Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Festiwal Strefa Przygody

Przygodo, hej przygodo! Gdzieś ty się ukryła? Za krzakiem, za rzeką, a może za zamkiem? Żarty na bok, ale i lato już idzie na bok. Kończy się z każdą kończącą się imprezą. A Olsztyn właśnie dochodzi do siebie po Festiwalu Strefa Przygody.


Lubię, gdy ludzie się uśmiechają. Lubię, gdy przychodzą tłumnie na imprezy. Gdy bawią się, próbują nowego i czerpią z tego radość. Lubię, gdy nie zalegają przed telewizorami, komputerami. Lubię, gdy łapią wiatr w żagle — te metaforyczne, symboliczne. Gdy chcą rozmawiać, słuchać z wypiekami na twarzy. Tak było podczas spotkania z Jasiem Melą. Tak było podczas Festiwalu Strefa Przygody w Olsztynie.


W niedzielę rozrywał tłumy park gier i sportów z całego świata. Można było postrzelać z łuku, powspinać się na ściankę i przyjrzeć się pokazom capoeiry. Zabrakło mi jednak obiecanej gry we francuskie bule.


Oby więcej takich imprez w Olsztynie! Nie to że darmowe, to jeszcze bogate w program.



Zobacz też:
Parada Bosych Stóp z Wojtkiem Cejrowskim

wtorek, 16 czerwca 2009

Kabaret Moralnego Niepokoju: W kapciach nie żartuję

— Górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Zawód kabareciarza nie jest łatwy. Zwłaszcza jak pracuje się w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą — przyznaje Przemek Borkowski z Kabaretu Moralnego Niepokoju. — Ale gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem.


Nie mogłam się dodzwonić... ani do Kasi Pakosińskiej, ani do Przemka Borkowskiego.
Ja: Dzwonię, dzwonię, a Kabaret Moralnego Niepokoju nie odbiera!

Goga: Bo oni myślą, że to śmieszne jest!

No i wraca swój do swego. Chłopak z Dywit wystąpi w Olsztynie. A do Dywit wstąpi?

— Jasne, że tak! Wstąpi! Nie mogę takiej okazji przegapić.

A często trafia ci się taka okazja?

— Ostatnio coraz rzadziej, bo od jakiegoś czasu rodzice do mnie przyjeżdżają. Pochwalę się, bo niedawno urodził mi się synek Kacper. Ma już sześć miesięcy i jest świetny. Synek jest jeszcze za młody, by go po Polsce wozić. Jest po prostu małomobilny.

Bo teraz mieszkasz w Warszawie...

— Tak, ale cały czas jestem zameldowany w Dywitach!

Czyli w stolicy waletujesz!?
— Można tak powiedzieć. Waletuję od piętnastu lat, ale jestem mieszkańcem Warmii. Ale przyznam, że najbardziej brakuje mi widoku z okna. Okno domu rodzinnego wychodzi na las, a teraz widzę — jak w każdym dużym mieście — inny dom. Ot, uroki życia w blokowisku. Dlatego widok z okna to moja największa tęsknota. Marzy mi się, by w Warszawie widzieć zieloną przestrzeń — z jeziorem i lasem na horyzoncie. W ogóle jezior mi w Warszawie brakuje. Niby mamy Wisłę, ale by dotrzeć na jej brzegi, trzeba się trochę natrudzić. Muszę przebić się przez Wisłostradę, nastać się w korkach. To nie to samo, że wychodzi się z domu i już się jest na łonie natury. I dlatego — jak tylko cieplej się zrobi — wezmę pod pachę Kacperka i przyjedziemy w rodzinne strony. Niech chłopak trochę pozwiedza.

Skończyłeś polonistykę. Mówią, że to fabryka bezrobotnych... Podzielasz to zdanie?

