Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniądze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Bankomat zjada pieniądze z konta, a bank się nie przejmuje

Olsztyn ma bardzo żarłoczny bankomat PKO BP w Realu. Nie wypłaca pieniędzy, ale połyka je z konta. Pomimo zgłoszenia wady bankomatu, bank nic nie robi przez cały dzień. Czeka na kolejne reklamacje?


Bankomat w hipermarkecie Real 27 grudnia zaczyna szaleć. Wkłada się kartę, wpisuje PIN, kwotę i... nic. Złośliwość rzeczy martwych? Żeby wyjąć pieniądze, ponawia się próbę wypłaty. Znowu nic. Bankomat nie nawet nie jęknie, nie sapnie, nic nie wypluwa. Ale po wejściu na konto okazuje się, że zjada kasę i to podwójnie!

Zdenerwowany klient składa reklamację w banku. Jest godzina 8.10 następnego dnia, 28 grudnia. Bank skargę przyjmuje i obiecuje zająć się sprawą. A co z pieniędzmi? Trzeba przejrzeć monitoring (przez 14 dni), czy aby klient nie kłamie. Na koncie przecież kasy nie ma, więc może pieniądze zainkasował i teraz udaje Greka. Ale nic z tych rzeczy. Klient jest czysty. Mówi nawet: naprawcie ten bankomat, żeby innych nie robił w konia! Bank PKO BP nie zaprzecza: tak, ma klient rację, trzeba sprawdzić sprawność bankomatu.

Ale co z kasą? Konto klienta zostało zupełnie wyczyszczone. Bank kwituje to uśmiechem: proszę skorzystać z debetu.

A co z odsetkami?

Bank też skwituje je uśmiechem...

O godz. 17 w Realu pojawia się kolejny klient, któremu brakuje gotówki w portfelu. Bankomat nie wypłaca, ale ten klient zna już sprawę, więc w te pędy sprawdza stan swojego konta. Co się okazuje? Kasy mniej! Bankomat znowu zjadł. Bezczelnie zjadł!

Ilu klientów korzystało z bankomatu PKO BP w Realu tego dnia? Ile pieniędzy pomknęło w próżnię? Kiedy bank zainteresował się, że jego „wypłatomat” nie działa jak należy? Ba, kiedy doszło do niego, że zgłoszona reklamacja przez pierwszego klienta nie wzięła się znikąd?

Bank pracuje tak, jak robotnicy przy budowie dróg. Końca nie widać... Nawet początku interwencji nie widać!

Szczęście mają ci klienci, którzy zauważyli braki na swoim koncie. A co z tymi, których przerosło sylwestrowe szaleństwo i reklamacji pożarcia nie złożą? No tak, gapowe trzeba płacić...

Sprawą zajęła się „Gazeta Olsztyńska”. Kto wie, może dopiero prasa otworzyła oczy bankowi, który nie zauważył, że klienci tracą pieniądze? Na szczęście bank obiecał dziennikarzowi, że wszystkie reklamacje rozpatrzy.
— Aktualnie usterka została usunięta i urządzenie powinno działać normalnie — mówi Monika Floriańczyk z PKO BP. Ta miła pani jednak nie chce powiedzieć, ile osób złożyło reklamacje i jak zostaną rozpatrzone.

A kto w tym czasie obraca kasą klientów? Święty Mikołaj?

Przeczytaj też:
Przez awarię bankomatu ludzie tracili pieniądze


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

poniedziałek, 14 lutego 2011

Przedszkolaki: Złoty ząb na walentynki

— Na randkę najlepiej iść z królem albo z królewiczem z bajki — uważają dzieciaki z Przedszkola Miejskiego nr 19 w Olsztynie. Z maluchami rozmawiam na temat miłości i... wartości uczucia.


Miłość kojarzy się z uczuciem i troską o drugą osobę. No, może tak kojarzy się dorosłym, a już na pewno zakochanym. Dzieciaki mają na ten temat inne zdanie. Aż zdębiałam, gdy usłyszałam, że najlepiej na randkę iść z królewiczem z bajki. A jeszcze lepiej, gdyby dał ukochanej jakiś drogocenny prezent. Może porozmawiajmy z naszymi dziećmi na temat uczuć. One też są ważne. Może nawet ważniejsze niż pieniądze...

