Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2009

Bosy Cejrowski w Olsztynie

Nawet pinezka wbita w gołą stopę nie przekreśla świetnej zabawy, jaką serwuje Wojtek Cejrowski. Podróżnik prowadzi w Olsztynie Paradę Bosych Stóp i pinezki rzucone niczym kłody pod jego nogi bagatelizuje. Pytanie jednak zostaje: nienawiść aż do bólu czy głupi dowcip?


Cejrowskiego albo się kocha, albo nienawidzi — potwierdzają to olsztyniacy. Przychodzą tłumnie na spotkanie z podróżnikiem, wiwatują, kupują książki, fotografują i proszą o autografy. Ale nie tylko — są też tacy, którym WC nie w smak. Rozrzucają na ulicy pinezki, by stopa Wojciecha poczuła, że nie wszędzie żyją jego entuzjaści.


Cejrowskiego można nie lubić — zwłaszcza po incydencie sprzed kilku dni, kiedy to w Poznaniu przyznaje, że brzydzi się gejów. Dosłownie. Oj, panie Wojtku — pan taki oblatany w kulturach i odważny jak mało kto, a tu krzywi się pan na mniejszości seksualne. Rozumiem, można mieć swoje poglądy, ale żeby od razu nazywać tak swoje emocje?

Wojciech Cejrowski zasłynął już wypowiedzią, że nie chce być obywatelem Polski i przenosi się do Ekwadoru. Póki co nie zmienił paszportu i ma się całkiem dobrze w kraju, który tak bardzo krytykował. (...) Cejrowski ma prawo do swoich ekstrawagancji, bo jest człowiekiem mediów i musi sprzedawać siebie do różnych programów, gdzie odgrywa czasami purytańskiego moralistę, czasami globtrotera. Musiał prowokować, aby jego imię nie zniknęło z przestrzeni publicznej. Zabrał nas w podróż boso przez świat i był to rzeczywiście ciekawy cykl, biorąc pod uwagę ofertę programową polskich stacji telewizyjnych. Szkoda, że tak, kiedyś, ciekawej postaci, jaką był Cejrowski, już nie ma, a zamiast Cejrowskiego mamy niedoszłego Ekwadorczyka, głoszącego konieczność podziałów... Po co komu taki Cejrowski?
(Po co komu Cejrowski?)

Oczywiście wniosek nasuwa się jeden — pinezki to weto dla poglądów Cejrowskiego. Słuszne?


Parada Bosych Stóp to fantastyczna impreza. Chylę czoła przed pomysłodawcami — oby więcej takich wspólnych zabaw na świeżym powietrzu. I nie ważne, że większość nie zdejmuje butów, nie ważne, że bosonogich jest zaledwie połowa. Idzie się inaczej niż zwykle — mimo iż dobrze znaną trasą.


A Wojtek Cejrowski? W pewnym momencie zaczynam mu współczuć. Widzę stojącą postać w kwiaciastej koszuli, która niczym automat rozdaje autografy i pozuje do zdjęć. Godzina, dwie, trzy... Uśmiech, zdjęcie, autograf. Uśmiech, zdjęcie, autograf. Dwie panie obok uwijają się zręcznie i kasują pieniądze za sprzedane książki. Uśmiech, zdjęcie, autograf.

W końcu ktoś przynosi mu pierogi, by nie padł z wyczerpania. Lubi ruskie.

I ja idę za tłumem i sama się przy nim ustawiam. Bo książki pisze niezłe, ma gadane i bagaż doświadczeń, którego pewnie nigdy się nie dorobię. Tylko... ile dziś jest Cejrowskiego w Cejrowskim?


— A kiedy napisze pan kolejną książkę? — pyta ktoś z tłumu.
— Dobry autor pisze wolno i nie musi się nigdzie spieszyć. Proszę zapamiętać, Cejrowski pisze wolno, ale dobrze. Po co komu szybkie, ale kiepskie pisanie Cejrowskiego?



Przeczytaj:
Cejrowski: Stopa pochodzi z sawanny

Zobacz więcej zdjęć z parady:
Z Cejrowskim boso po Olsztynie

środa, 19 sierpnia 2009

Olsztyn: ciągnie ludzi na starówkę

Starówka tętni życiem — codziennie. Bawią się świetnie turyści, ale i olsztyniacy znajdują tu wiele dla siebie — lody, wata cukrowa, bańki mydlane. Lato w Olsztynie wygląda pięknie!


Ola uwielbia kolorowe wiatraki. Gdy wieje, świetnie się kręcą!


Muzyka na świeżym powietrzu? Tak, w wykonaniu kolonii gitarowej.


Michałek, gdy siedzi na barana, ma oko na całą starówkę.


Boli? Ja tylko tak dla frajdy ciągam!


Wiesia i Wojtek przyjechali z Warszawy. Ona chciała Kopernikowi spojrzeć głęboko w oczy, on zasmakować warmińskiego jedzenia.


Mateusz uwielbia bańki, gdy tata Jacek je wydmuchuje. Dzięki turystom z Poznania na starówce jest bajkowo.


Mała Ola z rodzicami Agnieszką i Piotrem często wychodzą na lody. Na starówce smakują wyśmienicie!

niedziela, 16 sierpnia 2009

Zniknęły pierogi z Biesowa!

Przez żołądek do serca? Biesowo corocznie serwuje tysiące pierogów i zaostrza wszystkim apetyt. Zwłaszcza tym, którzy przyjechali, a pierogów nie posmakowali. Bo te zbyt szybko się rozeszły.


