Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 kwietnia 2010

Dymna: Otwieram drzwi i jestem w raju

— Film daje pieniądze, sławę... Ale jest jak chimeryczny kochanek — porzuca, gdy widzi atrakcyjniejsze i młodsze. A teatr to mąż. Czasem może i zdradzi, ale wraca i jest — przyznaje Anna Dymna, aktorka.


Kiedy wyszła na scenę podczas próby, światła jakby rozjaśniały. Z Anną Dymną spotkałam się dokładnie w Międzynarodowy Dzień Teatru, czyli 27 marca. Nie wyobrażam sobie wspanialszego prezentu — jako że teatr kocham, a Dymną uwielbiam.

Wjechała na wózku inwalidzkim — to jej atrybut w spektaklu „Król umiera, czyli ceremonie”. Panowie techniczni akurat montowali schody, ona do nich podjechała i zawołała:
— A co wy tu jeszcze robicie? Dziś jest Dzień Teatru, świętować trzeba, wódkę pić, a nie schody montować! Wieczorem nie będziecie mieć sił. I kto się ze mną napije?

Podniosłam palec i zgłosiłam swoją kandydaturę. Dymna podjechała do mnie, zmarszczyła brew:
— Boże, przez te reflektory nic nie widzę! Tu ludzie siedzą, a ja takie głupoty wygaduję!
— Ale to jest fantastyczne! — uśmiechnęłam się, a po kilku chwilach byłam już z nią sam na sam na scenie. Ona cały czas tkwiła na wózku, ja zapadłam się w fotelu, który był tronem króla — prywatnie Jerzego Treli. Strasznie miękki!
— Wie pani co? Schowajmy się gdzieś w zacisznym miejscu, będzie nam wygodniej — usłyszałam i musiałam wyskoczyć z tronu. Siadłyśmy gdzieś z boku sceny, na dwóch małych drewnianych krzesełkach. Czułam zapach jej perfum, patrzyłam w oczy i było mi dobrze. Bo od zawsze marzyłam, żeby porozmawiać z Dymną.
— Tu nie mają garderoby, więc musimy rozmawiać na scenie — mówiła pani Ania. — Mogą nam zgasić światła.
— To nic, spędzimy kilka chwil po ciemku...

Światła nie zgasły, rozmawiałyśmy. I w czasie tej rozmowy usłyszałam największy komplement świata.
— Pani już robi wywiad, czy my tak rozmawiamy sobie prywatnie?

Rozmawiamy... Ale robię wywiad.

Jaki kolor ma Wielkanoc Anny Dymnej?
— Ma wszystkie kolory, z przewagą zieleni i słońca. Kocham te święta! W te dni ogarnia mnie jakaś wewnętrzna radość. Dostaję niezwykłego napędu i siły — zupełnie jak roślinki w moim ogrodzie. Z ziemi jakby na wyścigi pchają się do słońca tulipany, krokusy, przebiśniegi. Z godziny na godzinę świat staje się coraz bardziej kolorowy. Wciąż od nowa mnie to zadziwia i zachwyca. Przyroda z ogromną siłą budzi się do życia, niezmiennie i nieuchronnie. A we mnie budzą się nowe nadzieje i energia. Moje koty też zaczynają szaleć, nawet czternastoletnia ruda Czacza co chwilę wykonuje radosny galop z podskokami, a Haszysz w pierwszy dzień wiosny podarował mi z błyskiem w oku ogromną mysz. Kilka dni temu, po zajęciach ze studentami, sadziłam w skrzynkach na płotach kolorowe bratki. Pomagały mi cztery koty, ptaki gwizdały, szczebiotały, ćwierkały, muchy i pszczoły brzęczały. Nawet jakiś zaspany motyl przeleciał. To znak, że już idą święta. Otwieram sobie drzwi do ogrodu i znów wydaje mi się, że jestem w raju. Lubię się w to bawić...

W takim świecie aż chce się świętować...
— W Wielki Czwartek maluję pisanki i lepię baranki z masy solnej. W Wielki Piątek jadę na Drogę Krzyżową do Radwanowic, do moich podopiecznych niepełnosprawnych intelektualnie. Z nikim nie przeżywam tych chwil tak głęboko. A potem idę na cmentarze, aby wszyscy moi oddaleni bliscy mieli też kolorowo. Później rzucam się w wir przyziemnych przygotowań. Mój syn jest wspaniałym pomocnikiem... Ma to po matce! Uwielbiam z nim robić sałatki, żurek, jajeczka z chrzanem i pieczenie. W sobotę święcimy koszyczki pod Kościołem Mariackim i rozdajemy zawsze święcone chlebki i jaja krakowianom. A w Wielkanoc robię śniadanie i zapraszam rodzinę. Otwieram drzwi do ogrodu, siedzimy sobie, gadamy, spożywamy i mamy czas, aby popatrzyć sobie w oczy. Potem idziemy na spacer. Pod Krakowem są tak piękne miejsca, dolinki, magiczne kościółki. Może nawet wyciągniemy rowery, napompujemy koła i pojedziemy przed siebie.

Wielkanoc przed nami, a Międzynarodowy Dzień Teatru za nami. Podobno z tej okazji nikt pani życzeń nie złożył.
— Bo w naszej rzeczywistości ludzie nie hołdują tradycjom. I pomyśleć, że kiedyś odbierałam mnóstwo telefonów. A teraz? Nie chodzi o to, że się starzeję i zapominają o mnie. Chodzi o to, że tradycja ginie.

A może nie potrzebujemy już teatru?
— Potrzebujemy! Zawsze i coraz bardziej! Im trudniejszy wokół świat, tym bardziej ludzie potrzebują teatru — aby coś oswoił, coś wyjaśnił, o czymś pozwolił zapomnieć, w czymś pomógł. Z kolegami przed spektaklem „Król umiera” w garderobie olsztyńskiego teatru złożyliśmy sobie życzenia, a już o świcie zadzwonił do mnie mąż, który jest dyrektorem Teatru im. Słowackiego w Krakowie — i symbolicznie uścisnęliśmy się z okazji naszego święta.

Kocha pani teatr...
— Kocham! Dla mnie teatr to moje niezwykłe miejsce na ziemi. I to nie jest tylko praca. Gdyby tak było, może mówiłabym o tym zawodzie zupełnie co innego. Dla mnie teatr to po pierwsze dom, a po drugie wieczna szkoła. Bo ja cały czas właśnie tu uczę się aktorstwa. Każda próba to dla mnie kolejna lekcja. Nigdy w życiu nie powiem: ja już wszystko potrafię. W tym zawodzie nie umie się wszystkiego, bo zmieniają się style, kody porozumiewania. Zawsze, gdy dostaję nową rolę, czuję się jak dziecko, które nic nie wie... i uczę się od nowa! Na scenie jestem naprawdę szczęśliwa. To przestrzeń, w którą weszłam w wieku 18 lat i jestem już w niej 41 lat. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że bycie aktorką to tak wielkie szczęście. I zdaję sobie z tego sprawę tak naprawdę dopiero teraz.

Dopiero?
— Przez te wszystkie lata pracowałam w Teatrze Starym i zawsze miałam wrażenie, że uprawiam najważniejszy i najpiękniejszy zawód na świecie. Czułam się też aktorką potrzebną. Znałam swoje miejsce — cieszyłam się i z małych, i z dużych ról. Wszystko zawsze podporządkowywałam teatrowi. Rezygnowałam z wielu filmów, żeby grać właśnie na scenie i teraz wiem na pewno, że to był słuszny wybór. To prawda, że film daje pieniądze, sławę... Ale jest jak chimeryczny kochanek — porzuca, gdy widzi atrakcyjniejsze i młodsze. A teatr to mąż. Czasem może i zdradzi, ale wraca i jest. Dzięki niemu nadal czuję się potrzebna i ważna. Od kilku lat weszłam jeszcze w inną przestrzeń działania. Stykam się na co dzień z prawdziwym cierpieniem i ludzką bezradnością. Założyłam Fundację Mimo Wszystko i od sześciu lat walczę o godność i pomagam żyć ludziom niepełnosprawnym, przede wszystkim niepełnosprawnym intelektualnie. W teatrze odpoczywam od cierpień i tragedii naszej codzienności. Wracam do niego jak do azylu, miejsca bezpiecznego, w którym panuję nad emocjami i cierpieniem.

Katharsis?
— Tak. Teatr to dla mnie najlepsza terapia. Może dlatego nie wiem, co to depresja i doły psychiczne. Choć praca na scenie jest czasem katorżnicza, męcząca fizycznie i psychicznie. Przecież musimy wyrywać z siebie ogromne emocje, panować nad nimi, koncentrować się maksymalnie, krzesać z siebie ogromną energię, nerwy poddawać strasznym próbom — to jednak po spektaklu, chociaż mokra i prawie „na czworakach”, wracam do domu jakby oczyszczona z napięć, ze zła, które mnie dotyka w tej prawdziwej przestrzeni życia. Zresztą mam dużo takich miejsc, w których „łapię pion” i dzięki którym uciekam. Prowadzę Salony Poezji, mam swoich studentów w PWST, od siedmiu lat mam swój autorski program w telewizji. Wszystkie przestrzenie się dopełniają, ale jednak najszczęśliwsza jestem na scenie. Pomimo że teatr to bardzo niewdzięczny i okrutny zawód. Bo raz wymaga pełnego poświęcenia i absolutnej miłości, a innym razem wykopuje i mówi „do widzenia, jesteś już niepotrzebna”. A ja chciałabym być cały czas potrzebna — tak długo, dopóki mam siły chodzić i mówić. Ale to jest chyba marzenie każdego aktora.

I ja tego pani życzę...
— Teatr — bez względu na to, co się wydarzy — będzie zawsze potrzebny. Nic nie zastąpi żywego teatru. Bo to miejsce wyjątkowe, magiczne. To coś, co dzieje się naprawdę. Dlatego jestem o teatr spokojna.

Ale coraz częściej biegamy, nie mamy czasu na sztukę. Zwłaszcza młodzi...
— Młodzi ludzie są zawsze tacy sami — jedni są bardziej utalentowani, inni mniej. Jedni są pełni zapału, a inni kombinują, jak zarabiać dobry szmal. Zgadza się, dziś coraz więcej mówi się o pieniądzach. A kiedyś nie mówiło się o nich prawie wcale. One kiedyś niewiele znaczyły. Za komuny siedzieliśmy w teatrze, zarabiałam ok. 1700 zł, co ledwo starczało na chleb. Ale za to byliśmy kimś — nieomal kapłanami, którzy przemycają ogień prawdy przez ciemności komuny. Teraz wszystko się przewartościowało, zmieniło, stało się normalne. Teraz jak ktoś ma pieniądze, może zwiedzać świat, może kupić sobie wszystko, więc goni za tymi pieniędzmi. A kiedyś żyło się bardziej w głąb. Kiedyś to człowiek był ważny, a nie to, co wokół niego. Teatr był miejscem, dzięki któremu byliśmy wyróżnieni. A teraz jest tak dużo atrakcji, że naprawdę trudniej zdecydować, gdzie iść, trudniej odnaleźć swoje miejsce w życiu. Młodym ludziom dużo trudniej jest znaleźć szczęście. Świat jest tak migotliwy — tu błyszczy, tam błyszczy... A my w ciemności mieliśmy teatr i jedno światło. Wiedzieliśmy, że chcemy grać i to była nasza winda do nieba.

