Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2009

Szczuka: Telewizja to harówa

— Literatura kobieca daje odpowiedź na pytanie, jak sobie radzić, gdy wypadnie się z rynku erotycznego — przyznaje Kazimiera Szczuka. — Kobieta po czterdziestce staje się przezroczysta, a w książce jej opowieść się dopiero zaczyna.

Fajna z niej babka. Kiedy rozmawiałyśmy, piła kawę i jadła ciasto. Palcami. Każdy okruszek nabierała na opuszek i smakowała. A na początku spotkania spojrzała na mnie krzywym okiem: przecież ja muszę autoryzować tę rozmowę! Złapałam się za głowę, bo w redakcji czekają z gazetą, a Kazia Szczuka chce czytać i analizować. Nie dziwię się — wiele osiągnęła i ma prawo do kontroli własnych wypowiedzi. Głupia nie jest, więc ma prawo obawiać się nierzetelnych dziennikarzy. Takie prawo. Na szczęście po rozmowie zmiękła.
— I jak się umawiamy z autoryzacją?
— Nie trzeba. Będzie ok.
Mam nadzieję, że jest ok.

Uznawana jest pani za autorytet. Do czego to dzisiaj zobowiązuje?
— Autorytet? To za dużo powiedziane! Wszystko zależy przecież od tego, jak rozumiemy dzisiaj to słowo.

A jak pani je rozumie?
— Mamy autorytety, które dla wszystkich są wielkie i wspaniałe. Są z góry ustanowione. Ale jak się przyjrzeć — nie każdy się pod nimi podpisze. Ostanie badania pokazują, że Jurek Owsiak i Kuba Wojewódzki są wzorami dla młodych ludzi. Ludzie wskazują przede wszystkim na medialne osobistości. Niestety — prawdziwi mędrcy nie docierają do młodych ludzi. A może młodzi nie potrafią do nich dotrzeć. Dla mnie autorytetem jest prof. Maria Janion i prof. Barbara Skarga. To są profesorki z wielkim dorobkiem i bogatą biografią. Wchodzą tu też w grę kwestie etyczne i emocjonalne. Autorytetem musi być niezwykły człowiek, który osiągnął sukces, a jednocześnie jest człowiekiem prawym i moralnym. Autorytet powinien być duchowym nauczycielem. Oczywiście profesor Janion czy Skarga nie chcą być guru! One mają do tego dystans, bo są intelektualistkami. O autorytecie świadczy też odruch — kiedy nie wiadomo, co zrobić, pytamy się w duchu: a co by zrobił człowiek, którego cenię? Ja się do tej ligi nie zaliczam — mogę być lubiana, popularna, znienawidzona. Cieszę się jednak z tego, że dziewczyny, które lubią czytać, zaglądają też czasami do moich publikacji. Może nawet myślą: ciekawe, co by Szczuka zrobiła na moim miejscu… Ale to początek! To jest też paradoks medialnej popularności. Bo dzisiaj niestety autorytety zostały zastąpione przez medialność.

Niektórzy znają panią tylko z telewizji i poznają jeszcze bardziej — jest pani „kołem ratunkowym” w „Milionerach”. Występuje pani właśnie jako autorytet!
— Moja rola w programie jest niewielka. Występuję, ale czy jako autorytet? Górnolotnie można to tak nazwać.

Czyli, że im częściej pokazujemy się w mediach, tym bardziej jesteśmy uważani? Tędy droga?
— Zszokował mnie ranking, który stawia Kubę Wojewódzkiego czy Szymona Majewskego na piedestał. Jurek Owsiak zasłużył sobie na to miano, bo jest człowiekiem otwartym, tolerancyjnym, stawia na wspólnotę. To są wartości. A co z Kubą Wojewódzkim? Jakie niesie wartości? Można się od niego nauczyć, że dobrze jest być bystrym i inteligentnym. I tyle. Oczywiście lubię Kubę, nie chcę o nim mówić źle. Problemem raczej jest to, że my, ludzie, przestaliśmy szanować wykształcenie humanistyczne.

Ale humaniści „nie sprzedają się” w telewizji.
— Zgadza się, etos inteligencji strasznie się ostatnio zdegradował. Nie ma już misji. Po 1989 roku intelektualiści zostali nędzarzami, a ludzie nie szanują tych, którzy nie zarabiają pieniędzy.

Czyli sięgamy po to, co zarabia na siebie? Wzięcie ma dziś Katarzyna Grochola i Małgorzata Kalicińska, czyli literatura łatwa i przyjemna.
— Napisać bestseller jednak nie jest łatwo. Ja dla tych autorek byłabym akurat miła. To jest pisanie popularne, ku pokrzepieniu serc. To pisanie, które nie odrywa od rzeczywistości jak Harlequin, czyli wirowanie w ramionach hrabiego. Tu jest duży ładunek emancypacji. Ta literatura jest o nas i dla nas. To jest też odpowiedź na pytanie, jak sobie radzić, gdy wypadnie się z rynku erotycznego. Kobieta po czterdziestce staje się przezroczysta, a w książce jej opowieść się dopiero zaczyna — jak u Kalicińskiej. A u Grocholi nagrodą za emancypację jest facet. Książka „Trzepot skrzydeł” to powieść o przemocy domowej i trafia do emocji kobiet. To naprawdę jest dobra książka o mechanizmie uzależnienia od sprawcy. Ale nie jest to prosty masochizm — to mądra psychologiczna proza. Ja się cieszę, jak kobiety zarabiają piórem! Cieszę się też, jak czytają! I przyznajmy — to kobiety najwięcej czytają.