— Moje doświadczenie mówi, że jest zupełnie inaczej. Filologia polska produkuje prędzej utalentowanych ludzi! Przykład? Poloniści przecież wykonują przeróżne zawody — nie są tylko nauczycielami. Moi znajomi ze studiów są dziennikarzami, pracują w agencjach reklamowych, a jeden jest nawet tłumaczem w Brukseli i pracuje dla Unii Europejskiej. To dowód na to, że poloniści są ludźmi wszechstronnymi i nie interesują się tylko językiem ojczystym. Dla niech nie tylko książki i gramatyka. Według mnie polonistyka to przedłużenie liceum ogólnokształcącego. Daje bardzo dobrą ogólną wiedzę ze wszystkiego.

Ale na polonistyce nie ma chemii i fizyki!
— Bo to przedłużenie profilu humanistycznego. Nie zmienia to faktu, że studia te dają sporą wiedzę o świecie i możliwości rozwijania własnych zainteresowań. Charakteryzują się bogactwem czasu wolnego. Przyszli prawnicy czy lekarze zakuwają ostro, a poloniści albo czytają, albo robią wszystko, co chcą.

A ty — wybierając kierunek — chciałeś zostać poetą, czy belfrem?
— Ależ oczywiście, że poetą. I z tego zrodził się właśnie kabaret! Trzech z nas — ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak — byliśmy poetami i mieliśmy marzenie, by zaistnieć. Tworzyliśmy wtedy gazetę literacką, a nawet wydaliśmy tomik wierszy „Zeszyt w trzy linie”. Ale niestety cieszyliśmy się umiarkowanym zainteresowaniem. Naszą gazetę czytało niewiele osób. Publikowaliśmy wiersze swoje i kilku osób, które się nawinęły.

Czyli pisaliście sobie, a muzom?
— Właściwie tak. Ale wcale nas to nie zadowalało. Pomyśleliśmy: skoro nie chcą nas czytać, więc może będą nas słuchać. I tym sposobem zrobiliśmy pierwszy koncert — złożyliśmy go z naszych satyrycznych wierszy i piosenek. Ludzie to łyknęli, a kabaretowy potwór nas połknął i trzyma w swoim brzuchu do dzisiaj.

Od samego początku występowaliście jako Kabaret Moralnego Niepokoju?

— Nie. Pierwsze dwa programy graliśmy bezimiennie. Potem trzeba było wymyślić nazwę i pojawiła się ta ówczesna. Wymyśliłem ją akurat ja, więc jestem ojcem nazwy! Ale za Chiny nie pamiętam, skąd mi się ona w głowie wzięła. Nie pamiętam.

Kabareciarz powinien ciągle śmieszyć — na scenie, w autobusie, w przychodni. Dajesz radę?
— Nie zamieniłbym się na żaden inny zawód. Myślisz, że górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Żadna praca nie jest łatwa. Zwłaszcza jak wykonuje się ją w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą. Na szczęście kabareciarz też ma wolne od bycia śmiesznym i wtedy ładuje baterie. Gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem. Mam wolne od żartowania. Jestem jak górnik, który po powrocie do domu siada w fotelu, a nie schodzi do piwnicy, by wydobywać węgiel. Z rodziną odpoczywam, ale gdy już jestem w towarzystwie kabaretu, jest cały czas śmiesznie. My się po prostu sami nakręcamy i można przy nas boki zrywać. Tzn. my zrywamy boki, ale czy inni wiedzą, o co nam chodzi? Jak jemy obiad w jakiejś restauracji, żartujemy sobie i śmiejemy sobie w głos, a ludzie na nas patrzą z rogu i nie wiedzą, co zrobić.

Czyli to jest zawód, który poleciłbyś swojemu synowi?
— Wiesz, chyba bym mu odradzał, by został kabareciarzem. Oczywiście nie będę wchodził mu w drogę, a nawet będę kibicował jemu planom i zamiarom. Jednak kabaret — mimo iż to przyjemna praca — obarcza człowieka wielkim ryzykiem. Bo co zrobić w sytuacji, gdy się nie uda? Gdy się nie osiągnie jakiejś pozycji, nie jest już do śmiechu. To zawód wysokiego ryzyka.