Co to jest miłość?
— To jest takie coś, że się kogoś kocha.
— I takie coś, że się idzie na ślub.
— I takie coś, że jak dziewczynka kocha chłopaka, to musi mu o tym powiedzieć, bo chłopak musi takie rzeczy wiedzieć.
— Jak się kocha, to się całuje.

A co to jest pocałunek?
— To jest takie coś, co zbliża ludzi do siebie.
— To taka metoda usta-usta.
— Że jedne usta muszą dotknąć inne usta.
— A ja się jeszcze z nikim nie całowałam...
— A ja już byłem całowany! I zakochałem się wtedy w mojej mamie.
— Bo ludzie przez całowanie wyrażają swoją miłość.

Dlaczego ludzie się kochają?
— Bo tak.
— Bo mogą być ze sobą i mogą trzymać się za ręce.
— Mogą też się zaręczyć, jeśli chcą. A jak nie chcą, mogą kochać się bez ślubu.
— Po to się kochają, aby świętować w walentynki.

A co to są walentynki?
— To taki dzień, że można dać kwiatek.
— Czerwoną różę. Albo czerwone serduszko!
— Albo kartkę z napisem, że się kocha.
— Albo czekoladki.
— Ale przecież z kartki nie zrobi się czekoladek!
— A ja mam chłopaka!
— A ja mam dużo chłopaków i w każdym jestem zakochana.
— A mnie jeden rzucił. Miał osiemnaście lat i wyjechał do Niemiec.
— Mnie nikt jeszcze nie rzucił!
— A ja mam Filipa i Bartka.
— Nie, to ja mam Filipa!
— A właśnie, że ja!
— To straszne rozrabiaki!

Jak trzeba się ubrać na randkę?
— Trzeba włożyć błyszczącą sukienkę na ramiączka. I piękne buty na obcasie. A na szyi powinno wisieć wielkie serce z napisem „I love you”.
— To po polsku znaczy „kocham cię”.
— Chłopak powinien włożyć czarne buty, białe spodnie i czarną marynarkę. Do tego powinien mieć krawat i koronę na głowie. Najlepiej żeby był królem albo królewiczem z bajki.
— I powinien dać dziewczynie prezent.

Jaki?
— Może dać jej kwiaty i sukienki.
— A ja bym chciała tysiąc sukienek.
— I dużo złota! Mogłabym je sprzedać za milion.
— Miałabyś wtedy chłopaka i milion.
— Milionera!
— Ja bym była milionerką!
— A ja bym chciała karetę z koniami.
— A ja złoty zamek.
— Albo bym sobie zażyczyła złoty pierścionek.
— A ja złoty ząb!

A co dziewczyna może dać chłopakowi?
— Bluzeczkę z supermanem.
— Może być z dużym dekoltem.
— Ja bym dała mu złote buty albo srebrne.
— Ja złoty ząb.
— A ja bym dała chłopakowi buziaka.

piątek, 13 listopada 2009

Luksus od Lexusa czyli kuszenie Edyty

Służba zdrowia bieduje, PKP załamuje ręce, a Edyta Górniak je zaciera. I tak jak nasi przodkowie pocierali kamień o kamień, żeby rozniecić ogień, tak piosenkarka pali się, gdy jej wartość rośnie.


Prawda czy fałsz? Fakt donosi, że Lexus oferuje Edycie Górniak aż 500 tys. zł za to, że zostanie twarzą marki. Ma reklamować samochody. Bagatela? Lexus postawił jednak warunek piosenkarce — musi zrobić prawo jazdy. Edyta ma więc twardy orzech do zgryzienia, bo zawsze ktoś ją gdzieś podwoził. Ba — przy jej zarobkach to i taksówki są tanie jak barszcz!

Rozmawiam o tej sprawie z koleżanką D. Mówię:
— Że też wszyscy do Edyty biją drzwiami i oknami. 500 tysiaków za twarz Lexusa? Jak daliby mi 100 tysiaków, mogłabym i ja zostać twarzą... chociażby fiata.
— E tam fiata, ja zostanę twarzą poloneza!