Jesteśmy mądrzejsze od mężczyzn?
— Świat jest dla nas trudniejszy i przez to lubimy chować się w fantazjach. Ale przez dwadzieścia lat wolności te fantazje też się zmieniły. One są bliższe realności. Dzisiejsza proza czyni kobietę podmiotem działania, a nie czekania na faceta. Książki uczą pewnych zachowań.

Czyli pisarki są dzisiaj autorytetami.
— Są, oczywiście. Współczesna proza kobieca zasługuję na bardzo dobrą ocenę. Prezentuje naprawdę ważne wartości, których potrzebuje kobieta.

Kazimiera Szczuka też ma swoją wartość. Pracowała pani lata na swoją pozycję, a dziś zdobywa popularność w mediach. Ale jak się nie dać sprzedać i zachować swój dorobek, a jednocześnie zarabiać? Bo jednak zarabia pani dzięki telewizji.
— Aż tak dużo nie zarabiam, bo nie mam teraz swojego programu. Były programy książkowe, potem teleturniej „Najsłabsze ogniwo”. Ale to było dla mnie szalenie wyczerpujące. Gdy jest się celebrytą telewizyjnym, trudno jest realizować swoje intelektualne aspiracje. Może ja jestem nadmiernie wrażliwa na to? Rzemiosło telewizyjne to potworna harówa. Tylko zwierz medialny ma to do siebie, że po nim nie widzi się zmęczenia. Popularność plus praca nad programem strasznie męczą, naprawdę.

Ale gwiazdorstwo nie uderzyło pani do głowy.
— O to musiałaby pani zapytać moich znajomych!

W „Playboyu” się pani nie rozebrała.
— Ależ nie! Umówmy się, że są granice! Nie wystąpiłam nawet w reklamie jeansów i nigdy bym takiej propozycji nie przyjęła. Przyznam, że miałam dużo takich zachęt, ale stawiam sobie wspomniane granice. Po prostu trzeba sobie mówić nie. Ale muszę też zaznaczyć fakt, że poszłam do telewizji jako osoba, która miała już swój zawód.

I dziś pracuje pani na dwie ręce.
— Inaczej sobie nie wyobrażam.

środa, 9 września 2009

Książka umiera? Google łapie ją w sieć

Cieszyć się, czy płakać? Google „wrzuca” książki do internetu. Zeskanowana literatura ma więc przewrócić świat do góry nogami. Ale tylko papierowa książka działa bez prądu!


Książki od lat cieszą czytelników. I co teraz? Koniec ery papierowej literatury?

Googlując, będziemy mogli w kilka sekund znaleźć informację o książce, obejrzeć jej okładkę, przeczytać spis treści, przeszukać ją pod kątem interesujących nas haseł, przeczytać fragmenty, a może i całość — jeśli zgodził się na to wydawca. Poszedł na to np. francuski koncern Michelin, który zgodził się na zamieszczenie w sieci swoich przewodników turystycznych w całości. Uważa on, że ludzie nie przestaną kupować przewodników papierowych, bo korzystają z nich głównie w podróży.

Te rachuby bronią się dziś, gdy bezprzewodowy dostęp do sieci dopiero raczkuje. A co, jeśli za kilkadziesiąt lat infrastruktura rozwinie się na tyle, że będziemy mogli błyskawicznie przeszukać taki przewodnik w telefonie komórkowym czy laptopie? Podczas postoju w lesie? Czy wtedy jeszcze będzie nam potrzebna wersja papierowa?

Tego boją się wydawcy. Książki nie zmieniają się od lat, to wydawcy decydują, kiedy i ile powinno ich być na półkach. Przeniesienie książki do sieci oznacza jej natychmiastową dewaluację (…). Każdy będzie mógł szybko i bez ograniczeń książkę powielać, przekazywać dalej albo nawet "poprawiać".

Zeskanowanie wszystkich tomów na świecie jest zadaniem dotąd niewyobrażalnym, ale kalifornijska spółka nie żałuje na to pieniędzy. Jej misją jest uporządkowanie całej informacji na planecie - "by wszystkim żyło się lepiej". A internet, choć ma setki milionów stron, zawiera zaledwie 15-20 proc. dostępnych na świecie informacji. Reszta znajduje się poza siecią.
(Google chce skanować książki i umieszczać w internecie)

Przed technologią nie da się uciec, ale na dwie babka wróżyła. Ci, co kochają czytać, kochać nie przestaną. Jednak trzeba iść z duchem czasu. Nie ma zmiłuj, człowiek XXI wieku lubi klikać. Internet powoli zastępuje wszystko — czy ktoś kiedyś pomyślał, że w sieci można kupić pralkę? Podejrzewam, że lata temu ludzie w głowę się pukali. Pralkę? Lodówkę? Książkę? A co z księgarniami? Póki co — nie zniknęły i chyba na siebie zarabiają. Bo ci, co czytać kochają, kochać nie przestają, a analfabetom nawet technika nie pomoże.

