Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lipca 2010

Kloc przed Wysoką Bramą

Olsztyn zakłada sobie kamień na szyję i wskakuje na głęboką wodę. Tym kamieniem jest nowy pomnik, jaki stanął przed Wysoką Bramą. To właściwie dwa kloce sklejone czymś, co przypomina konia. A Łódź ma takie ładne ławeczki. A Wrocław krasnale... A Olsztyn nie ma nawet pomysłów na promocję.


Zobaczyłam na własne oczy i złapałam się za głowę: co to jest? Ani się przy tym sfotografować, ani podziwiać, ani nawet pogłaskać. Ciężkie, toporne i nijakie. Wracamy do komuny?

Turystów ten kloc pewnie wystraszy, a powinien pozwolić się uśmiechnąć. Zdecydowanie miasto powinno myśleć przez pryzmat atrakcji dla przyjezdnych, a nie realizować dziwne fanaberie artystów. Internauci nawet żartują, że te dwa kloce przypominają logo MTV. A ja dopowiem z przekąsem: zgadza się, Ma To Vyraz. Ale Vyraz negatywny.

Pomnik powołał do życia artysta-rzeźbiarz Dawid Gołębiowski, absolwent Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu oraz olsztyńskiego liceum plastycznego. Mieszka w Ługwałdzie pod Olsztynem.

Dlaczego nikt nie bierze przykładu z miast stawiających na pomniki promujące? Proszę bardzo — Łódź słynie z ławeczek, na których siedzą znani łodzianie. Tuwim, Rubinstein... Ludzie się do nich przysiadają, konwersują, za nos pociągają. Potem wracają do domów i mówią: a wiesz, co jest fajnego w Łodzi? Te ławeczki, wyróżniają się z tła miasta. Ale tak powiedzieć mogę tylko o Łodzi. Inne miasta poszły jej śladem i ławeczki zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Więcej tu przegadania niż dobrej głowy... Ale to nie wina Łodzi. Inne miasta zamiast znaleźć "swoje", poszły na łatwiznę. Ot.


Wrocław też zaszalał i trafił w dziesiątkę. To moje ulubione pomniki, a właściwie pomniczki, jakie widziałam w Polsce. Cudo! Krasnali jest ok. 150 i każdy prezentuje inny cech — jest złodziej, pijak, niewidomy, a nawet krasnoludek-dziewczynka, czyli Marzenka.

Pierwszych pięć figurek — projektu Tomasza Moczka, absolwenta wrocławskiej ASP — ustawiono w sierpniu 2005 roku. Były to: szermierz przy Uniwersytecie, rzeźnik na Starych Jatkach, dwa najsłynniejsze Syzyfki na ul. Świdnickiej oraz pracz odrzański przy moście Piaskowym.

To nie koniec — krasnale stały się już nie tylko symbolem miasta, ale atrakcją dla spacerowiczów. Od czerwca do października każdy chętny może wziąć udział w bezpłatnych rodzinnych wycieczkach tropem wrocławskich krasnali. Ludzie idą więc sznurem i schylają się, żeby spojrzeć w oczy małym, zimnym, ale sympatycznym figurkom. Ba — krasnale mają nawet swoją stronę internetową!


A Olsztyn zamiast poderwać ludzi, zawala ich dwoma klocami. Niby idea szczytna, ale...

Nagrodzona praca została wyłoniona w drodze konkursu ogłoszonego przez Galerię Sztuki BWA w kwietniu bieżącego roku. Celem konkursu było zaznaczenie w przestrzeni publicznej naszego miasta, stolicy regionu Warmii i Mazur, wielkości wydarzenia, jakim była Bitwa pod Grunwaldem, największa bitwa średniowiecznej Europy. Okrągła, 600. rocznica jest wyjątkową okazja, by świętować chwałę polsko-litewskiego oręża, przypomnieć etos średniowiecznego rycerstwa i epokę, tak ciekawie zaznaczoną w dziejach naszego regionu.
(Pod Wysoką Bramą stanął pomnik)

Krasnale we Wrocławiu też świętują Grunwald. Miasto w Pasażu Grunwaldzkim ustawiło kolejne cztery krasnoludki. Na razie nie mają jeszcze imion, więc trzeba je wymyślić. A kto to zrobi? Nie żadne jury, nie politycy, nie grube ryby, ale ludzie — ty, ja, on, ona, ono. Rodzice chrzestni, czyli zwycięzcy konkursu, oprócz nagród w postaci czterech bonów o wartości 1500 zł, zostaną uhonorowani także symboliczną, imienną tabliczką, umieszczoną obok pomnika wybranego krasnala, któremu wymyślili i nadali imię.

