Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jak zrobić kampera?

Ślimak ma dobrze, bo podróżuje z domem na plecach. My mamy lepiej, bo jeździmy po Europie z własnym łóżkiem. Jesteśmy lepsi od ślimaka, bo... szybsi. Zrobienie kampera własnymi rękami to też pomysł na oszczędne zwiedzanie świata. I jaka satysfakcja!


Wszystkiemu winien jest Louis de Funes, a właściwie Ludovic Cruchot, czyli bohater „Żandarma z Saint-Tropez”. Tak facet ganiał na ekranie, że aż się nam zachciało — mnie i Zbyszkowi, mojej drugiej połowie — zobaczyć jego komisariat na żywo. Ale jak pojechać do Saint-Tropez? Pociągiem? Odpada. Za długo, za męcząco. Samolotem? Polecimy w jedno miejsce — do pobliskiej Nicei i niewiele zobaczymy. Samochodem? Ale gdzie spać? Hotele na Lazurowym Wybrzeżu zabijają cenami. Może więc podróżować palcem po mapie? Odpada! Jesteśmy za bardzo łakomi na takie zabawy. Mamy wielki apetyt na zwiedzanie. Lubimy się przemieszczać, wpadać tu i ówdzie, smakować to i tamto, żeby potem wspominać. Żeby spakować sporą walizę wspomnień na stare lata.

Przepis na podróż
Zanim zaczynam pisać ten tekst, Zbyszek przykazuje mi: „Napisz, że mam pomysły genialne, zwariowane, a czasem takie sobie”. Coś w tym jest, bo to właśnie on pewnego dnia mówi: „Kupmy samochód z pustą paką i przeróbmy go tak, aby w nim spać. Potem pojedziemy do Saint-Tropez”. Czy to pomysł zwariowany? Genialny? Nie potrafię włożyć go do żadnej szuflady, ale wiem, że nie jest byle jaki. Zaczynamy więc przeszukiwać serwisy aukcyjne i w końcu trafiamy na białego, niemieckiego „nastolatka” w przystępnej cenie. Teraz tylko po niego jechać, kupić i zakasać rękawy. A dlaczego nie zainwestować w oryginalnego kampera? Żeby kupić porządny samochód, trzeba wyłożyć grubo ponad 30 tysięcy. Tańsze mają już ponad dwadzieścia lat na karku, a o stanie silnika trudno coś powiedzieć. Atutem jest tylko domek przymocowany do szoferki. Jego wnętrze też często pozostawia wiele do życzenia...

Pierwsze koty za płoty...

Kłujące plastry
Pusta paka naszego auta wygląda przerażająco. Od czego tu zacząć? Od łatania dziur! Znajdujemy kilka małych w podwoziu, więc kupujemy matę szklaną, żywicę epoksydową i zaczynamy łatać. Na szczęście szczelin nie ma wiele, więc szybko przychodzi czas na dalszą zabawę. Potem wyciszamy i ocieplamy samochód. Do tego służy nam wełna mineralna kupiona w markecie budowlanym. Za tę część odpowiedzialna jestem ja, więc chwytam za pędzel, nasączam go w kleju i przyklejam do ścian samochodu miękkie i kłujące w palce plastry. W dwa wieczory wygłuszam całą pakę, a Zbyszek w tym czasie zajmuje się elektryką. Wymyśla, że w samochodzie musimy mieć kontakt na 220V i światło na suficie włączane jak w domu — zaraz przy wejściu. I jak mówi, tak robi. W międzyczasie odwiedza nas kurier, który przywozi kupiony w internecie składany fotel z karetki. Widać, że swoje przeżył, ale lepszego nie mogliśmy znaleźć. Przywiercamy go do grodzi, jaka dzieli pakę z szoferką. Służą nam do tego dwa płaskowiniki.

Guma i światło
Kolejny punkt naszej zabawy to osłonięcie ścian paki. Kupujemy płytę pilśniową, wycinamy ją na wymiar i przymocowujemy do stalowych elementów samochodu. Pod spodem ukrywamy wszystkie kable. Na płytę przyklejamy wykładzinę, która zamienia nasze autko w przyjemne pomieszczenie. Aż nie chce się z niego wychodzić! Na podłogę — też wygłoszoną — kładziemy z kolei gumowaną wykładzinę. Na suficie montujemy trzy halogeny i zacieramy ręce — teraz tylko meblować i w drogę!