Internet pożera papier — nie tylko książki to czują. Gazety już zauważają spadek sprzedaży. Powód? Ludzie wybierają sieć, bo taniej i szybciej. Ale, szanowni państwo, dziennikarze muszą za coś żyć!

Wielu wydawców jest ciągle przekonanych, że tylko papier jest się liczy, a internet postrzegają jako produkt zastępczy dla papieru, jako dodatek a nie jako strategiczną przestrzeń pierwszej wagi. Niektórzy z nich myślą naiwnie w kategoriach gazety papierowej, a nie w kategoriach informacji jako produktu do sprzedania.

Media muszą dziś bardziej niż kiedykolwiek zainteresować się swoimi czytelnikami, coraz bardziej zainteresowanymi internetem, i na nowo odkryć społeczności, w tym lokalne. Nie chodzi tu tylko o produkowanie newsów i informacji praktycznej, lecz o ułatwienie dotarcia do nich. A ułatwić można również cytując z linkiem informacje z innych, nawet konkurencyjnych źródeł. Czy to ryzykowne? Tak, bo czytelnik może już nie wrócić.
(Krzysztof Urbanowicz, Web 2.0 jest nową i być może ostatnią szansą dla tradycyjnych mediów)

Ja do książek zawsze wracam. Ale, fakt, niektórych papier parzy w ręce. Google Books stanie się antidotum?

SONDA
Czy będziesz czytać książki w sieci?

tak
nie
czas pokaże

Zobacz:
books.google.pl

sobota, 29 sierpnia 2009

Michał Witkowski jak jajko niespodzianka

Nie szata zdobi człowieka. Fakt. I nie szata zdobi książkę, ale jednak ładne wydanie, to ładne wydanie. Płacę, wymagam. A „Margot” Michała Witkowskiego ceni się jak cholera, a serwuje kwaśny papier. Aż oko mi kołkiem staje.


Michał to niezły gość. Przekupił mnie szalenie swoją „Barbarą Radziwiłłówną z Jaworzna-Szczakowej”. Przekupił mnie językiem, dowcipem, luzem i w końcu wielkimi jajami. Przeczytałam, wręcz połknęłam i czekałam na nową książkę. Czas leciał jak szalony, z głowy mi nawet to czekanie wywietrzało, aż tu raptem pojawia się w internecie „Margot”. Nowa pozycja Witkowskiego — i słowo to jest tu nadzwyczaj odpowiednie.

Ale chcę na żywo! W dotyku chcę mieć „Margot”. Chcę w domu, na półce, pod lampką chcę czytać wieczorem! Albo rano w łóżku. W niedzielę.

Gnam do księgarni, chwytam książkę w garść — różowo-landrynkowa okładka, tir w słońcu flesza na okładce, czcionka rodem z lat sześćdziesiątych. Napisane: Michał Witkowski. Racja. Razi, nie powiem. Ale razi mnie też jakość tej książki. Okładka nawet nie pretenduje do twardej, nawet do wagi lekkiej! Razi mnie tym bardziej cena! Płacę 32,90 zł za coś, co przypomina mi dodatek do kobiecej prasy kolorowej i powinno kosztować 9,99 zł. W promocji 6,99 zł!

Jeśli nie wiesz, o co chodzi… chodzi o pieniądze. Z mojej kieszeni. Wiem, że trzeba łatać wszystkie dziury kryzysu, ale — na miłość boską — nie moim kosztem! Dlatego czuję niesmak.

Zazwyczaj na rynku pojawiają się różne wersje książek — ładnie wydana, średnio i zadowalająco. Czytelnik w zależności od zawartości portfela, potrzeb i upodobań, wybiera sobie najwygodniejszy wariant. W przypadku „Margot” brać trzeba to, co daje wydawnictwo Świat Książki. Tnie koszty jak może, by jak najwięcej zarobić na sprzedaży, a wiadomo, że Witkowski najgorszym pisarzem polskim nie jest i wzięcie ma. Czyli że Świat Książki funduje sobie i autorowi, który pieniądze lubi, różowe drinki i wyloty na Bahamy. Ja obejść się muszę kwaśnym papierem i równie kwaśną okładką. Witkowski nie Mickiewicz, moim dzieciom za przykład nie posłuży.

Świat Książki mi powie, że nie szata zdobi człowieka, a literatura to stan ducha, a nie zszywka kilkudziesięciu kartek. Kiwnę głową, bo racja, ale żyjemy przecież w świecie pięknych gadżetów. Nie głowę musimy podbijać, ale serca. Literatura więc w swojej formie schodzi na psy. „Margot” zaświadczy.

Nie zabrałam się jeszcze za lekturę, bo „Margot” to zakup świeży. Po kilku przeczytanych zdaniach oceniać nie mogę. Ale mogę wyciągać wnioski. Skoro wydawnictwo nie zainwestowało, więc czy ja muszę? Nie muszę, ale chcę. I właśnie na tej chęci Świat Książki i Michał Witkowski żerują. Wobec tego ja chcę, ale nie doceniam zaangażowania. Proszę mi wybaczyć. Może głowa zdobyta, ale serce złamane.