Przeczytaj też o Edycie:
Najdroższa pupa w Polsce

czwartek, 5 listopada 2009

Najdroższa pupa w Polsce

Edyta Górniak pokaże się w magazynie dla panów za grubą kasę. Co odkryje? Pępek czy rąbek tajemnicy?


Złapałam się za głowę, gdy dowiedziałam się, że Edyta Górniak rozbierze się za 400 tysięcy złotych dla „Playboya”. Rany boskie! Przecież za taką kasę mieszkanie można kupić! Wierzyć tej plotce, czy nie wierzyć?

Statystyczna Polka przez całe życie tyle nie zarobi. Edyta zgarnie zaś kupę szmalu za kilka chwil z fotoreporterem. Pozazdrościć tak cennego ciała...

Edyta pobiła rekord. Żadna babka w Polsce nie rozebrała się dotychczas za takie pieniądze. Wszystkie były tańsze — brały i tak wysokie sumy z pocałowaniem ręki. Z Edytą sprawa jednak wyglądała inaczej.

A być może było tak:

Przychodzi „Playboy” do Edyty i mówi: idzie zima, trzeba rozgrzać polskich mężczyzn. Masz, Edyto, ciało gorące, więc pokaż je w naszym cudownym i kultowym piśmie za 150 tysiaków.

Edyta język wystawia: za tyle to ja sobie mogę w nosie podłubać.

„Playboy” wzdycha, ale zima zapowiada się sroga, więc nie daje za wygraną. Dorzuca trochę grosza, ale i tak Edycie mało: za więcej to ja sobie mogę w uchu pogrzebać.

„Playboy” już z sił opada, ale zerka do portfela — jeszcze trochę w nim zostało. Dorzuca kilka monet.

Edyta strzela focha: za tyle to ja sobie mogę palec w oko wsadzić!

„Playboy” łapie się za głowę, wyrywa pierwszy siwy włos i dokłada jedno zero.

Edyta śmieje się w głos: za tyle to ja sobie mogę sama Photoshopa kupić!

W końcu staje na 400 tysiakach. Edyta zastrzega jednak, że całej pupy nie pokaże. Będzie pozować w bieliźnie, by udowodnić, że to nie ona była Ewą.

Edyta im starsza, tym droższa. Dziś cennik przedstawia się tak:

Palec Edyty: 10 000 zł
Łydka Edyty: 45 000 zł
Łokieć Edyty: 15 000 zł
Pięta Edyty: 20 000 zł
Podbródek Edyty: 4 000 zł
Źrenica Edyty: 50 000 zł
Kolano Edyty: 500 000 zł
Nos Edyty: 25 000 zł
Ucho Edyty: 13 000 zł
Ząb Edyty: 7 000 zł
Plomba Edyty: 100 zł
Rzęsa Edyty: 50 zł
Pupa Edyty: 100 000 zł
Pierś Edyty: 90 000 zł
Sutek Edyty: 50 000 zł
Warga Edyty: 100 000 zł
Pępek Edyty: 60 000 zł

środa, 3 czerwca 2009

Sklepowe oszustwo się opłaca

Nie cierpię oszukujących sklepów! Sprzedawcy nie podają ceny, by produkt jakości malucha sprzedać w cenie mercedesa. Czyli grosz do grosza i będzie kokosza.

Zachciało mi się napoju energetycznego. W sklepie ani Red Bulla, ani Tigera — jakieś szmatławce. Ale biorę do koszyka. Szukam ceny, nie ma. Idę do kasy i słyszę: 4.49 zł.
— Ile?
— 4.49.
— Jakiś zwykły energetyk w cenie Red Bulla?
— A ja nie wiem.
— To powinno kosztować 1,99!
— A ja nie wiem.
— A ja nie biorę. Dziękuję. Nie będę przepłacać.

Sklepowi „Cymes” na ul. Profesorskiej 15 w Olsztynie mówię NIE! Żenujące jest to, że podróby Red Bulla sprzedaje się w cenie Red Bulla. Ba — nawet drożej! A inne produkty?

