Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coctail. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coctail. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 czerwca 2009

Gdzie się podziały tamte wisienki?

— Niezły lifting tu zaserwowali — tak o Coctail Barze mówią olsztyniacy. — Ale czy nowy wystrój podbije ich serca? A może kultowe miejsce już diabli wzięli?


— Gdzie ja mam płaszcz powiesić? — rozgląda się Irena. — Kiedyś były tu wieszaki, a teraz nie ma nic. Położę chyba na oparciu fotela. Ale jak to będzie wyglądało? I będę siedziała na swoim płaszczu? Nie mam wyjścia.
— Wyjście jest: siadaj i nie marudź — ucina Krysia. — Zaraz lody twarogowe przyjdą, więc humor ci się poprawi.
Lody przychodzą, z bitą śmietaną — aż ślinka cieknie. Posypane orzeszkami. Irena próbuje:
— Hmmm, jak za starych dawnych czasów.
Pięć przyjaciółek w średnim wieku od czasu do czasu wpada połasuchować i poplotkować. Coctail Bar w Olsztynie to miejsce ich spotkań od lat — położone w świetnym punkcie, blisko starówki i sklepów. Wystarczy, że jedna rzuci hasło: chodźmy na coś słodkiego. Idą wszystkie. Najczęściej zamawiają lody, koktaile i wuzetki.
— Ale wuzetki się popsuły — próbuje swoje ciastko Basia. — Kiedyś były większe i miały więcej bitej śmietany. Teraz są inne, bo i inny wystrój w środku. No tak, czasy się zmieniają. Ale my miejsca spotkań nie zmieniamy.
— Na szczęście lody twarogowe są, jedyne takie w mieście — podkreśla Irena. — Czego więcej chcieć od życia?

Bita z maszyny
A pomyśleć, że kultowy Coctail Bar miał zniknąć z mapy Olsztyna. Gdy na drzwiach wejściowych zawisła kartka, że go zlikwidują, wszyscy złapali się za głowy. Zatęsknili za ponczóweczką z bitą śmietaną i wisienką. Mówili: i co? 42 lata działalności diabli wezmą? Ale nie wzięli. Coctail Bar zmienił jednak swoje oblicze.
— Niezły lifting tu zaserwowali — rozgląda się Marek Matełko z Warszawy. — Jestem częstym bywalcem w Olsztynie, bo stąd pochodzę i mam tu rodzinę. Zawsze wpadam na bitą śmietanę, bo w całym mieście prawdziwej nie znajdę. Tu panie pewnie ją samą ubijają, a nie wyciskają z syfonu albo ze sprayu. Palce lizać!
— Mamy specjalną maszynę — wtrąca się młoda ekspedientka. — Ale składniki mamy naturalne, racja.
— Maszynę? Pamiętam, jak kiedyś panie wykładały bitą z miseczki łyżką — dodaje Marek. — Prawie jak w domu! Ale mama nie chciała mi często ubijać, bo — jak mówiła — za dużo babrania.


Duże gałki
Coctail po remoncie przypomina kafejkę. Beżowe fotele, eleganckie stoliki i futurystyczne żyrandole. Ale czuć tu ducha sprzed lat — lada chłodnicza przypomina stare dobre czasy. Teraz nawet jest lepiej zaopatrzona — do wyboru, do koloru, do smaku.
— Wcześniej było tu obrzydliwie, więc nawet nie zaglądałam — stwierdza Kinga, studentka weterynarii. — Ale po remoncie wdepnęłam. Na lody. I co się okazało? Że dają tu olbrzymie gałki. I smaków mają mnóstwo. Moje ulubione to straciatella i mascarpone.
— A ja uwielbiam jagodowe — dodaje Dorota. — Przynajmniej brzmią po polsku.
— W Coctailu czuło się czasy PRL-u — podkreśla Marek. — To było jedyne takie miejsce w Olsztynie. Wszędzie nowoczesność, a tu czas stał w miejscu. Ale przyszła kryska na Matyska i pewna epoka już za nami. Sentymenty zostały tylko we wspomnieniach i na zdjęciach. Czy nowy wystrój znów podbije serca olsztyniaków? Szczerze? Wątpię. Tu najbardziej smakowało mi moje dzieciństwo. Gdzie się podziały tamte wisienki?