Michał pewnie by mi się teraz wtrącił:

U podstaw każdej książki leży pomysł, żeby jak najwięcej sprzedać. I może to jest właśnie to profesjonalne podejście. (…) Trzeba być megalomanem, narcyzem, hipochondrykiem, czyli wszystko pod siebie, pod siebie. (…) Podchodzisz do "Margot" jako do literatury wysokiej, a to jest literatura popularna. Ona ma cię zabawić, gdy będziesz jechała pociągiem. Trochę dać do myślenia, ale w dawce aptecznej.
(Witkowski jedzie tirem)

Apteka mi nie jest potrzebna, ale chętnie wyleczyłabym świat z tandety. Że też ani autor, ani wydawca nie boją się czytelnika. Nie lękają się ani trochę, że odechce mu się płacić ciężko zarobionymi pieniędzmi za fuszerkę. Proszę, oto jak literatura potrafi zniechęcić do siebie człowieka. Już na starcie, już w księgarni.

Fragment książki:


Pisała wiersze, które wysyłała na konkursy. Organizowały je tak zwane MOK-i (Miejskie Ośrodki Kultury), a także biblioteki miejskie. Choć co to były za miasta! Dziury! Trzeba było napisać imię, nazwisko i adres na karteczce, zalepić ją w kopercie, na niej napisać godło i nim podpisać utwór. Potem zaaferowana babcia zanosiła przesyłkę na pocztę i wysyłała do Dzierżoniowa, Głogowa, Leszna... Priorytetem. Asia dostawała nagrody, po sto złotych, kupowała książki, czajniczki, herbatki, zwierzaczki i kadzidełka. Babcia słuchała Radia Maryja i oglądała Telewizję „Trwam". Pewnego dnia zwróciła uwagę na dziewczynkę imieniem Madzia, Madzia Buczek. Też niepełnosprawną.

— Pomódl się do Pana Boga, dałam na mszę za twoje wyzdrowienie.

— Pomodlę się, babciu. Idź już — powiedziała Asia i gdy zamknęły się drzwi, włączyła komputer i weszła na YouPorn.

Bo któregoś dnia w świat Asi wdarła się technika, i jak to z techniką - zdemolowała całą tę poezję. Babcia założyła jej Neostradę w TP. Asia stała się ruchliwa, zmieniała kraje i języki, wykłócała się na forach internetowych, robiła dopiski... Publikowała swoje wiersze w „Nieszufladzie", ale to już nie było to. Zamawiała tony książek w Merlinie, ponieważ babcia była bogata, za komuny badylara, teraz też wcale jeszcze nie na emeryturze. Niemal do rana paliła się lampka przy Asi biurku, ale jej w pokoju nie było, żeglowała po obcych wodach, dawała się objąć podejrzanym stronom, z napisami chińską czcionką, z malutkimi ikon-kami otwierającymi się w rogu ekranu.

Jak wam się czyta "Margot"? Komentujcie, opiniujcie — często, gęsto!

sobota, 1 sierpnia 2009

Maleńczuk: Zdobywam sympatię wszystkich mam

Nic mu nie straszne. Alkohol, narkotyki, kobiety... Nawet czytanie dyktand i taniec w parach. Człowiek orkiestra? Nie, Maciej Maleńczuk.


I co ja powiem o Maćku Maleńczuku? Że odważny z niego człowiek? Że nie boi się niczego — krytyki, opinii publicznej, a nawet policji. Tyle. Tylko dlaczego wstydzi się swojemgo prawdziwego imienia? Naprawdę nazywa się Mirosław Maleńczuk. Szkoda, że go o to nie zapytałam, bo... dowiedziałam się po fakcie. Rozmawiałam więc z Maćkiem, a nie z Mirkiem. A może z Mirkiem Maćkiem?

Podobno ze szkoły wyrzucili cię przez Sławomira Mrożka...
— Sławomir Mrożek był gwoździem do trumny. Czytałem jego książkę pod ławką i to się nauczycielom nie podobało. Miałem się uczyć, a ja wolałem uczyć się po swojemu... Ale i dobrze, że mnie wyrzucili, bo przynajmniej miałem spokój. Książkę mi zabrali i nigdy nie oddali.

A dlaczego zabrali?
— Bo to była bardzo trudno dostępna książka i też pewnie chcieli ją przeczytać. To były chyba opowiadania „Dwa listy”. Wkurzyło mnie, że nie chcieli mi ich oddać, zacząłem o nią dymić i wyrzucili mnie ze szkoły. Ale i dobrze.

A potem wsadzili cię do więzienia, bo nie chciałeś iść do woja. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że dopiero w więzieniu czułeś się wolny. Racja?
— Racja. Bo chodzi o wolność mentalną. Nawet na wolności można być uwięzionym. A w więzieniu wszyscy wtedy pisali wiersze. I ja napisałem kilka, ale niestety nie są wiele warte. Teraz w ogóle mało piszę o tamtych czasach.

Wtedy też porównywano cię do Chrystusa...
— A to był tylko slogan reklamowy. Bo chodziło o to, czy Chrystus też przyjął by kartę powołania czy też nie. On się poświęcił, ja niby też. Byłem wtedy przykładem i chciałem się przekonać, czy moje człowieczeństwo jest coś warte. Nie chciałem, by ktoś za mnie decydował. Ale też nie chciałem się chować jak szczur. Ktoś inny pewnie machnąłbym ręką i poszedłby do woja. A mi się to nie kalkulowało, bo myślałem — dostaję dwuletni wyrok, nie służę i wychodzę na czysto, tyle tylko, że mam w papierach „karany”.