Owszem, kupowałam jeszcze inne rzeczy. Nie zauważyłam kolejnego oszustwa. Ale kasjerka nie dała mi rachunku. Może to cicha praktyka, by klient na niego nie zerkał? By nie miał dowodu na to, że produkty drożeją o ponad 100% w drodze z regału do kasy?

Klient nasz pan. Tak, bo oszustwo się opłaca.

Nie kupujcie w „Cymesie”. Kupujcie u mnie. W drugim życiu nie będę dziennikarką, ale szefową spożywczaka. U mnie za tani napój energetyczny zapłacicie 3.49 zł. Złotówkę będziecie mieć w kieszeni. Kupicie za nią saszetkę kawy. A co z rachunkami? Będę wydawać. Ale wymyślę myk — zakupię kiepską kasę, w której akurat tusz wysiada. Cen nie będzie widać.

By było przyjemnie, włożę niebieski fartuch i wymaluję na różowo usta. Nie będę golić nóg, ale za to będę nosić spódnice. Nie będę palić na zapleczu, ale będę sprzątać sklep brudną szmatą. Nie będę krzyczeć na pracowników, ale będę miała brudne paznokcie i zdarty tygodniowy lakier. Będę też dłubać w nosie i myć włosy raz w tygodniu. Ale nie będę miała wydać grosza. Bo grosz do grosza i będzie kokosza. Powiecie, że nie szanuję klienta? A "Cymes" szanuje? OSZUKUJE! A ja będę szczera i prawdziwa.

czwartek, 21 maja 2009

Holocaust — Polakowi palec w oko

Holokaust to nie tylko niemiecka zbrodnia — pisze „Der Spiegel” i wini również Polaków. Prawda, czy nadużycie?


Egzamin z historii zdałam dzięki Hitlerowi. Był 1999 rok, pierwsza sesja na studiach. Wylosowałam pytanie z holocaustu. A że zagładą interesowałam się już od podstawówki — za sprawą wiersza „Warkoczyk” Różewicza — odetchnęłam. Na krótko, bo stoczyłam bitwę. Gdy wyliczałam, ile złego narobili Niemcy, profesor zmarszczył brew i zapalił papierosa. Przybrał pozę walecznego byka. Każdy mój argument zbywał swoim. Miał rację? Zna historię o milion razy lepiej niż ja, ale to i tak nie pozwoliło skulić mi uszu.
— Ale panie profesorze, przecież to Niemcy wymordowali Żydów!
— A Polacy niby tacy święci?

Dostałam tróję i zamknęłam indeks. Nie przyjęłam jednak do wiadomości, że Polacy też świnie. Przecież ratowali Żydów! To Niemcy i tylko Niemcy zgotowali światu taki los. Tak mówili podręczniki, nauczyciele, naoczni świadkowie. Może inni milczeli?

Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero Jan T. Gross książką „Strach”. Twierdzi w niej, że Polacy święci jednak nie byli. Podważył tym naszą heroiczną polskość. Wszyscy stanęliśmy okoniem — że piszący historyk przeinacza historię. Teraz śladem Grossa idzie „Der Spiegel”.

Bez Niemców nie doszłoby do holokaustu. To oczywiste. A inni pomagali z własnej woli, czy motywował ich strach, a może manipulacja?

O utracie moralnego kompasu na wielką skalę opowiadał mi prof. Jan T. Gross, autor kontrowersyjnego „Strachu”:

Nigdy nie rozmawiałam z wampirem... Jak pan podchodzi do takich określeń na swój temat?
— Powiem, że z humorem, aczkolwiek jest mi przykro, że człowiek na stanowisku, przedstawiciel bardzo poważnej instytucji używa takich słów. W rozmowie osobistej, jak ludzie się przezywają, to wszystko jest w porządku. A jak piastuje się urząd, to jednak kultura zobowiązuje. Dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej, bo przecież o nim mowa, jest lekkomyślny. Tak właśnie bym go określił. A dlaczego tak powiedział? IPN prowadzi politykę historyczną i przygotowywał się niemerytorycznie na długo przed ukazaniem „Strachu”. Był gotowy dać książce opór, wydając równocześnie książkę Marka Jana Chodakiewicza i promując go jako alternatywę. To było przemyślane ze strony IPN-u, ale... Ta instytucja jest przecież siedliskiem tego, co ja nazywam w książce „katoendecją”! To specyficzne myślenie narodowo-katolickie wbrew wszystkiemu. Również wbrew rzeczywistości.