Jeśli chce się zjeść warmińskich pierogów, do Biesowa trzeba jechać jak najwcześniej. W tym roku, 16 sierpnia, impreza rozpoczęła się o godz. 13, a pierogów nie było już po godz. 16. Szkoda, bo gwiazda imprezy — Irena Jarocka — wyszła na scenę grubo, grubo później. Ci, co zjechali na główny punkt programu Warmińskiej Uczty Pierogowej, skosztować mogli jedynie kiełbasę z grilla albo kolorową watę cukrową. Wielkich garów z pierogami nie było śladu.

Problem z logistyką?


Myślę, że organizatorzy mają zbyt dobre serca. Serwują pierogi i sprzedają mrożone w paczkach po 25 sztuk. Sama kupiłam, bo pyszne. Tym sposobem 19 tysięcy pierogów szybko schodzi. Ci, co przyjeżdżają później, obchodzą się tylko smakiem. I czy mają dobre wrażenie o Warmińskiej Uczcie Pierogowej?


Jak temu zaradzić? Może po prostu nie sprzedawać pierogów na wynos? Przecież można jeść do woli na miejscu. Sprzedaż pierogów można rozpocząć na przykład o godz. 20. Ci o największych apetytach zostaną. A i pobawią się, może i piwka się napiją, przejdą po malutkim Biesowie. Odpoczną. Docenią.

Zofia Wielgus rzuciła pomysł, a biesowianie podchwycili i przy pomocy Biesowskiego Domu Kultury zorganizowali Warmińską Ucztę Pierogową. Pomysł zacny, ozdobiony legendą Wandy Piasty o babcinym przepisie na warmińskie pierogi z kaszą gryczaną, twarogiem i miętą, przyjął sie nadspodziewanie.
1 września 2007 do Biesowa — wyścigowej wsi z gminy B. ściągnęło podobno ponad 2000 osób z okolic i całego regionu. — Z Iławy, Olsztyna, Działdowa i Nidzicy przyjechali — mówią z iskrami w oczach mieszkańcy malowniczej wsi.
Po 90 minutach od rozpoczęcia imprezy — mimo przygotowanych 5000 sztuk — pierogów zabrakło. — Torbami brali, na święta, do domu — wspominają. Podobno kampania reklamowa i niska cena spowodowały takie zainteresowanie.
(Pierogi warmińskie z Biesowa)


Jak widać — historia lubi się powtarzać.

piątek, 7 sierpnia 2009

Żydek na psy schodzi

Jest czy go nie ma? Antysemityzm w Polakach wciąż się tli. To choroba nieuleczalna. Ale kto dzisiaj zaraża?


Jest taki spektakl „Żyd” z Bielsku-Białej. Przedstawienie to niczym nie powala, nie zaskakuje, ale... zmusza do myślenia. Niby to komedia, niby trochę głupawa i banalna, ale mówi o antysemityzmie, który wciąż w Polakach drzemie — wbrew narodowemu uzdrowieniu. Bo przecież mówi się, że wszystkie przykre rozdziały mamy już pozamykane. Guzik prawda.

Polacy kochają Żydów. Wzruszają Polaków żydowskie historie, porywają do tańca żydowskie melodie, do łez bawią żydowskie dowcipy i skecze. Szmoncesy łykamy pasjami. Porywa nas żydowski folklor. (...) Można powiedzieć, że judaizm jest naszą narodową pasją. Najpopularniejszą polską gazetę nazywamy tu “Koszerną”. Najświetniejsze radio nosi imię kobiety żydowskiego pochodzenia. Żyd umęczony przez Rzymian jest niemal naszym narodowym symbolem. Nie ma tematu, o którym Polacy będą dyskutować chętniej niż o Żydach. Nie ma tematu, na którym tak wielu Polaków tak dobrze się zna, jak na Żydach.

I pewnie dlatego na murach co i raz spotyka się napisy: Żydzi do gazu. Zdarzają się też namalowane swastyki czy szubienice z gwiazdami Dawida. Bo na Żydach znamy się wyśmienicie. Żartujemy sobie z ich zaradności. Cóż, bez Żyda nie ma Polaka.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że raz na jakiś czas natrafiam na delikatne przejawy antysemityzmu. Bogu dzięki, że z wielkim kalibrem się nie spotkałam. Obym tego nie doczekała. Oby historia się nie powtórzyła.

Rozdaję bilety do kina czytelnikom. Szczęściarze dzwonią i wybierają. Odzywa się też zalotny pan Antoni.

— Miła pani Ado, co mi pani da ciekawego?
— Ma pan do wyboru „Brzydką prawdę” albo „Wojnę polsko-ruską”.
— Wolę „Brzydką prawdę”, bo w „Wojnie” ten żydek Szyc co chwilę przeklina. Kiedyś on taki romantyczny był, a dziś — jak to żydek — na psy schodzi.

Ta sytuacja ma się tak samo jak inspiracja teatralnego „Żyda”. Takim pstrykiem dla dramaturga Artura Pałygi była anegdotka opowiadana przez Pawła Passiniego:

Na targach w Brukseli Polskę reprezentowała restauracja żydowska „Anatewka”. Podawano m.in. schab po żydowsku. Po posiłku kelnerka, wręczając karykaturalne figurki mężczyzn z pejsami i brodami, mówi z szerokim uśmiechem: „Na pamiątkę... żydki!”
(Artur Pałyga, O spektaklu „Żyd”)

Wzorce się powielają. Lubimy Żydów, ale...

Antysemityzm wiecznie żywy? Oto przykłady wygrzebane z sieci:

Nauczycielka:
Proponowałam różnym osobom pójście na ten spektakl. Od kilku usłyszałam: "Nie jestem antysemitą, ale...". Moja mama ma 78 lat. Opowiada, że jako dziecko bała się przechodzić koło synagogi w Białej, bo krążyły opowieści, że Żydzi porywają dzieci na macę. Z lekcji religii pamiętam, że Jezusa ukrzyżowali Żydzi...