Wróćmy jednak do literatury. No, trochę w innym kontekście — podobno czytałeś „Dyktanda” Stanisława Lema, które napisał dla swojego wnuczka. Jak do tego doszło?
— Sam Lem do mnie zadzwonił i poprosił, bym czytał te dyktanda. I zgodziłem się. Poszliśmy potem do studia, podłożyliśmy lekki podkład muzyczny i poszło.

Myślisz, że wnuczek był zadowolony z twojego czytania?
— Nie mam pojęcia! (śmiech) On się pewnie bał dziadka!

A ty się bałeś Lema?
— A dlaczego miałbym się go bać? Lema? On był moim ideałem. A jak jeszcze do mnie zadzwonił... musiał gdzieś słyszeć mój głos. A do tego dostałem od niego książkę z dedykacją, więc wspaniale go wspominam. Jak się go bać?

Czas na muzykę. Śpiewasz stare i sprawdzone kawałki dancingowe.
— Bo tego ludzie potrzebują. Ale szczerze — z Homo Twistem tego się nie da zrobić. Dancingi potrafią zaoferować takie kwoty, że ciężko odmówić. Mam w swoim repertuarze takie kawałki, że brzmią bardzo dancingowo. Na przykład „Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem”. Ale i śpiewam też typowe szlagiery. To się ludziom podoba!

I podobno dancingami zdobyłeś sympatię swojej mamy. Wcześniej nie mogła się przekonać do twojej muzyki?
— Ja zdobyłem sympatię wszystkich mam! Mojej też! Pamiętam norę, w której mieszkaliśmy — mama krząta się, sprząta, a w radiu śpiewa Szczepanik. To dla mamy zdecydowałem się wykonać piosenki jej młodości — Szczepanika, Łazuki, Młynarskiego, Kurtycza. Występuję z jazzmanami, którzy mają dancingowe doświadczenia. Gdyby nie one — zdechliby z głodu. Ale wiesz, uwielbiam jak ludzie tańczą, bo przy tych melodiach rzeczywiście tańczą. I to parami! To jest dopiero taniec. Młodzież dzisiaj słucha i tańczy techno. A ja chcę wskrzesić taniec parami.

Też tańczysz w parze?
— Czasami tańczę, ale teraz mniej, bo śpiewam dla tych, co w parach tańczą. Tańczą więc mamy, a potniej do mnie podchodzą. Fajnie się z nimi gada.

środa, 27 maja 2009

Wiersze chodnikowe wydeptują ścieżki w Olsztynie

Rymowanki wychodzą na ulice. Pomysł poety Michała Zabłockiego — „ideał sięgający bruku” — dociera do Olsztyna. Na chodnikach pojawiają się wiersze. Po to, by je deptać, czy czytać?


Centrum Olsztyna. Dwóch dresiarzy trafia na wiersz chodnikowy:
— Ty, piosenka chodnikowa się wylała.
— To kafelki dla inteligentów. Ja wolę krawężniki.

Czasy nie sprzyjają poetom. Przykładem jest powyższy dialog dwóch wyznawców adidasa. Wieczorki poetyckie nie dla nich — prędzej wieczorki na siłowni. Czy poezja ma więc dziś siłę rażenia?

Powinna mieć. Dlatego Michał Zabłocki wymyślił Multipoezję — zabawę słowem, które ma zwrócić uwagę, że wiersze nie umierają.

Poezja wymaga rewolucji i to rewolucji radykalnej. Wymaga jej właśnie po to, żeby zaspokoić potrzebę powrotu do krainy spokoju. Ale przede wszystkim żeby w ogóle zwrócić uwagę współczesnego człowieka na fakt, że istnieje sztuka słowa tzw. wiązanego, że ona doszczętnie nie umarła. Żeby miał tego świadomość. Żeby szukał. (…) Moim zdaniem Multipoezja spowoduje powrót do poezji drukowanej, bo będzie rodzajem przynęty, haczyka, który można połknąć i iść dalej. Nie ma być tylko haczykiem i nie ma być reklamą literatury papierowej. (…) Będzie pomostem pomiędzy tym, co popularne a tym, co ambitne. Może właśnie wręcz będzie tym, co popularne.
(Michał Zabłocki, Wiersze oczyszczają)

Czy wiersz chodnikowy może być dzisiaj haczykiem? Słowo musi wejść do głowy. Powinno zmusić do chwilowej zadumy. To tak, jakby upić się wierszem — na wesoło, na smutno, na chwilę. Ale na pewno. Dziś niestety ludzie upijają się czymś innym. Ot, społeczeństwo obrazkowe.

Czy wiersze Zabłockiego przetrą olsztyniakom oczy? Puk puk — tu poezja. Ja żyję! Właśnie po mnie depczesz! Młodzi panowie z łysymi głowami nawet nie przystanęli. Nawet nie przeczytali. Ale zauważyli… w końcu skomentowali! Na ile jednak to się zdało? Kupią tomik Szymborskiej?

piątek, 22 maja 2009

Masłowska: Doda literatury

— Dres mieszka u mnie w żołądku i odzywa się przeze mnie — twierdzi Dorota Masłowska. Dziś jej proza przeradza się w kino, bo „Wojna polsko-ruska” wdarła się na ekrany. Kit czy hit? Na pewno debata nad mentalną kondycją Polaków. A może nad kondycją autorki?