A Olsztyn ludzi o głos nawet nie pyta. A głos ludu drży... W internecie, bo na forum publicznym — oko w oko z pomysłodawcami konkursu na pomnik — panuje cisza grobowa.

Na szczęście jest to tylko makieta pomnika, bo na prawdziwy nie ma pieniędzy. Postoi przed Wysoką Bramą do września. Oby do tego czasu kasa się nie znalazła...

piątek, 12 lutego 2010

Enjoy the show, czyli Depeche Mode w Łodzi

Myślałam, że stracę głos i nie wypowiem ani jednego słowa po łódzkim koncercie Depeche Mode. Śpiewałam, tańczyłam i wołałam na bis. Veni, vidi, vici…


Prawie 14 tysięcy ludzi, a w tym tłumie ja. Ale organizacja była tak sprawnie obmyślona, że nie wszystko poszło gładko, a tę masę widać było podczas koncertu. Las rąk, ryk gardeł — fantastyczne!

Depesze potrafią rozerwać. Dave Gahan swoje lata już ma, ale zupełnie po nim tego nie widać. Kręci biodrami jak zawsze, tańczy z mikrofonem, wygina się, tupie nóżką — jak tylko on ma w zwyczaju. Nie bez powodu mówi się: o, ten sławny taniec Gahana. Ano sławny, bo Dave porusza się niesamowicie na scenie. Aż mu zazdroszczę — skąd w nim tyle energii? Z muzyki, proszę pani, z muzyki!

Ale nie sam Dave zagrzewa do muzycznego boju. Martin Gore też daje czadu — i śpiewa swoim hipnotycznym vibrato, i gitaruje. Elektroniczne dźwięki też wchodzą lekko w ucho i nijak z głowy wyjść nie mogą. A perkusja?! Mam słabość do bębnów na żywo, ale tylko pod jednym warunkiem — że to dobre bębny, a za nimi siedzi rewelacyjny pałkarz. No i proszę — miałam jak na wyciągniecie ręki. Prawie, a prawie robi wielką różnicę.

Depesze muzycznie spisują się na medal. Ale co ja tu będę pisała? Ani to nowość, ani odkrywanie kosmosu — wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy koncert. Polecam „Live In Milano” — z ekranu bije taka energia, że aż nie sposób usiedzieć w miejscu. Ale co tam ekran — gdy Depesze grają na żywo, temperatura rośnie, że aż z człowieka bucha niesamowita energia. I nie chodzi tu o taniec, klaskanie, wyśpiewywanie zwrotek i refrenów. Tworzy się wir wzajemnej radości i w tym momencie aż chce się powiedzieć: tak, muzyka łagodzi obyczaje. Muzyka jednoczy, pozwala zapomnieć o wszystkich złach świata. Nikt przez chwilę nawet nie myśli, że gdzieś obok sypie śnieg i będzie trzeba wracać do domu przez zaspy. Zresztą, lody na koncercie topnieją błyskawicznie. Wystarczają pierwsze dźwięki, aby czarna plama zalewająca halę Atlas Arena błyskawicznie wprawiła się w ruch.


Zaczyna się od "In Chains". W między czasie lecą same hity: "Wrong", "A Question Of Time", "Enjoy The Silence", "In Your Room"…

Niesamowicie wyglądają też balony wypuszczone podczas "Policy of Truth" przez fanów bawiących się na płycie. Na wielkim ekranie pojawiają się kolorowe kulki, a na żywo podrzucane są kolorowe balony. Fruwają ich setki — do wyboru, do koloru. Małe, duże — aż zlewają się z wizualizacją na scenie. Szalaję na trybunach, więc mam na wszystko oko.