Jadwiga Grygierczyk, aktorka:
Niedawno jechałam autobusem. Wsiedli kontrolerzy, sprawdzali bilety grupie młodzieńców. Usłyszałam potem ze strony tych młodzieńców pod adresem kontrolera: Ale Żyd. To jest wyssane z mlekiem matki. To takie kamyczki, które się zbierają.

Szanowny Sir Jarek:
My, Polacy (oczywiście z dużej litery) to jednak biedne frajery jesteśmy. Zawsze jakieś zewnętrzne nacje nas pognębią. A to Ruscy, a to Pepiczki, że o przebrzydłych Szkopach nie wspomnę. A my zawsze za „Wolność Waszą i Naszą” z szablami na czołgi. Ale najgorsze to są te żydki, co nam Ojczyznę rozgrabiają od środka i nie pozwalają na pławienie się w dobrobycie co się Nam ze wszech miar za dzielną postawę Przedmurza Chrześcijaństwa i "SOLIDARNOŚĆ" należy. Toż pomsty i kary Pańskiej nie ma na nich, a jeszcze Nam Pana Naszego Jezusa Chrystusa ukrzyżowali.

J-44:
Te pejsy do czego służą? Dlaczego nie można jeść wieprzowiny, skoro ona się już tak łatwo nie psuje, bo są lodówki? Po ch... rytualny ubój zwierząt? Wreszcie dlaczego niewinnym małym chłopcom, bez ich zgody, obcina się napletek nazywając to obrzezaniem? Izrael to bardzo barbarystyczne i nienowoczesne państwo.

dezerter:
Aj waj, aj waj — ty mnie do wojny nie popychaj!

Piotr Wierzchowski:
Wielu z nas, Polaków, to antysemici. Dlaczego?
1. Znajomi księża upierają się, że to jednak Żydzi zamordowali Jezusa w Jerozolimie.
2. Znajomy Żyd uważa, że w każdej bibliotece w USA są dowody na to, że właśnie Polacy są antysemitami.
3. Często słyszę w Warszawie: na Żyda nie będę głosował.
4. Nie znamy historii Ziemi Świętej. Nawet pani Świderkówna pisze o Palestynie w czasach Jezusa, gdy Palestynę utworzyli Rzymianie w II w.n.e. po powstaniu Bar Kochby. Pomijam tu szereg kościelnych wydawnictw, które generalnie rozmijają się z historyczną prawdą o tych ziemiach, w tym czasie.
5. Wielu Polaków obraża się na stwierdzenie, że zarówno Jezus i jego Matka byli Żydami — i to z rodu Dawida.
6. Aleksander hrabia Fredro, "Zemsta": to Żyd, wnet w literę go obrócę.
7. H. Sienkiewicz, "Potop", Zagłoba: sprowadzić mi tu Żyda za pejsy.
8. Świadectwo W. Bartoszewskiego o postawie niektórych księży z rejonu Jedwabnego, na jesieni 1939: nawoływali wiernych do wydawania Żydów Niemcom.
9. Brat Artura Rubinsteina uważał, że Polacy mieli go za parszywego Żyda, zaś jego brata za wielkiego Polaka.
Tu tylko kilka zdań, które nasunęły mi się w ciągu kilku minut.

Gość:
Za świńską grypę też odpowiedzialni są Żydzi może?

Polak:
Przepraszam Żydów za to, że podczas wojny moi pradziadkowie, ryzykując życiem swoim i rodziny, przechowywali i ocalili od zagłady kilku z nich, nie doczekawszy się nawet pośmiertnie drzewka pamięci ani innych form wdzięczności. Ja, nauczony doświadczeniem moich przodków oraz moimi własnymi obserwacjami, w przypadku ponownego holokaustu nie zamierzam nawet kiwnąć palcem w obronie któregokolwiek przedstawiciela narodu wybranego. Dla mnie to żaden geszeft.

Przeczytaj:
Holocaust — Polakowi palec w oko
Jeśli boli cię głowa, nie bierz aspiryny. Wymyślił ją Żyd!

niedziela, 31 maja 2009

Polska muzyka jak przerwa między zębami

Żeby być sobą, trzeba być kimś — twierdził Stanisław Jerzy Lec. I miał rację. Dlaczego dziś Polacy upodobniają się do amerykańskich wzorców? Era hamburgerów i śpiewających sobowtórów gwiazd show biznesu trwa. A co przed nami?

Żyjemy w czasach „kopiuj-wklej”. Jeśli coś sprzedaje się na Zachodzie, w te pędy w Polsce trzeba ulepić coś na wzór. Iść za ciosem — tak na to mówią. Zaroiło się od fast-foodów, sformatowały się media (kultura MTV rządzi), hipermarkety rosną jak grzyby po deszczu, a Polakom rosną brzuchy. Ameryka wdziera się do nas drzwiami i oknami, a my witamy ją z otwartymi ramionami. By żyło się łatwiej? By żyło się na światowym poziomie?

Oscypek ma się póki co świetnie. Bóg zapłać. Ale to jedno z niewielu dóbr narodowych trzymające jeszcze poziom. Bo górale powoli zdejmują swoje ludowe stroje. Z furmanek przesiadają się do mercedesów. Krupówki już dawno zatraciły swój klimat.

Muzyka też traci atmosferę. Gdzie się podziały tamte prywatki? Przepadły na rzecz skocznych party. Ludzie nie potrafią już słuchać starych polskich przebojów. Wybierają szablonowe łupanki. Właśnie z tego powodu olsztyńskie radio Wa-Ma przekształciło się w Planetę FM (jak i wiele małych rozgłośni). Muzyka bez jutra zastąpiła muzykę z przeszłością. Dzisiejsze pioseneczki często nawet miesiąca nie dożywają.