Spanie na styropianie
Wyposażenie wnętrza nie może być ciężkie, bo każde obciążenie wpływa na zużycie paliwa. A im mniej samochód pali, tym lepiej. Znajdujemy więc w szwedzkim markecie granatową rozkładaną kanapę, która idealnie pasuje do naszego wnętrza, a w dodatku zrobiona jest ze styropianu! Trafiony, zatopiony! Dwie osoby mieszczą się na niej idealnie, więc nie ma co grymasić — lepszej nie znajdziemy. W tym samy sklepie dokupujemy wiszące materiałowe — miękkie i lekkie — szuflady. Przeznaczone są do szafy, ale montujemy je na haczyku zwisającym z sufitu i wciskamy między oparcie kanapy i ściankę.

Spanie już gotowe!

Bambus i panele
Kanapę wciskami między nadkola — oparciem w stronę tylnych drzwi. Tuż za nią stawiamy kufer zbity z paneli podłogowych (cienkie, lekkie i wytrzymałe). W środku będziemy przechowywać pościel i luźne drobiazgi. Tuż obok stawiamy dodatkowy akumulator, dzięki któremu mamy prąd! Nie chcemy obciążać tego, który służy silnikowi. Dokupujemy też przetwornicę prądu i dzięki niej możemy ładować komórki, laptopa albo baterie do aparatu. W ładowaniu akumulatora z kolei pomaga nam panel słoneczny, który znajduje swoje miejsce na dachu. Między kufer a oparcie wkładamy drewnianą kratkę ogrodową, która zazwyczaj upiększa ludziom balkony. Dzięki temu nic z tyłu — jeśli postawimy coś na kufer — nie poleci nam na głowy. Kratkę oczywiście przycinamy na wymiar, a żeby ją zasłonić, wieszamy roletę z bambusa. Też przycięta wedle potrzeb. Wygląda wyśmienicie!

Prawie full exclusive!

Prysznic na stacji
A gdzie toaleta? Tego brakuje w naszym samochodzie, ale w dzisiejszych czasach każda stacja benzynowa ma WC, a nawet prysznic. Można się umyć za ok. 5 zł lub 2 euro. Można też kombinować i myć się za darmo w toaletach dla niepełnosprawnych. Wygodnym wyjściem z sytuacji jest też wizyta na kempingu. Ceny za nocleg w Polsce wahają się ok. 30 zł za samochód i dwie osoby, a zagranicą trzeba wyłożyć ok. 6-7 euro.

Filmowa żandarmeria w Saint-Tropez

Lodówka i krzesełka
Na wyposażeniu naszego samochodu znajduje się też składany stolik, który zajmuje śmiesznie mało miejsca, a bez którego nie wyobrażam sobie żadnego posiłku. Do tego dorzucamy jeszcze dwa składane krzesełka, butlę na gaz i czajnik, żeby zagotować wodę na kawę, herbatę albo zupkę chińską. Ważna jest też lodówka samochodowa, która w swoim wnętrzu kryje podczas każdej podróży chleb, konserwy i słodycze. Schłodzona woda w ciepłych krajach też okazuje się być na wagę złota!

Zupka w Cannes

Croissanty przed Cannes
Samochód zrobiony, więc trzeba się wybrać do Luisa de Funesa. Z wypiekami na twarzy odpalamy autko, które potocznie nazywamy już kamperem i... w drogę! Obieramy kierunek i czujemy się wolni — zatrzymujemy się tam, gdzie chcemy i zwiedzamy to, co nas interesuje. Jedziemy przez Szwajcarię, gapimy się na szczyty Alp, szukamy znanych z reklamy fioletowych krów i nie dowierzamy: nasz własnoręcznie zrobiony kamper zdaje egzamin! Docieramy w końcu do Saint-Tropez, parkujemy pod palmami i cieszymy się, że właśnie spełnia się nasze marzenie. Moczymy nogi w wodzie, jemy croissanty, liczymy ekskluzywne jachty, chodzimy śladami sierżanta Cruchota i planujemy dalsze zwiedzanie. Jest Cannes, Monaco, Nicea... Jest też Mediolan, Werona, Wenecja... Trochę nie po drodze do Polski, ale w końcu od czego ma się samochód z łóżkiem?

Cannes

Wenecja

W kółko i pod prąd
Saint-Tropez i Wenecja strasznie nas nakręcają na kolejne wypady. Jeździmy sporo po Polsce, zaliczamy też Litwę. Nasza ostatnia podróż trwa prawie dwa tygodnie — zaczyna się w Amsterdamie, a kończy w Barcelonie. Po drodze zaliczamy Goudę, Rotterdam, belgijską Antwerpię, Brukselę, a potem zwiedzamy Paryż, gdzie wspinamy się na wieżę Eiffla. Później odbijamy nad ocean i byczymy się na półwyspie Quiberon. Zaliczamy też La Rochelle, Bordeaux i Lourdes. Wisienką na torcie jest Hiszpania i boska architektura Antonio Gaudiego — m.in. Park Güell i La Sagrada Família. W drodze powrotnej zaliczamy też m.in. Cadaques, gdzie nasze auto ledwo przeciska się przez wąskie i strome uliczki. Po powrocie do Polski licznik pokazuje nam, że zrobiliśmy 7259 kilometrów i spaliliśmy ok. 600 litrów paliwa. Oj, bije po kieszeni, ale wrażenia są bezcenne. A jak w czasie podróży smakują konserwy i pasztet! Palce lizać!