A co w chwili, gdy gracie już po raz setny jakiś skecz? Nie przejada wam się wasz humor?
— Nie tyle nam się przejada, ile się w nas wypala. To wypalanie trwa mniej więcej półtora roku, dlatego po tym czasie robimy nowy program. Ale do tego czasu idzie nam nieźle, bo nie odklepujemy tego samego. Inna publiczność, inna sytuacja — to wszystko wpływa na nasze występy.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Reksio na cokole: WON z mojego podwórka!

To jedyny stemplujący pies na świecie. Reksio wylizywał też miskę, szczekał, ratował kury, ale i kumplował się z kogutem. Teraz wskoczył na cokół. Pierwszy kundel PRL-u ma swój pomnik. Czy jest z tego dumny?


W kategorii piesków podwórkowych Reksio nie ma sobie równych. Na filmowym ekranie żyje od ponad 40 lat i kochają go dosłownie wszyscy. Ja na pewno. Pałam do niego wielką sympatią, oj pałam! Bielsko-Biała też pała. Właśnie stanął tam pomnik tego psiego bohatera animowanki.

Reksio, który zszedł z ekranu telewizora na ziemię, jest rzeźbą wykonaną z kamienia. Figurka ma ok. 80 cm wysokości. Piesek uwieczniony jest w pozycji stojącej, z jedną łapką uniesioną do góry. Gdy patrzę na zdjęcie, do głowy przychodzi mi jedna myśl — Reksio mówi: WON z mojego podwórka!

Kompozycja oraz proporcje figurki konsultowane były z żoną twórcy postaci Reksia — Heleną Marszałek-Filek. Czyżby pani Hela też mówiła: WON z mojego podwórka? Dajcie mi od Reksia odpocząć?

Rzeźba jest pokryta specjalną substancją, która uchroni ją przed korozją. Jest też odporna na wandali. Została też przykręcona potężnymi śrubami do fontanny, więc nawet złomiarz-atleta nie da sobie z nią rady. Na Reksia nie ma więc silnych! Może stąd ten wyganiający palec reksiowy?

Polak lubi sentymenty. W Pacanowie buduje się właśnie Europejskie Centrum Bajki, którego otwarcie zaplanowano na wrzesień tego roku. Czyżby to był nasz PRL-owski Disnayland? Ale przyznam — pojadę. Reksio jest moim ulubieńcem. W czołówce stoi też Miś Coralgol, ale ten z klapniętym uchem też jest niczego sobie. Co prawda nie jest ani przystojny, ani przesadnie inteligentny, ale nago nie sypia, więc Miś Uszatek reprezentuje poglądy misiów starej daty. A takie misie są najlepsze. Sentymenty nie lubią nagości.

A co z Olsztynem? Przez 20 lat od upadku PRL-u nie doczekaliśmy się tu dzieła na tyle wybitnego i rozpoznawalnego, by stało się wizytówką miasta. Nawet siedzący tyłem do starówki Mikołaj Kopernik nie chwyta za serce.

W Olsztynie po 1989 r. powstało ok. 30 różnych tablic i pomników. Często były to inicjatywy niewielkich grup ludzi, które miały pomysł budowy pamiątkowego obiektu, ale brakowało im pieniędzy, żeby sprawę doprowadzić samemu do końca.
— Nie przypominam sobie przypadku, żeby ktoś przeznaczył wystarczająco duże pieniądze i dał artystom tyle czasu, ile potrzebują na pracę twórczą nad przygotowywanym dziełem — przyznaje Anna Juszczyszyn, miejski konserwator zabytków.
Dlatego dominuje bylejakość. (...) Mamy za to powtarzające się wszędzie schematy. Ktoś kiedyś wymyślił ławeczkę z Tuwimem, to teraz wszyscy w miastach robią ławeczki.
(Brzydkich pomników ci u nas dostatek)

Ławek w Olsztynie jednak wielu nie uświadczysz. Ale marnych pomników jest za to cała masa. Broni się jedynie pomnik „Małego widza” przy Olsztyńskim Teatrze Lalek, ale nie stoi on na turystycznej trasie przyjezdnych. Ale dla chcącego, nic trudnego.