Polskie gwiazdy szukają sposobów, by wedrzeć się w łaski słuchaczy — sformatowanych i zamerykanizowanych. Pierwszą, o której zaczęto mówić, że sięga po skojarzenia, jest Małgorzata Ostrowska. Z ostrego wampa z wymalowanym okiem przeistoczyła się w sobowtór Madonny. Zmieniła nie tylko image, ale i styl — z rockowej damy stała się potulną popmamą. Oczywiście artystka zarzeka się, że nowy wygląd to tylko odruch serca, a nie ostatnia deska ratunku dla ryczącej czterdziestki (z hakiem).


To jest bardzo śmieszna sytuacja, bo ja zawsze chciałam mieć długie włosy — tak po prostu — banalnie. (…) Ja nie mam takiej przerwy między jedynkami, więc chyba z Madonny nici.
(wywiad z Małgorzatą Ostrowską)

Rzeczywiście — Madonna z niej grubymi nićmi szyta, ale podobieństwo i tak bije po oczach. Pazur ścięty, paznokieć przyszlifowany, siły włos przykryty farbą i ta przyprawiająca dreszcze łatka: druga młodość Małgorzaty Ostrowskiej. Sprzedaje się jednak, grana jest w radiu, więc cel osiągnięty. Ale z wolna gaśnie słoneczna żarówka.

Męskie serca zdobyte. Czas na dziewczynki. Teraz polską scenę chce zwojować nijaki Mrozu, czyli polski Justin Timberlake. Media rozpływają się w zachwycie:

Rewolucja nadeszła — polska muzyka rozrywkowa doczekała się, przesiąkniętej najprawdziwszym czarnym rytmem, produkcji na najwyższym światowym poziomie. (…) Debiut Mroza udowadnia, jak pełnym i utalentowanym artystą już jest. Wszystkie kompozycje i brzmienia są jego dziełem (…) Ciepła barwa głosu i zdolności wokalne mogą przynosić skojarzenia Mroza z takimi artystami jak Justin Timberlake.
(o debiucie Mrozu)

> Posłuchaj i zobacz Mrozu

Cudze chwalicie, a swego nie znacie? Oj, brakuje mi krwiście polskiej muzyki. Z polską duszą i — niech już będzie — z polskim przytupem. Może być Juhas spod samuśkich Tater. Może być poznańska pyra a capella. Bo plastikowa muzyka wychodzi mi uszami. Gitary mi się chce. Gitary i szczerości. Brakuje mi jej w radiu i TV. Dlaczego ciągle trzeba schodzić do podziemia, by nasycić się dobrym dźwiękiem?

Skoro moda na kopiowanie trwa... Może prezydent Kaczyński zmieni kolor skóry? A może jeszcze Polska nie zginęła?

Przeczytaj:
Oto polskie kopie zagranicznych gwiazd

wtorek, 26 maja 2009

Niezręczna tęcza, czyli jak rozumieć symbole

Olsztyn szykuje imprezę ekologiczną promującą segregację odpadów. Firmuje ją symbol tęczy. Ale tęcza jest nasza! — głoszą geje i lesbijki. Jak więc rozumieć zabawę: rób czystki, dbaj o środowisko?


Zabawa w skojarzenia? Proszę bardzo. W weekend Olsztyn obchodził Dni Równości, a kolejna sobota to czas Olsztyńskiej Tęczy Recyklingu. Dwa wydarzenia zlały mi się w jedno za sprawą tęczy.

W czym rzecz? Jeśli ktoś nie wie – tęcza jest symbolem tolerancji, walki z homofonią i rasizmem.

Już od lat 70-tych homoseksualiści amerykańscy zastanawiali się nad wypromowaniem uniwersalnego symbolu środowiska. Najbardziej kolorowym symbolem stała się tęczowa flaga, zawierająca spektrum 6 kolorów: czerwonego, pomarańczowego, żółtego, niebieskiego i fioletowego, które reprezentować mają różnorodność wspólnoty gejów i lesbijek. Wybór tęczy jako symbolu ma swoje uzasadnienie historyczne. Już w Starym Testamencie tęcza pojawia się jako symbol łączności między niebem a ziemią i przymierza między Bogiem a człowiekiem a także rękojmią, że potop nigdy nie zagrozi już rodzajowi ludzkiemu.
(Tęcza, pierścień i rosa Winkel)

Recykling w tym kontekście nabiera nowego znaczenia. Gorzej! Hasła, jakie serwuje organizator zabawy, też kojarzą się dwuznacznie. Bo jak odczytać stwierdzenie, że „wiele zyskujesz, gdy segregujesz”? Aż strach pomyśleć. Spece od segregacji rasowej lub seksualnej już zacierają ręce. Pewnie kiełkuje im w głowach hasło: róbmy czystki, dbajmy o środowisko!

Tęczowa flaga była też kiedyś symbolem spółdzielczości w Polsce. Sklepy Społem firmowały się tym „kolorowym szalikiem nieba”. Tęcza zniknęła jednak z logo na początku lat dziewięćdziesiątych. Ciekawe dlaczego… W wolnej Polsce nie jest już tak kolorowo?

Pomijając mój humor i skojarzenia — dbajmy o środowisko. Ekologia nie jest dziś dziwactwem, czy kaprysem. To konieczność. To styl życia i suma świadomie podejmowanych decyzji. O przyrodę trzeba się troszczyć, bo co zostawimy wnukom i prawnukom w spadku?

poniedziałek, 25 maja 2009

Co piłka znaczy dla pupy?