Quiberon
Barcelona - La Sagrada Família
Barcelona - Parc Güell

Piętro niżej bez problemów
Zakup „zwykłego auta”, a nie oryginalnego kampera okazuje się trafiony jeszcze z innego powodu. W wielu miastach mobilne domki nie mogą parkować. Inne samochody nie mają takich ograniczeń, co jest wielką wygodą i frajdą. Bo nic tak nie cieszy, jak zatrzymanie się tuż pod wieżą Eiffla! Nic tak nie bawi, jak znalezienie miejsca w cieniu pod palmą. Olbrzymem nie można też wjechać do wielu podziemnych parkingów. W sytuacji, gdy wszystkie wolne miejsca na zewnątrz są zajęte, wjazd „piętro niżej” okazuje się zbawieniem.

Podróżowanie wciąga... Pokonywanie kilometrów uzależnia, a zwiedzanie rozochoca. Zniechęcają tylko ceny paliw, ale im wcześniej zacznie się „odkładać” na wyjazd, tym więcej można przejechać. Bo przecież podróże kształcą, a to najlepsza inwestycja.


Więcej podróży na tym blogu znajdziesz TU.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

wtorek, 18 stycznia 2011

Dziury na drogach po zimie? Lubię to!

Po zimie stulecia mamy tak dużo dziur, że drogowcy nie nadążają z ich łataniem. Zalewają jedne, a pojawiają się drugie. To syzyfowa praca? Ależ skąd! Ma to swoje plusy...


Dziękuję drogowcom, że mogę jeździć się slalomem.

Dziękuję drogowcom, że ćwiczę refleks. Mam oczy szeroko otwarte, aby ominąć szeroką dziurę.

Dziękuję drogowcom, że mogę częściej kręcić kierownicą.

Dziękuję drogowcom, że zdejmuję nogę z gazu. Dzięki temu jeżdżę bezpieczniej.

Dziękuję drogowcom, że rozwijam swoją wyobraźnię i nazywam dziury po imieniu. Wpadła mi w oko Jadzia. Wpadła mi też w oko Zenobia. Na szczęście moja skoda jeszcze „na ten pomysł” nie wpadła.

Dziękuję drogowcom, że pachołki ostrzegające przed łataniem dziury pojawiają się ni stąd, ni zowąd — dzięki temu uczę się spostrzegawczości.

Dziękuję drogowcom, że muszę zmieniać pas — przez te pachołki — i wbijać się w sznur samochodów. Wiadomo, w kupie raźniej!

Dziękuję drogowcom, że do dziur weteranek dołączają dziury młodzieżówki. Na pewno mają szanse na rozwój w Olsztynie. Trzymam kciuki!

Dziękuję drogowcom, że nigdy nie zaskakują. Bo jak regularnie zmieniają się pory roku, tak regularnie powtarzają się cykle zaśnieżonych ulic, psioczenia na tych i owych, czekanie na odwilż, żeby w końcu doczekać się... dziur. I tak w kółko.

Dziękuję drogowcom, że wzbogacam swój słownik wulgaryzmów. Wpadanie w dziury trzeba okrasić siarczystym słowem.

Dziękuję drogowcom, że czuję się jak Hołowczyc. Prawie.

W związku ze wzrostem temperatury po sezonie zimowym w drogach powstają dziury. Woda, która wnika w szczeliny w nawierzchni zamarzając zwiększa swoją objętość i rozsadza asfalt. W czasie przymrozków taka sytuacja powtarza się każdej nocy. Dziury, które powstają zimą, drogowcy łatają metodą „na mokro”, czyli wypełniają je specjalnymi mieszankami odpornymi na niskie temperatury. Nie jest to jednak działanie, które może przywrócić jezdniom dawną gładkość. Akcję poprawiania jakości dróg należy powtórzyć po ociepleniu się klimatu. Doraźne wypełnienie zamienia się wówczas na łatę ułożoną już „na gorąco”.

O stanie polskich jezdni decydują wielorakie czynniki. — Na polskie drogi są kładzione różnej jakości mieszanki mineralno-asfaltowe. Duża wolna przestrzeń w mieszance, czy złe zagęszczenie mieszanki, sprawiają, że woda zamarzając działa rozsadzająco — komentuje powstawanie ubytków w drogach profesor Piotr Radziszewski z Katedry Inżynierii Materiałów Budowlanych Politechniki Warszawskiej.