O wizualizacji też muszę napisać słówko, bo robi wrażenie nie tylko ogromem pikseli, ile dopracowaniem, wyliczeniem — współgrała z każdym dźwiękiem. Nie jest to tylko powiększenie scenicznego show — to nie fokus na to, jak Dave mruga okiem. Przez ekran przelewają się filmy — a to kruk wpatrujący się we wszystko, co wokół, a to spacerujący kosmici o twarzach Depeszy, a to… muszę wszystko opisywać? Nie muszę. Wierzcie ma na słowo, bo… veni, vidi, vici.

Na kolana powala mnie "Never Let Me Down Again", kiedy to wszyscy wymachują rękami. Z trybun wygląda to niesamowicie!



Miałam szczęście, że bawiłam się na trybunach. Podobno scena była za nisko ustawiona, więc ci z płyty niewiele widzieli.

Koniec wieńczy dzieło? Tu bym polemizowała, bo nie dolewa się oliwy do ognia, żeby potem zejść ze sceny ot tak. Ale rzeczywiście — końcowy „Personal Jesus” rozgrzewa ludzkie gardła do czerwoności. Wszyscy wykrzykują: „Reach out and touch faith”! Ale dam sobie głowę uciąć, że są i tacy, którzy śpiewają: „Reach out and fuck Dave”!


Ja tylko podsumuję: Reach out and touch Dave. Prawie.



PS. Nie wzięłam aparatu na koncert. Fotki: Artur Rawicz / Onet.pl.

środa, 29 lipca 2009

Graffiti w Olsztynie w czarnych barwach widzę

Kolorowy Olsztyn? Fantastycznie! Grafiiti ma nie tylko promować miasto, ale i zakryć szare mury. Zgadzają się wszyscy — tylko kolej wypada z torów. Bo malowidło ma powstać na wiadukcie. Halo, czy ktoś zna lekarstwo na sprzeciw?


„Olsztyn wita” — takie graffiti miało pojawić się na jednym z wiaduktów. Miało wprawić turystów w dobry nastrój na dzień dobry. Niestety. Olsztyn wita, a kolej żegna.

Ratusz klasnął w ręce — taki napis to świetny pomysł. Właściciel muru, czyli MZDiM, też się ucieszył. Wszyscy są za, chłopaki już zawijają rękawy i biorą się do roboty. Aż tu raptem puka im w plecy Straż Ochrony Kolei: dokumenty proszę. Chłopcy pokazują wszystkie zezwolenia, ale... pozwolenia na malowanie nie dostają. Panowie mundurowi mówią: stop. I — jak się tłumaczą — do samego malowania nic nie mają. Chodzi jedynie o bezpieczeństwo grafficiarzy. A nuż wpadną pod pociąg.

Grafficiarze nie są lekkomyślni. Patrzą sobie nie tylko na ręce, nie tylko pod nogi, ale i na tory. Nie zamierzają się rzucać pod pociąg — chociaż korci, by skończyć raz na zawsze ze wszystkimi szlabanami, jakie podcinają skrzydła wszelakim inicjatywom.

O problemach grafficiarzy pisze „Gazeta Olsztyńska”.

Kolorowych ścian w Olsztynie jednak nie brakuje. Na Jarotach aż roi się od swastyk. Takiego graffiti nikt nie zabrania. Kiedy promuje się faszyzm, policja się nie pojawia. Farba spokojnie wysycha i czeka na ciąg dalszy. Bo swastyki i antyżydowskie napisy w Olsztynie to niekończący się serial (przeczytaj więcej).

Graffiti i murale to nie tylko bohomazy. To często genialne malowidła ścienne z przesłaniem. Jestem fanką rysunków z sensem. Bo najważniejsze jest tu minimum formy, a maksimum treści.

Zdarzają się więc tu i ówdzie prawdziwe "dziełka sztuki", które ożywiają szare miasta. Wystarczy dać chłopakom wolną rękę. Przykład? Mur przy olsztyńskim LO VI lub wiadukt na skrzyżowaniu ul. Sielskiej z Jagiellończyka.


Ale to i tak nie jest mistrzostwo. Inne miasta biją Olsztyn na łeb, na szyję. A może wziąć z nich dobry przykład?

