— Mam uczucie, że Polska należy teraz do wielkiego świata... — przyznaje Basia Trzetrzelewska, piosenkarka.
Czuje się pani szczęściarą?
— Fajne słowo — „szczęściara”. To powinien być tytuł mojej następnej płyty, ale nie bardzo wiem, jak to przetłumaczyć na angielski. „Lucky woman” nie ma tego samego, wesołego i trochę zawadiackiego wydźwięku (och, język polski!). To prawda, że uważam się za kogoś, kto ma ogromne szczęście w życiu, pomimo smutnych doświadczeń, a nawet tragedii, z których najgorsze to przedwczesna utrata rodziców i innych bardzo bliskich mi osób. Ale ci, którymi jestem otoczona w moim prywatnym i zawodowym życiu, to ludzie szczególni, uczciwi i serdeczni. I to jest moim największym szczęściem.
Amerykanie zbadali, że pani piosenki, jak żadne, pobudzają do życia. W latach 90 puszczano je w supermarketach...
— Mam trochę wrodzonego optymizmu, ale na ogół zbyt często martwię się o wszystko, zresztą jak większość kobiet. Niektórzy autorzy piosenek zrobili karierę ze swoich nieszczęść, ale ja piszę podnoszące na duchu piosenki również dla siebie i mam tylko nadzieję, że one tak samo wpływają na moich słuchaczy, zwłaszcza w trudnych momentach życia. Nie wyobrażam sobie gorszej drogi przez mękę niż przeżywanie swoich smutków na nowo na każdym koncercie. Nawet jeżeli niektóre mówią o bolesnych przeżyciach — prawie zawsze jest w nich optymistyczne zakończenie. Moim największym zawodowym marzeniem jest przynoszenie radości słuchaczom i chciałabym, aby publiczność wychodziła z mojego koncertu w dobrym nastroju.
Jak pani to osiągnęła, skoro nie znała pani angielskiego?
— Gdy zaczęłam pracować z zespołem Matt Bianco w latach osiemdziesiątych mój angielski był rzeczywiście słaby. Ale te kilka lat spędziłam na bardzo intensywnej nauce języka, co się przydało później, gdy zaczęłam pisać piosenki na moje solowe płyty. Dobrze się składa, że kocham ten język i dużo czytam po angielsku, a także od wielu lat, wraz z moim muzycznym partnerem — Danny Whitem, bardzo lubię rozwiązywać krzyżówki! Ten zawód również zmusił mnie do zwalczenia paraliżującej nieśmiałości. Właściwie cała moja praca polega na komunikowaniu się z innymi, i to na każdym etapie pracy: przy nagrywaniu, występach i przy promocji. Dzięki niej jest mi teraz łatwiej nawiązywać kontakty z ludźmi, bez względu na kraj, jego kulturę czy obyczaje. Jeszcze jedna bariera, którą musiałam przełamać, to opowiadanie o swoich intymnych uczuciach. Nie lubię rozmawiać na ten temat, ale piosenki piszę w samotności, więc tylko wtedy pozwalam sobie na kompletną szczerość.
Świat jest po to, aby go używać. Co sprawia pani najwięcej przyjemności?
— Przyznam, że nie pamiętam, abym kiedykolwiek coś takiego powiedziała, ale zgadzam się z tą filozofią. Żyjemy w czasach wolności i mamy swobodę wybrania swojej życiowej drogi, a nawet możemy ją potem zmienić do woli! Podziwiam ludzi, którzy posiadają wiedzę, którzy nie boją się zmian, którzy żyją pełną piersią. Najczęściej są to ludzie, którzy wiele doświadczyli i dlatego potrafią się cieszyć każdą chwilą i każdym drobiazgiem. Ja wciąż się tego uczę, bo zbyt często zdarza mi się zapominać, jakim darem jest życie. Największą przyjemność sprawia mi podróżowanie po różnych zakątkach świata, ale tylko z bliskimi, którzy czują i widzą go tak jak ja. Oddani przyjaciele to największy skarb.
Na ile koncerty w Polsce niosą ze sobą inny ładunek emocjonalny?