Reksio, obok Bolka i Lolka, to najsłynniejszy bohater kreskówek bielskiego Studia Filmów Rysunkowych. Filmy o jego przygodach powstały w latach 1967-1988. Serial liczy aż 65 odcinków. Sympatyczny psiak nazywany był żartobliwie najsłynniejszym kundlem PRL-u, choć wiele osób twierdzi, że to nie mieszaniec, ale rasowy sznaucer.

Przeczytaj:
7 polskich dobranocek wszech czasów

sobota, 6 czerwca 2009

Samochód zaginął w akcji

Wyobraźnia dziecka nie zna granic. Wszystko potrafi sobie wytłumaczyć i dać gazu optymizmowi. Uczmy się do maluchów!


Wpada do sklepu kilkuletni chłopiec. W dłoni parę monet:
— Są lody w kształcie samochodów?
— Nie ma.
— Znaczy, że samochód zaginął w akcji!

Wybiegł jak torpeda. Sprzedawczyni w szoku:
— Matko, karambol przeżyłam!

piątek, 5 czerwca 2009

Bez butelki nie ma dnia

— Zbieramy puste butelki, a ludzie pytają: bimber pędzicie? Nie, przygotowujemy drinki z efektami. Butelki są nam potrzebne do żonglerki — opowiadają Grzegorz Żurowski i Adam Gogacz. To barmani, którzy potrafią czarować i oczarować swoich gości.


— Pocięte ręce, opuchnięte palce, dużo stłuczonych butelek. Tak zaczynaliśmy — opowiada Grzegorz, student doradztwa zawodowego. — Ale wyszliśmy z założenia, że poranione dłonie są wliczone w naszą pasję. Jak kończymy trening, musi jakaś butelka się stłuc. Na szczęście. W naszym żargonie nazywamy to denkiem.
— Trenujemy już prawie dwa lata — dodaje Adam, student stosunków międzynarodowych. — Chcieliśmy urozmaicić swoją barmańską pracę. Widzieliśmy klika fantastycznych pokazów — między innymi mistrza świata Eugeniusza Dytko — i chcieliśmy tak samo bawić się butelkami.

Lód w powietrzu
Kolorowa praca — tak można określić fach barmanów. Olsztyniacy specjalizują się w stylu flair.
— To sztuka efektywnego i efektownego przygotowywania drinków — mówi Grzegorz. — Tu najważniejsze jest widowisko. W stylu klasycznym trzeba przestrzegać przepisów, smaku i wyglądu drinków. We flairze liczy się magia. Oczywiście też trzeba zrobić świetnego drinka, ale flair to przygotowanie, efektowne żonglowanie. To taki free style w przygotowywaniu napojów.
— Z butelkami wszystko można zrobić — dodaje Adam. — Można je obracać, kopać, podbijać na jeden albo dwa obroty, toczyć. W pokazie liczy się też dynamika.
— Wykorzystujemy też kubki, szklanki, shakery, lód, owoce — mówi Grzegorz. — Wszystko lata w powietrzu, bo trzeba gości oczarować. Drink — tak przygotowany i tak podany — lepiej smakuje.
— Ludzie uwielbiają płomienie, dlatego dużo jest ich w naszych pokazach — podkreśla Adam.
— Wszystkim się podoba, gratulują, są w szoku, biją brawo — stwierdza Grzegorz. — Mówią, że powinniśmy iść do programu „Mam talent” albo porównują nas z bohaterami filmu „Coctail”.

Stówa na czas
Trening czyni mistrza, więc chłopcy ciężko pracują. Wciąż podnoszą sobie poprzeczkę, a kulisy przygotowań często sięgają absurdu.
— Rok temu w majowy weekend wynosiłem z mieszkania 150 stłuczonych butelek — wspomina Grzesiek. — Sąsiedzi komentowali: Oj, nie żałowałeś sobie! Nie żałowałem, bo ostro trenowałem. A że szkło niestety się tłucze, to chodzę po mieście i zbieram butelki. Ludzie krzywo na mnie patrzą i pytają: Bimber pędzisz? A potem jadę autobusem i szkło brzęczy mi w torbie. Też się gapią.
— Na treningach robimy zawody między sobą: który szybszy — zdradza Adam. — Żonglujemy butelkami i liczymy podrzuty. Który pierwszy dojdzie do stówy, ten wygrywa. Podrzucamy też butelki, które pozornie nie nadają się do podrzutów, na przykład kwadratowe. W Olsztynie jest nas dwóch, więc tylko między sobą możemy rywalizować. Rośnie nam jednak konkurencja, bo uczymy osiemnastolatka.
— W Olsztynie występujemy raz w miesiącu, ale jeździmy też po Polsce — podkreśla Grzegorz. — W konkursach nie startujemy, bo mamy świadomość, że do najlepszych nam jeszcze daleko. Ale staramy się: nie ma dnia bez butelki w ręce.