Przeczytaj:
Cocktail Bar uratowany
Nowy właściciel Cocktail Baru posłuchał mieszkańców

piątek, 5 czerwca 2009

Bez butelki nie ma dnia

— Zbieramy puste butelki, a ludzie pytają: bimber pędzicie? Nie, przygotowujemy drinki z efektami. Butelki są nam potrzebne do żonglerki — opowiadają Grzegorz Żurowski i Adam Gogacz. To barmani, którzy potrafią czarować i oczarować swoich gości.


— Pocięte ręce, opuchnięte palce, dużo stłuczonych butelek. Tak zaczynaliśmy — opowiada Grzegorz, student doradztwa zawodowego. — Ale wyszliśmy z założenia, że poranione dłonie są wliczone w naszą pasję. Jak kończymy trening, musi jakaś butelka się stłuc. Na szczęście. W naszym żargonie nazywamy to denkiem.
— Trenujemy już prawie dwa lata — dodaje Adam, student stosunków międzynarodowych. — Chcieliśmy urozmaicić swoją barmańską pracę. Widzieliśmy klika fantastycznych pokazów — między innymi mistrza świata Eugeniusza Dytko — i chcieliśmy tak samo bawić się butelkami.

Lód w powietrzu
Kolorowa praca — tak można określić fach barmanów. Olsztyniacy specjalizują się w stylu flair.
— To sztuka efektywnego i efektownego przygotowywania drinków — mówi Grzegorz. — Tu najważniejsze jest widowisko. W stylu klasycznym trzeba przestrzegać przepisów, smaku i wyglądu drinków. We flairze liczy się magia. Oczywiście też trzeba zrobić świetnego drinka, ale flair to przygotowanie, efektowne żonglowanie. To taki free style w przygotowywaniu napojów.
— Z butelkami wszystko można zrobić — dodaje Adam. — Można je obracać, kopać, podbijać na jeden albo dwa obroty, toczyć. W pokazie liczy się też dynamika.
— Wykorzystujemy też kubki, szklanki, shakery, lód, owoce — mówi Grzegorz. — Wszystko lata w powietrzu, bo trzeba gości oczarować. Drink — tak przygotowany i tak podany — lepiej smakuje.
— Ludzie uwielbiają płomienie, dlatego dużo jest ich w naszych pokazach — podkreśla Adam.
— Wszystkim się podoba, gratulują, są w szoku, biją brawo — stwierdza Grzegorz. — Mówią, że powinniśmy iść do programu „Mam talent” albo porównują nas z bohaterami filmu „Coctail”.

Stówa na czas
Trening czyni mistrza, więc chłopcy ciężko pracują. Wciąż podnoszą sobie poprzeczkę, a kulisy przygotowań często sięgają absurdu.
— Rok temu w majowy weekend wynosiłem z mieszkania 150 stłuczonych butelek — wspomina Grzesiek. — Sąsiedzi komentowali: Oj, nie żałowałeś sobie! Nie żałowałem, bo ostro trenowałem. A że szkło niestety się tłucze, to chodzę po mieście i zbieram butelki. Ludzie krzywo na mnie patrzą i pytają: Bimber pędzisz? A potem jadę autobusem i szkło brzęczy mi w torbie. Też się gapią.
— Na treningach robimy zawody między sobą: który szybszy — zdradza Adam. — Żonglujemy butelkami i liczymy podrzuty. Który pierwszy dojdzie do stówy, ten wygrywa. Podrzucamy też butelki, które pozornie nie nadają się do podrzutów, na przykład kwadratowe. W Olsztynie jest nas dwóch, więc tylko między sobą możemy rywalizować. Rośnie nam jednak konkurencja, bo uczymy osiemnastolatka.
— W Olsztynie występujemy raz w miesiącu, ale jeździmy też po Polsce — podkreśla Grzegorz. — W konkursach nie startujemy, bo mamy świadomość, że do najlepszych nam jeszcze daleko. Ale staramy się: nie ma dnia bez butelki w ręce.

Więcej o chłopakach.