— To nic, że nie miałem co do garnka włożyć. To nic, że wbijałem zęby w ścianę. Chciałem grać i byłem uparty — wspomina Muniek Staszczyk, wokalista T.Love.
Muniek to swój chłop. Widać to poniżej, więc nie będę więcej pisała.
Polonista gwiazdą rocka... A jednak warto uczyć się na nauczyciela!
— Aj, uniwerek był tak dawno temu... Zacząłem studiować w stanie wojennym, czyli w 1982 roku. Studiowałem bardzo długo, bo w PRL-u nie spieszyło mi się do innych zajęć. Studia były przedłużeniem młodości, przechowalnią niezdecydowanych. Jak więc mieć pomysł na życie, skoro nie ma perspektyw na przyszłość? Na polonistyce czułem się wyśmienicie. Ba, nawet kilka razy byłem bliski wyrzuceniu! Miałem kłopoty z kilkoma przedmiotami, a właściwie z profesorami. Miałem pecha z gramatyką.
Robiłeś błędy?
— Aż tak źle ze mną nie było. Miałem strasznie upierdliwą babkę od gramatyki opisowej. Miałem też koszmarnego faceta od języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Bardzo to były natrętne przedmioty i jakoś nie chciały mi się zaliczyć. Z literackimi przedmiotami nie było tak źle — zdawałem je w miarę. W końcu skończyłem studia, a był to rok 1990. Osiem lat mi zajęło zdobycie dyplomu.
Zdałeś prawie śpiewająco.
— Moje życie przebiegało wtedy dwutorowo. Z jednej strony nauka, a z drugiej zespół. Muzyka była jednak ważniejsza, co widać i słychać do dzisiaj. Ale wiesz, zajebiście wspominam tamte czasy. Studiowałem ze wspaniałymi ludźmi. Na uniwerku w Warszawie panowała fantastyczna atmosfera. Ludzie robili różne rzeczy i dzisiaj też mają ciekawe pomysły. Skończyli polonistykę, a większość z nich nie pracuje w zawodzie. To chyba dobre studia, bo kreatywne. Ale — żeby nie było — szacunek do zawodu nauczyciela mam. Przyznam jednak, że to nie dla mnie posadka. Nigdy nie stanąłbym przed tablicą i przed tabunem dzieciaków. Wyobrażasz sobie mnie z dziennikiem?
Byłbyś całkiem sexy...
— Ja? Nie miałem wyjścia w tamtych czasach i poniekąd na ten dziennik byłem skazany. W moich czasach była tylko jedna specjalizacja, więc nie miałem wyboru. Według papieru jestem więc belfrem, ale się nim nie czuję. Nie czułem się nawet, gdy miałem praktyki w szkole. Ciężko mi szło — żeby nie powiedzieć, że opornie. Wiem, że to trudny zawód i kiepsko opłacany. Chylę więc czoła przed wszystkimi ludźmi, którzy szerzą wiedzę. Nie podlizuję się tu żadnemu ciału pedagogicznemu. Mówię to przez swój pryzmat — ja takim ciałem nie mógłbym być.
Fakt, muzyka to lepsza kasa.
— Długo z muzyki pieniędzy nie było. Kasa pojawiła się dopiero po ośmiu latach grania. Zaczęła się wolna Polska i zaczął się rozwijać normalny rynek muzyczny. Wcześniej zarabialiśmy grosze i starczało nam tylko na obiad. Myślałem — grać, czy robić coś innego? Wybór mój był na tamte czasy samobójczy, ale pełen pasji. To nic, że nie miałem co do garnka włożyć. To nic, że wbijałem zęby w ścianę. Chciałem grać i byłem uparty. Dzisiaj jest większe parcie na szkło i można zrobić karierę na głupich programach. Pokażesz się w reality show i już zgarniasz kasę. Już jesteś gwiazdą.
Ale ile wartą?
— No właśnie. Nie musisz malować świetnych obrazów, nie musisz robić genialnych zdjęć, bo to i tak nie jest ważne. Czy ludzie będą patrzeć ci na pędzel? Wystarczy, że pogadasz do telewizora i już kariera się kręci. Bohaterem przez pięć minut potrafi być każdy. Ale tak jest na całym świecie — mamy wolność i każdy ma prawo się pokazywać. A media są głupie i żerują na ludzkiej głupocie. Ale z drugiej strony ludzie ciężko pracują i chcą w domu oderwać się od ciężkiej roboty. Gadający telewizor świetnie im robi. Nie każdy przecież lubi Ingmara Bergmana jak ja. Rozumiem to, że trzeba się wyłączyć z życia. Ja nie biorę jednak udziału w takiej grze. Mam to szczęście, że zaczynałem wcześniej i tamtejsze czasy nauczyły mnie dystansu do bycia gwiazdą. Bo jak być gwiazdą, gdy w garnku tylko wiatr wieje? Jak być gwiazdą w czasach, gdy ludzie giną w demonstracjach, bo ZOMO ich pałuje? Jak być gwiazdą, jeśli mieszkasz w bloku albo w akademiku? Dzisiaj jestem zamożnym człowiekiem, ale to stało się samo. Nie musiałem się napinać.
I zostałeś idolem, a właściwie antyidolem. Masz wadę wymowy...
— To akurat niedopatrzenie moich rodziców, którzy jeszcze żyją i są — odpukać — w dobrej formie. W latach siedemdziesiątych nie było aparatów stałych, które teraz wszyscy tak dumnie noszą. Były prymitywne, które wciskało się w buzię, a one i tak wypadały. Może gdybym się starał, trzymałyby się na szczęce, ale ja je wypluwałem w nocy. A że mama jest osobą łagodną, więc nie pilnowała mnie za bardzo. A nawet jeśli przyuważyła, że śpię z aparatem przy boku, przymykała oko. I mówię dziś tak, jak mówię. Wszyscy jednak twierdzą, że to jest mój znak firmowy. Że jestem rozpoznawalny.
I mają rację, jesteś taki muńkowaty...
— Muńkowaty? (śmiech) No tak, jestem taki muńkowaty. Nie da się ukryć.
I nie da się ukryć, że po latach wystąpisz w Olsztynie.
— Oj, rzeczywiście po latach. Kiedyś bardzo często tu bywałem, bo miałem wielu kumpli. Znam więc świetnie okoliczne jeziora — Dadaj, Krzywe, Długie...
Pływałeś?
— Nie jestem rybakiem, wędkarzem, kajakarzem. Uprawiałem zwykłe kąpiele, czyli wchodzenie do wody i zanurzanie się. Częściej chyba jednak spożywałem alkohol na plaży albo na pobliskiej działce. Robiliśmy dzikie imprezy, paliliśmy ogniska i śmialiśmy się do łez. Ktoś nawet łowił fajne świeże rybki, więc piekliśmy sobie okonki i karaski na ogniu. Sympatycznie było. Olsztyn jest w ogóle cichym i spokojnym miejscem. Niby żyje miastowym rytmem, ale równocześnie jest blisko natury. Dlatego cieszę się, że zagram w Olsztynie. Ostatnio omijaliśmy stolicę Warmii i Mazur, bo brakuje tu klubów do grania. Kiedyś był Come In, a teraz jest pustynia. Na szczęście jest jeszcze Kortowiada...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 maja 2010
wtorek, 16 czerwca 2009
Kabaret Moralnego Niepokoju: W kapciach nie żartuję
— Górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Zawód kabareciarza nie jest łatwy. Zwłaszcza jak pracuje się w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą — przyznaje Przemek Borkowski z Kabaretu Moralnego Niepokoju. — Ale gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem.