Jednak nie wszystko jest czarne. A pan poprzez „Strach” chce zmyć mit, że Polacy byli albo ofiarami, albo bohaterami. Mówi pan, że byli katami...
— Ja po prostu opisuję prawdę. Bo taka była historia w czasie wojny! To jest bardzo trudna wiedza i również trudno jest ją sobie uwewnętrznić.

W takim razie dlaczego do tej pory żyliśmy w świadomości bohaterstwa? Dlaczego wybielaliśmy tę czerń?
— Taka jest tendencja każdego z nas osobna i wszystkich grup społecznych. Ma się tendencję do myślenia o sobie w samym w samych superlatywach. Co złego to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu na wielką skalę. Ale fakt faktem, taka historia miała miejsce w czasie wojny i polskie społeczeństwo nie ma o niej wiedzy. Ale Polacy nie są jedyni w tej kwestii i nie tylko nam brakuje zdolności skonfrontowania prawdy na temat okupacji z własnymi wyobrażeniami. Wszystkie społeczeństwa, jakie znalazły się pod okupacją niemiecką, w jakiś sposób okazały się podatne na antysemityzm. Taki sposób myślenia był bardzo rozpowszechniony w połowie XX wieku. To, co wymyślił Hitler — mordowanie Żydów — oczywiście było unikalne. Ale na początku też nikt nie wiedział, w jaki sposób okupacja przebiegnie w Europie. Dlatego wiele osób nawiązało współpracę z Niemcami. I stało się to, co się stało. Po wojnie w Polsce w ogóle się o tym nie mówiło. Inaczej wyglądała świadomość zbiorowa w takich krajach jak Francja, Holandia. Tam wszystko było prostsze — była możliwość dyskusji. Kraje te nie były pod rządami komunistycznymi, jednak i tak temat antysemityzmu nie należał do najlżejszych. Nawet tam musiało minąć trzydzieści lat zanim zaczęło się o mówić w sposób naprawdę wolny i nieskrępowany. Dopiero po tych latach zaczęto myśleć w sposób prawdziwy i zdający sprawozdanie z tego, co się naprawdę działo.

A u nas — nie uważa pan, że to za wcześnie tak rzucać historią w twarz?

— Mówić prawdę nigdy nie jest za wcześnie.

Ale książka najpierw ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego nie w Polsce, skoro tyczy się Polaków?
— To totalny przypadek. Ja po prostu pisałem „Strach” po angielsku i miałem podpisaną umowę z wydawcą. Oczywiście, w trakcie pisania, zastanawiałem się, czy nie należałoby wydać książki najpierw po polsku. Ale nie było żadnego powodu. Przedstawiam fakty znane. Moim zadaniem było tylko ich wydobycie na wierzch i pokazanie nieznanej historii. Ale nieznanej ogólnie, bo poszczególne fakty były opisane, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, by je zebrać do kupy. To już jest coś innego. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że historycy nie dopełnili obowiązku i tym bardziej jestem przekonany, że trzeba przedstawić tę kwestię społeczeństwu. O wielu rzeczach, które teraz znajdują się w „Strachu” pisałem już o wiele wcześniej. Dziesięć lat temu wydałem małą książeczkę „Upiorna dekada” i tam poruszam szalenie dużo tych samych wątków. Trzy ostatnie strony w „Strachu” to są te same strony, które kończą „Upiorną dekadę”. Przekaz obydwu tytułów jest bardzo podobny, ale wcześniej nikt nie podjął się komentarza czy debaty. Więc — a propos tego, że „Strach” nie ukazał się najpierw w Polsce — nie miałem żadnego poczucia obowiązku, że to właśnie w Polsce musi odbyć się premiera.