Jak wygląda ogród Anny Dymnej?

wtorek, 30 marca 2010

Jasiński: W górach piję, na Mazurach żyję

— Kiedyś zachwycałem się pewnym miejscem na Mazurach, aż tu raptem dostałem telegram, że moje ulubione gospodarstwo się spaliło i jest do sprzedania. Zrobiłem więc wszystko, żeby je kupić. Skończyłem nawet kursy rolnicze, żeby tu być. I jestem — opowiada Krzysztof Jasiński.


Krzysztofa Jasińskiego złapałam w przerwie między próbą, a spektaklem. Miał na szyi czerwony szalik. Nie pozwolił się sfotografować.

Nad jeziorami czuje się pan jak ryba w wodzie.
— Bo ja nad jeziorami jestem u siebie! Jak jechałem na Olsztyńskie Spotkania Teatralne, z Krakowa dobiłem do Iławy, a potem przesiadłem się w autobus. Do Olsztyna nie ma szybkiego pociągu z południa. Jest za to relacja Kraków-Gdynia i przystanek w Iławie. Kiedyś były wspaniałe pociągi, wypijało się piwo wieczorem w sypialnym i budziło się na Warmii i Mazurach. Sporo lat już nie ma takich składów. Ale wrócę do Iławy — gdy jechałem autobusem do Olsztyna, patrzyłem na pagórkowate tereny pełne oczek wodnych i jezior. Czułem, że jestem już w domu. Bo ja jestem i krakusem, i mazuro-warmiakiem zarazem. Mieszkam 35 kilometrów na południe od Olsztyna — nad Jeziorem Leleskim w miejscowości Grom.

A jak pan się zakochał w Mazurach?
— Kiedyś przyjeżdżałem nad jeziora, żeby łowić ryby. Oj, ale było to bardzo dawno temu. Zachwycałem się pewnym miejscem, aż tu raptem dostałem telegram, że moje ulubione gospodarstwo się spaliło i jest do sprzedania. Zrobiłem więc wszystko, żeby je kupić. Skończyłem nawet kursy rolnicze, żeby tu być. I jestem. Zachwyciło mnie genius loci, czyli duch Mazur. Ci, którzy tu mieszkają, nie czują tego klimatu. Ja na przykład w górach nie potrafię być spokojny. Ale za to moja żona uwielbia góry i czasem z nią jeżdżę. W górach jednak muszę się napić. Tam jestem podniecony i aż mnie nosi, żeby coś ze sobą zrobić. Alkohol pomaga.

A w Gromie pan leniuchuję.
— Tu odpoczywam całym sobą. Tu żyję. Zajmuję się ogrodnictwem, leśnictwem, rolnictwem. Przez dwadzieścia parę lat, bo tyle tu jestem, zbudowałem park, ogrody i dużo chałup. Powoli nawet się przenoszę z Krakowa na Mazury!

Zamieszka tu pan na tak zwane stare lata?

— Teraz siedzę na Mazurach trzy miesiące — spędzam tu dłuższe weekendy i okoliczności różnego rodzaju. Ale od przyszłego roku będę tu już pięć miesięcy. Za dwa lata będę pół roku. A potem? Teraz moje przedstawienia teatralne tak wrzucam w kalendarz, aby jak najczęściej albo jak najdłużej siedzieć na Mazurach.

Wielkanoc też tu pan spędzi?
— Każde święta spędzam w Gromie. I zawsze z całą rodziną.

I pewnie będzie pan miał jaja od swoich kur.
— Ja mam bardzo dużo zwierząt! Mam też konie — kiedyś było ich osiem, teraz jest ich tylko pięć. A jajka na pewno będą wspaniałe, bo we wsi jest wiele gospodarstw, które mają własne kury i mleczne krowy. Korzystamy z tego wszystkiego. Ja zajmuje się ogrodnictwem, więc mam własne warzywa i owoce. Dla mnie to sposób odreagowania. Żeby zatęsknić za Krakowem, trzeba z niego uciec — żeby mieć do czego wracać w pełni sił. Żeby zatęsknić do niego. Przewiozłem do Gromu nawet bibliotekę, czyli prawie wszystkie książki — oprócz tych, które mi są na co dzień potrzebne. Te, których mi brakuje, zabieram na południe, żeby mieć je pod ręką. A potem one i tak ze mną wracają.

Jeśli się pan na stałe przeniesie na Mazury, będzie pan szukał pracy w okolicznych teatrach?
— A zatrudni mnie pani? Jak będzie panią na mnie stać, ja bardzo chętnie tu popracuję. Mogę być dyrektorem teatru albo zagram w jakimś filmie. Chociaż ostatnio z filmu zrezygnowałem. W „Domu nad rozlewiskiem” miałem grać leśniczego, ale nie miałem czasu. Chęci były ogromne, bo wszystko rozgrywało się w okolicach Pasymia, więc plan zdjęciowy miałbym rzut beretem ode mnie. Musiałem jednak wyjechać do Paryża i Petersburga... Teatru STU jednak nie rzucę.

Ale Grom leży kawał drogi od Krakowa.
— Kawał? Ja już mieszkałem pod Krakowem i wtedy prawie wcale tam nie bywałem. Bo jest za blisko. Ja muszę wyjechać, żeby odjechać. Pięćset kilometrów nie jest straszne. Jedyne, co bym chciał poprawić, to koleje. Samochodem jadę maksymalnie siedem godzin. Należy wyjechać odpowiednio wcześnie — kiedy nie ma tłoku. Kiedyś jeździłem bez postojów — wsiadałem w auto w Krakowie, a wysiadałem na Mazurach. Teraz już muszę raz stanąć, żeby napić się kawy.

Teatr STU kojarzony jest z benefisami, które kiedyś cała Polska oglądała w telewizji. Dziś ich brakuje...
— Benefisy szły w telewizji przez dwadzieścia lat! Ale się skończyły — tak, jak skończyła się telewizja. Wiadomo, co się z nią stało — widać to gołym okiem... Stała się za bardzo polityczna. My w czymś takim nie chcemy uczestniczyć. Benefisy jednak nie odeszły w zapomnienie. W Krakowie nie umarły! One były od dawien dawna — zanim zainteresowała się nimi telewizja. I dzisiaj odbywa się ich kilka w ciągu roku. Wtedy jadę do Krakowa z moich Mazur, a potem wracam z przyjemnością.

wtorek, 23 marca 2010

Janda: Nic mnie już nie wkurza

— Olsztyn to piękne miasto i wspaniała okolica. Kilka razy tu występowałam — nie tylko w teatrze. Śpiewałam też na dziedzińcu zamkowym. I spędziłam tu kiedyś szalonego sylwestra — przyznaje Krystyna Janda.


Olsztyńskie Spotkania Teatralne w toku. Pierwsze koty za płoty, czyli spektakle z gwiazdami w rolach głównych za nami. Krystyna Janda przyjechała do Olsztyna z „Wątpliwością”. To utwór Johna Patricka Shanley'a demaskujący obłudę i zakłamanie Kościoła. W sztuce ofiarą nadgorliwości siostry zakonnej (w tej roli Janda) staje się dobroduszny ksiądz, niesłusznie oskarżany przez nią o molestowanie seksualne. „Wąptliwość” pokazuje, jak często bez podstawy wydajemy oskarżenia, jak często sami stajemy się prokuratorami.

Świetnie zagrane, zgrabnie wyreżyserowane. Ale — o dziwo — bez owacji na stojąco. Olsztyńska publiczność w tym roku nie wiwatuje w pionie, co mnie dziwi. Zawsze każde wielkie nazwisko — niezależnie od wartości spektaklu — było wręcz ubóstwiane. A teraz?

Ten wywiad z Krystyną Jandą przeprowadziłam przed olsztyńskim występem:

Pani Krystyno, opowie mi pani, jak odczuwa publiczność? Co jest dla pani niesamowite w kontakcie z ludźmi, a co... czasem wkurza?
— Nic mnie w zasadzie już nie wkurza po trzydziestu latach grania — do tego tak intensywnego, jak to jest w moim przypadku. Jeśli coś jest nie tak z uwagą i odbiorem sztuki, winy zawsze szukam w sobie. Natomiast nie do pomyślenia w trakcie przedstawiania jest robienie zdjęć — szczególnie z lampą błyskową. No i telefony są nieznośne. Ale telefony też mnie już w zasadzie nie denerwują. Przyzwyczaiłam się.

Takie życie, komórki towarzyszą nam na każdym kroku. Ale i pani jest szalenie zabiegana i pewnie nadmiar obowiązków nie pozwala przystanąć. Ale jeśli już pani łapie oddech... Co panią wycisza?
— Ten rok jest znów wymagający i szczególnie trudny. Powodem jest otwarcie nowej sceny, czyli Och-Teatru. A co mnie wycisza? Przede wszystkim uczucie, że wszystko jest zrobione, gotowe, dopilnowane. Każdą wolną chwilę spędzam w domu z rodziną, bo za domem też wiecznie tęsknię.

W „Wątpliwości” gra pani zakonnicę — szefową szkoły katolickiej. Świat przez pryzmat habitu widzi się inaczej?
— Nie wiem. Pewnie tak, ale to nie jest moje zadanie. Moim celem jest prawdziwe i przekonywujące narysowanie problemów, o których opowiada sztuka. Jest to świetnie napisany utwór, z wyrazistymi rolami i wspaniałą konstrukcją. Po prostu staram się poprowadzić uczucia i emocje widza za swoimi racjami, czyli racjami siostry przełożonej. To fascynujący utwór.

I fascynujący temat. Sztuka pokazuje, że plotka ma wielkie pole rażenia.
— Nie, to coś więcej niż plotka. To oskarżenie, a raczej prawda, o której siostra przełożona jest przekonana. Zresztą to wszystko w sztuce „Wątpliwość” nie jest tak proste. Mam nadzieję, że widzowie wyjdą zastanawiając się, jaka była prawda. Tytuł sztuki nie jest przypadkowy.

A dlaczego ludzie plotkują?
— Dlaczego? Z wielu powodów. Ale tym zajmuje się sztuka „Plotka” grana w wielu teatrach w Polsce.

Jest pani kobietą-orkiestrą. Reżyseruje pani, śpiewa, gra, pisze, zarządza teatrami, jest matką i babcią. Czy jest coś, czego jeszcze pani w życiu nie spróbowała?
— O, jest wiele rzeczy! Nie sposób ich wymienić. I mam nadzieję, że wielu z nich jeszcze spróbuję.