Wrocław jest geniuszem w malowaniu ścian. Brakuje mi takich pomysłów w Olsztynie. Bo jak na razie remontujemy bloki, malujemy je jaskrawymi farbami i jesteśmy dumni, że żyjemy w świeżym mieście. Hmmm, tak świeżym, że aż owoców brak.


Murale są znane na całym świecie. Malowidła ścienne o wymowie społecznej narodziły się podczas meksykańskiej rewolucji ludowej na początku XX wieku. Dzisiaj Mekką murale politycznego jest Irlandia Północna. Wiele osób na pewno pamięta słynne PRL-owskie malunki służące propagandzie. Wtedy to właśnie wszystkie frontowe ściany polskich budynków były pomalowane przez artystów-plastyków i głosiły idee systemu komunistycznego.


Ozdabianie muralami Wrocławia jest długofalowe. Istnieją plany zagospodarowania kolejnych pustych ścian wrocławskich kamienic na wielkoformatowe współczesne "freski". Malowidła oprócz wesołości i oryginalności mają jeszcze jedną istotną cechę — są tak ogromne, że nie zostawiają wiele miejsca do popisu graficiarzom, pseudoartystom i specjalistom od wulgaryzmów.
(Muralia — Wrocław)


Wrocław — miejsce spotkań.


Łódź też proponuje ciekawe rozwiązania i namawia do rzucenia palenia.


Nikt mi nie powie, że to wandalizm.


Albo, że łódzcy grafficiarze nie mają poczucia humoru.


Kraków przedstawia w alegoryczny sposób bitwę o Monte Cassino.


Warszawa wciąż pamięta o Powstaniu Warszawskim.


Albo sadzi kwiaty na starej Pradze Północ.


Gdańsk też nie odpuszcza dużym formatom. Na bloku przy ul. Pilotów 17 piksluje Lecha Wałęsę. Z okazji 25-lecia otrzymania przez niego Nobla, w miejscu którym żył.


A Lublin organizuje Lubelski Festiwal Graffiti. Malował nawet sam prezydent! Ale pierwsza impreza tego typu odbyła się w Lidzbarku Warmińskim w 1994 roku, a w rok później w Bartoszycach.

piątek, 19 czerwca 2009

Zakaz szczekania dla psów i dziennikarek

Dzieci i ryby głosu nie mają? Czasy się zmieniają i zwyczaje też. Od dziś to kobiety i psy szczekać nie mogą. A to Polska właśnie!


Dyskryminacja pełną gębą! Damskie głosy brzmią gorzej niż męskie, bo są niewiarygodne — tak stwierdził Prezes Pipka, który szefuje radiową „Jedynką”. Wymyślił, że kobiety będą czytać serwisy informacyjne jedynie późnym popołudniem i wieczorem. Skandal!

W Polskim Radiu i we mnie wrze! Bo niby dlaczego kobiety nie brzmią wiarygodnie? To radio, a nie lektorki, powinno brzmieć sensownie. Panie Prezesie Pipka, czy jest pan seksistą?

— Dla każdego radiowca bardzo ważne jest to, kiedy występuje na antenie. Programy poranne są najbardziej prestiżowe, bo mają większą słuchalność. Są też lepiej płatne. A dziewczyny, które mają dzieci, nie chcą pracować wyłącznie wieczorami, bo wtedy praktycznie nie bywają w domu. Mówiliśmy o tym podczas spotkania z naszym naczelnym i prezesem, ale nie zamierzają zmieniać decyzji. Za to do dyskryminacji dorzucili jeszcze zastraszenie — mówi jeden z dziennikarzy, który prosi o zachowanie anonimowości.

Panie Prezesie Pipka — i jeszcze pan zastrasza pracowników?

— Usłyszeliśmy, że takie sprawy trzeba załatwiać w zespole, a nie chodzić i szczekać po mieście (...) Tylko nas zdeptali. Dali do zrozumienia, że może być jeszcze gorzej — mówi dziennikarka „Jedynki”.
(Dziennikarze mają nie szczekać)

Gorzej? Panie Prezesie Pipka, w kagańce wyposaży pan swoje dziennikarki? A może będzie je pan na smyczy prowadził?