Niby piłka jest okrągła. Niby. Inaczej patrzy na nią kobieta, inaczej mężczyzna. Ot, jeden sport, a różny punkt widzenia.


Zasłyszane na osiedlowym boisku do kosza:

Kobieta: Gramy, by pupę zrzucić.
Mężczyzna: A my gramy, by pupę podnieść!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nieprawdaż?

niedziela, 10 maja 2009

Sen w teatrze pobudza

Nuda w teatrze inspiruje. Wyostrzają się zmysły — oko się szerzej otwiera, ucho czujniej słucha. Spektakl nie porywa, a widzowie zainteresowani są... sobą. A co z aktorami? Grają sobie a muzom?

Podczas nudnej sztuki widownia wygląda tak: część śpi, część udaje zainteresowanie, reszta pęka ze śmiechu. Z czego? Z tych śpiących. Gdy scena nie przykuwa uwagi, wodzi się wzrokiem po twarzach towarzyszy niedoli. Gdy dojrzy się jednego śpiocha, szuka się kolejnego. Gdy ten pierwszy się obudzi, czeka się na kolejną wpadkę. I tym sposobem trwa się do końca spektaklu.

Nie tylko spanie bywa zaraźliwe. Obserwacja też łączy — tworzy się więc na widowni brać obserwatorów. Ci najpierw podświadomie, a potem już świadomie zaczynają komunikować się ze sobą. Jeśli ktoś śpi po lewej, trzeba dać cynk. Jeśli ktoś ziewa po prawej, warto wskazać palcem. Aktorzy schodzą na drugi plan.

Salwy śmiechu wybuchają samoistnie. Są nie do opanowania - a to ktoś usta otworzy podczas snu, a to komuś głowa się kiwa, a to – moje ulubione – ktoś chrapie. Zdarzają się też czkawki i wzbudzające najmniej emocji burczenie w brzuchu.

Raz na jakiś czas trafia się widz odważny. Gdy mu się nudzi, wstaje i wychodzi. Po prostu. Wtedy obserwatorzy mają kolejny powód do radochy – przebijający się przez rzędy dezerter staje się bohaterem narodowym. Wszyscy wyostrzają wzrok, by niczego nie przegapić. W tej chwili mile widziane są wpadki uciekiniera – gdy nadepnie komuś na palce, gdy potknie się albo usiądzie jakiejś „zainteresowanej” pani na kolanka. A finał takiej dezercji często przejawia się trzaskiem drzwi. Nie ma zmiłuj – śpiący się budzą, udający zainteresowanie wystraszeni podskakują. Tylko aktorzy nie reagują – grają, grają, grają. I tu podziw dla nich, ukłon w ich stronę, oklask – za profesjonalizm. Nikt mi nie powie, że praca odcina ich od publiczności. Przecież czują ten brak dialogu, brak reakcji publiczności. Ba – nadmiar reakcji na pewno słyszą.

Z nudą w teatrze zmagałam się przy okazji „Spalonej powieści” Białostockiego Teatru Lalek. Osób śpiących zliczyłam siedem. Ziewających było o połowę więcej. Śmiejących się jeszcze więcej. Współpracujących ze sobą – już zliczyć nie mogłam. Jedna dłubała w nosie.

W spektaklu Wojciecha Szelachowskiego wszystkiego jest za dużo. Za dużo aktorów na scenie, za dużo zdań wielokrotnie złożonych, za dużo słów trudnych, za dużo powtórzeń, za dużo sensów możliwych, a nie do końca wyartykułowanych.
(Jerzy Szerszunowicz, Udławili się słowami)

Sztukę obejrzałam podczas 29. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

A ty jaki masz sposób na nudę w teatrze? Komentuj, nie wstydź się!

niedziela, 22 marca 2009

Anna Dymna czasami przeklina

— Bardzo lubię słowa Tadeusza Kantora, mojego wielkiego mistrza, który powiedział, że: "Do teatru nie wchodzi się bezkarnie". Tak właśnie staram się robić każdy mój spektakl – podkreśla Jan Klata, reżyser. — Jeżeli ktoś szuka w teatrze miłej rozrywki i relaksu przed kolacją, to nie ma u mnie czego szukać.


Wszystkiemu winien Jan Klata. Dzisiaj drugi dzień Olsztyńskich Spotkań Teatralnych, wieczorem „Sprawa Dantona”. I przy tej okazji naszły mnie wspomnienia – „Klatowe” właśnie.

Kiedyś miałam okazję gościć na próbie u niego podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych (nazwa nomen omen). Spektakl „Oresteja” był gwoździem programu imprezy. I ja miałam to szczęście, że gwóźdź ten mogłam zobaczyć od kuchni. Przyznam – dla teatromana przeżycie to niebywałe. Tym bardziej, że ostatnimi czasy Anna Dymna - gwiazda przedstawienia - rzadko grywa w teatrze. Widzieć więc tę wielką aktorkę nie tylko na scenie, ale przede wszystkim podczas pracy – niesłychane. A praca ta w pewnym momencie zaostrzyła wszystkim apetyt na sztukę.