Nie mogłam się dodzwonić... ani do Kasi Pakosińskiej, ani do Przemka Borkowskiego.
Ja: Dzwonię, dzwonię, a Kabaret Moralnego Niepokoju nie odbiera!
Goga: Bo oni myślą, że to śmieszne jest!
No i wraca swój do swego. Chłopak z Dywit wystąpi w Olsztynie. A do Dywit wstąpi?
— Jasne, że tak! Wstąpi! Nie mogę takiej okazji przegapić.
A często trafia ci się taka okazja?
— Ostatnio coraz rzadziej, bo od jakiegoś czasu rodzice do mnie przyjeżdżają. Pochwalę się, bo niedawno urodził mi się synek Kacper. Ma już sześć miesięcy i jest świetny. Synek jest jeszcze za młody, by go po Polsce wozić. Jest po prostu małomobilny.
Bo teraz mieszkasz w Warszawie...
— Tak, ale cały czas jestem zameldowany w Dywitach!
Czyli w stolicy waletujesz!?
— Można tak powiedzieć. Waletuję od piętnastu lat, ale jestem mieszkańcem Warmii. Ale przyznam, że najbardziej brakuje mi widoku z okna. Okno domu rodzinnego wychodzi na las, a teraz widzę — jak w każdym dużym mieście — inny dom. Ot, uroki życia w blokowisku. Dlatego widok z okna to moja największa tęsknota. Marzy mi się, by w Warszawie widzieć zieloną przestrzeń — z jeziorem i lasem na horyzoncie. W ogóle jezior mi w Warszawie brakuje. Niby mamy Wisłę, ale by dotrzeć na jej brzegi, trzeba się trochę natrudzić. Muszę przebić się przez Wisłostradę, nastać się w korkach. To nie to samo, że wychodzi się z domu i już się jest na łonie natury. I dlatego — jak tylko cieplej się zrobi — wezmę pod pachę Kacperka i przyjedziemy w rodzinne strony. Niech chłopak trochę pozwiedza.
Skończyłeś polonistykę. Mówią, że to fabryka bezrobotnych... Podzielasz to zdanie?
— Moje doświadczenie mówi, że jest zupełnie inaczej. Filologia polska produkuje prędzej utalentowanych ludzi! Przykład? Poloniści przecież wykonują przeróżne zawody — nie są tylko nauczycielami. Moi znajomi ze studiów są dziennikarzami, pracują w agencjach reklamowych, a jeden jest nawet tłumaczem w Brukseli i pracuje dla Unii Europejskiej. To dowód na to, że poloniści są ludźmi wszechstronnymi i nie interesują się tylko językiem ojczystym. Dla niech nie tylko książki i gramatyka. Według mnie polonistyka to przedłużenie liceum ogólnokształcącego. Daje bardzo dobrą ogólną wiedzę ze wszystkiego.
Ale na polonistyce nie ma chemii i fizyki!
— Bo to przedłużenie profilu humanistycznego. Nie zmienia to faktu, że studia te dają sporą wiedzę o świecie i możliwości rozwijania własnych zainteresowań. Charakteryzują się bogactwem czasu wolnego. Przyszli prawnicy czy lekarze zakuwają ostro, a poloniści albo czytają, albo robią wszystko, co chcą.
A ty — wybierając kierunek — chciałeś zostać poetą, czy belfrem?
— Ależ oczywiście, że poetą. I z tego zrodził się właśnie kabaret! Trzech z nas — ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak — byliśmy poetami i mieliśmy marzenie, by zaistnieć. Tworzyliśmy wtedy gazetę literacką, a nawet wydaliśmy tomik wierszy „Zeszyt w trzy linie”. Ale niestety cieszyliśmy się umiarkowanym zainteresowaniem. Naszą gazetę czytało niewiele osób. Publikowaliśmy wiersze swoje i kilku osób, które się nawinęły.
Czyli pisaliście sobie, a muzom?
— Właściwie tak. Ale wcale nas to nie zadowalało. Pomyśleliśmy: skoro nie chcą nas czytać, więc może będą nas słuchać. I tym sposobem zrobiliśmy pierwszy koncert — złożyliśmy go z naszych satyrycznych wierszy i piosenek. Ludzie to łyknęli, a kabaretowy potwór nas połknął i trzyma w swoim brzuchu do dzisiaj.
Od samego początku występowaliście jako Kabaret Moralnego Niepokoju?
— Nie. Pierwsze dwa programy graliśmy bezimiennie. Potem trzeba było wymyślić nazwę i pojawiła się ta ówczesna. Wymyśliłem ją akurat ja, więc jestem ojcem nazwy! Ale za Chiny nie pamiętam, skąd mi się ona w głowie wzięła. Nie pamiętam.
Kabareciarz powinien ciągle śmieszyć — na scenie, w autobusie, w przychodni. Dajesz radę?
— Nie zamieniłbym się na żaden inny zawód. Myślisz, że górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Żadna praca nie jest łatwa. Zwłaszcza jak wykonuje się ją w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą. Na szczęście kabareciarz też ma wolne od bycia śmiesznym i wtedy ładuje baterie. Gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem. Mam wolne od żartowania. Jestem jak górnik, który po powrocie do domu siada w fotelu, a nie schodzi do piwnicy, by wydobywać węgiel. Z rodziną odpoczywam, ale gdy już jestem w towarzystwie kabaretu, jest cały czas śmiesznie. My się po prostu sami nakręcamy i można przy nas boki zrywać. Tzn. my zrywamy boki, ale czy inni wiedzą, o co nam chodzi? Jak jemy obiad w jakiejś restauracji, żartujemy sobie i śmiejemy sobie w głos, a ludzie na nas patrzą z rogu i nie wiedzą, co zrobić.
Czyli to jest zawód, który poleciłbyś swojemu synowi?
— Wiesz, chyba bym mu odradzał, by został kabareciarzem. Oczywiście nie będę wchodził mu w drogę, a nawet będę kibicował jemu planom i zamiarom. Jednak kabaret — mimo iż to przyjemna praca — obarcza człowieka wielkim ryzykiem. Bo co zrobić w sytuacji, gdy się nie uda? Gdy się nie osiągnie jakiejś pozycji, nie jest już do śmiechu. To zawód wysokiego ryzyka.
A co w chwili, gdy gracie już po raz setny jakiś skecz? Nie przejada wam się wasz humor?
— Nie tyle nam się przejada, ile się w nas wypala. To wypalanie trwa mniej więcej półtora roku, dlatego po tym czasie robimy nowy program. Ale do tego czasu idzie nam nieźle, bo nie odklepujemy tego samego. Inna publiczność, inna sytuacja — to wszystko wpływa na nasze występy.

