Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porcupine Tree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porcupine Tree. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2009

Porcupine Tree: hello Wrocław!

Babcia zawsze mi powtarza: młodość musi się wyszumieć. Coś w tym jest, bo po koncercie Porcupine Tree szumi mi w głowie. Ale szum ten jest na tyle fantastyczny, że nawet hotelowa lodówka powinna się wstydzić. Chłopaki dali czadu, oj dali!


Początek był żenujący — na scenę wyszła rzępoląca Rose Kemp. Ludzie złapali się za uszy, jedno dziewczę nawet uszy zatkało, a jakiś chłopak grał w grę na komórce. Na szczęście Emily Rose — bo tak nazywam dla potrzeb własnych ten talent gitarowo-wokalny — wyła niespełna pół godziny. Potem na scenie pojawił się już Steven Wilson z ekipą, by zejść z niej niepokonany.


Koncert składał się z dwóch części — pierwsza promowała najnowszy album „The Incident”, druga składała się z największych hitów. Tracklisty nie podam, bo pamięć z powodu pokoncertowego szumu w głowie zawodzi. Jeśli ktoś zna — będę wdzięczna za podanie w komentarzu.


Klimat? Szkoda, że Steven — mimo iż artysta z niego genialny — nie złapał kontaktu z publicznością. Książki takie wyjście w tłumy nazywają charyzmą. Steven zaś zasłonił się gęstwiną swoich włosów, wyśpiewywał songi i zmieniał co i raz gitary. Nie obyło się bez kilku klawiszowych przygód, co dowodzi, że lider PT (nazywany przeze mnie cudownym chłopcem vel Harrym Potterem) jest muzycznym poliglotą. Bardzo ładnie, a nawet jeszcze ładniej. Ale tej wspomnianej charyzmy brakowało, więc i szaleństw na widowni jakby za mało. Niektórzy tylko główkami kiwali, nóżką przytupywali. Ale były momenty, że raptem z publiki wyrastał las rąk. Konewką były oczekiwane przez wszystkich hity, a największe korzenie zapuścił oczywiście kawałek „Trains”. Zagrali go na koniec — to taka wisienka na torcie. Na smak.


Porcupine Tree są świetni instrumentalnie. Genialni! I nie to, że zgrani są ze sobą, to jeszcze z wizualizacją, jaka urozmaicała „dzianie się” na scenie. Z każdym uderzeniem w bębny, szarpnięciem w struny gitar, obrazy zmieniały się jak za klaśnięciem w dłonie. Tak, chłopaki mieli dopracowany każdy szczegół.


Przepraszam, ale więcej pisać mi się nie chce. Koncert był fantastyczny i fenomenalny. Film jest na to żywym dowodem. Hmmm, ale Porcupine Tree to i tak zespół nieśmiertelny. Ave!



Porcupine Tree zagrało we wrocławskiej Orbicie 28 października 2009 roku. Kropka.

> Zobacz więcej zdjęć z wrocławskiego koncertu
> Relacja z rockmetal.pl

poniedziałek, 28 września 2009

Porcupine Tree coraz bliżej

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą — Steven Wilson na pewno. Dokładnie za miesiąc, bo 28 października, Porcupine Tree zagra we Wrocławiu. Zaczynam odliczanie!


Porcupine Tree przyjedzie z koncertem promującym swój najnowszy album „The Incident”. Jak zabrzmi na żywo? Mam nadzieję, że co najmniej tak doskonale, jak poprzednie krążki brzmią w moim pokoju. Bo do dziesiątej już płyty w dorobku „jeżozwierzy” nie mogę się jeszcze przekonać. Piękna jest, fakt, ale nie przepiękna. Wcześniej, co Steven Wilson dotknął, zamieniało się w złoto. Czyżby tym razem przemiana potrzebowała czasu? Pewnie 29 października zmienię zdanie.

— Jestem już w tym biznesie tak długo i tyle zdążyłem wycierpieć, tyle przeżyłem załamań, tylu doznałem zawodów, że wiesz na pewno, iż nie tworzę muzyki z żadnego innego powodu niż z miłości do niej. Może to zabrzmi jak wyświechtany zwrot, ale nie interesuje mnie sukces dla sukcesu. Niespecjalnie jestem też zainteresowany pieniędzmi.

Wiem, że przez te lata zmieniłem się jako człowiek. Ba, zmieniłem się nawet od nagrania ostatniego albumu. Zmieniło się moje życie, zmieniły je filmy jakie oglądam, sposób w jaki słucham muzyki. Odmienia mnie to, co mi się przydarza. Suma tych składników powoduje zmianę we mnie i w muzyce, którą tworzę. Popycha ją na przód, poszerza, rozwija. Ale to nie tak, że ja sobie siedzę i wykrzykuję: „O, musimy się zmienić, trzeba przejść na wyższy poziom”. Ja ufam muzyce, pozwalam jej tworzyć się samej, oczywiście mając nadzieję, że zabrzmi inaczej i lepiej niż poprzednia. Ma w sobie rozpoznawalną markę, a jednocześnie niesie element świeżości, spojrzenia z nowej perspektywy. Dzieje się to bardziej intuicyjnie niż świadomie, chociaż zdaję sobie z tego sprawę.
(Steven Wilson dla Trójki)

"Trains" darzę ogromnym sentymentem:



"Arriving Somewhere But Not Here" to mój ukochany kawałek:



Przy "Heartattack in a Layby" zamieram:



> Kup bilet na koncert