Ma dziewczyna szczęście. Wystrzeliła jak z procy i święci triumfy jako młoda polska pisarka. Opanowała księgarnie, teatr, a teraz film. Ale czy naprawdę jest za co chwalić Dorotę Masłowską?

Nie mogę się do niej przekonać. Do jej bełkotu, akrobacji językowych, sposobu myślenia. To taka Doda polskiej sceny literackiej. Dużo gada — charakterystycznym językiem — ale niewiele mówi. A nawet jeśli próbuje, ja jej nie rozumiem.

Mogę ci nawet na głos poczytać, jak masz chęć — mówi ona, taka jest dobra, takie ma raptem dobre serce, dokarmia sikorki, ściera śliną wulgarne napisy w windzie, proszę proszę, niewidzialna ręka odbita z całej pety na mej twarzy. I ku memu zdziwieniu czyta mi w skrócie różne książki, czasem nawet ciekawe to są historie, cała Polska czyta dzieciom, a czy ty czytasz swemu dziecku? Szczególnie mnie rusza jedna taka baśń, co jeden gość, Zenon z imienia, dostaje w pysk kwasem na odlew, co za hardkor, myślę sobie, to pewnie gra wstępna, a potem jest już tylko bardziej, lecz tego już nie napisali, gdyż to było politycznie nierentownie.
(fragment „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną")

Kiedy Masłowska otrzymała za swój debiut Paszport Polityki, jeździła po kraju i spotykała się z fanami. Trafiła też do Olsztyna, więc ja — ciekawa fenomenu — poszłam go obejrzeć. Od stóp do głów. Pomyślałam: przede wszystkim zajrzę Masłowskiej do głowy. Okaże się, czy ona głowę w ogóle ma. Był koniec lutego 2003 roku. Dorota miała wtedy 19 lat.

Jak wypadła? Prowadziłam dziennik i zanotowałam cytaty ze spotkania. Przytaczam i nie komentuję:

Ktoś z tłumu: W książce bohater rzyga kamieniami...

Masłowska: Wszyscy pytają mnie, dlaczego akurat kamieniami!

Ktoś z tłumu:
Ale mi chodzi o to, że kilka stron dalej – już po rzyganiu – bohaterka rzyga jeszcze kurwim kamieniem. Jak wygląda taki kamień?

Masłowska: To taki duży, chropowaty kamień... z obłupaną końcówką. Jak się go przepołowi, widać żyłki.

Ktoś z tłumu: Ale dlaczego ona wyrzygała ten kurwi kamień?

Masłowska: Bo zjadła go i nie mogła strawić. Bo ten kamień był ciężkostrawny.

(...)
Masłowska: Ostatnio byłam na imprezie i usnęłam w kiblu... bo byłam zmęczona. I przychodziły wycieczki, i robiły sobie ze mną zdjęcia.

(...)
Masłowska: Nie czytałam lektur w szkole, bo były bezsensowne. Jedną przeczytałam – „Granicę” Nałkowskiej – beznadziejna. „Granica” to zła książka.

(...)
Masłowska: Artykuły do gazet pisane są pod kontekst gazet. By pasowały. Gazety to pedalstwo!

Nie wiem, skąd ta nieustająca ruja dziennikarzy w kierunku mojej osoby. Każdy chce usłyszeć to samo, ale ważne, że osobno. Przy czym wszyscy ronią łzy nad "szumem medialnym". Czy nie męczy mnie już ten "szum medialny". Jak jeszcze raz usłyszę "szum medialny", to umrę. Jak dzwoni do mnie dziennikarz, to od razu wiem, że pisze artykuł o powietrzu i potrzebne mu jakieś mocne argumenty.
(z wywiadu „Pieszczoszek warszawki”)

Masłowska w 2006 roku otrzymała nagrodę NIKE. Czy zmądrzała?



> Walka o mięso trwa. Sobolewski rozmawia z Masłowską

czwartek, 21 maja 2009

Holocaust — Polakowi palec w oko

Holokaust to nie tylko niemiecka zbrodnia — pisze „Der Spiegel” i wini również Polaków. Prawda, czy nadużycie?


Egzamin z historii zdałam dzięki Hitlerowi. Był 1999 rok, pierwsza sesja na studiach. Wylosowałam pytanie z holocaustu. A że zagładą interesowałam się już od podstawówki — za sprawą wiersza „Warkoczyk” Różewicza — odetchnęłam. Na krótko, bo stoczyłam bitwę. Gdy wyliczałam, ile złego narobili Niemcy, profesor zmarszczył brew i zapalił papierosa. Przybrał pozę walecznego byka. Każdy mój argument zbywał swoim. Miał rację? Zna historię o milion razy lepiej niż ja, ale to i tak nie pozwoliło skulić mi uszu.
— Ale panie profesorze, przecież to Niemcy wymordowali Żydów!
— A Polacy niby tacy święci?