W ślady prezesa Pipki poszła Łódź. Tamtejsza Rada Miasta wymyśliła, że pies nie może szczekaniem „zakłócać ciszy domowej” nie tylko w nocy, ale też w dzień. O zgrozo!

Teraz, gdy sąsiedzi usłyszą głośne ujadanie za ścianą, już nie będą musieli czekać z interwencją na godzinę 22 i ciszę nocną. Dzięki zapisowi mogą dzwonić do straży miejskiej przez cały dzień.
— To co, mam zabronić mu szczekania? — pyta zdziwiony Jan Pająk, właściciel Misia. — Pies jest mały, to szczeka głośno. Mam mu zakleić pysk taśmą? Ten zapis to jakiś absurd.
— Nie wyobrażam sobie jak mogłabym psa uciszyć na cały dzień. Zakuć go w kaganiec? Przecież pies ma bronić mieszkania i kiedy ktoś się kręci na klatce, to pies szczeka. Mogę na niego krzyknąć, uspokoić, ale to wszystko — mówi Bożena Kraśniewska.
(Psy! Zakaz szczekania!)

Nie chciałabym urodzić się ani łódzkim psem, ani dziennikarką „Jedynki”. Szczekać zabraniają, może i zaraz zabronią wychodzić na ulicę. Halo, halo, a to Polska właśnie?

Jak na razie w Olsztynie nikt psom i kobietom nie mówi: zamknąć pipki! I Bóg im zapłać za to.

Przeczytaj:
Pieskie życie, czyli czego pies robić nie może robić w mieście

wtorek, 3 marca 2009

Dokładnie trzydzieści dwie osoby

Łódź ma swoją historię. Bolesną. II wojna światowa zniszczyła nie tylko tożsamość miasta, ale zabiła tysiące Żydów. Getto na pewno nie było ich ziemią obiecaną.

Asia pękła po trzech dniach, Bartek pękł po pięciu dniach. Ania nie pękła – użyła gumy Nicorette. To najlepszy sposób na palenie… Oto moja parafraza reklamy, jaką przed chwilą usłyszałam w radiu. Nie pamiętam szczegółów, ale w obliczu moich myśli, czuję niesmak. Ale nie w ustach. To niesmak egzystencjalny. Że też mi się tak skojarzyło…

Wracam właśnie z Łodzi, gdzie po raz pierwszy dotknęłam historii - poczułam zapach, oddech przeszłości. To już nie książki, nie filmy, nie opowieści. To odciski palców, słowa wplątane w powiew wiatru, pourywane zdania w płomieniach marcowego słońca. I ani jednej łzy. Tylko śnieg topniał - krople kapały z dachów wagonów... Mówię o Holocauście, o stacji Radegast. I kiedy wczoraj stałam przed wagonem, którym setki Żydów jechały na śmierć, ogarnęło mnie przygnębienie. Że człowiek człowiekowi zgotował taki los.

- Bydlęce wagony zapełniano w przykładnym porządku. Dokładnie trzydzieści dwie osoby do każdego, bez względu na to, czy jakieś dziecko, ojciec czy matka pozostali na zewnątrz. Błagania nie odnosiły skutku. Z łoskotem zasuwano żelazne drzwi, zabezpieczając je grubymi ryglami, na stopniach przepełnionych wagonów zasiadało po dwóch żołdaków z postawionymi bagnetami”.
(Sara Zyskind, ocalona z getta).

Radegast był stacją kolejową łódzkiej zamkniętej dzielnicy żydowskiej. Leżał na północno-wschodnim krańcu getta - już poza jego granicami. Z terenem getta łączyła go ogrodzona z obu stron kręta droga. Ostatnia droga, jaką mieli do przejścia łódzcy Żydzi.

Łódzkie getto zostało zorganizowane jako pierwsze na okupowanych ziemiach polskich, a zlikwidowane jako ostatnie. Było ono drugim - po getcie warszawskim - najliczniejszym skupiskiem ludności żydowskiej w Polsce. Z chwilą jego zamknięcia przebywało w nim ponad 200 tysięcy Żydów - głównie mieszkańców Łodzi.