A co Amerykanie mówią na temat „Strachu” i polskiego antysemityzmu?
— Nic nie mówią! W Ameryce nie jest to dominujący ważny temat. W ogóle się nie interesują. To w pewien sposób bardzo prowincjonalne państwo, a jednocześnie olbrzymie. Amerykanie mają swoje problemy i najchętniej o nich rozmawiają. Książka oczywiście miała bardzo dobre recenzje, przez kilka dni była jakoś komentowana, ale nic ponadto. Przyszły następne książki i tyle było ze „Strachu”.

A w Polsce nieustająca debata trwa...

— Nie spodziewałem się, że reakcja będzie aż taka.

Nawet prokuratura czytała pana książkę. Nie obawiał się pan procesu? Bo i o takim pomyśle się słyszało — jako że znieważył pan polski naród...
— Nie sądzę, by doszło do procesu. A jeśli już tak się stanie, będzie to bardzo kompromitujące dla Polski.

Kardynał Dziwisz stwierdził, że „książka budzi demony antypolskości i antysemityzmu”. Według pana antysemityzm jest w Polsce nadal „aktywny”?
— Są badania na ten temat i wychodzi, że tak. Ujawnia się on nie tylko poprzez napisy na murach, ale przede wszystkim w mediach. Taki „Nasz Dziennik” na przykład co i rusz coś zapodaje. To, co się odbywa wokół Rydzyka jest naznaczone bardzo wyraźnie i nie jest to zjawisko marginalne. Towarzystwo Rydzyka przez ostatnie dwa lata wyszło na główne salony Rzeczpospolitej.

A skąd się wzięła nienawiść Polaków do Żydów? Czy wojna dała przyzwolenie na antysemityzm bez hamulców?
— Tak myślę, wtedy do głosu doszła eskalacja. Antysemityzm i antyjudaizm nie był zjawiskiem nowym, ale nie był też rozpowszechniony. Jednak trzeba powiedzieć, że to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla Polaków. Wszędzie tam, gdzie jest chrześcijaństwo, jest również antysemityzm w różnej postaci. Ale dopiero hitleryzm umożliwił antysemityzm na tak przerażającą skalę. Uruchomił zachowania i działania, których ludzie normalnie by nie podejmowali. Wcześniej przecież antysemityzm polski nie był antysemityzmem eksterminacyjnym! A podczas wojny poszło to najgorszym kanałem, a do tego ludzie korzystali na tym materialnie. Nie tylko polskie społeczeństwo, ale i niemieckie ciągnęło, ile mogło. To przecież było przemyślane przejęcie własności Żydów.

Nie tylko wyrywanie złotych zębów, ale i zagarnianie całych majątków...
— Oczywiście, że tak. Takie było zjawisko społeczne! Bo jeżeli trzy i pół miliona Żydów znika, to na ich miejsce ktoś się wprowadza. Ktoś na tym korzysta. A Żydzi przecież nie byli biedni, a korzyści nie oddaje się tak łatwo.

Ale gdzie moralność?
— Wielu ludzi ją miało. Oczywiście nie rozumiem zachowania tych, którzy czynili tak, jak nie powinni. Ale jak obserwuję to, co dzieje się na świecie, okazuje się, że człowieka bardzo łatwo jest zachęcić do tego, by robił krzywdę. Przykładem jest wojna domowa w Jugosławii, sytuacja w Ruandzie, w Kenii. Kenia było jednym z lepiej rozwijających się afrykańskich państw i nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Jak mówił Marek Edelman — w człowieku tkwi zło...

Do napisania „Strachu” tknęło pana jedno zdanie — że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza dziecka może okryć kogoś wstydem i hańbą. Nie mógł pan tego zrozumieć. Czy książka w czymś pomogła?
— Oczywiście ciągle nie przyjmuję do wiadomości, że można się tak zachowywać i przykładać rękę do zbrodni. Książka rzeczywiście wyjaśniła mi wiele rzeczy. Uprzedzenia antyżydowskie otworzyły bramkę, przez którą można było wejść w to zachowanie. Ludzie po wojnie mieli niewyartykułowane i głęboko osadzone w duszy poczucie wstydu. Za wojenny antysemityzm i gwałtowność w stosunku do Żydów. Polacy korzystali na śmierci Żydów i wstyd się im było do tego przyznać. W ten sposób wypierali ze świadomości to, co się działo. A ci ludzie którzy pomagali Żydom? Dla nich było to straszne! To był palec w oko! Czuli na plecach strach, bo co będzie, gdy się wyda? Wiele osób ukrywało i pomagało Żydom, biorąc od nich pieniądze w czasie wojny. Brali, by i tak ich potem zamordować. Jeśli już ukrywało się Żyda, trzeba było na tym zarobić. Takie było myślenie wielu. A Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata, czyli ci, którzy nie brali pieniędzy za pomoc, byli w jeszcze gorszej sytuacji. Bo co by było, gdyby napadła ich banda? Gdyby musieli wydać to, co rzekomo dostali od swoich podopiecznych? To nie były łatwe czasy.

