Gaz do dechy! Na szczęście nie ma takiej potrzeby. Gdyński Rajd Historyczny nie stawia na szybkie dotarcie do celu. Tu liczy się pokonanie każdego punktu podróży. I za to wielki plus!
Czterdzieści samochodów - każde ma swoją historię, każde legendę zapisaną w liczniku, każde wzbudza zainteresowanie. Ot, oldtimery... W każdym aucie kierowca i pilot. W ręce mapa - papierowa podróbka GPS-a, ale właśnie o to chodzi, aby się orientować na trasie. Bo ten rajd to zabawa w podchody - tyle, że dla zmotoryzowanych. No to jazda!
Cała trasa liczy 55 km na terenie Gdyni. Ale nie o kilometrówkę tu chodzi. Również nie o czas, bo nikt się tu nie ściga - zresztą czym? Są bryki z masą koni pod maską, ale są też wozy, które nie grzeszą prędkością. W większości nie ma czym przygazować. Citroenem 2CV? Garbusem? Trabantem? Fiatem 500? Naszą skodą 105s? Przecież w tych wozach nie ma nawet licznika do jazdy dziennej! Jak więc skręcić za 800 metrów w prawo? Trzeba. I właśnie o to chodzi. Jeśli źle skręcisz, nie trafisz do punktu, gdzie czeka na ciebie zagadka. Bez niej ani rusz - trzeba ją rozwiązać, bo w innym wypadku dostajesz punkty karne.
Trasa naszpikowana jest zagadkami nawiązującymi do historii Gdyni - nie bez powodu nazwa imprezy to Gdyński Rajd Historyczny. Ale nie ma obaw - nie trzeba mieć wiedzy na ten temat. Wystarczą głowa na karku, paliwo w baku, nogi i spostrzegawczość. Bo raz trzeba się wdrapać na górę, gdzie stoi kościół, aby poznać datę jego powstania lub policzyć okoliczne kotwice. Innym razem należy dowiedzieć się, jakie cuda sprzedawano na danej ulicy (wywiad środowiskowy niezbędny). W pakiecie "łamigłówek" jest jeszcze wyszukanie najstarszego samochodu w Muzeum Motoryzacji, podanie firm stacjonujących niegdyś na Kamiennej Górze czy przygoda ze zjazdem tyrolskim w parku linowym, ale to nie wszystko. Dużo się dzieje, co widać na załączonych obrazkach.
Nie wygrywamy rajdu, ale to nie znaczy, że numer boczny 32 nie przyniósł nam szczęścia. Dał nam masę frajdy!
Impreza to również wyścigi dla oldtimerów i jazda sprawnościowa. I oczywiście wystawienie się na placu przed Akwarium Gdyńskim ku radości turystów. Niech moc silników będzie z wami!
Cisza wyborcza w Olsztynie ma inny wymiar niż w innych miastach. Burza toczy się w internecie, w gazecie, ale nie na ulicy. Kandydaci nie chcą wisieć na latarni... Czyżby pod latarnią najciemniej?
Za głowę się łapię, gdy wjeżdżam do Trójmiasta. Plakaty wyborcze krzyczą z drzew, słupów, ogrodzeń i każdego wolnego miejsca. Gdańsk nie jest więc już wolnym miastem. Jest zaplakatowanym od stóp do głów. W Gdyni i w Sopocie jest podobnie. Zamykam oczy i mogę z pamięci (fotograficznej) wymieniać nazwiska kandydatów. Od Szczurka po Żurka...
W Olsztynie natomiast hula wiatr. Plakatów ze świecą szukać. No, może tu i ówdzie jakiś powiewa. Tu jakiś obdrapany, ten z domalowanym wąsem, a ten niewidoczny, bo rozmiarów znaczka pocztowego. I na kogo tu głosować?
Chyba trzeba postawić głos po znajomości...
Wystarczy tylko jeden rzut oka, aby zauważyć, że Trójmiasto jest bogatsze o tony papieru i dykty. Więcej też zarobiły tamtejsze drukarnie, a po wyborach zgarną sporo firmy sprzątające. Ale jest jeszcze inna sprawa — wyborcy z Pomorza są lepiej poinformowani. Taki uliczny krzyk (być może) pomoże im postawić trafnie krzyżyk na karcie wyborczej. A olsztyniacy muszą szperać w internecie, żeby poznać kandydatów. A najlepiej, żeby mieli konto na facebooku — tu kampania reklamowa jest obecna, a jakże! W końcu to XXI wiek!