Nie mogłam się dodzwonić... ani do Kasi Pakosińskiej, ani do Przemka Borkowskiego.
Ja: Dzwonię, dzwonię, a Kabaret Moralnego Niepokoju nie odbiera!
Goga: Bo oni myślą, że to śmieszne jest!
No i wraca swój do swego. Chłopak z Dywit wystąpi w Olsztynie. A do Dywit wstąpi?
— Jasne, że tak! Wstąpi! Nie mogę takiej okazji przegapić.
A często trafia ci się taka okazja?
— Ostatnio coraz rzadziej, bo od jakiegoś czasu rodzice do mnie przyjeżdżają. Pochwalę się, bo niedawno urodził mi się synek Kacper. Ma już sześć miesięcy i jest świetny. Synek jest jeszcze za młody, by go po Polsce wozić. Jest po prostu małomobilny.
Bo teraz mieszkasz w Warszawie...
— Tak, ale cały czas jestem zameldowany w Dywitach!
Czyli w stolicy waletujesz!?
— Można tak powiedzieć. Waletuję od piętnastu lat, ale jestem mieszkańcem Warmii. Ale przyznam, że najbardziej brakuje mi widoku z okna. Okno domu rodzinnego wychodzi na las, a teraz widzę — jak w każdym dużym mieście — inny dom. Ot, uroki życia w blokowisku. Dlatego widok z okna to moja największa tęsknota. Marzy mi się, by w Warszawie widzieć zieloną przestrzeń — z jeziorem i lasem na horyzoncie. W ogóle jezior mi w Warszawie brakuje. Niby mamy Wisłę, ale by dotrzeć na jej brzegi, trzeba się trochę natrudzić. Muszę przebić się przez Wisłostradę, nastać się w korkach. To nie to samo, że wychodzi się z domu i już się jest na łonie natury. I dlatego — jak tylko cieplej się zrobi — wezmę pod pachę Kacperka i przyjedziemy w rodzinne strony. Niech chłopak trochę pozwiedza.
Skończyłeś polonistykę. Mówią, że to fabryka bezrobotnych... Podzielasz to zdanie?
— Moje doświadczenie mówi, że jest zupełnie inaczej. Filologia polska produkuje prędzej utalentowanych ludzi! Przykład? Poloniści przecież wykonują przeróżne zawody — nie są tylko nauczycielami. Moi znajomi ze studiów są dziennikarzami, pracują w agencjach reklamowych, a jeden jest nawet tłumaczem w Brukseli i pracuje dla Unii Europejskiej. To dowód na to, że poloniści są ludźmi wszechstronnymi i nie interesują się tylko językiem ojczystym. Dla niech nie tylko książki i gramatyka. Według mnie polonistyka to przedłużenie liceum ogólnokształcącego. Daje bardzo dobrą ogólną wiedzę ze wszystkiego.
Ale na polonistyce nie ma chemii i fizyki!
— Bo to przedłużenie profilu humanistycznego. Nie zmienia to faktu, że studia te dają sporą wiedzę o świecie i możliwości rozwijania własnych zainteresowań. Charakteryzują się bogactwem czasu wolnego. Przyszli prawnicy czy lekarze zakuwają ostro, a poloniści albo czytają, albo robią wszystko, co chcą.
A ty — wybierając kierunek — chciałeś zostać poetą, czy belfrem?
— Ależ oczywiście, że poetą. I z tego zrodził się właśnie kabaret! Trzech z nas — ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak — byliśmy poetami i mieliśmy marzenie, by zaistnieć. Tworzyliśmy wtedy gazetę literacką, a nawet wydaliśmy tomik wierszy „Zeszyt w trzy linie”. Ale niestety cieszyliśmy się umiarkowanym zainteresowaniem. Naszą gazetę czytało niewiele osób. Publikowaliśmy wiersze swoje i kilku osób, które się nawinęły.
Czyli pisaliście sobie, a muzom?
— Właściwie tak. Ale wcale nas to nie zadowalało. Pomyśleliśmy: skoro nie chcą nas czytać, więc może będą nas słuchać. I tym sposobem zrobiliśmy pierwszy koncert — złożyliśmy go z naszych satyrycznych wierszy i piosenek. Ludzie to łyknęli, a kabaretowy potwór nas połknął i trzyma w swoim brzuchu do dzisiaj.
Od samego początku występowaliście jako Kabaret Moralnego Niepokoju?
— Nie. Pierwsze dwa programy graliśmy bezimiennie. Potem trzeba było wymyślić nazwę i pojawiła się ta ówczesna. Wymyśliłem ją akurat ja, więc jestem ojcem nazwy! Ale za Chiny nie pamiętam, skąd mi się ona w głowie wzięła. Nie pamiętam.
Kabareciarz powinien ciągle śmieszyć — na scenie, w autobusie, w przychodni. Dajesz radę?
— Nie zamieniłbym się na żaden inny zawód. Myślisz, że górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Żadna praca nie jest łatwa. Zwłaszcza jak wykonuje się ją w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą. Na szczęście kabareciarz też ma wolne od bycia śmiesznym i wtedy ładuje baterie. Gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem. Mam wolne od żartowania. Jestem jak górnik, który po powrocie do domu siada w fotelu, a nie schodzi do piwnicy, by wydobywać węgiel. Z rodziną odpoczywam, ale gdy już jestem w towarzystwie kabaretu, jest cały czas śmiesznie. My się po prostu sami nakręcamy i można przy nas boki zrywać. Tzn. my zrywamy boki, ale czy inni wiedzą, o co nam chodzi? Jak jemy obiad w jakiejś restauracji, żartujemy sobie i śmiejemy sobie w głos, a ludzie na nas patrzą z rogu i nie wiedzą, co zrobić.
Czyli to jest zawód, który poleciłbyś swojemu synowi?
— Wiesz, chyba bym mu odradzał, by został kabareciarzem. Oczywiście nie będę wchodził mu w drogę, a nawet będę kibicował jemu planom i zamiarom. Jednak kabaret — mimo iż to przyjemna praca — obarcza człowieka wielkim ryzykiem. Bo co zrobić w sytuacji, gdy się nie uda? Gdy się nie osiągnie jakiejś pozycji, nie jest już do śmiechu. To zawód wysokiego ryzyka.
A co w chwili, gdy gracie już po raz setny jakiś skecz? Nie przejada wam się wasz humor?
— Nie tyle nam się przejada, ile się w nas wypala. To wypalanie trwa mniej więcej półtora roku, dlatego po tym czasie robimy nowy program. Ale do tego czasu idzie nam nieźle, bo nie odklepujemy tego samego. Inna publiczność, inna sytuacja — to wszystko wpływa na nasze występy.
czwartek, 21 maja 2009
Holocaust — Polakowi palec w oko
Holokaust to nie tylko niemiecka zbrodnia — pisze „Der Spiegel” i wini również Polaków. Prawda, czy nadużycie?