niedziela, 15 marca 2009

Sposób na milion

Jeśli uważacie, że pieniądze szczęścia nie dają, to mi je oddajcie! A może przyjemniej zbić fortunę samemu? Ale jak?

Koleżanka W.: Nie wiem, co kupić mojemu chrześniakowi na komunię. Pieniędzy nie dam, bo jego matka kupi sobie ciuchy.
Ja: Pogadaj z nim, może o czymś marzy.
Koleżanka W.: Pewnie marzy, ale teraz tyle tego w sklepach, że głowa pęka. Dzieciaki więcej chcą niż kiedyś.
Ja: No tak, za naszych czasów to furorę robiły kalkulatory i długopisy. Do mody wchodziły też rowery. Ja dostałam encyklopedię i pieniądze.
Koleżanka W.: Ja też pieniądze… Dziesięć milionów!

Wychodzi na to, że mam koleżankę milionerkę. Nie ważne, że po drodze denominacja zabrała kilka zer. Kwota to kwota.

Na całym świecie jest ponad dziewięć milionów gospodarstw domowych mających ponad milion dolarów (gotówka, inwestycje, fundusze) w swojej kieszeni. Prawie połowa z nich znajduje się w USA. A co z polskimi milionerami? Z badań GFK Polonia wynika, że w 2008 roku 2 miliony Polaków cieszyło się majątkiem przekraczającym milion złotych! Niestety kryzys tnie im zarobki, ale nie daje jeszcze powodów do narzekań.

- A co znaczy milioner? - pyta Marek Kusztejko, właściciel biura obrotu nieruchomości. I odpowiada: - Ktoś, kto ma dom na własnej działce, już jest milionerem. Wielu mieszkańców wiosek usytuowanych w pobliżu Rzeszowa, wyceniając swoje działki, też poczuło się milionerami. Ceny wzrosły ogromnie. Każdy, kto ma dom nie obciążony kredytem, jest milionerem. Czyli bogaczy ci u nas dostatek.
(Nowiny24.pl)

Jak zbić fortunę? Uczyć się? - Wykształcenie to umiejętność radzenia sobie z codziennym życiem – twierdzi dr John Hibben. Ale czy to radzenie sobie związane jest z zarabianiem pieniędzy? Niby mówi się, że nauka to potęgi klucz, ale czy tym kluczem otwiera się sejfy? Historia pokazuje, że milionerem można zostać bez dyplomów. Czyżby szkoła życia?

Bill Gates dla programowania stracił głowę i porzucił studia. Razem z Paulen Allenem - kolegą z Harvardu - założył Microsoft. Teraz jest najbogatszym człowiekiem świata, jednym z właścicieli najpotężniejszego producenta oprogramowania i współzałożycielem Fundacji Billa i Melindy Gatesów.

Plotki głoszą, że Bill zarabia tak dużo, że - gdyby na ziemi leżało mniej niż milion dolarów – nie opłacałoby mu się odrywać od pracy, by je podnieść. Więcej przez ten moment straci, niż zyska. Co więcej - gdyby spieniężyć cały jego majątek w banknoty 100 dolarowe i ułożyć w wieżę – spadałby z niej prawie dwa dni. (Nonsensopedia)

Podobną „ścieżkę kariery” obrał Steve Jobs, założyciel i szef firmy Apple. Studiował po to, by po jednym semestrze zrezygnować z nauki. Uczęszczał tylko na kilka wykładów - w tym na zajęcia z kaligrafii. Później przyznał, że gdyby nie kaligrafia, zapewne system operacyjny Apple'a byłby uboższy o wiele czcionek.