Dymna to oaza spokoju – wystarczy na nią spojrzeć. Ciepło bije z niej na kilometr i chciałoby się je chwycić i schować do kieszeni, by zawsze grzało. Pewnie też dlatego Jan Klata zwracał się do niej: „królowo”. Ale i Dymna podchodziła do tego – skądinąd – młodego i nowoczesnego reżysera z wielkim szacunkiem:

Chcąc uprawiać zawód aktora należy przede wszystkim kochać teatr. Miłość, pasja i wiara w to, że to, co się robi jest ważne i wspaniałe, czyli absolutne oddanie – są niezbędne do tworzenia spektaklu. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Mówię o tym dlatego, że Jan Klata te wszystkie cechy posiada. Jest pasjonatem teatru, wie czego chce, jest świetnie przygotowany. Lubi pracować z aktorem. Zależy mu chyba na tym, by aktor czuł, że uczestniczy w czymś ważnym. Słucha dokładnie wszelkich sugestii aktora, umie przekonywać i namawiać do wspólnej “zabawy w piaskownicy” (to sformułowanie Kazia Kutza). Więc choć jest bardzo wymagający to praca z Jankiem polega na tym, co najważniejsze… na zaufaniu, szacunku, radości i chęci zrozumienia siebie nawzajem. Spotkanie z Jankiem Klatą było dla mnie jednym z najpiękniejszych teatralnych spotkań. Nie mówię przez to, że świat Janka jest dokładnie moim światem, to całkiem inna sprawa. Ale na pewno Janek jest reżyserem, który w jakiś sposób poszerzył moją wyobraźnię i otworzył ją na nowe, nieznane mi przestrzenie pojmowania, patrzenia i wyrażania.
(Anna Dymna: W teatrze interesuje mnie człowiek)

Klata wciągnął Dymną w swoją grę. Dzisiaj można ją zobaczyć w „Trylogii”. Czyżby aktorka połknęła bakcyla popreżyserii?

To, że Dymna jest aktorką zaangażowaną, słyszałam na własne uszy – właśnie podczas warszawskiej próby „Orestei”. Jej spokój na chwilę wyszedł z roli. Aktorka starała się wyczuć scenę Teatru Dramatycznego po swojemu. Owszem, była stonowana, ale czujna. Jednak zmaganie się ze reflektorami i trochę trzeszczącą sceną wprawiały ją w zakłopotanie.

Dymna: Gdzie ja mam stanąć na początku?
Klata: Zaraz, pani Aniu, sprawdzimy.
Dymna: (szuka swojego miejsca, ale ciągle wychodzi ze światła) Gdzie mam grać? Mam dać krok do przodu? Do tyłu?
Klata zajęty innym aktorem nie reaguje.
Dymna: Kurwa, gdzie je mam grać pierwszą scenę!?

Niestety nie udało mi się zarejestrować przekleństwa. Szkoda. Słowo to padło tak niespodziewanie i z zaskoczenia, że nikt nie był na nie przygotowany. Kurwa poskutkowała.

Jak pracuje Dymna? Uchwyciłam m.in. inne zakłopotanie aktorki: "Gdzie mam paść?"



“Sprawa Dantona” to czarny koń tegorocznych Olsztyńskich Spotkań Teatralnych - sądzę przez pryzmat nagród, jakie sztuka do tej pory zdobyła. Jednak nie zawsze zdania na temat spektaklu są pozytywne. Zacytuję – w ramach reklamy – dwie opinie moich znajomych:

"Sprawa Dantona" z Teatru Polskiego we Wrocławiu to pułapka na widza. Żeby dostać się na zbudowaną na scenie widownię trzeba przemierzyć pole gry. Z widowni nie ma ucieczki. Intensywność działań aktorskich sprawia, że z powrotem przez scenę przejść można dopiero, gdy skończą się oklaski - choć chciałoby się prędzej. (…) Klata chciał, jak się wydaje, obśmiać rewolucję w ogóle. I rzeczywiście, spektakl bywa zabawny, kilka zaprezentowanych pomysłów to błyskotliwe i świeże dowcipy sceniczne. Wszystkie one jednak toną w chaotycznej i hałaśliwej magmie przedstawienia.
(recenzja Huberta Michalaka)

Po co Jan Klata gada o bezproduktywności gadania, układa playlistę złożoną z "rewolucyjnych" szlagierów? Reżyser śledzi sposób, w jaki kultura masowa przechwytuje pojęcie rewolucji (hasło, nie ideę) czyniąc z niego fetysz na potrzeby rynku. W Empiku sprzeda się przecież ładnie opakowana, taka estetyczna wariacja na temat rewolucji w wersji soft. Klata zabiega o to, aby przywrócono rewolucji rewolucję.
(recenzja Doroty Kowalkowskiej)

poniedziałek, 9 marca 2009

Wulgaryzm najlepszą rozrywką Olsztyna

Łódź za wszelką cenę chce zostać Europejską Stolicą Kultury 2016 i otwiera teatr w centrum handlowym. Świątynia portfela ma stać się świątynią dla ducha. A w Olsztynie duch może tylko straszyć.

Katowice mają pierwszą w Polsce kaplicę w centrum handlowym, gdzie wierzący mogą pozwolić sobie na chwilę refleksji po gorączce zakupów. Łódź idzie dalej i głębiej - sięga po boga Dionizosa i otwiera „międzysalonowy” teatr w Manufakturze. Pomysłodawcą nowej sceny jest Mariusz Pilawski, aktor i reżyser przez lata związany z Teatrem Nowym, obecnie prezes Stowarzyszenia „Komedia Łódzka”.

Może ten pomysł powoła do życia nową modę? Chociażby „manufing” - na wzór warszawskiego „buwingu”. Ludzie w stolicy chodzą do Biblioteki Uniwersyteckiej nie tylko po to, by czytać książki, ale spotkać się ze znajomymi i napić się kawy. Może i łódzka Manufaktura stanie się miejscem do wszystkiego? Może będzie przyciągać nie tylko promocjami, ale ambitnym i atrakcyjnym programem?