Olsztyn... na ile jest to miasto, które warto odwiedzić nie tylko przy okazji gościnnego spektaklu?
— To piękne miasto i wspaniała okolica. Byłam tu wielokrotnie. Kilka razy tu występowałam — nie tylko w teatrze. Śpiewałam też na dziedzińcu zamkowym. I spędziłam tu kiedyś szalonego sylwestra. Niezapomnianego.

wtorek, 9 lutego 2010

Butla po mineralnej w roli głównej

Aktorzy tworzą fajny kumplowski klimat, który budują z serdeczności spojrzeń i przyjaznych uśmiechów – o „Twarzą do ściany” w reżyserii Iwo Vedrala w olsztyńskim Teatrze Jaracza słów kilka.


Scena przykryta jest folią – jakby przed remontem, przed zmianą. Ale oddziela też od świata, od rzeczywistości. Pojawiają się bohaterowie – jest och czworo. Troje z nich zostaje na scenie, jeden staje w kącie – niczym ochroniarz. Nie wiadomo kim są, dlaczego się spotykają. Zaczyna odliczanie, aktorzy recytują: one, two, three, four… Scena ta trwa około pięciu minut, ale nie jest to bezmyślne powtarzanie cyfr. W tej matematycznej litanii niektóre cyfry zostają pominięte. Czyżby ma to dać do zrozumienia, że nie ma rzeczy idealnych?

A potem? Dziewczyna – Milena Gauer - odsłania szkolną tablicę, na której napisane jest zdanie. I właśnie od niego zaczyna się tworzenie historii. Głośno wypowiedziane pobudza lawinę skojarzeń. Bohaterowie – niczym paczka serdecznych przyjaciół – dorzucają swoje pięć groszy. Tworzą piękną opowieść o życiu. Przez usta aktorów – niczym przez dziurkę od klucza - podglądamy kobietę troszcząca się o dziecko i mężczyznę, któremu wszystko się układa. Ale życie nie jest aż tak banalne. W opowiadanych historiach brakuje krwi. Szczęście szybko się nudzi, więc trzeba dorzucić trochę do kotła, aby podgrzać atmosferę. I tym sposobem szczęśliwa mężatka uznaje małżeństwo za błąd, a spełniony mężczyzna strzałami w głowę zabija dzieci. Niczego mu nie brakowało, nie ma traumatycznych przeżyć, a jednak naciska spust. Bohaterowie wczuwają się w jego psychikę, ale okazuje się to niemożliwe. W nikim ten facet nie wzbudza pozytywnych emocji, nikt nie chce go nawet bronić. Z tej rozmowy wyłania się więc przeraźliwy obraz człowieka, którym targają bezpodstawne impulsy. Wyłania się też obraz przemocy, której nie można przewidzieć. Czyżby człowiek był bezsilny wobec zła, jakie zalewa świat?

Reżyser Iwo Vedral mówi, że „Twarzą do ściany” to teatr przezroczysty. I rzeczywiście – nie ma tu wartkiej akcji, nie ma wielkich kreacji na miarę Hamleta. Ale jest coś, co pociąga w tym spektaklu – atmosfera. Aktorzy tworzą fajny kumplowski klimat, który budują z serdeczności spojrzeń i przyjaznych uśmiechów. Rozciągają miedzy sobą nić porozumienia. Jest niewidoczna, ale można ją dostrzec – wystarczy uważnie patrzeć, a właściwie słuchać. Bo aktorzy grają emocjami i wyobraźnią, a nie ruchem. Zakleszczają widza w świecie swoich fantazji i pomysłów, które stają się lustrzanym odbiciem tego, co dzieje się naprawdę – gdzieś za rogiem, gdzieś w przyszłości.

Spektakl wciąga jeszcze z innego powodu. Aktorzy nie odgrywają swoich wymyślonych bohaterów, tworzą ich „na żywo”, żonglują pomysłami. A że są w na tyle dobrej komitywie – chyba że tak świetnie grają – że spektakl rodzi się tu i teraz, na oczach widzach. To tak, jakby patrzeć na ręce kucharzowi, który właśnie przyrządza pizzę. Niby się wie, jakie składniki wrzuca na placek, ale smak można poznać dopiero po upieczeniu. I tak jest z „Twarzą do ściany” – aktorzy komentują swoim spojrzeniem i mimiką nawet odgłosy dobiegające spoza sceny. Jakiś pisk, szum wody w rurze, odgłos przejeżdżającego samochodu stają się elementem spektaklu.

Dźwięki mają w „Twarzy do ściany” wiele do powiedzenia. Najciekawsza jest muzyka, którą tworzą sami aktorzy - Grzegorz Gromek gra na butli po mineralnej niczym na perkusji, Marek Szkoda gra na jakimś niezidentyfikowanym przeze mnie „bimbadełku”. Leszek Spychała – który przez cały spektakl stoi w kącie, ma swoje pięć minut i śpiewa bluesa o ojcu listonoszu, któremu nie chce się wstawać do pracy. Nie ma chyba osoby, która w tym momencie nie tupałaby nogą. Aż żal ściska, że w teatrze nie można bisować.

niedziela, 31 stycznia 2010

Kryzys o smaku pasztetowej

Nawet darmozjad może okazać się bohaterem. O „Samobójcy”, spektaklu dyplomowym słuchaczy olsztyńskiego Studium Aktorskiego przy Teatrze Jaracza, w reż. Giovanniego Castellanosa słów kilka.


Ile osób dzisiaj chciałoby włożyć sobie lufę pistoletu do ust i nacisnąć spust? Ile osób chciałoby swoje marne życie zmienić na lepsze? Ile osób chciałoby znaleźć pracę? Świat się nie zmienia, zmieniają się tylko czasy. Nie znalazł się jeszcze taki mądry, który rozwiązałby wszystkie problemy ludzkości. Bezrobocie wciąż wpędza ludzi w depresję i szaleństwo. Nie inaczej jest z Siemionowiczem Podsiekalnikowem. To marzyciel, który od roku żyje na utrzymaniu żony. To antybohater i antymężczyzna. Daleko mu do macho — w żonie nie widzi nawet kobiety, ale zaopatrzeniowca w pasztetową, którą wypycha sobie brzuch i zabija głód pożytku. Niby szuka pracy, ale więcej w tym gadania niż działania. Przykładem może być chęć nauki gry na helikonie. Sienia robi już plany, wylicza gaże za koncerty, ale… instrumentu brak. A gdy już dostaje upragniony sprzęt, poradnik nauki gry na helikonie każe mu kupić fortepian. Bo do wyjścia z kryzysu potrzeba pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Ale tych nie ma nawet na jajka, żeby zrobić kogel-mogel.

Jak wyswobodzić się z tego marazmu? Zabić się. Najlepiej się zabić. I ten pomysł okazuje się trafiony. Na Sienię spada lawina fałszywych przyjaciół — każdy chce wykorzystać jego śmierć. Walczą o nią więc różne warstwy społeczne i polityczne. I tak pojawia się rycząca czterdziestka, czyli Kleopatra. Ten babsztyl — połączenie podstarzałej Shazzy i równie wiekowej Edyty Górniak — chce, aby bohater zabił się z miłości i pożądania do niej. Pojawia się też działacz polityczny chcący wybić się z szeregów partii. Dodać trzeba, że to niezwykle utalentowany polityk — śpiewa banalne piosenki, gra na gitarze i wygląda jak Michael Jackson. Pojawiają się też zgarbiony, ale jurny kupiec, rozdarty wewnętrznie pop i mizerny pisarz. Nie brakuje więc całej palety gwiazd — różnorodnych postaci. Wszystkie świetnie i dowcipnie zagrane — aż trudno uwierzyć, że to dyplomowy spektakl słuchaczy Studium Aktorskiego. Młodzi aktorzy radzą sobie świetnie i czują spektakl. Nie bez powodu Castellanos podkreślał przed premierą, że „Samobójca” to dla nich podwójny sprawdzian — nie tylko umiejętności aktorskich, ale i zderzenie z rzeczywistością. Młodzi niedługo wyjdą z inkubatora i staną oko w oko z brutalnym kapitalizmem. Ich cele, marzenia zostaną skonfrontowane z miliardem okoliczności, które utrudnią ich realizację. Na ile jednak wykorzystają swoje pięć minut?

Siemionowicz swój czas wykorzystuje. Z nieudacznika zmienia się w aroganckiego materialistę, lekceważącego tych, na których mógł polegać do tej pory. Szybko uczy się na swoich błędach i pada w ramiona nowych przyjaciół — równie interesownych jak on. Z kim się zadajesz, takim się stajesz. Spektakl nie tyle wskazuje problem bezsilności podszytej gniewem, ile obnaża małostkowość ludzi, którzy nie w miłości, przyjaźni i pomocy widzą sukces, ale idą — dosłownie — po trupach do celu.

Napisana w 1928 przez Nikołaja Erdmana roku tragikomedia opowiada o kryzysie, jakie dotknęło rosyjskie społeczeństwo w połowie lat 20. Jest też oskarżeniem sowieckiego systemu, w którym jednostka nie się liczy — chyba że umiera za tzw. słuszną sprawę. Castellanos ucieka od historycznego kontekstu sztuki i wskazuje na współczesny kryzys. Jego „Samobójca” mówi o „dzisiejszych niepotrzebnych” — takich, którzy z nieudaczników stają się niemymi dyktatorami. Nic to jednak nie zmienia — punkt wyjścia zostaje wciąż ten sam. Siemionowicz jest tylko odpadem kapitalizmu.

wtorek, 5 stycznia 2010

Bóg lubi cycki

Skoro na scenie pojawia się dziewczyna, musi być atrakcyjna. Skoro staje w obliczu mężczyzny, więc oboje mają ochotę na seks. Ale czy widz ma ochotę na takie stereotypy? O „Bogu” w reż. Marcina Sławińskiego w olsztyńskim teatrze Jaracza słów kilka.


Woody Allen powiedział kiedyś, że człowiek zaczyna być człowiekiem wtedy, kiedy przestaje jęczeć i przeklinać. A wszystko po to, aby szukać prawdy, która rządzi jego życiem. Ta prawda nie jest jednak tak oczywista. Allen dowodzi temu - a właściwie ironizuje - w sztuce „Bóg”, jaka bawi od sylwestra olsztyńską publiczność. Allen robi swoje, jego nazwisko wabi do teatru, a pikanterii dodaje sam reżyser Marcin Sławiński: - „Bóg” jest scenariuszem wyjątkowym. Urzekło mnie połączenie zabawy, wygłupu i kabaretu z refleksją na temat świata. Będzie więc i śmiesznie, i poważnie. Nie zabraknie poszukiwania sensu życia i dowodów na istnienia Boga. Tak, sztuka jest poważna, ale ja nie jestem poważnym człowiekiem, więc świetnie się w tekście Allena odnalazłem. I mam nadzieję, że każdy się odnajdzie.