Egzamin z historii zdałam dzięki Hitlerowi. Był 1999 rok, pierwsza sesja na studiach. Wylosowałam pytanie z holocaustu. A że zagładą interesowałam się już od podstawówki — za sprawą wiersza „Warkoczyk” Różewicza — odetchnęłam. Na krótko, bo stoczyłam bitwę. Gdy wyliczałam, ile złego narobili Niemcy, profesor zmarszczył brew i zapalił papierosa. Przybrał pozę walecznego byka. Każdy mój argument zbywał swoim. Miał rację? Zna historię o milion razy lepiej niż ja, ale to i tak nie pozwoliło skulić mi uszu.
— Ale panie profesorze, przecież to Niemcy wymordowali Żydów!
— A Polacy niby tacy święci?
Dostałam tróję i zamknęłam indeks. Nie przyjęłam jednak do wiadomości, że Polacy też świnie. Przecież ratowali Żydów! To Niemcy i tylko Niemcy zgotowali światu taki los. Tak mówili podręczniki, nauczyciele, naoczni świadkowie. Może inni milczeli?
Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero Jan T. Gross książką „Strach”. Twierdzi w niej, że Polacy święci jednak nie byli. Podważył tym naszą heroiczną polskość. Wszyscy stanęliśmy okoniem — że piszący historyk przeinacza historię. Teraz śladem Grossa idzie „Der Spiegel”.
Bez Niemców nie doszłoby do holokaustu. To oczywiste. A inni pomagali z własnej woli, czy motywował ich strach, a może manipulacja?
O utracie moralnego kompasu na wielką skalę opowiadał mi prof. Jan T. Gross, autor kontrowersyjnego „Strachu”:
Nigdy nie rozmawiałam z wampirem... Jak pan podchodzi do takich określeń na swój temat?
— Powiem, że z humorem, aczkolwiek jest mi przykro, że człowiek na stanowisku, przedstawiciel bardzo poważnej instytucji używa takich słów. W rozmowie osobistej, jak ludzie się przezywają, to wszystko jest w porządku. A jak piastuje się urząd, to jednak kultura zobowiązuje. Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej, bo przecież o nim mowa, jest lekkomyślny. Tak właśnie bym go określił. A dlaczego tak powiedział? IPN prowadzi politykę historyczną i przygotowywał się niemerytorycznie na długo przed ukazaniem „Strachu”. Był gotowy dać książce opór, wydając równocześnie książkę Marka Jana Chodakiewicza i promując go jako alternatywę. To było przemyślane ze strony IPN-u, ale... Ta instytucja jest przecież siedliskiem tego, co ja nazywam w książce „katoendecją”! To specyficzne myślenie narodowo-katolickie wbrew wszystkiemu. Również wbrew rzeczywistości.
Jednak nie wszystko jest czarne. A pan poprzez „Strach” chce zmyć mit, że Polacy byli albo ofiarami, albo bohaterami. Mówi pan, że byli katami...
— Ja po prostu opisuję prawdę. Bo taka była historia w czasie wojny! To jest bardzo trudna wiedza i również trudno jest ją sobie uwewnętrznić.
W takim razie dlaczego do tej pory żyliśmy w świadomości bohaterstwa? Dlaczego wybielaliśmy tę czerń?
— Taka jest tendencja każdego z nas osobna i wszystkich grup społecznych. Ma się tendencję do myślenia o sobie w samym w samych superlatywach. Co złego to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu na wielką skalę. Ale fakt faktem, taka historia miała miejsce w czasie wojny i polskie społeczeństwo nie ma o niej wiedzy. Ale Polacy nie są jedyni w tej kwestii i nie tylko nam brakuje zdolności skonfrontowania prawdy na temat okupacji z własnymi wyobrażeniami. Wszystkie społeczeństwa, jakie znalazły się pod okupacją niemiecką, w jakiś sposób okazały się podatne na antysemityzm. Taki sposób myślenia był bardzo rozpowszechniony w połowie XX wieku. To, co wymyślił Hitler — mordowanie Żydów — oczywiście było unikalne. Ale na początku też nikt nie wiedział, w jaki sposób okupacja przebiegnie w Europie. Dlatego wiele osób nawiązało współpracę z Niemcami. I stało się to, co się stało. Po wojnie w Polsce w ogóle się o tym nie mówiło. Inaczej wyglądała świadomość zbiorowa w takich krajach jak Francja, Holandia. Tam wszystko było prostsze — była możliwość dyskusji. Kraje te nie były pod rządami komunistycznymi, jednak i tak temat antysemityzmu nie należał do najlżejszych. Nawet tam musiało minąć trzydzieści lat zanim zaczęło się o mówić w sposób naprawdę wolny i nieskrępowany. Dopiero po tych latach zaczęto myśleć w sposób prawdziwy i zdający sprawozdanie z tego, co się naprawdę działo.
A u nas — nie uważa pan, że to za wcześnie tak rzucać historią w twarz?
— Mówić prawdę nigdy nie jest za wcześnie.
Ale książka najpierw ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie w Polsce, skoro tyczy się Polaków?
— To totalny przypadek. Ja po prostu pisałem „Strach” po angielsku i miałem podpisaną umowę z wydawcą. Oczywiście, w trakcie pisania, zastanawiałem się, czy nie należałoby wydać książki najpierw po polsku. Ale nie było żadnego powodu. Przedstawiam fakty znane. Moim zadaniem było tylko ich wydobycie na wierzch i pokazanie nieznanej historii. Ale nieznanej ogólnie, bo poszczególne fakty były opisane, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by je zebrać do kupy. To już jest coś innego. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że historycy nie dopełnili obowiązku i tym bardziej jestem przekonany, że trzeba przedstawić tę kwestię społeczeństwu. O wielu rzeczach, które teraz znajdują się w „Strachu” pisałem już o wiele wcześniej. Dziesięć lat temu wydałem małą książeczkę „Upiorna dekada” i tam poruszam szalenie dużo tych samych wątków. Trzy ostatnie strony w „Strachu” to są te same strony, które kończą „Upiorną dekadę”. Przekaz obydwu tytułów jest bardzo podobny, ale wcześniej nikt nie podjął się komentarza czy debaty. Więc — a propos tego, że „Strach” nie ukazał się najpierw w Polsce — nie miałem żadnego poczucia obowiązku, że to właśnie w Polsce musi odbyć się premiera.
A co Amerykanie mówią na temat „Strachu” i polskiego antysemityzmu?
— Nic nie mówią! W Ameryce nie jest to dominujący ważny temat. W ogóle się nie interesują. To w pewien sposób bardzo prowincjonalne państwo, a jednocześnie olbrzymie. Amerykanie mają swoje problemy i najchętniej o nich rozmawiają. Książka oczywiście miała bardzo dobre recenzje, przez kilka dni była jakoś komentowana, ale nic ponadto. Przyszły następne książki i tyle było ze „Strachu”.
A w Polsce nieustająca debata trwa...
— Nie spodziewałem się, że reakcja będzie aż taka.
Nawet prokuratura czytała pana książkę. Nie obawiał się pan procesu? Bo i o takim pomyśle się słyszało — jako że znieważył pan polski naród...
— Nie sądzę, by doszło do procesu. A jeśli już tak się stanie, będzie to bardzo kompromitujące dla Polski.
