Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły! Podczas kolacji widać to dokładnie. Nadleśnictwo Strzałowo postawiło kamerę w leśnej stołówce, więc można podziwiać, co zwierzowi smakuje, a w czym wybrzydza...
Mam apetyt na las. Apetyt na dzika, na sarenkę i jelonka. Tak dobrze wyglądają na ekranie. Ba, na żywo jeszcze lepiej, ale do lasu mi daleko. Dlatego od czasu do czasu klikam na strzalowo.eu i podglądam dzicz.
— Chcemy zmienić świadomość ludzi — tłumaczy Zbigniew Ciepluch, nadleśniczy. — Wiele osób myśli, że leśniczy i myśliwi chodzą tylko na polowania. Że tylko w głowie im strzelanie i nic więcej już ich nie interesuje. A to nie jest prawda. My przede wszystkim dokarmiamy zwierzynę — zwłaszcza zimą. Dlatego zamontowaliśmy kamerę i dzięki niej cały świat ogląda nasze zwierzęta w miejscu, gdzie zostawiamy jedzenie. Cała Polska się zachwyca, a nawet świat — Australia, Kanada, Japonia, Finlandia, Meksyk, a nawet Paragwaj. Mamy więc bardzo sławną zwierzynę!
Najczęściej z leśnej stołówki korzystają dziki, ale pojawiają się też jelenie, lisy i przeróżne ptaki. Zwierzęta najchętniej przychodzą wieczorem, między godz. 18 a 22.
— Wtedy można zasiąść przed komputerem i obserwować — tłumaczy nadleśniczy. — W przyszłym roku kupimy profesjonalną kamerę, bo chcemy, aby ludzie oglądali film na żywo z tego, co się dzieje w lesie. A naprawdę jest co oglądać. Bo zwierzęta nie tylko jedzą. Niedawno można było podziwiać zabawę dzików w okresie rui. Odyńce odganiały konkurentów, a lochy czekały na zaloty. Oczywiście zwierzęta na takie zabawy muszą mieć siłę, a nie ma siły bez jedzenia.
A ile zjadają zwierzęta? Rocznie leśnicy wyrzucają około 50 ton ziarna kukurydzy, 100 ton kiszonki z kukurydzy i 100 ton sianokiszonki. Kosztuje to ok. 100 tys. zł.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 grudnia 2010
sobota, 11 grudnia 2010
Niesmak po grze wstępnej… w McDonald’s
McDonald’s zaprasza na gorące francuskie croissanty! Do kawy jak znalazł, czyli amerykańska sieciówka trafiła z pomysłem w dziesiątkę. Ale strzeliła też sobie w kolano...
Wpadłam do McDonalda na croissanta, bo uwielbiam kruche i puszyste rogaliki. Już jestem w ogrodzie, już witam się z gąską — bonjour! — a tu zonk. Francuski rogalik okazuje się atrapą.
Croissanty weszły do menu McDonalda w kwietniu. Fakt, w wakacje kilka razy schrupałam to ciepłe pieczywko i chwaliłam, oj chwaliłam — a ja przecież fast foodów nie chwalę. Ale tu zrobiłam wyjątek i zrobiłam błąd. Dziś mamy grudzień, a kruche francuskie rogaliki zamieniły się w zwykłe drożdżowe rogaliki. Do croissantów im daleko – miliony kilometrów! Ale nazwa została, żeby nie było.
Jakie wnioski? Nic nie jest wieczne, nawet rogaliki. I niczemu nie można ufać — przede wszystkim amerykańskim sieciówkom. Francuską tradycję zastąpiły tanim pieczywem, ale za tę samą fast foodową cenę.
Pytam pracownicy McDonalda, co stało się z rogalikami, jakimi „restauracja” nęci w reklamach. Wzruszyła ramionami i stwierdziła w iście polskim stylu: ja tu tylko pracuję.
Jasne, ryba psuje się od głowy i to mnie smuci, bo przez takie podejście oszukuje się klientów. Zaczyna się z grubej rury, rozkochuje na zasadzie „przez żołądek do serca”, a potem? Masz, babo, placek.
Ale co ja się będę wywodziła-rozwodziła… Przecież z igły nie wyjdą igły! Amerykańska papka też nigdy nie przypomni francuskiej rozkoszy. Bo najważniejsza jest gra wstępna… A prawdziwego McDonalda ocenisz nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.