Każdy odnaleźć się musi, bo każdy jest śrubką w tej teatralnej machinie. I czuć to już na początku, kiedy Kretynik i Schizoktares żonglują nazwami olsztyńskich dzielnic. Mówią niby do siebie, niby do wszystkich: publiczność przyszła z Kołobrzeskiej, z Jarot, z Pieczewa. Sami swoi są w teatrze! Potem z widowni wyłania się dziewczyna - Doris z Klewek (Agnieszka Pawlak). Znów salwy śmiechu, bo Klewki to przecież najczęściej cytowana mieścina w olsztyńskich dowcipach. Tak jak Polska żartuje z Koziej Wólki, tak olsztyniacy puszczają oko na temat Klewek City. Nie bez powodu stacjonowali tam Talibowie (taką informację podawały kiedyś wszystkie telewizje i stacje radiowe). Klewki mają więc swoją renomę, a i poważną delegację. Na scenie z tamtych okolic pojawia nie tylko seksowna Doris, ale też kloszard z rowerem – bo przecież publiczność lubi powtarzalność. Klewki rządzą więc na scenie, ale Allen wyrywa nas z tej rzeczywiści i zaprasza do starożytności. Cofa nas.

Kretynik (Jarosław Borodziuk) i Schizokrates (Maciej Mydlak) piszą sztukę na konkurs dramatyczny w Atenach. Napinają się, prężą, ale nie mają szczęścia. Koniec wieńczy dzieło, a im właśnie dobrej końcówki brakuje. Okazuje się też, że niewiele mogą - są bohaterami nie tylko swojej, ale też innej sztuki. Człowiek nie jest więc wolny, ale spięty w kajdany już dawno zaplanowanego dla niego CV.

Wszystko tworzy niezły bigos – trudno nadążyć za scenicznym chaosem. Sławiński zbyt wiele wrzuca do jednego garnka, miesza w nim i przypadkowo wylewa na deski. Taki galimatias, owszem, śmieszy publiczność, bo nic tak nie wprawia w dobry humor jak niewytłumaczony absurd. Podwójnego dna można jednak szukać z lupą. Na scenę wbiegają, aby zaraz wybiec postaci z różnymi rekwizytami. Nie mówią nic, przechodzą niby nie zauważone, ale jednak widoczne. Nie puentują żadnych kwestii. Ot, jakby zapaliło się im zielone światło i przechodzą na drugą stronę, a przez scenę jest im najbliżej. Można powiedzieć, że są aluzją do codzienności – takich dziwaków spotyka się nie tylko na ulicy, w supermarkecie, ale w pracy i na klatce schodowej. Fakt – wszyscy działają jak zaprogramowani, wykonują swoje obowiązki i znikają po jakimś czasie. Można też pomyśleć, że to garderobiani i techniczni dający nam oręż do walki z scenariuszem życia. Można tak wymieniać, ale Sławiński nie mówi niczego jednoznacznie. A wprost wypowiada się często - sięga po stereotypy i szablony dowcipu. Skoro na scenie pojawia się dziewczyna, musi być atrakcyjna. Skoro staje w obliczu mężczyzny, więc oboje mają ochotę na seks. Humor zostaje spłycony, a prywatność - mimo iż marna - obnażona. Nie ma gry wstępnej, nie ma prologu ani tym bardziej epilogu. Jest głupie gadanie o pożądaniu i schematycznym działaniu.

W „Bogu” pojawia się bóg – to Woody Allen we własnej osobie, a właściwie we własnym głosie. Wydaje polecenia przez telefon, steruje ludźmi-marionetkami. Takie zagranie dowodzi, że istnieje siła, której nie widać, a która zaskakuje. I która ma swoje kaprysy. W sztuce to autor, reżyser, a w życiu Bóg. Tylko dlaczego owy Bóg stworzył tak mało skomplikowane jednostki - deklamujące ze sceny, rozwierające ramiona w szekspirowskim geście i zadające pytania nie szukając odpowiedzi?

Aż żal człowieka ściska, że tak też bywa w życiu. Tu jednak, na ziemskim padole, jest trudniej. Ludzie ze sobą rozmawiają pełnymi zdaniami i - mimo iż często działają machinalnie – to jednak mają ciekawsze wartości niż te serwowane przez tandem Allen-Sławiński.

I życie – Bóg zapłać – trwa o wiele dłużej niż godzinna sztuka. Pomimo śmiechu, czuje się niedosyt. Chciałoby się wejść głębiej w poszukiwania demiurga i sprawcy. Nie wystarczy sam napis: „Bóg umarł. Nietzsche.” Nie wystarczy też odwrócenie tego napisu: „Nietzsche umarł. Bóg”.

Allen nie taki genialny. Różewicz był pierwszy. Napisał: „Życie bez boga jest możliwe, życie bez boga jest niemożliwe”.

PS. Już wiem, dlaczego Talibowie uciekli z Klewek.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Co człowiek potrafi zrobić z lalką?

Dziecko prawdę powie — przede wszystkim w teatrze. Trwa Olsztyński Tydzień Teatrów Lalkowych, więc dzieciaki zacierają ręce — komentują w głos. A gdy im się nie podoba… dłubią w nosie. A co robią dorośli?


A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! Prawda, jednakże ja to między bajki włożę — stwierdził dobrych kilka lat temu Ignacy Krasicki. Nic dodać, nic ująć. W Olsztyńskim Teatrze Lalek rządzą maluchy. Ale cieszy też, że i dorośli przychodzą.

A cóż to jest lalka?

Kojarzenie teatru lalek z młodym widzem ma dwie przyczyny. Pierwszą jest tradycja językowa, skojarzenie słowa lalka z dziecięcą zabawką. Takie powiązanie istnieje od lat, od wieków. W dawnej Polsce na lalkę teatralną mówiono łątka, jednak tak samo nazywano lalki jakimi bawiły się dzieci. XIX-wieczna kukiełka z uwagi na zdrobniałą formę nie kojarzyła się z czymś poważnym, przeznaczonym dla dorosłych. Dzisiejsza lalka i jej konotacje nadal bliżej są świata dzieci niż dorosłych. (…) Drugą przyczyną utożsamiania teatru lalek z teatrem dla dzieci jest tradycja teatrów lalkowych, które od XIX wieku wystawiały spektakle przede wszystkim dla dzieci. Na szczęście od kilku lat znów powstają spektakle lalkowe dla dorosłych nie tylko w teatrach instytucjonalnych ale i w grupach amatorskich, a do wzrostu zainteresowania tą formą teatru przyczyniają się organizowane szczególnie poza sezonem teatralnym liczne festiwale.
(Dla kogo lalki?)

„Anima” potrwa do 20 listopada.

A co ciekawego na scenie? Podpowiedź na filmiku. Przy tej okazji pozdrawiam wszystkie dzieciaki, które tłumnie chodzą do teatru. A że fajne są maluchy, widać:



Co dorośli robią w teatrze, gdy im się nie podoba sztuka? Przeczytaj:
Sen w teatrze pobudza

poniedziałek, 9 listopada 2009

Rysunkowy festiwal krzyku

Gdyby ze spektaklu zrobić kardiogram dźwięków, wyszedłby z tego niezły zygzak. O „Szelmostwach Skapena” w olsztyńskim Teatrze Jaracza w reż. Piostra Jędrzejasa słów kilka.

Wiele hałasu o nic? Coś w tym powiedzeniu jest, skoro można przyłożyć je do molierowskich „Szelmostw Skapena” - spektaklu dyplomowego studentów III roku Studium im. Aleksandra Sewruka. Aktorzy wyginają się, wyciągają jak guma, udają efekty specjalne, czyli dwoją się i troją. Fakt, przedstawienie dyplomowe ma być popisem aktorskich możliwości młodych aktorów, ale – jak brzmi kolejne powiedzenie – co za dużo, to nie zdrowo.

Piotr Jędrzejas chce udowodnić, że student potrafi zagrać wszystko to, co pomyśli reżyserska głowa. Owszem, potrafi, ale czasem noga mu się giba, czasem też ręka mu się za bardzo trzęsie. Do warsztatu droga daleka – po niespełna trzech latach nauki widać jeszcze niedociągnięcia dykcyjne i ruchowe. Ale trening czyni mistrza, więc im więcej dziwactw do zagrania, tym w życiu ciekawiej. Ale co na to widz?

„Szelmostwa Skapena” to rzeczywiście spektakl dziwny. Reżyser zrobił z niego kreskówkę – wystarczyłoby zamienić aktorów w rysunkowych bohaterów, a Disney by się nie powstydził. Jednak bajki naszpikowane gagami nie trwają prawie dwóch godzin bez kwadransa! Gęstwina pomysłów – komizmów sytuacyjnych – męczy i tłumi to, co dzieje się na scenie. Zwykły dialog zastaje „zagadany” wyciąganiem nogi, machaniem rękoma, czy nawet grą kolegi z boku. Oko widzi swoje, ucho słyszy swoje – i jak to pogodzić? Trzeba nie lada gimnastyki umysłu!

Wyobrażam sobie, jak wyglądały próby. Niewątpliwie były znacznie bardziej ciekawe niż sam spektakl. Studenci zrywali boki z grania i zgrywania się i pewnie z tej zabawy stworzyli interesujące postaci. Na uwagę zasługuje Krzysztof Jankowski wcielający się w Geronta i Piotr Chomik, czyli Leander. Chłopcy wyróżniają się płynnością gry i lekkością dialogu. Inni przekrzykują się na zasadzie „który głośniej”. Prym w hałaśliwych kwestiach wiedzie niewątpliwie Szymon Grzybek jako Argant. Ale nie tylko on wypowiada swoje kwestie w wniebogłosy. Widać takie jest zamierzenie reżysera, aby dobitnie wypowiadać swoje partie – a nuż przyjdzie głucha widownia. W tym krzyku niestety nikną niuanse charakterystyczne dla postaci. Brakuje intonacji i prawdziwych emocji. Ale gdyby widzowi było mało - Jędrzejas do krzyku dokłada też częste tupanie. Jedyną ulgą dla uszu jest delikatny dzwonek wybijany na każde wypowiedziane słowo „niebo”. Za chwilę jednak znów widz atakowany jest decybelami. Gdyby z tego spektaklu zrobić kardiogram dźwięków, wyszedłby z tego niezły zygzak.

Twórcy pracując nad konwencja spektaklu, korzystali z doświadczeń Jerzego Gondolla, polsko-włoskiego reżysera. Trochę dziwi ta inspiracja, bo Gondoll zwracał szczególną uwagę na głos. Nie pozwalał na tak zwane festiwale krzyku. Artysta mawiał też, że nie ma złych gagów – są tylko mało inteligentni ich odbiorcy. Dodawał też, że widz musi nauczyć się bycia widzem, tak jak aktor uczy się gry.

Pomimo gadżeciarskiego przegadania i przekrzykiwania „Szelmostwa Skapena” bawią. Pytanie jednak – czyja to zasługa? Reżysera, aktorów, czy samego Moliera?

czwartek, 15 października 2009

Jedna noga spektaklu nie utrzyma

Schulz nie byłby zadowolony – o spektaklu „Sanatorium pod Klepsydrą” w reż. Julii Wernio w olsztyńskim Teatrze Jaracza słów kilka.