W Olsztynie kandydaci na polityków nie chcą wychodzić na ulice. Żeby ludzie polityków ulicznikami nazywali? Nie chcą wisieć na drzewach, krzakach i znakach drogowych. A przecież — jak mówi powiedzenie — co ma wisieć, nie utonie.
Jeśli ktoś nie interesuje się wyborami, w Olsztynie może przejść obok nich obojętnie. I jak tu takiemu przechodniowi wytłumaczyć, że to jedne z ważniejszych wyborów, skoro w mieście tego nie czuć? Po co ma się obywatel interesować, skoro miasto takiego zainteresowania nie przejawia?
A może to przedsmak ciszy wyborczej, która w Olsztynie wyjątkowo zaczęła się kilka tygodni przed „godziną zero”? Co kraj, to obyczaj...
Tylko jeden kandydat ma wyjątkowe szczęście. Ma na imię Paweł i robi sobie niesamowitą reklamę. Aby trafić do rady miasta, bierze udział w programie „Mam talent”. Występ trafił mu akurat w sobotę — na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych. Cisza mu niestraszna, bo chłopak śpiewa.
Ejzenberg nie ukrywa, że liczy na swoją popularność, którą zapewnił mu udział w programie telewizyjnym. — Dzięki temu stałem się rozpoznawalny, przynajmniej w niektórych środowiskach — śmieje się wokalista. — Mam nadzieję, że to się przełoży na głosy, bo inaczej szanse, co tu ukrywać, mam niewielkie. Na to liczę plus kampania wyborcza, naturalnie w miarę moich możliwości finansowych. Gdyby się udało zdobyć mandat, to byłoby pięknie. To byłby dowód, że nie miejsce na liście, a osoba jest najważniejsza.
(Wyborcza plejada gwiazd)
Trochę mniej szczęścia ma Iwona Pavlović, która kandyduje do Rady Gminy w Dywitach. Jurorka „Tańca z gwiazdami” pojawi się na ekranie w niedzielę dopiero o godz. 20. A przecież dwie godziny później lokale wyborcze zostaną zamknięte. Komu buzia Iwony się spodoba i mu się przypomni, że „Czarna mamba” kandyduje, może nie zdążyć postawić na nią swojego krzyżyka...
Ale może w Dywitach plakaty Iwony wiszą jak szalone na każdym konarze. Nie wiem, nie wizytowałam. Widziałam tylko Trójmiasto i się przeraziłam, że aż tyle twarzy walczy o dobre stanowisko. W Olsztynie też walczą... tylko że nie słychać jak kruszą się kopie.
Pociąg relacji Gdynia-Olsztyn nie przyjechał, a PKP sprzedało bilet na tę trasę. W zamian oferta noworoczna — kłamliwy rozkład jazdy i Donald Tusk na peronie. Tak PKP leczy swojego posylwestrowego kaca. Moim kosztem.
2 stycznia. Czas wracać znad morza do Olsztyna. Idę na dworzec Gdynia Główna, elektroniczna tablica informacyjna na holu głównym wyświetla, że o godz. 12.27 odjeżdża pociąg osobowy. Pasuje idealnie! Idę więc po bilet do kasy na ten właśnie pociąg. Płacę 29 zł, czekam na odjazd.
Peron pusty, ale zbierają się ludzie. Patrzą nerwowo na zegarki. Pociągu ani widu, ani słychu. — Tak późno go podstawią? — dziwi się pani w berecie. — Przecież my wsiąść nie zdążymy. Spóźniony, czy co? Ale przecież stąd ten pociąg jedzie, z Gdyni, a nie z Krakowa. Rany boskie!
Jeszcze siedem minut, może przyjedzie, może dowiezie do Olsztyna. Może. Ale coś mnie kusi — idę do informacji: przyjedzie czy się zgubił w czasoprzestrzeni?