A co w Olsztynie? Do Łodzi daleko, do Warszawy też kawał drogi. Co robić? Można iść do centrum handlowego Alfa i tam – w zakupowej przerwie – napić się kawy. Na samym dole zaprasza La Cava z widokiem na lodówki i biustonosze. Sama słodycz. Piętro wyżej można skosztować małą czarną w towarzystwie hamburgerów i frytek. Wybornie! Piętro trzecie oferuje aromatyczny zapach popcornu. O modzie na „alfing” nie ma mowy. Ewentualnie w Olsztynie kwitnie „filming”, bo kino Helios jest jedną z niewielu rozrywek, jakie można znaleźć w mieście. Co by więc było, gdyby w owy „alfing” (którego częścią jest jednak "filming") wpisał się teatr? Myślę, że do głosu po pewnym czasie doszedłby „lifting”, czyli plajta sceny. Statystyczny olsztyniak może i lubi teatr, ale jeden dramatyczny – Teatr Jaracza – stanowczo mu wystarczy. Kilkanaście premier na rok to idealna propozycja, by zaspokoić apetyt na sztukę.

A na starówce? Czas na „banking” gdzie roi się od placówek żyjących z pieniędzy. Można wziąć kredyt i ewentualnie kupić sobie ekspres do kawy. W domu kawa też smakuje nieźle. Ale jest jeszcze inna opcja – można napić się jej w kartonikowym kubeczku i zasmakować lokalnego „buwingu”, który nazwałabym „embepingiem”. Miejska Biblioteka Publiczna na swoim patio zaprasza na napój pełen energii. Ale uroku w tym miejscu ani za grosz. Ludzie wchodzący wymieniają się z wychodzącymi. Czasem można usłyszeć „przepraszam”, a czasem „co za hołota”. Momentami króluje więc „wulgaryzm”, który w Olsztynie jest zajęciem bardzo popularnym. Cięty język kwitnie na blokowiskach, w urzędach pracy i na przystankach w oczekiwaniu na zapchany autobus. Olsztyniacy ostrych słów nie szczędzą też na ratusz i wysokie ceny biletów MPK. Olsztyn jest jednym z najdroższych miast w tej kwestii – bilet normalny kosztuje 2,40 zł, a miesięczny - 98 zł. Jednak wiązanki lecą przede wszystkim podczas jazdy samochodem. Wulgaryzm vel „kurwizm” swoje apogeum osiąga przed każdym czerwonym światłem, które – przez urzędników – okrzyknięte zostało zieloną falą. W tym przypadku oczekiwanie na zielone światło to właśnie „wulgaryzm”, bo inaczej emocji wyładować się nie da. A hamować trzeba ostrożnie. Pomimo tego, a może właśnie dlatego - z „embepingu” niewiele osób korzysta.

A co z „clubingiem”? Młodość musi się wyszaleć, więc szaleje. Dla chcącego nic trudnego, więc można znaleźć odpowiednie lokale do „piwizmu”. Kiedyś jednak świetnym „clubingiem” było picie taniego wina na fosie, a potem – żeby zmienić lokal – wchodziło się na wiadukty. Dziś straż miejska ma oko. Szkoda, bo widok stamtąd niezastąpiony – na całą starówkę z podkreśleniem na wieżę ratuszową, Wysoką Bramę i zamek. Co prawda zamkowi do Wawelu daleko, ale swoją historię ma.

– No choćby Kopernik!
– To kłamstwo! Kopernik była kobietą!
– Einstein?
– Też była kobietą!
– A może Curie-Skłodowska też?!
– To akurat nie najlepszy przykład...
– A bo mnie zmyliły!

Mikołaj Kopernik na pewno był mężczyzną. Ba, w Olsztynie miał nawet romans z gosposią Anną! Za swoich czasów uprawiał więc „loving”.

Boję się powiedzieć, że Olsztyn nie ma ducha. Ba, jeśli już ten duch jest, to straszy – swoją małomiasteczkową mentalnością, brakiem atrakcji i nikłymi możliwościami rozwoju. Tak, boję się powiedzieć, więc zamilczę, by nie zapeszyć. Jest nowy prezydent, może będzie i nowy Olsztyn.

Ale pomimo wszystko – Olsztyn kocham. To się nazywa abstrakcjonizm.

środa, 25 lutego 2009

Śmiech odkurza

Ostatnie minuty 25 lutego – ostatnie chwile moich urodzin. Starzeję się? A może to doskonały czas, by odszukać w sobie młodość?

Puk puk – jest tam ktoś? Jest. Zmarszczka i siwy włos. Pierwszy? Zmarszczka niczym się nie przejmuje – marszczy brew i mówi, że najistotniejsze rysy ludzkiej natury nie zmieniły się od wieków. Cytuje Gustawa Holoubka. Mądra ta moja zmarszczka, mądra. A włos? Z tym to gorzej - chce się wyrwać na imprezę. Niech idzie, nie zatrzymuję. Nie musi wracać. Może się uczepić jakiejś męskiej marynarki.

A zmarszczka gada ze mną jak najęta. Składa mi życzenia i pyta:
- Śmiałaś się dzisiaj?
- Ano śmiałam.
- Śmiech nie tylko czyści zęby, lecz także oczyszcza zmarszczki z kurzu.
- To też Holoubek?
- Nie, to przysłowie angielskie.

Śmiech odkurza? Zmarszczka mi więc odmłodniała, sprężysta się zrobiła – po liftingu. Jak logo Olsztyna. Nie spieszy się, by się sensownie zmarszczyć. Oj, nie spieszy się.

25 lutego świat obchodzi Światowy Dzień Powolności. Zmarszczka wie, co robi. Znaczy, że obeznana ze zwyczajami. Lepiej – jest na światowym poziomie. Mówi mi, że władze Mediolanu wystosowały z tej okazji apel do mieszkańców: „odzyskajcie wasz czas, wasze życie i wasze zdrowie; zatrzymajcie się i zobaczcie, jak piękne jest wasze miasto”.