Najpiękniejsza jest noga – męska noga w złotym bucie. Naga łydka należy do Grzegorza Gromka, który wciela się w rolę Szloma i pojawia się na scenie w białych spodniach – niczym w dresie. Zagryza wykałaczkę, spina mięśnie, wypina brodę do przodu i udaje macho. Spojrzenie ma diabelskie, nieskalane myśleniem, sprawia wrażenie jakby przed chwilą zszedł ze stadionowych trybun. Jeszcze para bucha mu z nosa, jeszcze oddech ma przyśpieszony. Ale pozory mylą – Szloma mimo iż w twardej skorupie, umysł ma intelektualisty. Zachwycają go rysunki Józefa (Marek Szkoda), co powoduje jego metamorfozę. Rozpływa się za sprawą sprawnej kreski bohatera - z potwora przeistacza się w filozofa. Tępe ruchy zamienia w delikatne, miękkie gesty, a złoty but wyjęty z walizki rozbudza w nim erotyczne zmysły. I to jest najciekawsza scena „Sanatorium pod Klepsydrą”. Najciekawsza, bo w tej chwili publiczność ożywa. Wcześniej i później przysypia. Dlaczego?

Jeśli spektakl ma być trailerem zachęcającym młodych do czytania Schulza, to nie przyciągnie ich uwagi. Bo ile jest Schulza w Schulzu Julii Wernio? Świat mistrza z Drohobycza nie tryska kolorami. U niego czerń miesza się z zieleniami i szarościami. W ten sposób Schulz tworzy nastrój tajemnicy, magii i symbolu. Jego proza nie krzyczy, ona szepce, na nowo odkrywa znaczenia słów. Julia Wernio patrzy zaś na świat Schulza po swojemu. Wprowadza na scenę feerię barw, która aż bucha z karnawałowych strojów. Momentami ma się wrażenie, że nie ogląda się „Sanatorium pod Klepsydrą”, ale „Alicję w krainie czarów”. Aktorzy, sprawiający wrażenie zagubionych na scenie, biegają, krzyczą, piszczą. Aż dziw bierze, bo przecież w sanatorium dyrygowanym przez doktora Gotarda (Dariusz Poleszak) wszyscy śpią.

Julia Wernio opiera się głównie na „Sanatorium pod Klepsydrą”, ale w sztuce pojawiają się też wątki i postaci z innych opowiadań Schulza i pisanych przez niego listów. Pozwala to reżyserce wykreować świat metafizyczny, który tworzy dzięki grze świateł, cieni i multimedialnych obrazów. To z kolei podkreśla, że widz ma do czynienia ze snami Józefa. Na ile jednak można wejść w jego zatraconą głowę? Na ile można zrozumieć jego senny świat?

Poetycka proza Schulza nie należy do najłatwiejszych. Trzeba wytężonej uwagi, by pochwycić myśli płynące ze sceny. Inscenizacja Julii Wernio jednak niczego nie ułatwia. Wprowadzając kolor i krzyk rozprasza magię przypisaną językowi. Dwa światy rozpadają się – słowo mówione nie pasuje do scenicznej rzeczywistości. Sceny nie wynikają z siebie, są jak porozrzucane kartki opowiadań i listów. Wiele scen wydaje się niepotrzebnych, mącących, zbijających z tropu. Ale można to tłumaczyć tym, że sanatorium nie tętni pełnią życia. Tu przebywają ludzie, którzy umarli, a dzięki doktorowi Gotardowi cofnęli się w czasie i zdrowieją. Czas, jaki jest im dany, pochodzi jednak z odzysku, więc nie jest najlepszej jakości – jest zużyty, niepewny, chaotyczny. Miesza się więc chronologia, a bohaterowie tracą zmysły. Nie można im jednak ani współczuć, ani zazdrościć, ani bać się czy bawić się ich czasem. Julia Wernio na tyle rozrywa świat Schulza na strzępy, że nie można go sobie posklejać. Właśnie przez to spektakl staje się niezrozumiały.

Widownia wychodzi po spektaklu zmęczona i zawiedziona. Na sztukę zaprasza bowiem bardzo ciekawy i pełen poezji plakat Rafała Olbińskiego, który nie oddaje klimatu sztuki, a apetyt na Schulza pobudza. Nie brak więc słów pełnych goryczy. Podsłuchałam kilka rozmów w kuluarach i prawie każda potwierdza, że „Sanatorium pod Klepsydrą” to sztuka senna. Sen jednak ma tutaj zupełnie inne znaczenie. Schulz nie byłby zadowolony. Ucieszyć by go mogła jedynie męska łydka. Ale czy na tej jednej nodze utrzyma się cały spektakl?

poniedziałek, 12 października 2009

Miś wysiaduje jajo dziś

Siedziałam w towarzystwie bardzo żywiołowych malców. Ale energia rozsadzała ich nie bez powodu – o „Tymoteuszu wśród ptaków” w Olsztyńskim Teatrze Lalek słów kilka.

Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci. W teatrze jest lepiej – misie lubią też pomagać ptakom. I tak bohater miś Tymoteusz znajduje porzucone kukułcze jajko i postanawia je wysiedzieć. Historia jest więc prosta, ale niezwykle wdzięczna i pełna emocji. Bo kiedy dzieci krzyczą z widowni do bohaterów bajki, kiedy oglądają z otwartymi buziami, kiedy w końcu opowiadają o obejrzanej historii po spektaklu – jest dobrze.

Zbigniew Głowacki wyreżyserował bajkę, której nie da się nie lubić. Nie da się też nie lubić bohaterów – pięknego misia Tymoteusza, kolorowych ptaków, a przede wszystkim złego lisa, w którego wciela się Tomek Czaplarski. Aktor wygina się, robi przeraźliwe miny, by przestraszyć młodych widzów. Ale i starsza część publiki bije mu brawo – ten aktor ma talent i sceniczne metamorfozy mu niestraszne. Twarz i ciało jak z gumy, ruchy jak wypracowane – tylko siąść i oglądać. W cyrkowej scenie szykowania się do posiłku (bo jako lis ma chrapkę na jajko) wypada koncertowo. Tu patelnia, tu olej, tu widelec, a tam nóż – ni stąd, ni zowąd pojawiają się w jego ręce. Aż dzieci podskakują, aż wyciągają ręce ku górze. Chcą się dołączyć do uczty? Tak, siedziałam w towarzystwie bardzo żywiołowych malców. Ale energia rozsadzała ich nie bez powodu. Również muzyka – czerpiąca ze znanych szlagierów – porywa do tańca. No, może do kołysania się w rytm piosenek. Dzieci nie zwracają uwagi na konwenanse. Dzieci biorą to, co im dane.

A co na to miś? Jest tak zaoferowany opieką nad jajem, że żaden lis mu niestraszny. Zresztą Głowacki przygotowuje na lisa wiele pułapek w myśl zasadzie – kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Tymoteusz nie musi już się wysilać w walce ze złem. I tak lis dostaje w głowie kijem, który miał obezwładnić ptaki wysiadujące jaja. Wpada też w wykopany przez siebie dół w ziemi. W końcu łamie ząb, łakomie gryząc gipsowe jajo. Dzieci dzięki tym sytuacjom widzą, że złe nie popłaca.

W bajce nie brakuje też odniesień do współczesnego życia. Swoje pięć minut w spektaklu ma kura, która zawodowo zajmuje się wysiadywaniem jaj. Jak się wywiązuje ze swojej roli? Kiedy nadchodzi przerwa obiadowa, wstaje i wychodzi. Czyli że prawo pracy wkradło się nawet na scenę.

Nie tylko historia misia pozwala uśmiechać się widowni. Scenografia również wnosi wiele pozytywnej energii do spektaklu. Właśnie nadchodzi wiosna, ptaki szykują się do znoszenia jaj, wypatrują słońca i zieleni na drzewach. I właśnie to ostatnie przychodzi bardzo szybko – nad pniami drzew rozkładają się zielone parasole z wyrysowanymi liści. Tuż przy korzeniach parasole mają przyklejone kwiaty. Szara scena, jaka ukazuje się na początku przedstawienia, dosłownie rozkwita.

"Tymoteusz wśród ptaków" jest kontynuacją przygód misia Tymoteusza wymyślonego przez wielkiego Jana Wilkowskiego. Teatr w swoim repertuarze ma również sztukę „Tymoteusz i Psiuńcio”. Mimo iż stara baba już ze mnie, czekam na kolejne przygody misia, bo się w misiu zakochałam. A co, nie mogę?

PS. Tymoteusz wysiedział jajo i ma małego ptaszka:)

wtorek, 29 września 2009

Co się teraz dzieje w polskiej polityce?

Co tam, panie, w polityce? Aż strach myśleć. Anegdota Holoubka zdaje się być wiecznie żywa, wiecznie prawdziwa i wiecznie fantastyczna. Za każdym razem — gdy czytam, słyszę, opowiadam — śmieję się do łez. Zresztą nie tylko ja.


Redakcyjny kolega P. popłakał się dziś ze śmiechu, gdy podsunęłam mu tę anegdotę. Nie mógł się opanować, a ja patrzyłam i podziwiałam płaczącego mężczyznę po czterdziestce. Widok niecodzienny. Pyszny wręcz!

Przytoczę taki obrazek obyczajowy, który moim zdaniem dobrze ilustruje to, co się teraz dzieje w polskiej polityce. W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: „Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: „Odpierdol się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: „Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!” Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: „A pan jest chuj!” Przy czym strażak na posterunku też już był inny. Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju.

Autor: Gustaw Holoubek. Boski, prawda?

niedziela, 20 września 2009

Biljana Srbljanović lubi bunt eleganckich dam

Krystian Lupa teatralnego oskara otrzymał w tym roku. Biljana Srbljanović dwa lata wcześniej. Ceniona serbska dramatopisarka gościła w Olsztynie podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Demoludy.

Biljana w Olsztynie właściwie pojawiła się przez przypadek. Bo przecież przypadki chodzą po ludziach i odczuł to na własnej skórze szef Demoludów — Marcin Zawada. Podczas Premio Europa per il Teatro we Wrocławiu, kiedy to wyróżniono Krystiana Lupę, pił kawę na rynku z Goranem Injacem — teatrologiem i slawistą. Rozmawiali oczywiście o Demoludach, a pomysły mieszały się z kofeiną. Marcin przyznał, że marzy mu się przyjazd Biljany do Olsztyna i że pewnie trudno będzie ją ściągnąć, a co dopiero spotkać. To kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi, jeździ wszędzie, więc o Olsztynie nawet nie pomyśli. I traf chciał, że Biljana była akurat we Wrocławiu i… stała nieopodal. Podbiegli, dobili targu i tym sposobem autorka została gościem specjalnym Demoludów.

Kim dla bałkańskiego kina jest Emir Kusturica, tym dla teatru Biljana Srbljanović. Swoi traktują ją prawie jak Franza Kawkę, bo pisze to, co jest dla nich przykre.