— Nie mogę zaprzeczyć, że występy przed naszą publicznością są najważniejsze dla mnie, że najbardziej jestem stremowana, że co chwilę wzruszam się na scenie, bo wiem, że publiczność odczuwa to, co ja. Taka nasza słowiańska dusza… W Polsce prawie zawsze na widowni jest ktoś kogo znam — rodzina lub przyjaciele, więc tym bardziej się staram, aby nasz występ był jak najlepszy. Spotykam Polaków także na naszych trasach za granicą i to jest równie emocjonujące.
Na pewno pomyślała pani nie raz: A to Polska właśnie. W jakiej sytuacji?
— Zdarzyło mi się kilka razy na scenie w Polsce, że ktoś z widowni wzruszył mnie do łez dobrym słowem lub miłą reakcją na piosenkę. Członkowie mojego zespołu patrzyli wtedy na mnie z niepokojem, bo żaden z nich nie zna naszego języka, więc musiałam ich zapewnić, że płaczę ze szczęścia i że publiczność nas docenia, a nie odwrotnie. My, Polacy, jesteśmy niepoprawnymi romantykami, ale to dobra cecha. Ostatnio też bardzo się wzruszałam, oglądając mistrzostwa Euro w piłce nożnej — byłam dumna z wypowiedzi angielskich komentatorów chwalących Polaków za organizację tych mistrzostw, ale głównie za naszą gościnność, a nawet przyjaźń wobec obcokrajowców. Mam uczucie, że Polska należy teraz do wielkiego świata, oczywiście dzięki jej przedsiębiorczości, ale zwłaszcza dzięki jej otwartości i sercu.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 września 2012
sobota, 28 maja 2011
Gdzie się podziała ta wielka Ameryka?
Do Warszawy przyjechał Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, więc tematem numer jeden jest wszystko, co amerykańskie. Dlatego w Olsztynie postanowiłam poszukać Ameryki. I szukałam... jak igły w stogu siana.
Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?
Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!
Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!
Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!
Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!
Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!
Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...
Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?
Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!
Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!
Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!
Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!
Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!
Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...
piątek, 9 października 2009
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Co się dzisiaj dzieje z ludźmi? Barack Obama dostał pokojowego Nobla. A ja tupię nogą, że to niesprawiedliwe. Ja dla pokoju zrobiłam więcej niż on. Ja pokój posprzątałam!

Co? Barack Obama dostał Nobla? Gały wybałuszyłam — dosłownie — gdy doszło do moich szarych komórek, że ten młody i urodziwy prezydent USA, który muchę potrafi zabić, dostał Nobla. Nie spodziewałam się, nie śniłam nawet. A tu proszę — wystarczy piękny uśmiech z białymi zębami, by Nobel trafił do jego rąk. Ja też tak chcę! Jakiej pasty mam używać, by za rok zarobić?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Ale do rzeczy. Za co pan, panie prezydencie, dostał tego Nobla? Za fachową kampanię prezydencką? Za zabranie Polsce tarczy antyrakietowej 17 września, kiedy wspominaliśmy agresję sowiecką na Polskę? Za to, że niedawno miał pan szansę spotkać się z Dalajlamą, także laureatem pokojowej Nagrody Nobla, ale odmówił?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A może ma pan ładny pokój? Zapewne. W Białym Domu są tylko ładne pokoje. Fakt, taki Nobel — gdyby był bratem Oscara — świetnie wyglądałby na półce albo na parapecie. Koło fikusa.
W Białym Domu są też tylko czyste pokoje. Nie ma graciarni — jest co najwyżej składnica prezentów od innych prezydentów. Ale nawet i tam jest czysto, bo w domu prezydenta pracują panie, które znają się na porządku doskonale. Tak, stanowczo pokój Obamy jest dopracowany i wypieszczony. Nagroda się należy. Za czyste sumienie też można dać plusika.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
"Nadzieja na lepszą przyszłość " — tak uzasadnia się pokojowego Nobla dla Obamy. Czyli motywujemy, zachęcamy, napędzamy. Barack dostał więc kopa i teraz naprawi cały świat niczym Superman. Nobel musi więc zadziałać jak sok z gumijagód. Zadziała? Jak myślicie?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Nadal nie wiem, za co Barack został nagrodzony. Myślę i wymyślić nie mogę. Za to, że dużo mówi, że dużo zrobi? To tak, jakby jakiś naukowiec powiedział, że wymyśli lek, który cofnie starzenie się. To ma sens, proszę państwa. Trzeba dać odpowiednie rzeczy słowo.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby Noblem uraczyć nie Obamę, a Osamę? Tak, Osamę bin Ladena! Po 11 września na świecie jest tak bezpiecznie, że aż strach. Kontrole na lotnisku, prześwietlenia bagażu, antyterroryści zawsze w gotowości... Dobry pomysł? Kto jest za?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby uhonorować nasze polskie pomysłowe CBA? Tworzyć historię też trzeba umieć. Ba — a jaki talent trzeba mieć, by organizować ludziom życie seksualne! Takiego drugiego jak agent Tomek ze świecą szukać. Wobec tego Nobla dać Tomkowi! Też ma białe zęby i piorunujący uśmiech jak Obama. Nadaje się!