Do tak kiepskiego stanu polskich dróg przyczyniają się zaniedbania lat poprzednich. Każda nawierzchnia ma swój okres trwałości. W przypadku polskich dróg górna warstwa powinna być wymieniana co 10-15 lat, a w wielu przypadkach dochodzi do tego, że jest ona wymieniana dopiero po 20 latach. — Uderzenie kół, pewne nierówności i ubytki przyczyniają się do tego, że droga pęka — mówi profesor Piotr Radziszewski. Podkreśla również, że winą za stan jezdni należy obarczyć osoby odpowiedzialne za utrzymanie nawierzchni — to one dopuszczają się największego niechlujstwa. Wszelkie ubytki, które powstają w ulicach, trzeba natychmiast uzupełnić, bo z czasem dziury, o które nikt nie dba, mogą przybrać astronomiczne rozmiary.
(Czyhają na ciebie na każdej ulicy)

No właśnie. I dlatego dziękuję drogowcom. Powinni stworzyć profil na Facebooku. Na pewno go polubię.

Przeczytaj też:
Olsztyn musi opatentować dziurawe ulice

wtorek, 27 kwietnia 2010

Lwów czarujący i przeklęty

Trzęsie, telepie — jeździmy po Lwowie. To nie tyle dziury, ile zabytkowa kostka. Pamięta pewnie niejeden wypadek. Pamięta też niejednego turystę, który klnie z nerwów i z zachwytu, bo Lwów jest piękny.


Nieprawdopodobne, aby jednym mieście było aż tyle zabytków. Wszystkie piękne, że aż żal wyjeżdżać ze Lwowa. Tutejszymi uliczkami można chodzić tygodniami i zawsze zobaczy się coś ciekawego. Ale zwiedzanie zostawmy przewodnikom i setkom stron, które lwowskie budowle opisują szczegółowo. Warto też mieć ze sobą mapę, bo we Lwowie brakuje drogowskazów na stare miasto. Rada: kierować się na maszt.


Opiszę trochę lwowskiego szaleństwa, bo byłam tam w samochodem i miasto zadziwiło mnie doszczętnie. Na ulicach panuje bałagan, że głowa mała! Nie mówię o jakość dróg, bo to woła o pomstę do nieba. Chodzi mi o ludzi, którzy nie zważają na znaki. Tu walka o pierwszeństwo może zakończyć się utratą życia. Piesi wyskakują pod koła, bo akurat mają ochotę przejść. Nieważne, że jedzie tłum samochodów! Nieważne, że ktoś może mieć niesprawne hamulce (po Lwowie jeżdżą prawie same graty). Idzie się i tyle — za przykład może posłużyć ta babcia:


A samochody we Lwowie wyglądają tak:


Kierowcy wyprzedzają jak chcą. Nie patrzą na znaki i zakazy. Wciskają pedał gazu, gdy im się podoba i hamują gwałtowanie. Wpychają się na bezczelnego bez kierunkowskazu i parkują samochód na środku jezdni. Tak! Nie dziwią więc wiszące nad środkami ulic znaki zakazu postoju. Tam, gdzie ich nie ma, stoją samochody. Ktoś akurat musiał skoczyć do sklepu albo urzędu, więc sobie zaparkował. Ot, nie chciało mu się szukać wolnego parkingu.

Jeżdżąc po Lwowie trzeba mieć mocne nerwy i mocny samochód. Wszechobecne koleiny i szaleni kierowcy nie pozwolą cieszyć się urokami miasta. Owszem, patrzy się na boki, ale żeby wszystko obejrzeć, radzę jak najwięcej spacerować. Bo zabytki pięknieją w spokoju.


Pieszo można dojść wszędzie i wejść w każdy zakamarek. Na przykład między książki.


Albo znaczki i przypinki.


Co jeszcze można kupić we Lwowie? Na przykład świnkę.


A co sprzedaje ta pani?


A teraz dowcip: zakupy w hipermarkecie bolą. Ała!


Przeczytaj też:
Ukraina — dzika kraina i dziurawe drogi

poniedziałek, 25 stycznia 2010

GPS gratis do grata

Reklama dźwignią handlu? Prawie. Wystarczy odpowiednio nazwać, a już sprzedawany przedmiot zyskuje na wartości. Samochód przede wszystkim.




Rozmowa dwóch panów:

— Jak będę sprzedawał swój samochód, napiszę, że to niebywała okazja.

— Ten grat to okazja?

— Tak, bo dam nawigację GPS gratis. Żadne auto takiego nie ma.

— Żadne nie ma GPS-a? Na głowę upadłeś?

— Nie. Bo to papierowa nawigacja. Mapę dołożę.