Przeciwna bombardowaniom i reżimowi Milosevicia, naraża się hołdującym zasadzie „własnego gniazda się nie kala” nacjonalistom, którzy uznali ją za zdrajczynię i ochrzcili mianem „włoskiej dziwki”. Ale jak tu nie być przeciwną, skoro powietrze wokół jest zepsute, a Serbowie zachowują się tak, jakby łechtało ich nosy? Tak traktuje się Biljanę, uznaną swego czasu za objawienie współczesnego dramatu. Rację miał chyba serbski pisarz, który rzekł: „w takim kraju jak nasz, jeśli człowiek jest coś wart, musi być zdrajcą”. A Srbljanović warta jest wiele. Usiłując zmierzyć się z atakami na jej osobę odpowiada na pytanie kim jestem?: „nie chcę być poza i krytykować własny kraj, który kocham. Mam problem z patriotyzmem, który jest we mnie, po prostu nie rozumiem tego. Kocham mojego przyjaciela, moją matkę, ale nie kocham każdej cząstki ziemi, na której żyję”. I to jest w porządku.
(W Serbii czyli nigdzie)

Niestety spotkanie z Biljaną Srbljanović nie porwało tłumów. Po pierwsze niewiele osób przyszło. Ale jak ludzie mieli przyjść, skoro teatr nie promował spotkania? Na dobrą sprawę wiedzieli tylko wtajemniczeni. Po drugie problemem okazali się prowadzący spotkanie tłumacze, którzy – tak pochłonięci rozmową ze sobą – tłumaczyli piąte przez dziesiąte. Tak świetnie się dogadywali, że najwidoczniej zapomnieli, że widownia ni w ząb nie zna serbskiego. A posłuchać by chciała. Przetłumaczone wypowiedzi Biljany były często wyrwane z kontekstu.


Spotkanie skupiło się m.in. na dramacie „Upadek” prezentowanym podczas towarzyszących festiwalowi czytań performatywnych.
— Sztuka miała swoją premierę dwa dni po upadku rządów Miloszevića — wspominała autorka. — Musieliśmy zamknąć teatr, bo na zewnątrz nie było jeszcze spokojnie. Widownia też była podzielona na zwolenników i przeciwników tekstu. Ale właśnie najbardziej cenię to w teatrze, że potrafi sprowokować nawet najbardziej elegancko ubraną damę do głośnego wyrażenia swojego sprzeciwu.

Niewiele mogę cytować Biljany. A pewnie w tak drobnej posturce skrywa ogromny bagaż doświadczeń. Dlatego posłużę się wywiadem kolegi Romana Pawłowskiego.

Biljana opowiada o wojnie.

Wojna wybuchła, kiedy zaczynałam studia. Budynki mojego uniwersytetu w Belgradzie położone są naprzeciw autostrady biegnącej na północny zachód, czyli na tereny objęte wojną. Codziennie z okien widzieliśmy czołgi i ciężarówki z żołnierzami jadące na front. Z kolei dom moich rodziców położony jest na peryferiach Belgradu, niedaleko wielkiego wojskowego szpitala, do którego codziennie helikoptery przywoziły rannych. Chcąc nie chcąc, znalazłam się więc w samym środku wojny. Tak było z moją generacją, która nie miała żadnego wpływu na wojnę. Przywykliśmy do widoku żołnierzy jadących na front i ciał wracających z frontu. Dopiero kiedy wojna się skończyła, zrozumieliśmy, co się stało.

(…)

W 1991 roku, kiedy konflikt się zaczynał, ojciec postanowił, że mimo wszystko pojedziemy nad morze. Z Belgradu do Istrii jest 700 km, po drodze zatrzymywały nas posterunki wojskowe, było ich coraz więcej. Policjanci chorwaccy byli zaszokowani, że ktoś na belgradzkich tablicach wybrał się w takiej chwili na wakacje. W końcu na jednym posterunku policjant kazał ojcu wysiąść z auta, tata cały spocony ze strachu wysiadł i zobaczył martwego ptaka, który wbił się w naszą tablicę rejestracyjną. "Wy, Serbowie, zawsze musicie zabić coś chorwackiego, nawet gdy jest to ptak" — powiedział policjant i zawrócił nas do Belgradu. Przez dziesięć lat rodzice nie wyjechali ani razu na wakacje, postanowili, że skoro nie mogą jechać nad "ich" morze, nie pojadą nigdzie.

(…)

Moją największą stratą jest to, że dotąd nie mam dziecka. Miałam 20 lat, kiedy wojna się zaczęła, to nie był dobry moment na urodzenie. Wojna trwała, robiłam się coraz starsza. Kiedy skończyłam 29 lat, zdecydowałam się — muszę urodzić teraz, zanim przekroczę trzydziestkę. Wtedy zaczęły się naloty NATO na Belgrad. Moja bliska przyjaciółka rodziła w szpitalu, który został zbombardowany. Nie możesz mieć dzieci, kiedy nie ma elektryczności, z nieba lecą bomby, brakuje leków. Potem przyszła rewolucja, wydawało się, że zbiorę trochę pieniędzy, kupię mieszkanie i urodzę dziecko. Ale to się nie stało. Może nie byłam wystarczająco odważna. Tak czy inaczej moje nienarodzone dziecko jest jedną z ofiar tej wojny. Żałuję, bo świat nie zmieni się od sztuk teatralnych. Mogą go zmienić tylko nowi ludzie. Ale chyba jest za późno.

Dowiedz się więcej:
Festiwal Demoludy
Kręte drogi serbskiej tożsamości w twórczości Biljany Srbljanović

wtorek, 15 września 2009

Demoludy poszły w ruch

Przez żołądek do serca? W takim klimacie rozpoczął się Międzynarodowy Festiwal Teatralny Demoludy. Czyli że pierwsze koty za płoty.

By zachęcić widzów do oglądania spektakli, teatr Jaracza na dzień dobry zaserwował festyn i darmowy koncert na teatralnym dziedzińcu. Hasłem przewodnim były oczywiście Bałkany – jako że w tym roku Demoludy sięgają do krajów byłej Jugosławii.

Nikt nie spodziewał się takich tłumów. Przynętą zapewne okazała się degustacja tradycyjnych potraw bałkańskich i otwarte mistrzostwa Warmii i Mazur w balote – pradawną, ale wciąż popularną grę. Francuzi mówią na to bule, Polacy grają w kulki, a ci znad Adriatyku grają właśnie w balote.

Grali też na scenie – rockowo i skocznie Kuśka Brothers, a jazzowo Aron Blum Balkan Stetl Orkestar. Koncert nazwany Poliż Balkan Mjuzik łączył bałkańskie rytmy przefiltrowane przez słowiańskie dusze.

Największą atrakcją okazał się jednak pchli targ, czyli buvljak. Organizatorzy nazwali to „teatralnym mydłem i powidłem” i trafili w dziesiątkę. Wyprzedawali sceniczne rekwizyty, dekoracje i teatralne stroje. Można było kupić gliniane matki boskie (5 zł sztuka), maszynę do szycia Marka Hłaski (10 zł), habit (20 zł), styropianowego konia (100 zł), olbrzymią replikę radia Pionier wymiarów porządnego segmentu i angielską budkę telefoniczną (800 zł). Chętnych nie brakowało.

Oto subiektywna wizja pierwszego dnia:


> Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie


piątek, 11 września 2009

Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie

Być, czy nie być? Być! Olsztyn na kilka wieczorów zamieni się w Bałkany. Jakim cudem? W teatrze wszystko jest możliwe. Zbliża się Międzynarodowy Festiwal „Demoludy”.

Dzwoni do mnie Hamlet i pyta, czy go przenocuję. Kręcę nosem, bo ze starym dziadem (ile on ma już lat?) nie chcę spać w jednym łóżku. Ale Hamlet to na szczęście gentleman i nie nalega. Chociaż trochę jest nieznośny — ciągle mi pisze, że odlicza dni i godziny do festiwalu. Że strasznie kręci go Słowenia, Serbia, Bośnia, Chorwacja. Nie tyle turystycznie, ile mentalnie. Ba — teatralnie!



Zapatrzeni w Zachód, straciliśmy siebie z oczu, nie podejrzewając, że możemy sobie wiele zaoferować. DEMOLUDY pozwalają odkryć i rozpoznać kulturę sąsiadujących narodów, określić podobieństwa i odmienności, a przede wszystkim wysłać sygnał duchowej transakcji wiązanej: na zgliszczach dawnego porządku i wobec unifikacyjnego wpływu zachodniej cywilizacji rozpoznajemy się jako wspólnoty ludzi, a nie hermetyczne zbiory społeczeństw. Ponad politycznymi grami państw i rządów, uczymy się języka człowieczeństwa, który - za sprawą sztuki - wyrasta ponad stereotypy i historyczne uprzedzenia.

Nazwę Festiwalu traktujemy z dystansem i humorem. To autoironiczny, wolny od resentymentów gest otwartości, wyzbyty obciążeń, skierowany zarówno do starszego, jak i młodego pokolenia. Z niegdysiejszej skazy, czynimy dzisiaj zaletę. Słowo „Demoludy" wypowiadane na początku XXI wieku, w globalnej wiosce, wśród gąszczu infostrad i cybernetycznych rewolucji, jest świadomą artykulacją sprzeciwu wobec tendencji kultury masowej, która wyzbywa człowieka pamięci i refleksji.
(strona "Demoludów")

Być, czy nie być? Takich pytań nie powinno się zadawać. Każdy Hamlet zna odpowiedź. Każdy Hamlet zarezerwował już bilet. Nie wierzysz?

Szalenie doceniam zaangażowanie organizatorów i troskę o gości spoza Olsztyna. Znalazłam na stronie przydatne informacje dotyczące noclegów i transportu. To wygodne. Czy Hamlet już skorzystał?

Bo Hamlet przecież w Olsztynie nie mieszka. Boi się urzędników i ścieżek rowerowych. Na szczęście na festiwal przyjedzie autobusem.

> Zobacz PROGRAM


piątek, 7 sierpnia 2009

Żydek na psy schodzi

Jest czy go nie ma? Antysemityzm w Polakach wciąż się tli. To choroba nieuleczalna. Ale kto dzisiaj zaraża?


Jest taki spektakl „Żyd” z Bielsku-Białej. Przedstawienie to niczym nie powala, nie zaskakuje, ale... zmusza do myślenia. Niby to komedia, niby trochę głupawa i banalna, ale mówi o antysemityzmie, który wciąż w Polakach drzemie — wbrew narodowemu uzdrowieniu. Bo przecież mówi się, że wszystkie przykre rozdziały mamy już pozamykane. Guzik prawda.

Polacy kochają Żydów. Wzruszają Polaków żydowskie historie, porywają do tańca żydowskie melodie, do łez bawią żydowskie dowcipy i skecze. Szmoncesy łykamy pasjami. Porywa nas żydowski folklor. (...) Można powiedzieć, że judaizm jest naszą narodową pasją. Najpopularniejszą polską gazetę nazywamy tu “Koszerną”. Najświetniejsze radio nosi imię kobiety żydowskiego pochodzenia. Żyd umęczony przez Rzymian jest niemal naszym narodowym symbolem. Nie ma tematu, o którym Polacy będą dyskutować chętniej niż o Żydach. Nie ma tematu, na którym tak wielu Polaków tak dobrze się zna, jak na Żydach.

