Upadłam na głowę? Nic z tych rzeczy! W Gryźlinach wyskoczyłam w tandemie ze sprawnego samolotu i leciałam z prędkością wyścigówki. Na ziemię dotarłam cała i zdrowa, ale wrażenia nadal unoszą mnie nad ziemią.
— Przeżyję? — tak zaczynam rozmowę z Grzegorzem „Iwanem” Kucharczykiem, skoczkiem spadochronowym, z którym wyskoczę w tandemie.
— Przeżyjesz, ale tylko w pewnym sensie — uspokaja mnie Iwan. — Po skoku część ciebie urodzi się na nowo. Polecisz na wysokość czterech kilometrów. Potem wyskoczymy z samolotu i będziemy spadali aż do dwóch kilometrów z prędkością 200 km/h. Po minucie otworzymy spadochron i czeka nas jeszcze osiem minut szybowania. Dostaniesz sterówki i sobie posterujesz.
Jak Jennifer Lopez
Zaczynam od ubrania specjalnego uniformu, w którym czuję się jakbym leciała w kosmos. A potem szybkie szkolenie — jak zachować się w powietrzu, jak ułożyć ciało i jak się uśmiechać.
— Teraz zrobimy z ciebie Jennifer Lopez — Iwan zaciska tak uprząż, że jeszcze nigdy tak prosto nie stałam na nogach. — Pierś do przodu, pupa też wyeksponowana. Teraz skoczysz bez obaw!
Prawda, obaw żadnych nie czuję, bo Iwan na to nie pozwala. Facet ma na swoim koncie aż siedem tysięcy skoków — w tym prawie trzy tysiące tandemowych. Skakał w różnych sytuacjach i kombinacjach. Ciekawostką był skok z tandemu paralotniowego w nietypowych warunkach — podczas wyjazdu na snowboard w Alpy austriackie. Skakanie w jego towarzystwie to więc sama przyjemność!
Ready to go!
Silniki samolotu warczą, w środku siedzi kilku palących się do skoku skoczków. Na wysokość czterech kilometrów lecimy szybko. Już po dziesięciu minutach otwierają się drzwi, Iwan przypina się do mnie, a ja wyglądam przez okno. Piękna Warmia pode mną. Kilku obłoków, zieleń i kilka jezior. Ja mam tam skoczyć? W tę przestrzeń? Ale to nie strach tarabani mi w głowie. To ciekawość, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Skakałam co najwyżej do sklepu po chleb.
Skoczkowie wypadają z samolotu jakby przesiadali się z autobusu na autobus. Pyk i już ich nie widać. Ten widok najbardziej przeraża: faceci są obok mnie, a zaraz porywa ich przestrzeń. W końcu moja kolej. Nie czuję strachu, uśmiecham się i czekam na wrażenia. Iwan puka mnie w ramię: „Ready to go!" Lecimy!
Całusy na wysokościach
Zaraz po wyskoku robimy obrót — taki fikołek w powietrzu. Łapię oddech, rozpościeram ręce i czuję się jak ptak. Wolność jest wokół mnie! Wolność i przestrzeń! Czuję jak pęd powietrza naciąga mi policzki na uszy. Czuję jak spadam, ale to takie przyjemne, że nie myślę o niczym. Czerpię z tej chwili ile mogę, chwytam za ręce Gibu, który filmuje mnie lecąc naprzeciw. Machamy, wysyłamy sobie całusy, wymieniamy się uśmiechami. I pomyśleć, że wszystko dzieje się ponad trzy kilometry nad ziemią! Raptem buch, Iwan otwiera spadochron, zwalniamy w locie i emocje przybierają zupełnie inny smak. Dostaję sterówki, mogę skręcać w prawo, w lewo... Dyndam swobodnie nogami, nic mnie nie ogranicza. Tylko czas, który zbliża mnie do płyty lotniska. Aż nie chce wracać się na ziemię, która mimo iż piękna, serwuje czasem same trudy. A na górze wszystko znika i wyparowuje z głowy. Czy naprawdę musimy lądować?
Skok jak czekolada
Po powrocie na ziemię szumi mi w głowie. Szumi od wiatru i wrażeń. Z niedowierzaniem patrzę w niebo, skąd właśnie wróciłam.
— Ludzie w powietrzu są przezroczyści — mówi Tomasz „Gibu” Grzybowski, skoczek i kamerzysta. — Kiedy spadają, nic nie udają. Albo są przerażeni, albo tryskają radością. Tam, na wysokościach, nie myśli się o kontrolowaniu emocji. Są naturalne. A ty, Ada, śmiałaś się cały czas...
— Skoków nie można z niczym porównać ani nie wiadomo jak je opisać — mówi Iwan. — Bo jak można opowiedzieć komuś o smaku czekolady? Najlepiej samemu spróbować.
Przeczytaj też:
Aż policzki zachodzą za uszy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spadochron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spadochron. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 czerwca 2011
czwartek, 26 maja 2011
Aż policzki zachodzą za uszy...
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby wyskakiwać ze sprawnego samolotu? — mówi Franciszek Kiapśnia, który został spadochroniarzem w wieku 45 lat. — Uwielbiam fruwać jak ptak. Spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny.
— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.
Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.
Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.
I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.
Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.
Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.
I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