Kardynał Dziwisz stwierdził, że „książka budzi demony antypolskości i antysemityzmu”. Według pana antysemityzm jest w Polsce nadal „aktywny”?
— Są badania na ten temat i wychodzi, że tak. Ujawnia się on nie tylko poprzez napisy na murach, ale przede wszystkim w mediach. Taki „Nasz Dziennik” na przykład co i rusz coś zapodaje. To, co się odbywa wokół Rydzyka jest naznaczone bardzo wyraźnie i nie jest to zjawisko marginalne. Towarzystwo Rydzyka przez ostatnie dwa lata wyszło na główne salony Rzeczpospolitej.
A skąd się wzięła nienawiść Polaków do Żydów? Czy wojna dała przyzwolenie na antysemityzm bez hamulców?
— Tak myślę, wtedy do głosu doszła eskalacja. Antysemityzm i antyjudaizm nie był zjawiskiem nowym, ale nie był też rozpowszechniony. Jednak trzeba powiedzieć, że to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla Polaków. Wszędzie tam, gdzie jest chrześcijaństwo, jest również antysemityzm w różnej postaci. Ale dopiero hitleryzm umożliwił antysemityzm na tak przerażającą skalę. Uruchomił zachowania i działania, których ludzie normalnie by nie podejmowali. Wcześniej przecież antysemityzm polski nie był antysemityzmem eksterminacyjnym! A podczas wojny poszło to najgorszym kanałem, a do tego ludzie korzystali na tym materialnie. Nie tylko polskie społeczeństwo, ale i niemieckie ciągnęło, ile mogło. To przecież było przemyślane przejęcie własności Żydów.
Nie tylko wyrywanie złotych zębów, ale i zagarnianie całych majątków...
— Oczywiście, że tak. Takie było zjawisko społeczne! Bo jeżeli trzy i pół miliona Żydów znika, to na ich miejsce ktoś się wprowadza. Ktoś na tym korzysta. A Żydzi przecież nie byli biedni, a korzyści nie oddaje się tak łatwo.
Ale gdzie moralność?
— Wielu ludzi ją miało. Oczywiście nie rozumiem zachowania tych, którzy czynili tak, jak nie powinni. Ale jak obserwuję to, co dzieje się na świecie, okazuje się, że człowieka bardzo łatwo jest zachęcić do tego, by robił krzywdę. Przykładem jest wojna domowa w Jugosławii, sytuacja w Ruandzie, w Kenii. Kenia było jednym z lepiej rozwijających się afrykańskich państw i nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Jak mówił Marek Edelman — w człowieku tkwi zło...
Do napisania „Strachu” tknęło pana jedno zdanie — że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza dziecka może okryć kogoś wstydem i hańbą. Nie mógł pan tego zrozumieć. Czy książka w czymś pomogła?
— Oczywiście ciągle nie przyjmuję do wiadomości, że można się tak zachowywać i przykładać rękę do zbrodni. Książka rzeczywiście wyjaśniła mi wiele rzeczy. Uprzedzenia antyżydowskie otworzyły bramkę, przez którą można było wejść w to zachowanie. Ludzie po wojnie mieli niewyartykułowane i głęboko osadzone w duszy poczucie wstydu. Za wojenny antysemityzm i gwałtowność w stosunku do Żydów. Polacy korzystali na śmierci Żydów i wstyd się im było do tego przyznać. W ten sposób wypierali ze świadomości to, co się działo. A ci ludzie którzy pomagali Żydom? Dla nich było to straszne! To był palec w oko! Czuli na plecach strach, bo co będzie, gdy się wyda? Wiele osób ukrywało i pomagało Żydom, biorąc od nich pieniądze w czasie wojny. Brali, by i tak ich potem zamordować. Jeśli już ukrywało się Żyda, trzeba było na tym zarobić. Takie było myślenie wielu. A Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata, czyli ci, którzy nie brali pieniędzy za pomoc, byli w jeszcze gorszej sytuacji. Bo co by było, gdyby napadła ich banda? Gdyby musieli wydać to, co rzekomo dostali od swoich podopiecznych? To nie były łatwe czasy.

Egzamin z historii zdałam dzięki Hitlerowi. Był 1999 rok, pierwsza sesja na studiach. Wylosowałam pytanie z holocaustu. A że zagładą interesowałam się już od podstawówki — za sprawą wiersza „Warkoczyk” Różewicza — odetchnęłam. Na krótko, bo stoczyłam bitwę. Gdy wyliczałam, ile złego narobili Niemcy, profesor zmarszczył brew i zapalił papierosa. Przybrał pozę walecznego byka. Każdy mój argument zbywał swoim. Miał rację? Zna historię o milion razy lepiej niż ja, ale to i tak nie pozwoliło skulić mi uszu.
— Ale panie profesorze, przecież to Niemcy wymordowali Żydów!
— A Polacy niby tacy święci?
Dostałam tróję i zamknęłam indeks. Nie przyjęłam jednak do wiadomości, że Polacy też świnie. Przecież ratowali Żydów! To Niemcy i tylko Niemcy zgotowali światu taki los. Tak mówili podręczniki, nauczyciele, naoczni świadkowie. Może inni milczeli?
Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero Jan T. Gross książką „Strach”. Twierdzi w niej, że Polacy święci jednak nie byli. Podważył tym naszą heroiczną polskość. Wszyscy stanęliśmy okoniem — że piszący historyk przeinacza historię. Teraz śladem Grossa idzie „Der Spiegel”.
Bez Niemców nie doszłoby do holokaustu. To oczywiste. A inni pomagali z własnej woli, czy motywował ich strach, a może manipulacja?
O utracie moralnego kompasu na wielką skalę opowiadał mi prof. Jan T. Gross, autor kontrowersyjnego „Strachu”:
Nigdy nie rozmawiałam z wampirem... Jak pan podchodzi do takich określeń na swój temat?
— Powiem, że z humorem, aczkolwiek jest mi przykro, że człowiek na stanowisku, przedstawiciel bardzo poważnej instytucji używa takich słów. W rozmowie osobistej, jak ludzie się przezywają, to wszystko jest w porządku. A jak piastuje się urząd, to jednak kultura zobowiązuje. Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej, bo przecież o nim mowa, jest lekkomyślny. Tak właśnie bym go określił. A dlaczego tak powiedział? IPN prowadzi politykę historyczną i przygotowywał się niemerytorycznie na długo przed ukazaniem „Strachu”. Był gotowy dać książce opór, wydając równocześnie książkę Marka Jana Chodakiewicza i promując go jako alternatywę. To było przemyślane ze strony IPN-u, ale... Ta instytucja jest przecież siedliskiem tego, co ja nazywam w książce „katoendecją”! To specyficzne myślenie narodowo-katolickie wbrew wszystkiemu. Również wbrew rzeczywistości.
Jednak nie wszystko jest czarne. A pan poprzez „Strach” chce zmyć mit, że Polacy byli albo ofiarami, albo bohaterami. Mówi pan, że byli katami...
— Ja po prostu opisuję prawdę. Bo taka była historia w czasie wojny! To jest bardzo trudna wiedza i również trudno jest ją sobie uwewnętrznić.