Wpadłam do McDonalda na croissanta, bo uwielbiam kruche i puszyste rogaliki. Już jestem w ogrodzie, już witam się z gąską — bonjour! — a tu zonk. Francuski rogalik okazuje się atrapą.
Croissanty weszły do menu McDonalda w kwietniu. Fakt, w wakacje kilka razy schrupałam to ciepłe pieczywko i chwaliłam, oj chwaliłam — a ja przecież fast foodów nie chwalę. Ale tu zrobiłam wyjątek i zrobiłam błąd. Dziś mamy grudzień, a kruche francuskie rogaliki zamieniły się w zwykłe drożdżowe rogaliki. Do croissantów im daleko – miliony kilometrów! Ale nazwa została, żeby nie było.
Jakie wnioski? Nic nie jest wieczne, nawet rogaliki. I niczemu nie można ufać — przede wszystkim amerykańskim sieciówkom. Francuską tradycję zastąpiły tanim pieczywem, ale za tę samą fast foodową cenę.
Pytam pracownicy McDonalda, co stało się z rogalikami, jakimi „restauracja” nęci w reklamach. Wzruszyła ramionami i stwierdziła w iście polskim stylu: ja tu tylko pracuję.
Jasne, ryba psuje się od głowy i to mnie smuci, bo przez takie podejście oszukuje się klientów. Zaczyna się z grubej rury, rozkochuje na zasadzie „przez żołądek do serca”, a potem? Masz, babo, placek.
Ale co ja się będę wywodziła-rozwodziła… Przecież z igły nie wyjdą igły! Amerykańska papka też nigdy nie przypomni francuskiej rozkoszy. Bo najważniejsza jest gra wstępna… A prawdziwego McDonalda ocenisz nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.
niedziela, 18 października 2009
Jak chińska restauracja bierze w łeb
Przez żołądek do serca? Przez serce do rozumu? Przez rozum do ucha? No właśnie, jak zwracać się do Chińczyka w Olsztynie, by zrozumiał? Po imieniu.

Jestem na obiedzie w Shanghai Bistro. Zamawiam danie i proszę, by było ostre. Pani przy kasie zapisuje i wydaje polecenie skośnookiemu kucharzowi: ma być ostre!
Siadam przy stoliku i mam oko na stojącego przy garach, wokach i patelniach Chińczyka. Pracuje na widoku, więc zapewne nie splunie do jedzenia. Raptem — ni stąd, ni zowąd — Chińczyk zaczyna do mnie mówić. Po intonacji wypowiedzi domyślam się, że to pytanie:
— Ciang ciong cieng?
— Przepraszam, ale nie rozumiem pana…
— Ciang ciong cieng? Cijang bom beng.
— Ojej, naprawdę nie rozumiem.
Już tracę grunt pod nogami, już zapadam się pod ziemię, bo jak tu się z człowiekiem dogadać? Obraża mnie, pozdrawia, opowiada dowcip? Ja ni w ząb.
Z pomocą przychodzi dziewczyna zza kasy. Zwraca się od razu do kucharza:
— Tak, ma być ostre, Czesiu.
— CZESIU?
Na stronie Shanghai Bistro znajduję zdjęcie Czesia. Wygląda tak:

Jestem na obiedzie w Shanghai Bistro. Zamawiam danie i proszę, by było ostre. Pani przy kasie zapisuje i wydaje polecenie skośnookiemu kucharzowi: ma być ostre!
Siadam przy stoliku i mam oko na stojącego przy garach, wokach i patelniach Chińczyka. Pracuje na widoku, więc zapewne nie splunie do jedzenia. Raptem — ni stąd, ni zowąd — Chińczyk zaczyna do mnie mówić. Po intonacji wypowiedzi domyślam się, że to pytanie:
— Ciang ciong cieng?
— Przepraszam, ale nie rozumiem pana…
— Ciang ciong cieng? Cijang bom beng.
— Ojej, naprawdę nie rozumiem.
Już tracę grunt pod nogami, już zapadam się pod ziemię, bo jak tu się z człowiekiem dogadać? Obraża mnie, pozdrawia, opowiada dowcip? Ja ni w ząb.
Z pomocą przychodzi dziewczyna zza kasy. Zwraca się od razu do kucharza:
— Tak, ma być ostre, Czesiu.
— CZESIU?
Na stronie Shanghai Bistro znajduję zdjęcie Czesia. Wygląda tak:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