I pewnie dlatego na murach co i raz spotyka się napisy: Żydzi do gazu. Zdarzają się też namalowane swastyki czy szubienice z gwiazdami Dawida. Bo na Żydach znamy się wyśmienicie. Żartujemy sobie z ich zaradności. Cóż, bez Żyda nie ma Polaka.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że raz na jakiś czas natrafiam na delikatne przejawy antysemityzmu. Bogu dzięki, że z wielkim kalibrem się nie spotkałam. Obym tego nie doczekała. Oby historia się nie powtórzyła.

Rozdaję bilety do kina czytelnikom. Szczęściarze dzwonią i wybierają. Odzywa się też zalotny pan Antoni.

— Miła pani Ado, co mi pani da ciekawego?
— Ma pan do wyboru „Brzydką prawdę” albo „Wojnę polsko-ruską”.
— Wolę „Brzydką prawdę”, bo w „Wojnie” ten żydek Szyc co chwilę przeklina. Kiedyś on taki romantyczny był, a dziś — jak to żydek — na psy schodzi.

Ta sytuacja ma się tak samo jak inspiracja teatralnego „Żyda”. Takim pstrykiem dla dramaturga Artura Pałygi była anegdotka opowiadana przez Pawła Passiniego:

Na targach w Brukseli Polskę reprezentowała restauracja żydowska „Anatewka”. Podawano m.in. schab po żydowsku. Po posiłku kelnerka, wręczając karykaturalne figurki mężczyzn z pejsami i brodami, mówi z szerokim uśmiechem: „Na pamiątkę... żydki!”
(Artur Pałyga, O spektaklu „Żyd”)

Wzorce się powielają. Lubimy Żydów, ale...

Antysemityzm wiecznie żywy? Oto przykłady wygrzebane z sieci:

Nauczycielka:
Proponowałam różnym osobom pójście na ten spektakl. Od kilku usłyszałam: "Nie jestem antysemitą, ale...". Moja mama ma 78 lat. Opowiada, że jako dziecko bała się przechodzić koło synagogi w Białej, bo krążyły opowieści, że Żydzi porywają dzieci na macę. Z lekcji religii pamiętam, że Jezusa ukrzyżowali Żydzi...

Jadwiga Grygierczyk, aktorka:
Niedawno jechałam autobusem. Wsiedli kontrolerzy, sprawdzali bilety grupie młodzieńców. Usłyszałam potem ze strony tych młodzieńców pod adresem kontrolera: Ale Żyd. To jest wyssane z mlekiem matki. To takie kamyczki, które się zbierają.

Szanowny Sir Jarek:
My, Polacy (oczywiście z dużej litery) to jednak biedne frajery jesteśmy. Zawsze jakieś zewnętrzne nacje nas pognębią. A to Ruscy, a to Pepiczki, że o przebrzydłych Szkopach nie wspomnę. A my zawsze za „Wolność Waszą i Naszą” z szablami na czołgi. Ale najgorsze to są te żydki, co nam Ojczyznę rozgrabiają od środka i nie pozwalają na pławienie się w dobrobycie co się Nam ze wszech miar za dzielną postawę Przedmurza Chrześcijaństwa i "SOLIDARNOŚĆ" należy. Toż pomsty i kary Pańskiej nie ma na nich, a jeszcze Nam Pana Naszego Jezusa Chrystusa ukrzyżowali.

J-44:
Te pejsy do czego służą? Dlaczego nie można jeść wieprzowiny, skoro ona się już tak łatwo nie psuje, bo są lodówki? Po ch... rytualny ubój zwierząt? Wreszcie dlaczego niewinnym małym chłopcom, bez ich zgody, obcina się napletek nazywając to obrzezaniem? Izrael to bardzo barbarystyczne i nienowoczesne państwo.

dezerter:
Aj waj, aj waj — ty mnie do wojny nie popychaj!

Piotr Wierzchowski:
Wielu z nas, Polaków, to antysemici. Dlaczego?
1. Znajomi księża upierają się, że to jednak Żydzi zamordowali Jezusa w Jerozolimie.
2. Znajomy Żyd uważa, że w każdej bibliotece w USA są dowody na to, że właśnie Polacy są antysemitami.
3. Często słyszę w Warszawie: na Żyda nie będę głosował.
4. Nie znamy historii Ziemi Świętej. Nawet pani Świderkówna pisze o Palestynie w czasach Jezusa, gdy Palestynę utworzyli Rzymianie w II w.n.e. po powstaniu Bar Kochby. Pomijam tu szereg kościelnych wydawnictw, które generalnie rozmijają się z historyczną prawdą o tych ziemiach, w tym czasie.
5. Wielu Polaków obraża się na stwierdzenie, że zarówno Jezus i jego Matka byli Żydami — i to z rodu Dawida.
6. Aleksander hrabia Fredro, "Zemsta": to Żyd, wnet w literę go obrócę.
7. H. Sienkiewicz, "Potop", Zagłoba: sprowadzić mi tu Żyda za pejsy.
8. Świadectwo W. Bartoszewskiego o postawie niektórych księży z rejonu Jedwabnego, na jesieni 1939: nawoływali wiernych do wydawania Żydów Niemcom.
9. Brat Artura Rubinsteina uważał, że Polacy mieli go za parszywego Żyda, zaś jego brata za wielkiego Polaka.
Tu tylko kilka zdań, które nasunęły mi się w ciągu kilku minut.

Gość:
Za świńską grypę też odpowiedzialni są Żydzi może?

Polak:
Przepraszam Żydów za to, że podczas wojny moi pradziadkowie, ryzykując życiem swoim i rodziny, przechowywali i ocalili od zagłady kilku z nich, nie doczekawszy się nawet pośmiertnie drzewka pamięci ani innych form wdzięczności. Ja, nauczony doświadczeniem moich przodków oraz moimi własnymi obserwacjami, w przypadku ponownego holokaustu nie zamierzam nawet kiwnąć palcem w obronie któregokolwiek przedstawiciela narodu wybranego. Dla mnie to żaden geszeft.

Przeczytaj:
Holocaust — Polakowi palec w oko
Jeśli boli cię głowa, nie bierz aspiryny. Wymyślił ją Żyd!

wtorek, 30 czerwca 2009

Scena Margines schodzi ze sceny

— Jesteś najgorszym konferansjerem, Giovanni — podsumował Igor Stokfiszewski Anty-Galę kończącą sezon na olsztyńskiej Scenie Margines. — I tego ci gratuluję!


Początek wakacji to koniec pracy w teatrach. Aktorzy urlopują. Ale póki co — nie brak pożegnań, ukłonów i plebiscytów na najlepszych twórców scenicznych. Scena Margines też zorganizowała imprezę w stylu „happy end”. Szef Giovanni Castellanos przyznał nagrody — Najlepsza kreacja 2009 oraz Człowiek Marginesu. Pierwsze miano zgarnęła — w końcu — Milena Gauer, która przez rodzimy teatr była pomijana we wszelakich statystykach i wiwatach. Aktorka zasłynęła rolą w monodramie „Jackie. Śmierć i księżniczka”.
— Dziękuję za wyróżnienie — przyznała Milena Gauer z czerwienią na twarzy. — Mam nadzieję, że w dalszym ciągu będę grać Jackie. Bo bardzo lubię ją grać.

A ja lubię oglądać. Widziałam dwa razy i chętnie trzeci raz obejrzę. To kiedy? :-)

Milena — jako bonus do statuetki nazwanej przez Giovanniego „płytkami łazienkowymi” — zgarnęła zaproszenie na weekendowy pobyt w ekskluzywnym hotelu. I tu znów komentarz Castellanosa: hotelu z czterema gwiazdami, masażami błotnymi i kolacji przy świecach. Ach!

Człowiekiem Marginesu został Igor Stokfiszewski — pióro „Krytyki Politycznej”, współtwórcza Czerwonego Października i człowiek zaangażowany w olsztyńskie działania alternatywne — nie trudno się domyślić, że chłopak zszedł przez to na... Margines. Tęga głowa jednym słowem. Ukłonił się i też zgarnął komplet „płytek łazienkowych”.

To nie była uroczysta gala, jakich wszędzie pełno i jakie są idealną pożywką dla kronik towarzyskich. Giovanni nie stanął na scenie w garniturze, nie poprawiał muchy, nie chrząkał przed wypowiedzeniem pierwszego słowa. Nie lakierował też butów, nie zaangażował smukłych jak żyrafy hostess, nie zaserwował fajerwerków i korków od szampana fruwających pod sufitem. Wszedł na scenę z buta, chwycił mikrofon i żartował. Ot — by nie było sztampowo. O sobie, raz jeszcze o sobie i wszystkich, którzy na Scenie Margines tworzyli — czyli o tych, którym Giovanni pomagał, wspierał i mobilizował do pracy.

Anty-Galę zwieńczył one man show „To nie jest kraj dla wielkich ludzi”. W roli głównej i jedynej wystąpił Rafał Rutkowski — aktor Teatru Montownia znany telewizyjnej publiczności z serii reklam o sprzedawcy Castoramy.

Bawił? Ano bawił, bo było śmiesznie. Szkoda tylko, że dziś trzeba sięgać po stereotypy i banały, by rozbawić widownię. Dlaczego zawsze pękamy ze śmiechu, gdy widzimy sfrustrowanego swoim celibatem księdza, czy wojskowego geja? Czyżby taki był współczesny klucz do sukcesu?



Zdjęcia z Anty-Gali i słowo boże:
Anty-Gala podsumowująca sezon na Scenie Margines. Statuetki rozdane

czwartek, 28 maja 2009

Bestia w białych rękawiczkach

Reżyser działa na zmysły młodego widza, wyostrza dźwięk, ale dzieciaki i tak patrzą na potwora pobłażliwym okiem. „Piękna i bestia” w Olsztyńskim Teatrze Lalek to bajka o tym, co siedzi pod skórą.

- A dlaczego potwór ma takie czerwone oczy? – pyta dziecko rodzica zaraz po rozpoczęciu spektaklu. – Po to, by strasznie wyglądać – słyszy odpowiedź. – Czyli to będzie straszna bajka?

Olsztyński Teatr Lalek na zakończenie sezonu serwuje „Piękną i bestię” w reżyserii Olega Żugżdy. To spektakl o wartościach, które zanikają. Dziś brzydota – nawet, gdy jest walorem – zostaje odrzucona. Do głowy nie przychodzi, by – nawet za największe pieniądze – bratać się z kimś wymykającym się z szablonu popkultury. W bajkach jednak wszystko jest możliwe.

Oleg Żygżda przed premierą zapowiadał, że jego sztuka będzie robiona z filmowym rozmachem. Sceniczna bestia niczym jednak nie przypomina znanej z disnejowskiej opowieści. Bliżej jej do mrocznego rycerza niż do książęcego żubra. Reżyser działa na zmysły widza i uzbraja potwora w mikrofon. Wyostrza każdy dźwięk - słychać warknięcię, sapnięcie, czy mlasknięcie. Na początku przedstawienia maluchy krzywią się, ale z biegiem wydarzeń patrzą na bestię pobłażliwym okiem. Biorą przykład z pięknej blondwłosej Belli, bo ona jedyna ma zaufanie do bestii. Takiej dziewczyny dziś ze świecą szukać.