Dostałam tróję i zamknęłam indeks. Nie przyjęłam jednak do wiadomości, że Polacy też świnie. Przecież ratowali Żydów! To Niemcy i tylko Niemcy zgotowali światu taki los. Tak mówili podręczniki, nauczyciele, naoczni świadkowie. Może inni milczeli?

Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero Jan T. Gross książką „Strach”. Twierdzi w niej, że Polacy święci jednak nie byli. Podważył tym naszą heroiczną polskość. Wszyscy stanęliśmy okoniem — że piszący historyk przeinacza historię. Teraz śladem Grossa idzie „Der Spiegel”.

Bez Niemców nie doszłoby do holokaustu. To oczywiste. A inni pomagali z własnej woli, czy motywował ich strach, a może manipulacja?

O utracie moralnego kompasu na wielką skalę opowiadał mi prof. Jan T. Gross, autor kontrowersyjnego „Strachu”:

Nigdy nie rozmawiałam z wampirem... Jak pan podchodzi do takich określeń na swój temat?
— Powiem, że z humorem, aczkolwiek jest mi przykro, że człowiek na stanowisku, przedstawiciel bardzo poważnej instytucji używa takich słów. W rozmowie osobistej, jak ludzie się przezywają, to wszystko jest w porządku. A jak piastuje się urząd, to jednak kultura zobowiązuje. Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej, bo przecież o nim mowa, jest lekkomyślny. Tak właśnie bym go określił. A dlaczego tak powiedział? IPN prowadzi politykę historyczną i przygotowywał się niemerytorycznie na długo przed ukazaniem „Strachu”. Był gotowy dać książce opór, wydając równocześnie książkę Marka Jana Chodakiewicza i promując go jako alternatywę. To było przemyślane ze strony IPN-u, ale... Ta instytucja jest przecież siedliskiem tego, co ja nazywam w książce „katoendecją”! To specyficzne myślenie narodowo-katolickie wbrew wszystkiemu. Również wbrew rzeczywistości.

Jednak nie wszystko jest czarne. A pan poprzez „Strach” chce zmyć mit, że Polacy byli albo ofiarami, albo bohaterami. Mówi pan, że byli katami...
— Ja po prostu opisuję prawdę. Bo taka była historia w czasie wojny! To jest bardzo trudna wiedza i również trudno jest ją sobie uwewnętrznić.

W takim razie dlaczego do tej pory żyliśmy w świadomości bohaterstwa? Dlaczego wybielaliśmy tę czerń?
— Taka jest tendencja każdego z nas osobna i wszystkich grup społecznych. Ma się tendencję do myślenia o sobie w samym w samych superlatywach. Co złego to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu na wielką skalę. Ale fakt faktem, taka historia miała miejsce w czasie wojny i polskie społeczeństwo nie ma o niej wiedzy. Ale Polacy nie są jedyni w tej kwestii i nie tylko nam brakuje zdolności skonfrontowania prawdy na temat okupacji z własnymi wyobrażeniami. Wszystkie społeczeństwa, jakie znalazły się pod okupacją niemiecką, w jakiś sposób okazały się podatne na antysemityzm. Taki sposób myślenia był bardzo rozpowszechniony w połowie XX wieku. To, co wymyślił Hitler — mordowanie Żydów — oczywiście było unikalne. Ale na początku też nikt nie wiedział, w jaki sposób okupacja przebiegnie w Europie. Dlatego wiele osób nawiązało współpracę z Niemcami. I stało się to, co się stało. Po wojnie w Polsce w ogóle się o tym nie mówiło. Inaczej wyglądała świadomość zbiorowa w takich krajach jak Francja, Holandia. Tam wszystko było prostsze — była możliwość dyskusji. Kraje te nie były pod rządami komunistycznymi, jednak i tak temat antysemityzmu nie należał do najlżejszych. Nawet tam musiało minąć trzydzieści lat zanim zaczęło się o mówić w sposób naprawdę wolny i nieskrępowany. Dopiero po tych latach zaczęto myśleć w sposób prawdziwy i zdający sprawozdanie z tego, co się naprawdę działo.

A u nas — nie uważa pan, że to za wcześnie tak rzucać historią w twarz?

— Mówić prawdę nigdy nie jest za wcześnie.

Ale książka najpierw ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie w Polsce, skoro tyczy się Polaków?
— To totalny przypadek. Ja po prostu pisałem „Strach” po angielsku i miałem podpisaną umowę z wydawcą. Oczywiście, w trakcie pisania, zastanawiałem się, czy nie należałoby wydać książki najpierw po polsku. Ale nie było żadnego powodu. Przedstawiam fakty znane. Moim zadaniem było tylko ich wydobycie na wierzch i pokazanie nieznanej historii. Ale nieznanej ogólnie, bo poszczególne fakty były opisane, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by je zebrać do kupy. To już jest coś innego. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że historycy nie dopełnili obowiązku i tym bardziej jestem przekonany, że trzeba przedstawić tę kwestię społeczeństwu. O wielu rzeczach, które teraz znajdują się w „Strachu” pisałem już o wiele wcześniej. Dziesięć lat temu wydałem małą książeczkę „Upiorna dekada” i tam poruszam szalenie dużo tych samych wątków. Trzy ostatnie strony w „Strachu” to są te same strony, które kończą „Upiorną dekadę”. Przekaz obydwu tytułów jest bardzo podobny, ale wcześniej nikt nie podjął się komentarza czy debaty. Więc — a propos tego, że „Strach” nie ukazał się najpierw w Polsce — nie miałem żadnego poczucia obowiązku, że to właśnie w Polsce musi odbyć się premiera.