Informacja, owszem, jest. Ale zamknięta. Nie ma więc informacji. Nie ma też pociągu. Jedyne, co jest — bilet sprzedany w kasie.
Okazuje się w końcu, że ten pociąg nie kursuje 1 i 2 stycznia. Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba zagłębić się w lekturze żółtego rozkładu jazdy. Napisane jest małym drukiem, że pociąg ma urlop. Ale zostawmy ten rozkład. W holu dworca wisi tablica, która informuje przecież na bieżąco. Tłumy się na nią patrzą, tłumy biorą ją za wiarygodną. A tu zonk! Okazuje się, że nie tylko telewizja kłamie. PKP też.
Pociąg nie pojawia się, pociągu brak. Ale jest nerw. Idę zwrócić bilet. — Ale my nie obsługujemy osobowych. Obsługujemy podróżnych według ich życzenia — słyszę od kasjerki.
A co to ma do rzeczy? Na okienku kasowym wisi kartka: sprzedaż biletów na wszystkie pociągi.
Hmm, to może ja do Honolulu poproszę bilet? Nie da rady. PKP sobie nie poradzi, za daleko. Ze zwrotem pieniędzy też nie tak łatwo. Zabawa kosztuje mnie 15% ceny za oddany bilet. Nie ma zmiłuj, gapowe trzeba płacić. Czyżby? Nerw nadal mnie trzyma i nie odpuszczam. Pani w okienku radzi mi, aby iść do „głównego peronowego”, który wszystko spisze na bilecie. Wszystko. Będzie to dowód, że PKP nawaliło i zostanie zwrócone mi 100% ceny. Idę więc na perony.
— Ja od 1 stycznia nie pracuję już w Intercity i biletów nie unieważniam — główny peronowy mówi jak Donald Tusk (z wydatnym rrr), a ja oczy w słup. — Pani kasjerka jest niepoinformowana.
Że co? Że od 1 stycznia perrronowy nie pracuje? Znaczy, że wyjątek nie potwierdza reguły — PKP nie słynie z dobrej informacji. Ale perrronowy staje na wysokości zadania i dzwoni do kas, aby powiedzieć, że ma mniej obowiązków. Tłumaczy, że tylko kasjerki mogą unieważnić bilet. Panie z drugiej strony słuchawki wyrażają jednak sprzeciw. — Ale to jest wasz problem! — perrronowy kończy dialog, a ja wychodzę, bo… nic nie załatwię.
Na peronie napotykam jakiegoś pracownika PKP. Pytam go, o co chodzi z tym pociągiem widmem. Często się tak zdarza? To już klasyka? Scheda po PRL-u? — Nie do mnie z tą sprawą — mówi na luzaku. — A te perony to w ogóle do jakiejś innej spółki należą. Ja tu tylko przesyłkami się zajmuję. Widzi pani, tu nic nie działa.
Idę do kasy, w której bilet kupowałam. Pani twierdzi, że jednak pieniędzy mi nie odda, bo to nie pociąg Intercity — mimo iż tak na bilecie jest napisane — ale Przewozów Regionalnych. Fakt, osobowy przecież. Tę sprawę można załatwić w kasie obsługującej tylko połączenia sygnowane tym znakiem. Idę więc pod wskazany adres. Znowu załamka, znowu pani za okienka nie wie, co zrobić. — Niech pani idzie do kasy, w której pani bilet kupowała. — Jak to? — z sił opadam. — Czy panie sprzedają bilety prywatnie? — Nie. — Sprzedają więc jako PKP. — Tak. — Proszę o zwrot za bilet sprzedany na pociąg widmo.
Jak się moja zabawa z PKP kończy? Nie jadę 2 stycznia, ale dzień później. Nie chcę dopłacać do pośpiesznego. Wystarczy, że straciłam dużo czasu. I pociąg straciłam. I zaufanie do PKP też.
Wszystko nagrałam na telefon komórkowy. Lubicie „Misia”? Klimat jest jak z Barei:
Jak PKP sprzedaje bilety na pociąg widmo? Źle.
Nie chodziło mi o zwrot 100% ceny biletu. Chciałam pokazać, jak PKP podchodzi do klienta. Bo na pewno nie podjeżdża.