W takim razie dlaczego do tej pory żyliśmy w świadomości bohaterstwa? Dlaczego wybielaliśmy tę czerń?
— Taka jest tendencja każdego z nas osobna i wszystkich grup społecznych. Ma się tendencję do myślenia o sobie w samym w samych superlatywach. Co złego to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu na wielką skalę. Ale fakt faktem, taka historia miała miejsce w czasie wojny i polskie społeczeństwo nie ma o niej wiedzy. Ale Polacy nie są jedyni w tej kwestii i nie tylko nam brakuje zdolności skonfrontowania prawdy na temat okupacji z własnymi wyobrażeniami. Wszystkie społeczeństwa, jakie znalazły się pod okupacją niemiecką, w jakiś sposób okazały się podatne na antysemityzm. Taki sposób myślenia był bardzo rozpowszechniony w połowie XX wieku. To, co wymyślił Hitler — mordowanie Żydów — oczywiście było unikalne. Ale na początku też nikt nie wiedział, w jaki sposób okupacja przebiegnie w Europie. Dlatego wiele osób nawiązało współpracę z Niemcami. I stało się to, co się stało. Po wojnie w Polsce w ogóle się o tym nie mówiło. Inaczej wyglądała świadomość zbiorowa w takich krajach jak Francja, Holandia. Tam wszystko było prostsze — była możliwość dyskusji. Kraje te nie były pod rządami komunistycznymi, jednak i tak temat antysemityzmu nie należał do najlżejszych. Nawet tam musiało minąć trzydzieści lat zanim zaczęło się o mówić w sposób naprawdę wolny i nieskrępowany. Dopiero po tych latach zaczęto myśleć w sposób prawdziwy i zdający sprawozdanie z tego, co się naprawdę działo.
A u nas — nie uważa pan, że to za wcześnie tak rzucać historią w twarz?
— Mówić prawdę nigdy nie jest za wcześnie.
Ale książka najpierw ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie w Polsce, skoro tyczy się Polaków?
— To totalny przypadek. Ja po prostu pisałem „Strach” po angielsku i miałem podpisaną umowę z wydawcą. Oczywiście, w trakcie pisania, zastanawiałem się, czy nie należałoby wydać książki najpierw po polsku. Ale nie było żadnego powodu. Przedstawiam fakty znane. Moim zadaniem było tylko ich wydobycie na wierzch i pokazanie nieznanej historii. Ale nieznanej ogólnie, bo poszczególne fakty były opisane, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by je zebrać do kupy. To już jest coś innego. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że historycy nie dopełnili obowiązku i tym bardziej jestem przekonany, że trzeba przedstawić tę kwestię społeczeństwu. O wielu rzeczach, które teraz znajdują się w „Strachu” pisałem już o wiele wcześniej. Dziesięć lat temu wydałem małą książeczkę „Upiorna dekada” i tam poruszam szalenie dużo tych samych wątków. Trzy ostatnie strony w „Strachu” to są te same strony, które kończą „Upiorną dekadę”. Przekaz obydwu tytułów jest bardzo podobny, ale wcześniej nikt nie podjął się komentarza czy debaty. Więc — a propos tego, że „Strach” nie ukazał się najpierw w Polsce — nie miałem żadnego poczucia obowiązku, że to właśnie w Polsce musi odbyć się premiera.
A co Amerykanie mówią na temat „Strachu” i polskiego antysemityzmu?
— Nic nie mówią! W Ameryce nie jest to dominujący ważny temat. W ogóle się nie interesują. To w pewien sposób bardzo prowincjonalne państwo, a jednocześnie olbrzymie. Amerykanie mają swoje problemy i najchętniej o nich rozmawiają. Książka oczywiście miała bardzo dobre recenzje, przez kilka dni była jakoś komentowana, ale nic ponadto. Przyszły następne książki i tyle było ze „Strachu”.
A w Polsce nieustająca debata trwa...
— Nie spodziewałem się, że reakcja będzie aż taka.
Nawet prokuratura czytała pana książkę. Nie obawiał się pan procesu? Bo i o takim pomyśle się słyszało — jako że znieważył pan polski naród...
— Nie sądzę, by doszło do procesu. A jeśli już tak się stanie, będzie to bardzo kompromitujące dla Polski.
Kardynał Dziwisz stwierdził, że „książka budzi demony antypolskości i antysemityzmu”. Według pana antysemityzm jest w Polsce nadal „aktywny”?
— Są badania na ten temat i wychodzi, że tak. Ujawnia się on nie tylko poprzez napisy na murach, ale przede wszystkim w mediach. Taki „Nasz Dziennik” na przykład co i rusz coś zapodaje. To, co się odbywa wokół Rydzyka jest naznaczone bardzo wyraźnie i nie jest to zjawisko marginalne. Towarzystwo Rydzyka przez ostatnie dwa lata wyszło na główne salony Rzeczpospolitej.
A skąd się wzięła nienawiść Polaków do Żydów? Czy wojna dała przyzwolenie na antysemityzm bez hamulców?— Tak myślę, wtedy do głosu doszła eskalacja. Antysemityzm i antyjudaizm nie był zjawiskiem nowym, ale nie był też rozpowszechniony. Jednak trzeba powiedzieć, że to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla Polaków. Wszędzie tam, gdzie jest chrześcijaństwo, jest również antysemityzm w różnej postaci. Ale dopiero hitleryzm umożliwił antysemityzm na tak przerażającą skalę. Uruchomił zachowania i działania, których ludzie normalnie by nie podejmowali. Wcześniej przecież antysemityzm polski nie był antysemityzmem eksterminacyjnym! A podczas wojny poszło to najgorszym kanałem, a do tego ludzie korzystali na tym materialnie. Nie tylko polskie społeczeństwo, ale i niemieckie ciągnęło, ile mogło. To przecież było przemyślane przejęcie własności Żydów.
Nie tylko wyrywanie złotych zębów, ale i zagarnianie całych majątków...
— Oczywiście, że tak. Takie było zjawisko społeczne! Bo jeżeli trzy i pół miliona Żydów znika, to na ich miejsce ktoś się wprowadza. Ktoś na tym korzysta. A Żydzi przecież nie byli biedni, a korzyści nie oddaje się tak łatwo.
Ale gdzie moralność?
— Wielu ludzi ją miało. Oczywiście nie rozumiem zachowania tych, którzy czynili tak, jak nie powinni. Ale jak obserwuję to, co dzieje się na świecie, okazuje się, że człowieka bardzo łatwo jest zachęcić do tego, by robił krzywdę. Przykładem jest wojna domowa w Jugosławii, sytuacja w Ruandzie, w Kenii. Kenia było jednym z lepiej rozwijających się afrykańskich państw i nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Jak mówił Marek Edelman — w człowieku tkwi zło...
Do napisania „Strachu” tknęło pana jedno zdanie — że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza dziecka może okryć kogoś wstydem i hańbą. Nie mógł pan tego zrozumieć. Czy książka w czymś pomogła?
