypełnianie czasu. Gdyby nie takie wstawki (interludia), koncert skończyłby się już po dwóch kwadransach. Ale nie - fan płaci, fan żąda. A Kupicha tańczy, jak mu zagrają.
Zanim balon pękł - sporo weszło do niego powietrza. Prologiem do imprezy był teledysk wyświetlony na telebimie. Zegar zaczął cykać, więc mamy już trzy minuty z głowy. Potem przemówienie Piotra – powitanie i kilka słów od siebie. Dwie minuty. Później cała reszta, a na deser cover „Sweet harmony”. Zamiast bitej śmietany - fajerwerki, „rączki w górę” i jazda do domu. Najbardziej napaleni mogli dostać autograf.
Olsztyński koncert - poza „megakomercyjną” - ma jeszcze jedną zaletę. Piotr Kupicha zapewne dowiedział się, jak daleko jest Olsztyn od Katowic. Wcześniej miał z tym problemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