Decyzję o całkowitym wymordowaniu całej nacji żydowskiej władze hitlerowskie podjęły w połowie 1941 r. Pośredniej eksterminacji Żydów służyła niewolnicza praca, wszechogarniający głód, fatalne warunki higieniczne, ciasnota.

- W ten sposób naziści dążą do tego, by na świecie żyli tylko ci najpiękniejsi (…) Tym najpiękniejszym będzie wolno robić dzieci, ale z tymi najczystszej rasy. (…) A my będziemy się tylko zazdrośnie gapić i wstydzić. (...) takiego piękna, czystości rasy i wszystkiego zgodnie z najsurowszymi przepisami byśmy nie stworzyli nigdy, nawet gdyby nas wyżymali albo siekali na kawałki. (...) A sumienie - jak napisał Adolf Hitler - jest tylko żydowskim wynalazkiem, kaleczącym ludzką jednostkę tak samo, jak obrzezanie kaleczy jej ciało.
("Z dziennika siedemnastoletniej Perły Sch.")


To z Radegast odjeżdżały kolejne transporty - do Chełmna nad Nerem (Kulmhof) i do Oświęcimia (Auschwitz). 29 sierpnia 1944 roku odbyła się ostatnia podróż.

Radegast to także morawskie piwo. I bóg Słowian.

poniedziałek, 2 marca 2009

Do intymności prawa brak

Łódź ma duszę. Dlatego ją tak bardzo polubiłem – wyznaje David Lynch, reżyser filmowy. Dusza to jednak nie wszystko. Co jeszcze przyciąga?

Łódź to miasto osobliwe, a szczególnie mój pokój nr 207. Mieszkam w schronisku młodzieżowym, które pamięta czasy PRL-u, a które w tłumaczeniu na język angielski nazywa się hostelem. Mieści się na ulicy Legionów – ulicy, jak każda w Łodzi, posępnej. Gdy tramwaj przejeżdża, łóżko reaguje dreszczem. Gdy sprzątaczka zaczyna sprzątać korytarz, zagląda bezczelnie do pokoju. Przekręca klucz i wsadza nos. - Są ludzie? Są. To nie przeszkadzam. I nie powiem nawet dzień dobry. Bo sprzątaczki z reguły nie mają dobrych dni.

W moim pokoju wisi za krótka firanka w owoce. Taki wzór – soczysty, ale w nienaturalnym kolorze. Sztuczny seledyn i granat jak z farbki plakatowej.

Słońce dziś świeci pełną gębą, a ja nie mam ochoty na jabłka. Właśnie przez tę firankę, bo mi te jabłka zniekształca. Ale mam ochotę na kefir.


Moim ulubionym miejscem w pokoju – o zgrozo! – jest łazienka dzielona na dwa dwuosobowe pokoje. I tu zaczyna się jazda! Każda łazienka na świecie zamykana jest a to na kluczyk, a to na haczyk, a to na zasuwkę. Tu nie jest inaczej – zasuwka jest, ale na zewnątrz. To jakiś karcer, a nie łazienka! Rany boskie!

Pewnie obowiązuje też niepisany regulamin:

• Człowiek nagi nie może wyskakiwać z łazienki - że niby ręcznika zapomniał.
• Naga kobieta nie może poza łazienką falować piersiami – że niby majtek zapomniała.
• Nagi mężczyzna nawet palca nie może wystawić – że niby po golarkę wychodzi.
• Dziecko musi tak długo siedzieć na sedesie, dopóki rodzice nie skończą ścielić łóżka.

W hostelu władzę trzyma więc nie osoba, która bierze prysznic i ma prawo do swojej własnej – zamkniętej na zasuwkę - intymności. Tu rządzi pokój lewy i pokój prawy. Dbasz o higienę? To sobie posiedź. Jak ja będę czuł potrzebę, wtedy cię wypuszczę. Ale idąc do łazienki wpada się w pułapkę, bo… nie śmiej się dziadku z czyjego wypadku, bo ciebie też mogą zamknąć.

Oczywiście każdy może do łazienki wejść bez uprzedzenia. Nie ważne, że na środku może stać goła baba. Nie ważne, że jakiś facet może dłubać w nosie. Tu savoir vivre nie obowiązuje. Tu warunki dyktuje silniejszy. Każda wizyta w toalecie to adrenalina. Tak, to taka łódzka adrenalina. Kultury się łączą, prowadzą ze sobą dialog. Dialog czterech kultur.