— Oczywiście ciągle nie przyjmuję do wiadomości, że można się tak zachowywać i przykładać rękę do zbrodni. Książka rzeczywiście wyjaśniła mi wiele rzeczy. Uprzedzenia antyżydowskie otworzyły bramkę, przez którą można było wejść w to zachowanie. Ludzie po wojnie mieli niewyartykułowane i głęboko osadzone w duszy poczucie wstydu. Za wojenny antysemityzm i gwałtowność w stosunku do Żydów. Polacy korzystali na śmierci Żydów i wstyd się im było do tego przyznać. W ten sposób wypierali ze świadomości to, co się działo. A ci ludzie którzy pomagali Żydom? Dla nich było to straszne! To był palec w oko! Czuli na plecach strach, bo co będzie, gdy się wyda? Wiele osób ukrywało i pomagało Żydom, biorąc od nich pieniądze w czasie wojny. Brali, by i tak ich potem zamordować. Jeśli już ukrywało się Żyda, trzeba było na tym zarobić. Takie było myślenie wielu. A Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata, czyli ci, którzy nie brali pieniędzy za pomoc, byli w jeszcze gorszej sytuacji. Bo co by było, gdyby napadła ich banda? Gdyby musieli wydać to, co rzekomo dostali od swoich podopiecznych? To nie były łatwe czasy.
sobota, 16 maja 2009
Jak się zaczyna przygoda z dziennikarstwem?
Czy jest sens studiować dziennikarstwo? Dziś to bardzo modny kierunek, ale z biegiem czasu studentom ręce opadają. Okazuje się, że studia nie są receptą na spełnienie marzeń, bo nie przygotowują do zawodu „Tomasz Lis”.
Pamiętam swoje pierwsze zajęcia na dziennikarstwie. Belfer zapytał: dlaczego zdecydowaliście się na ten kierunek?
— Bo chcę być gwiazdą mediów.
— Gwiazdą? – belfer złapał się za głowę.
— Tak jak Tomasz Lis.
— Ja chcę podróżować po świecie i pracować dla National Geographic.
— Ja mogę robić jakieś odjechanie talk-show. Jak Kuba Wojewódzki.
— A ja chcę pisać — padło na mnie. — Kończę filologię polską, a dziennikarstwo uważam za dodatkowy fakultet, a nie kierunek po maturze, kiedy wie się wiele, a tak naprawdę nic.
Zostałam wrogiem wszystkich dziennikarzy-maturzystów. Chcieli być Tomaszami Lisami, a w jednej chwili zostali ujednoliceni, zdeptani, opluci — i to przeze mnie. Przez polonistkę, absolwentkę studiów bez przyszłości. Przez starszą o pięć lat mądralę. Przecież dziennikarstwo to okno na świat. Przecież w tych czasach zawód dziennikarza to pępek świata! Wszystko wie, ma świetne wejścia — przede wszystkim na antenę. Tak o dziennikarstwie dyskutowali maturzyści. A ja myślałam wówczas — dziennikarstwo to nie zawód dla dzieci.
Studiowałam trzy lata na UWM. Maturzystów ubywało — nie dawali rady. Nie chcieli w przyszłości pisać o dziurawych asfaltach. Nie chcieli też poznawać historii gospodarczej świata ani kultury języka polskiego. Nuda. Potrzeba „Lisowania” była silna, a studia nie mogły im tego zapewnić. Podcinały wręcz skrzydła. Za mało im było warsztatów. Za mało publikacji. Za mało gwiazdorstwa. Za mało możliwości. Pięcie się w górę wyglądało jak wspinanie się na wierzchołek góry lodowej. Uczelnia nie dała odpowiedniego sprzętu (ani znajomości) i zamiast piąć się w górę, stało się w miejscu. Fakt, i ja czułam niedosyt. Dziennikarstwo to nie sama teoria. To praktyka. Ale studia to jednak świat zbudowany z książek. Dopiero po jakimś czasie można wystawić palec, by dotknąć rzeczywistości i zbadać — zgadza się z tym, co napisane w lekturach? Zgadza. Albo nie zgadza.
Dziennikarstwo to fantastyczne studia ogólnokształcące. Ciekawe, nowoczesne. Ba — bardzo medialne do tego. Ale nic po za tym. Studia te są dalekie od zawodowej rzeczywistości. Niestety nie dają nic poza wykształceniem wyższym. Potem zawodu trzeba uczyć się od początku.
„Gazeta studencka” — miesięcznik studentów UWM — poprosiła mnie o wywiad na temat dziennikarstwa. Zaczynałam w tym piśmie i jako jedna z niewielu osób z mojego roku pracuję w zawodzie. Młoda dziennikarka N. zadawała mi pytania tendencyjne. Padło też moje ulubione: jak się zaczęła pani przygoda z dziennikarstwem? Uśmiechnęłam się, bo nie jestem Indianą Jonesem, mimo iż praca dziennikarza jest pełna przygód.
Nie byłabym sobą, gdybym nie spytała młodziutkiej N. o powód wyboru kierunku studiów. Czy „Lisowanie” nadal przeważa? A może po kilku latach maturzyści z indeksami zmądrzeli?
Przeczytaj:
Czy studiować dziennikarstwo?
Po co studiować dziennikarstwo?
Prawda o studiach dziennikarskich
Pamiętam swoje pierwsze zajęcia na dziennikarstwie. Belfer zapytał: dlaczego zdecydowaliście się na ten kierunek? — Bo chcę być gwiazdą mediów.
— Gwiazdą? – belfer złapał się za głowę.
— Tak jak Tomasz Lis.
— Ja chcę podróżować po świecie i pracować dla National Geographic.
— Ja mogę robić jakieś odjechanie talk-show. Jak Kuba Wojewódzki.
— A ja chcę pisać — padło na mnie. — Kończę filologię polską, a dziennikarstwo uważam za dodatkowy fakultet, a nie kierunek po maturze, kiedy wie się wiele, a tak naprawdę nic.
Zostałam wrogiem wszystkich dziennikarzy-maturzystów. Chcieli być Tomaszami Lisami, a w jednej chwili zostali ujednoliceni, zdeptani, opluci — i to przeze mnie. Przez polonistkę, absolwentkę studiów bez przyszłości. Przez starszą o pięć lat mądralę. Przecież dziennikarstwo to okno na świat. Przecież w tych czasach zawód dziennikarza to pępek świata! Wszystko wie, ma świetne wejścia — przede wszystkim na antenę. Tak o dziennikarstwie dyskutowali maturzyści. A ja myślałam wówczas — dziennikarstwo to nie zawód dla dzieci.
Studiowałam trzy lata na UWM. Maturzystów ubywało — nie dawali rady. Nie chcieli w przyszłości pisać o dziurawych asfaltach. Nie chcieli też poznawać historii gospodarczej świata ani kultury języka polskiego. Nuda. Potrzeba „Lisowania” była silna, a studia nie mogły im tego zapewnić. Podcinały wręcz skrzydła. Za mało im było warsztatów. Za mało publikacji. Za mało gwiazdorstwa. Za mało możliwości. Pięcie się w górę wyglądało jak wspinanie się na wierzchołek góry lodowej. Uczelnia nie dała odpowiedniego sprzętu (ani znajomości) i zamiast piąć się w górę, stało się w miejscu. Fakt, i ja czułam niedosyt. Dziennikarstwo to nie sama teoria. To praktyka. Ale studia to jednak świat zbudowany z książek. Dopiero po jakimś czasie można wystawić palec, by dotknąć rzeczywistości i zbadać — zgadza się z tym, co napisane w lekturach? Zgadza. Albo nie zgadza.