Przeczytaj:
Obama: Jestem zdziwiony, ale z pokorą przyjmuję tę nagrodę
Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia
Wałęsa zdziwiony Noblem dla Obamy. "Nie ma żadnego wkładu"

Co? Barack Obama dostał Nobla? Gały wybałuszyłam — dosłownie — gdy doszło do moich szarych komórek, że ten młody i urodziwy prezydent USA, który muchę potrafi zabić, dostał Nobla. Nie spodziewałam się, nie śniłam nawet. A tu proszę — wystarczy piękny uśmiech z białymi zębami, by Nobel trafił do jego rąk. Ja też tak chcę! Jakiej pasty mam używać, by za rok zarobić?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Ale do rzeczy. Za co pan, panie prezydencie, dostał tego Nobla? Za fachową kampanię prezydencką? Za zabranie Polsce tarczy antyrakietowej 17 września, kiedy wspominaliśmy agresję sowiecką na Polskę? Za to, że niedawno miał pan szansę spotkać się z Dalajlamą, także laureatem pokojowej Nagrody Nobla, ale odmówił?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A może ma pan ładny pokój? Zapewne. W Białym Domu są tylko ładne pokoje. Fakt, taki Nobel — gdyby był bratem Oscara — świetnie wyglądałby na półce albo na parapecie. Koło fikusa.
W Białym Domu są też tylko czyste pokoje. Nie ma graciarni — jest co najwyżej składnica prezentów od innych prezydentów. Ale nawet i tam jest czysto, bo w domu prezydenta pracują panie, które znają się na porządku doskonale. Tak, stanowczo pokój Obamy jest dopracowany i wypieszczony. Nagroda się należy. Za czyste sumienie też można dać plusika.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
"Nadzieja na lepszą przyszłość " — tak uzasadnia się pokojowego Nobla dla Obamy. Czyli motywujemy, zachęcamy, napędzamy. Barack dostał więc kopa i teraz naprawi cały świat niczym Superman. Nobel musi więc zadziałać jak sok z gumijagód. Zadziała? Jak myślicie?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
Nadal nie wiem, za co Barack został nagrodzony. Myślę i wymyślić nie mogę. Za to, że dużo mówi, że dużo zrobi? To tak, jakby jakiś naukowiec powiedział, że wymyśli lek, który cofnie starzenie się. To ma sens, proszę państwa. Trzeba dać odpowiednie rzeczy słowo.
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby Noblem uraczyć nie Obamę, a Osamę? Tak, Osamę bin Ladena! Po 11 września na świecie jest tak bezpiecznie, że aż strach. Kontrole na lotnisku, prześwietlenia bagażu, antyterroryści zawsze w gotowości... Dobry pomysł? Kto jest za?
Oj dana dana, Nobla ma Obama!
A nie lepiej byłoby uhonorować nasze polskie pomysłowe CBA? Tworzyć historię też trzeba umieć. Ba — a jaki talent trzeba mieć, by organizować ludziom życie seksualne! Takiego drugiego jak agent Tomek ze świecą szukać. Wobec tego Nobla dać Tomkowi! Też ma białe zęby i piorunujący uśmiech jak Obama. Nadaje się!
Przeczytaj:
Obama: Jestem zdziwiony, ale z pokorą przyjmuję tę nagrodę
Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia
Wałęsa zdziwiony Noblem dla Obamy. "Nie ma żadnego wkładu"
Subskrybuj:
Posty (Atom)