Tak, Łódź to miasto bardzo osobliwe. Nie tylko wewnątrz, ale przede wszystkim na zewnątrz.

Muniek Staszczyk: Ja naprawdę czuję się w Łodzi dobrze i nie kadzę ci tutaj, nie wciskam jakiejś wazeliny. To miasto trzeba skumać, trzeba w nie wejść. Z początku Łódź wydaje się taka posępna, że niby można wszędzie dostać w ryja, ale ma swój pozytywny klimat.


Laura Dern: Łódź musi być bardzo filmowa.

niedziela, 1 marca 2009

Głos i rozgłos

Łódź traci głowę i grube pieniądze - zaprasza do siebie Placido Domingo, by wypromował miasto. Śpiewak zarobi tyle, ile statystyczny Polak przez 85 lat.

Jestem właśnie w drodze do Łodzi – miasta, które z okazji 90. urodzin województwa funduje sobie Placido Domingo. Tenor przyjedzie w czerwcu, zaśpiewa i zgarnie 1,5 mln złotych. Niezła gaża! Placido jest więc najbogatszym tenorem świata. Szczęściarz.

Występ artysty to promocja dla Łodzi, która stara się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Placido ma być więc argumentem za tą kandydaturą. Czyli że chodzi o rozgłos? Ale dlaczego aż takim kosztem? 1,5 mln to spora kwota w budżecie łódzkim. Dla porównania – miasto wydaje co roku 400 tys. zł na ochronę przeciwpożarową, a ok. 250 tys. zł na program zapobiegania narkomanii.

Recital ma trwać 100 minut. Placido zwykle śpiewa przy akompaniamencie własnej orkiestry, tym razem zgodził się na łódzkich muzyków. Co za dobroduszność!

A co będą mieli z tego łodzianie? Bilety mają kosztować od 500 do 2500 złotych. Ci najbogatsi pewnie się wybiorą, a inni obejrzą relację w telewizji. O notablach nie wspomnę, bo ci dostaną zaproszenia. Jak zawsze z każdej okazji.

Z drugiej strony żeby coś mieć, trzeba dać. Może i warto ryzykować? Europejska stolica - brzmi dumnie. Pomimo obdrapanych budynkow i dziur na ulicy. Pomimo pijaków w bramach i bezdomnych psów. Łódź i tak ma klimat, ale może warto odświeżyć samopoczucie? Muzy lubią śpiew urozmaicony.

Łodzianie buntują się, że opłacenie koncertu idzie z ich kieszeni. Kłótnia o operę przypomina szopkę. A ile miesięcznie wydają na grę w totka? I co z tego mają? Nic. A Placido da nie tylko głos, ale i rozgłos. Na chwilę. Zyska na tym Łódź, zyska Polska.

A Olsztyn? Nie zyska. Olsztyn tylko popatrzy.

PS. A nie można taniej wypromować miasta? Albo - jak już wydawać - efektownie? Ja bym ściągnęła U2, a co! Bo U2 w Polsce zawsze robi furorę. Media pisały, że taki koncert zdarza się raz na kilka lat. Zresztą nie tylko polskie media były oszołomione. Sam Bono jest zdania, że koncert w Chorzowie był wyjątkowy. I to poszło w świat!

- Na tej trasie było wiele ważnych momentów. Polska wyróżniła się chyba najbardziej - pisze Bono w "U2 by U2", książce wydanej po zakończeniu trasy. - Graliśmy "New Year's Day", a ja kompletnie zapomniałem, że ten utwór zainspirowała "Solidarność". Bo piosenki U2 mają to do siebie, że inspiracja ginie gdzieś po drodze w trakcie ewolucji utworu. Chciałem napić się wody, a kiedy się z powrotem odwróciłem, cały stadion - 80 tysięcy ludzi - zniknął pod biało-czerwoną flagą. Ledwo mogłem śpiewać. Każdy, kto to widział, był poruszony. Ludzie czuli, że stanęliśmy za nimi, kiedy walczyli o demokrację i teraz chcieli nam pokazać, że to pamiętają.