Dziennikarstwo to fantastyczne studia ogólnokształcące. Ciekawe, nowoczesne. Ba — bardzo medialne do tego. Ale nic po za tym. Studia te są dalekie od zawodowej rzeczywistości. Niestety nie dają nic poza wykształceniem wyższym. Potem zawodu trzeba uczyć się od początku.
„Gazeta studencka” — miesięcznik studentów UWM — poprosiła mnie o wywiad na temat dziennikarstwa. Zaczynałam w tym piśmie i jako jedna z niewielu osób z mojego roku pracuję w zawodzie. Młoda dziennikarka N. zadawała mi pytania tendencyjne. Padło też moje ulubione: jak się zaczęła pani przygoda z dziennikarstwem? Uśmiechnęłam się, bo nie jestem Indianą Jonesem, mimo iż praca dziennikarza jest pełna przygód.
Nie byłabym sobą, gdybym nie spytała młodziutkiej N. o powód wyboru kierunku studiów. Czy „Lisowanie” nadal przeważa? A może po kilku latach maturzyści z indeksami zmądrzeli?
Co mnie zachęciło? Ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Jest wiele czynników. Zaczynając studia nie myślałam o dziennikarstwie jako sposobie na życie. Mój kierunek to również komunikacja społeczna i na tej specjalności chciałam się skupić. Jednak, odkąd zaczęłam współpracować z „Gazetą Studencką”, stwierdziłam, że warto spróbować pracy jako dziennikarz. Nie wiem jeszcze, z czym będę wiązać swoją przyszłość, ale myślę poważnie o dziennikarstwie. Najbardziej "pociąga" mnie dziennikarstwo telewizyjne lub też praca w piśmie kobiecym. Moje marzenie to "Twój Styl".
Przeczytaj:
Czy studiować dziennikarstwo?
Po co studiować dziennikarstwo?
Prawda o studiach dziennikarskich
środa, 11 marca 2009
Gdzie jest Nemo z Kortowa?
Zaginęła złota rybka z Olsztyna — pomnik, który spełniał studentom trzy życzenia. Żacy martwią się o rybę. — Bez niej pusto w Kortowie. Czy wróci?
— Gdzie jest ryba? — zastanawia się Marcin Kowalski, student UWM. — Zawsze stała w pobliżu Wydziału Ochrony Środowiska i Rybactwa, zdjęcia sobie nawet przy niej robiłem. Teraz rybki nie ma. Została szara naga jama! Szkoda, bo przed kolokwiami i egzaminami pocierało się rybkę. Na szczęście. A teraz szczęście nam gdzieś wraz z pomnikiem uciekło. Gdzie jest nasze Nemo?
— Pewnie jakiś pijak zaniósł rybę na złom, by mieć pieniądze na alkohol — denerwują się Beata Ponieważ i Marta Kowalska, studentki Ochrony Środowiska. — Rybka spełniała trzy życzenia i co teraz? Życzenia się nie spełnią? A chciałybyśmy zdać egzaminy, obronić prace inżynierskie i magisterskie. I najważniejsze — marzy nam się znaleźć miłość życia. Rybka w tych sprawach podobno wysłuchiwała studentów.
Rybka w Kortowie pojawiła się ponad ćwierć wieku. Pomysłodawcą pomnika był prof. Jan Szczerbowski z Zakładu Ichtiologii Instytutu Rybactwa Śródlądowego.
— Kiedyś studenci przywieźli mi stary mnich ze stawu z południa Polski — wspomina naukowiec. — Pomyślałem, że pusty mnich nie jest aż tak ciekawy, więc postanowiłem go wypełnić. I tym sposobem rybka stanęła na cokole w Kortowie. Przez ten czas działo się z nią wiele złego. Studenci niszczyli rybę, kilkakrotnie odrywali płetwę — pewnie na pamiątkę. Od trzech lat rybka stała uszkodzona, ale żacy w dalszym ciągu się nią zajmowali. Niektórzy pocierali ją na szczęście, inni wręcz się z nią siłowali. Rybka nie miała więc lekkiego życia.
Co stało się z pomnikiem teraz?
— Rybka została oddana do remontu — przyznaje Barbara Popowiecka z działu administracyjno-gospodarczego Instytutu Rybactwa Śródlądowego. — Boimy się o nią i nie chcemy, by coś się stało. Była w opłakanym stanie, bo pijani studenci nie mają żadnych oporów.
Rybka wróci na swoje miejsce za dwa tygodnie. Znów będzie można pocierać ją na szczęście. Oby nie za mocno.
— Gdzie jest ryba? — zastanawia się Marcin Kowalski, student UWM. — Zawsze stała w pobliżu Wydziału Ochrony Środowiska i Rybactwa, zdjęcia sobie nawet przy niej robiłem. Teraz rybki nie ma. Została szara naga jama! Szkoda, bo przed kolokwiami i egzaminami pocierało się rybkę. Na szczęście. A teraz szczęście nam gdzieś wraz z pomnikiem uciekło. Gdzie jest nasze Nemo? — Pewnie jakiś pijak zaniósł rybę na złom, by mieć pieniądze na alkohol — denerwują się Beata Ponieważ i Marta Kowalska, studentki Ochrony Środowiska. — Rybka spełniała trzy życzenia i co teraz? Życzenia się nie spełnią? A chciałybyśmy zdać egzaminy, obronić prace inżynierskie i magisterskie. I najważniejsze — marzy nam się znaleźć miłość życia. Rybka w tych sprawach podobno wysłuchiwała studentów.
Rybka w Kortowie pojawiła się ponad ćwierć wieku. Pomysłodawcą pomnika był prof. Jan Szczerbowski z Zakładu Ichtiologii Instytutu Rybactwa Śródlądowego.
— Kiedyś studenci przywieźli mi stary mnich ze stawu z południa Polski — wspomina naukowiec. — Pomyślałem, że pusty mnich nie jest aż tak ciekawy, więc postanowiłem go wypełnić. I tym sposobem rybka stanęła na cokole w Kortowie. Przez ten czas działo się z nią wiele złego. Studenci niszczyli rybę, kilkakrotnie odrywali płetwę — pewnie na pamiątkę. Od trzech lat rybka stała uszkodzona, ale żacy w dalszym ciągu się nią zajmowali. Niektórzy pocierali ją na szczęście, inni wręcz się z nią siłowali. Rybka nie miała więc lekkiego życia.
Co stało się z pomnikiem teraz?
— Rybka została oddana do remontu — przyznaje Barbara Popowiecka z działu administracyjno-gospodarczego Instytutu Rybactwa Śródlądowego. — Boimy się o nią i nie chcemy, by coś się stało. Była w opłakanym stanie, bo pijani studenci nie mają żadnych oporów.
Rybka wróci na swoje miejsce za dwa tygodnie. Znów będzie można pocierać ją na szczęście. Oby nie za mocno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