Moje miasto jest piękne – doceniam to, gdy jeżdżę codziennie autobusem. Latem jest znacznie piękniejsze, bo szyby aż tak nie parują. Czy w tramwajach będzie lepiej? Komunikacja szynowa na dobre ma wrócić do Olsztyna. Chciałabym, bo uwielbiam tramwaje. To taki symbol wielkiego miasta. Ale czy warto na linię tramwajową wydać 500 mln zł? Można za to kupić 14 270 fordów siesta! Samochodem chyba szybciej niż tramwajem...

Zmarszczka idzie spać.

25 lutego Mongolia świętuje Nowy Rok. Pierwsze życzenia napłynęły do mnie właśnie z tamtych stron. Dwa w jednym? „Jesteś więc dzieckiem szczęścia!” – przeczytałam w mailu napisanym w środku nocy. Mongolia pewnie w tej chwili kładła się spać po hucznej imprezie. Ja wstałam o ósmej.

25 lutego w tym roku przypadła środa popielcowa. Przypominam sobie z tej okazji moją rozmowę z Dodą, która – mimo iż urodzona 15 lutego – urodziny wyprawiała 24 lutego.
- Kiedy ty będziesz leczyć kaca po imprezie, ja będę obchodziła swoje urodziny - mówiłam.
- Ale ci trafiło, świętujesz w środę popielcową.

A jednak Doda religijna. Zmarszczka mi jednak nie wierzy. Zasnąć nie może z wrażenia. Ale jednak zasypia.

Chrapie.

wtorek, 24 lutego 2009

Odcisk palca prezydenta

Pamięć po prezydencie nigdy nie przemija. Przekonał się o tym Abraham Lincoln, którego odcisk palca został odkryty po 150 latach. Czy wobec tego Czesław Jerzy Małkowski, były prezydent Olsztyna, może spać spokojnie?

Lydia Smith - studentka pierwszego roku psychologii - przepisywała w bibliotece Uniwersytetu w Miami list prezydenta Lincolna datowany na 4 października 1863 roku. Przepisywała tak dokładnie, że aż zauważyła na papierze delikatną smugę atramentu. Przyjrzała się, zaalarmowała i okazało się, że to odcisk prezydenckiego palca.

Uniwersytet w Miami ma już jeden odcisk Lincolna w swoich zbiorach. Został znaleziony około 50 lat temu. Oba odciski są identyczne.

Czyżby prezydent Lincoln miał tylko jeden palec?

Gdyby Lydia studiowała w Polsce, na pewno jej odkrycie nie skończyłoby się sukcesem. Zostałaby powołana Komisja Śledcza, a dziewczyna zostałaby oskarżona, że wsadza palec w nieswoje sprawy. Media stawiałyby pytania - czy ten odcisk na papierze już był, czy może studentka go tam odcisnęła? I skąd miała palec prezydenta? A może ten odcisk to sprawka tajnych współpracowników? A może ktoś nielegalnie podrobił palec? I gdzie istnieje fabryka nielegalnych odcisków?

Amerykanie jak coś znajdą, to od razu wiedzą o tym wszyscy. Zdjęcia sukienki ze śladami spermy Billa Clintona oglądał cały świat. Clinton nie stracił jednak prezydenckiego stołka. Romans mu nie zaszkodził. Ba, Bill pozostał jednym z najpopularniejszych byłych prezydentów USA! Dlaczego? Wszystkich interesuje życie polityków od pępka w dół. A że jest ono barwne, wiadomo. Potwierdza to chociażby „Wprost” artykułem „Seks polityków”:

Seksuolog prof. Zbigniew Izdebski twierdzi, że życie erotyczne polityków jest bardzo intensywne. – Ich kreatywność objawia się także w łóżku. Osoby o twórczym umyśle potrafią z niego korzystać także w sypialni. Często nie brakuje im pomysłów na uniknięcie monotonii – mówi prof. Izdebski. Zarówno w seksie, jak i w polityce największe sukcesy odnoszą ci, u których poziom agresji jest wyższy od przeciętnego, co jest skutkiem wzmożonego wydzielania testosteronu. Wyższy poziom tego hormonu oznacza większą wytrzymałość. Politycy, podobnie jak niektórzy sportowcy, dzięki kontaktom płciowym przed ważnym wystąpieniem czy zawodami osiągają lepsze wyniki. Prof. Werner Habermehl z Instytutu Medycznego w Hamburgu twierdzi, że intensywne życie erotyczne polityków pozytywnie wpływa na ich możliwości intelektualne. W czasie stosunku wydzielana jest zwiększona ilość adrenaliny i kortyzolu, czyli tzw. hormonu stresu. Jego zwiększona ilość we krwi stymuluje nie tylko ciało, ale i korę mózgową. – A podwyższony na skutek orgazmu poziom endorfin i serotoniny poprawia wiarę we własne możliwości. Seks zapewnia więc organizmowi nie tylko fizyczną, ale i umysłową gimnastykę – mówi prof. Werner Habermehl. Najbardziej znanym zwolennikiem tej teorii był John F. Kennedy, który w kampanii prezydenckiej przynajmniej raz przed debatą telewizyjną z Richardem Nixonem korzystał z usług prostytutki.

Palec prezydenta Lincolna w obliczu dzisiejszej polityki to pikuś. Bo co takim palcem można zrobić? W nosie sobie podłubać? W oko wsadzić?

Palcem można też wskazać. Palce olsztyńskich urzędniczek ratusza wskazały CJM. „Rzeczpospolita” rozpętała seksaferę podając, że prezydent molestował podległe mu urzędniczki. Prezydent nie zaprzeczał. Skoro tak – co będzie można znaleźć na wieży ratuszowej za 150 lat? Są jakieś pomysły?