Michael Dell także przerwał naukę - już w wieku 19 lat. Założył firmę PC's Limited, później przemianował ją na Dell. Przez całe lata koncern ten był największym i najbardziej dochodowym producentem komputerów osobistych na świecie. Ostatnio wyprzedził go HP, ale obie marki idą łeb w łeb, więc na rynku pecetów ciężko znaleźć firmę, która mogłoby równać się z Dellem.

Coco Chanel również nie szczyciła się swoimi dyplomami. W wieku 18 lat opuściła sierociniec i zaczęła pracować w warsztacie krawieckim. Tam poznała swojego przyszłego kochanka - angielskiego playboya Etienne'a Balsana. Zajęła się hobbystycznym projektowaniem kapeluszy, które szybko zyskały sobie uznanie pań z paryskiej elity. Tak rozpoczęła się wielka kariera największej ikony mody. Coco trafiła nawet na listę ,,100 najbardziej wpływowych osób XX wieku" magazynu Time.

A Arystoteles Onassis? Grecki biznesmen w wieku 17 lat wyjechał z domu, biorąc tylko walizkę i 450 dolarów. Jego majątek rozpoczął się od produkcji papierosów z importowanego - delikatnego w smaku - tytoniu. Swój pierwszy milion dolarów zarobił w wieku 25 lat. Jednak jako milioner Onassis kojarzony jest jako armator.

Ojciec kaczora Donalda też nie był szkolnym prymusem. Walt Disney porzucił szkołę już w wieku 16 lat. Chciał wstąpić do armii, ale tak młodych chłopców nie przyjmowano. Trafił do Czerwonego Krzyża i wziął udział w I wojnie światowej jako kierowca ambulansu. Po wojnie Disney pracował jako rysownik w gazetach i twórca plakatów kinowych. Później przeniósł się do Hollywood i tam zajął się filmem animowanym.

Te liczne wyjątki potwierdzają jednak regułę, że wykształceni zarabiają więcej od pozostałych. Myślenia nigdy za mało.

Jak zostać milionerem?
1. Patrz daleko na drogę przed sobą. Miej wizję. Każdy milioner musiał od czegoś zacząć. Warren Buffet - by zdobyć dzisiejsze 25 miliardów - startował z 25 dolarami w kieszeni. Postaw sobie poprzeczkę wysoko i idź do celu małymi kroczkami.
2. Rozwijaj się. Czytaj książki i pisma. Gdy czegoś nie wiesz - szukaj odpowiedzi. Zaskakująco dużo sukcesów finansowych milionerzy zawdzięczają czytaniu książek o finansach. Wiedza jest potęgą.
3. Pasja się opłaca. Musisz kochać to, co robisz. Gdy masz entuzjazm w swojej pracy, troszczysz się też o jej następstwa. Z wypowiedzi ankietowanych milionerów wynika, że 80% z nich nie odniosłoby sukcesu, gdyby to, co robią nie było ich powołaniem.
4. Rozkładaj zarobione pieniądze, ale najpierw zapłać sobie. Finansowy zastrzyk pozwala ci uciec z dotychczasowej sytuacji. Odkładaj także pieniądze na emeryturę i inwestycje.
5. Bądź śmiałym! Do odważnych świat należy. Ryzykuj. Ludzie sukcesu ponoszą najwięcej porażek, ale dbają o to, by móc próbować na nowo. Przeciętni ludzie nie próbują nic nowego, bo boją się porażki. Ludzi sukcesu nie interesuje „druga strona medalu” - skierowani są na pomyślność.
(www.wiatrak.nl)



Liczba milionerów w poszczególnych województwach według „Rzeczpospolitej”:
Zachodniopomorskie – 577
Pomorskie – 795
Kujawsko-Pomorskie – 526
Warmińsko-Mazurskie – 303
Podlaskie – 281
Mazowieckie - 2865 (w tym na Ursynowie i Wilanowie – 368)
Podkarpackie - 297
Świętokrzyskie – 222
Opolskie – 205
Łódzkie – 716
Lubuskie – 135