Scenografia na pierwszy rzut oka nie zachwyca. Bajkowego klimatu nie dodają zwisające języki wykonane z bibuły ani stojące na scenie wielkie lustra siermiężnie wykonane. Ale reżyser tak je wykorzystuje, by podczas spektaklu nie wracać uwagi na formę, ale na treść. Lustra nie tylko odbijają obraz, ale są przezroczyste. Dzięki temu reżyser tworzy drugi tajemniczy plan. Tym samym przenosi widza do lasu lub do przeszłości. Materiał, z jakiego „lustra” są wykonane, sprawia wrażenie trójwymiarowości. To tak, jakby patrzeć przez szklaną kulę, gdzie przedmioty mają inne poczucie przestrzeni. Magii dodają też białe rękawiczki ubranych na czarno aktorów. Widać tylko ręce, które czarują i ustawiają rekwizyty. – Mamo, czy to ręce czarodzieja? – słychać szepty młodych głosów. Czyli, że białe rękawiczki działają na wyobraźnię dzieciaków.

Reżyser stawia obok siebie grających aktorów i lalki. Ale to człowiek odgrywa najważniejszą rolę. Lalki opowiadają historię i posuwają akcję do przodu. Aktorzy zaś podkreślają emocje i relacje międzyludzkie. Młody widz podświadomie rozumie, że dobroć, oddanie i miłość to cechy wartościowe. Bo „Piękna i bestia” to bajka o tolerancji i szacunku do siebie. To opowieść o ludzkich charakterach przedstawiona w prosty, ale sympatyczny sposób. Morał aż sam ciśnie się na usta – wszystko, co wartościowe, ukryte jest głęboko pod skórą.

niedziela, 24 maja 2009

Dziewica z brzuchem

Dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. „Wesele u drobnomieszczan” Giovanny’ego Castellanosa w olsztyńskim Teatrze Jaracza niby lekkostrawne, a nieżyt żołądka gotowy.


Jak kupić widza? Zaserwować mu wiązankę biesiady i disco-polo. I tym tropem idzie Giovanny Castellanos w „Weselu u drobnomieszczan” na podstawie sztuki Bertolta Brechta. Widownia atakuje aktorów salwami śmiechu, ale czy jest się z czego śmiać?

Z siebie. Nic nie jest tak zabawne, jak własny ogródek. Castellanos wskazuje palcem w publiczność – to wy jesteście śmieszni. To wy jesteście gośćmi na weselu. To wy reprezentujecie rozpadający się świat.

Oto na scenie trwa zabawa. Weselnicy rzucają się na stół, groteskowo skrobią w talerze. Są niczym zaprogramowane kukły działające na najwyższych obrotach. Nie jedzą, pożerają. Matka (Joanna Fertacz) wnosi rybę na tacy, za chwilę budyń z bitą śmietaną. Rozkosze podniebienia mieszają się z rozkoszami dyskusji. Ojciec (Marian Czarkowski) opowiada historie rodzinne, ktoś obok romansuje ze sobą, ktoś delikatnie się kłóci. Ale z biegiem czasu – z kolejnymi lampkami wina – rozwiązują się języki i krawaty, a wszelakie konwenanse idą na bok. Zasady padają – niczym krzesła i stół. Wystarczy siąść i trach! I właśnie rozpadające się meble są synonimem rozpadu świata, w którym żyją bohaterowie. Stół traci nogi, krzesła oparcia – wesele zaczyna się sypać. Czyli nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko trwałe, co stoi. Albo udaje, że stoi. Przykładem może być postawa Panny Młodej (Milena Gauer), która - ubrana w śnieżnobiałą suknię – ukrywa, że jest w ciąży. Nie ważne, że brzuch ją wyróżnia. Jeśli ona o ciąży nie wspomina, powinno być tak, jakby jej nie było. Ale gdy goście wspominają o jej „dziewictwie”, denerwuje się jak dziewczynka, której tajemnica zostaje odkryta. – Aż się zaczerwieniłam – stwierdza.

Castellanos ubiera aktorów w kiczowatym stylu. Ich fryzury i tandetne stroje podkreślają sztuczność świata. Każdy jest jakby z innej bajki, ale każdy stoi pod pręgierzem groteski. I to jest wspólny mianownik. Reżyser sięga po karykaturę, ale i sam się w niej zapętla. Nie może wyhamować. Wiele scen niczego nie wnosi, niczego nie tłumaczy. Castellanos nie tyle ośmiesza zachowania ludzkie, ile ich weselne tradycje – i to nie te najbardziej krępujące. Celuje w polskość. A z jakiego kalibru strzela? Nie wyśmiewa zabaw z wałkiem, zbierania na wózek, ani wulgarnych tańców z balonikiem. Wyszydza te najbardziej zakorzenione w polskiej zabawie. Na ile ośmieszają one współczesnego Polaka? Castellanos sięga między innymi po piosenkę Urszuli Sipińskiej „Cudownych rodziców mam” – symbol podziękowań za troskliwą opiekę rodzicielską. Czy jest się tu z czego śmiać? Może i jest, jeśli rodzice nie święcą przykładem. W „Weselu u drobnomieszczan” nie wyczuwa się jednak żadnych niesnasek dziecko-rodzic.

Castellanos bawi się spektaklem. Ma się wrażenie, że scena jest jak worek, do którego wrzuca każdy swój pomysł. Na scenie stawia mikrofon, do którego kolejno podchodzą goście. Jedni śpiewają, inni coś mówią. Ale mikrofon jest tylko zabawką. Czy reżyser za jego pomocą chce na coś zwrócić uwagę? Chce coś nagłośnić? Kwestie, które mogą podkreślać ludzką głupotę – drobnomieszczańskie zwyczaje – padają również poza głośnikami. Czyżby mikrofon był kolejnym elementem, by kupić widza? Czy to tylko sceniczny gadżet, który sprawia widzowi frajdę? A może to aluzja do filmowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego, gdzie triumfy święci Tymon Tymański ze swoim „Białym misiem”? Ale era tego przeboju skończyła się, gdy na sale weselne wdarła się grupa Masters z hitem „Żono moja”. Castellanos i po ten hymn nowożeńców sięga. Podchwytuje również „Złoty krążek”, ale w tej scenie przechodzi sam siebie. Przerost formy nad treścią – inaczej nie można nazwać wspólnego tańca z podrzucanym złotym hoolahoopem w tle.

Wesele się nie udaje. Zabawa jest nie do zniesienia - młodzi wciąż powtarzają: niech oni już sobie pójdą. I idą - pozostawiając po sobie niesmak. Panna młoda przeżywa, że wszyscy wezmą na języki jej ciążę. Że się wydała, a przecież miała tak dobrze skrojoną suknię. Jednak nie szata zdobi człowieka. Dlatego zdziera z siebie dziewiczą biel i paraduje z wydętym brzuchem. Zaczyna się codzienność – napęczniała, aż niesmaczna proza życia. Rachunki, kwoty w kopertach-prezentach... Life is brutal.

Giovanny Castellanos chce nie tyle wyśmiać społeczeństwo, ile pokazać, że człowiek jest zależny od społeczności, w której żyje. Że niewiele robi dla siebie, ale dla innych. Bo ślub to „nasz zbiorowy obowiązek”. Na ile mu się to udaje? Słyszałam w kuluarach, jak jedna pani drugiej pani szeptała w uszko, że jedna z bohaterek to wypisz wymaluj ich znajoma. A jednak jest się z czego śmiać – z siebie. Tylko dlaczego reżyser – szykując weselne menu – wrzuca aż tak dużo dań? Aż się odbija tą maskaradą, groteską i muzycznym pastiszem. Sam się uzależnił od tego, by widza przekupić. Bo to „nasz zbiorowy obowiązek”.

niedziela, 10 maja 2009

Sen w teatrze pobudza

Nuda w teatrze inspiruje. Wyostrzają się zmysły — oko się szerzej otwiera, ucho czujniej słucha. Spektakl nie porywa, a widzowie zainteresowani są... sobą. A co z aktorami? Grają sobie a muzom?

Podczas nudnej sztuki widownia wygląda tak: część śpi, część udaje zainteresowanie, reszta pęka ze śmiechu. Z czego? Z tych śpiących. Gdy scena nie przykuwa uwagi, wodzi się wzrokiem po twarzach towarzyszy niedoli. Gdy dojrzy się jednego śpiocha, szuka się kolejnego. Gdy ten pierwszy się obudzi, czeka się na kolejną wpadkę. I tym sposobem trwa się do końca spektaklu.

Nie tylko spanie bywa zaraźliwe. Obserwacja też łączy — tworzy się więc na widowni brać obserwatorów. Ci najpierw podświadomie, a potem już świadomie zaczynają komunikować się ze sobą. Jeśli ktoś śpi po lewej, trzeba dać cynk. Jeśli ktoś ziewa po prawej, warto wskazać palcem. Aktorzy schodzą na drugi plan.

Salwy śmiechu wybuchają samoistnie. Są nie do opanowania - a to ktoś usta otworzy podczas snu, a to komuś głowa się kiwa, a to – moje ulubione – ktoś chrapie. Zdarzają się też czkawki i wzbudzające najmniej emocji burczenie w brzuchu.

Raz na jakiś czas trafia się widz odważny. Gdy mu się nudzi, wstaje i wychodzi. Po prostu. Wtedy obserwatorzy mają kolejny powód do radochy – przebijający się przez rzędy dezerter staje się bohaterem narodowym. Wszyscy wyostrzają wzrok, by niczego nie przegapić. W tej chwili mile widziane są wpadki uciekiniera – gdy nadepnie komuś na palce, gdy potknie się albo usiądzie jakiejś „zainteresowanej” pani na kolanka. A finał takiej dezercji często przejawia się trzaskiem drzwi. Nie ma zmiłuj – śpiący się budzą, udający zainteresowanie wystraszeni podskakują. Tylko aktorzy nie reagują – grają, grają, grają. I tu podziw dla nich, ukłon w ich stronę, oklask – za profesjonalizm. Nikt mi nie powie, że praca odcina ich od publiczności. Przecież czują ten brak dialogu, brak reakcji publiczności. Ba – nadmiar reakcji na pewno słyszą.

Z nudą w teatrze zmagałam się przy okazji „Spalonej powieści” Białostockiego Teatru Lalek. Osób śpiących zliczyłam siedem. Ziewających było o połowę więcej. Śmiejących się jeszcze więcej. Współpracujących ze sobą – już zliczyć nie mogłam. Jedna dłubała w nosie.

W spektaklu Wojciecha Szelachowskiego wszystkiego jest za dużo. Za dużo aktorów na scenie, za dużo zdań wielokrotnie złożonych, za dużo słów trudnych, za dużo powtórzeń, za dużo sensów możliwych, a nie do końca wyartykułowanych.
(Jerzy Szerszunowicz, Udławili się słowami)

Sztukę obejrzałam podczas 29. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

A ty jaki masz sposób na nudę w teatrze? Komentuj, nie wstydź się!