A co Amerykanie mówią na temat „Strachu” i polskiego antysemityzmu?
— Nic nie mówią! W Ameryce nie jest to dominujący ważny temat. W ogóle się nie interesują. To w pewien sposób bardzo prowincjonalne państwo, a jednocześnie olbrzymie. Amerykanie mają swoje problemy i najchętniej o nich rozmawiają. Książka oczywiście miała bardzo dobre recenzje, przez kilka dni była jakoś komentowana, ale nic ponadto. Przyszły następne książki i tyle było ze „Strachu”.

A w Polsce nieustająca debata trwa...

— Nie spodziewałem się, że reakcja będzie aż taka.

Nawet prokuratura czytała pana książkę. Nie obawiał się pan procesu? Bo i o takim pomyśle się słyszało — jako że znieważył pan polski naród...
— Nie sądzę, by doszło do procesu. A jeśli już tak się stanie, będzie to bardzo kompromitujące dla Polski.

Kardynał Dziwisz stwierdził, że „książka budzi demony antypolskości i antysemityzmu”. Według pana antysemityzm jest w Polsce nadal „aktywny”?
— Są badania na ten temat i wychodzi, że tak. Ujawnia się on nie tylko poprzez napisy na murach, ale przede wszystkim w mediach. Taki „Nasz Dziennik” na przykład co i rusz coś zapodaje. To, co się odbywa wokół Rydzyka jest naznaczone bardzo wyraźnie i nie jest to zjawisko marginalne. Towarzystwo Rydzyka przez ostatnie dwa lata wyszło na główne salony Rzeczpospolitej.

A skąd się wzięła nienawiść Polaków do Żydów? Czy wojna dała przyzwolenie na antysemityzm bez hamulców?
— Tak myślę, wtedy do głosu doszła eskalacja. Antysemityzm i antyjudaizm nie był zjawiskiem nowym, ale nie był też rozpowszechniony. Jednak trzeba powiedzieć, że to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla Polaków. Wszędzie tam, gdzie jest chrześcijaństwo, jest również antysemityzm w różnej postaci. Ale dopiero hitleryzm umożliwił antysemityzm na tak przerażającą skalę. Uruchomił zachowania i działania, których ludzie normalnie by nie podejmowali. Wcześniej przecież antysemityzm polski nie był antysemityzmem eksterminacyjnym! A podczas wojny poszło to najgorszym kanałem, a do tego ludzie korzystali na tym materialnie. Nie tylko polskie społeczeństwo, ale i niemieckie ciągnęło, ile mogło. To przecież było przemyślane przejęcie własności Żydów.

Nie tylko wyrywanie złotych zębów, ale i zagarnianie całych majątków...
— Oczywiście, że tak. Takie było zjawisko społeczne! Bo jeżeli trzy i pół miliona Żydów znika, to na ich miejsce ktoś się wprowadza. Ktoś na tym korzysta. A Żydzi przecież nie byli biedni, a korzyści nie oddaje się tak łatwo.

Ale gdzie moralność?
— Wielu ludzi ją miało. Oczywiście nie rozumiem zachowania tych, którzy czynili tak, jak nie powinni. Ale jak obserwuję to, co dzieje się na świecie, okazuje się, że człowieka bardzo łatwo jest zachęcić do tego, by robił krzywdę. Przykładem jest wojna domowa w Jugosławii, sytuacja w Ruandzie, w Kenii. Kenia było jednym z lepiej rozwijających się afrykańskich państw i nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Jak mówił Marek Edelman — w człowieku tkwi zło...

Do napisania „Strachu” tknęło pana jedno zdanie — że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza dziecka może okryć kogoś wstydem i hańbą. Nie mógł pan tego zrozumieć. Czy książka w czymś pomogła?
— Oczywiście ciągle nie przyjmuję do wiadomości, że można się tak zachowywać i przykładać rękę do zbrodni. Książka rzeczywiście wyjaśniła mi wiele rzeczy. Uprzedzenia antyżydowskie otworzyły bramkę, przez którą można było wejść w to zachowanie. Ludzie po wojnie mieli niewyartykułowane i głęboko osadzone w duszy poczucie wstydu. Za wojenny antysemityzm i gwałtowność w stosunku do Żydów. Polacy korzystali na śmierci Żydów i wstyd się im było do tego przyznać. W ten sposób wypierali ze świadomości to, co się działo. A ci ludzie którzy pomagali Żydom? Dla nich było to straszne! To był palec w oko! Czuli na plecach strach, bo co będzie, gdy się wyda? Wiele osób ukrywało i pomagało Żydom, biorąc od nich pieniądze w czasie wojny. Brali, by i tak ich potem zamordować. Jeśli już ukrywało się Żyda, trzeba było na tym zarobić. Takie było myślenie wielu. A Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata, czyli ci, którzy nie brali pieniędzy za pomoc, byli w jeszcze gorszej sytuacji. Bo co by było, gdyby napadła ich banda? Gdyby musieli wydać to, co rzekomo dostali od swoich podopiecznych? To nie były łatwe czasy.