Więcej o chłopakach.

sobota, 30 maja 2009

Czarujący Czarek

Takiej talii zazdroszczą mu wszyscy. Nawet dziewczyny. Czarek Dobrowolski jest magikiem amatorem i z kart potrafi wyczarować cuda. Potrafi zwędzić też butelkę wina — nawet jak ludzie patrzą mu na ręce. Znajomi już się nie dziwią. Mówią: on tak ma.


Jak poderwać dziewczynę? Wystarczy ją oczarować. Czarek Dobrowolski z Olsztyna ma na to sposób — używa magii.
— Podchodzę i zaczynam rozmawiać — opowiada chłopak. — Niby nic? Proszę o papierosa, ale go nie palę. Zaczynam czarować. Papieros znika w nosie, w uchu albo lewituje. Ludzie się dziwią: co to za koleś? Co on wyprawia? Najczęściej łapią bakcyla i chcą, bym pokazywał więcej. Nie sprzeciwiam się, działam. Wyjmuję karty i proszę dziewczynę, która w padła mi w oko, by wybrała jedną. By włożyła ją ponownie do talii. I co dalej się dzieje? Trzymam ręce nad kartami, a te same poruszają się i rozsuwają na pół. Pośrodku pojawia się wybrana karta. Dziewczyna jest w szoku, a ja mam u niej plus!

Zwinne palce.

Zaczęło się od programu „Lato z czarodziejem”. Czarek miał kilka lat i zafascynował się tym, co dzieje się na ekranie telewizora.
— Podpatrywałem proste triki, uczyłem się ich po swojemu i jakoś mi wychodziło — wspomina magik. — Ale w pewnym momencie zaprzestałem sztuczek. Miałem przerwę aż do pierwszego roku studiów. Spory przestój, prawda? Ale obejrzałem jakiś film i pasja wróciła. I trwa, trwa, trwa. Wiedzę czerpię z internetu. Co i raz pojawiają się nowe sztuczki, a ja próbuję rozgryźć ich tajemnicę. To dla mnie najlepsza szkoła. Znam wtedy wszystkie triki od podszewki. Hobby pochłonęło mnie całkowicie. Karty mnie kręcą, bo w sztuczkach z nimi liczy się zręczność dłoni. Triki zazwyczaj są banalne, ale bez wyćwiczonych palców nic ciekawego nie da się zrobić. Trening czyni mistrza! Dlatego każdą wolną chwilę poświęcam na naukę. Nawet w pracy, a jestem doradcą na infolinii. Mam wolne ręce, więc ćwiczę. Znajomi już się nie dziwią. Mówią: on tak ma. Inaczej reagują ludzie, którzy widzą mnie pierwszy raz.

Zaskakujący trik.
Czarek czaruje zazwyczaj w pubach. Lubi kameralną publiczność i to, że ludzie patrzą mu na ręce. To zmusza go do wytężonej pracy. Nie może się przecież zdradzić, że coś nie wychodzi.
— Ale zdarza się i tak — podkreśla iluzjonista. — Robię jakiś trik, ktoś wybiera sobie kartę, zapamiętuję ją, a potem tasuję talię. Mam wyjąć tę wybraną kartę, a znajduję inną. Pech, ludzie żartują, że czar prysł, a ja się z nimi zgadzam. Miała być karta? Miała. Nie ma? Cała zabawa polega jednak na tym, że jest w kieszeni osoby, która bawi się ze mną. Magia? Najprawdziwsza! Ludzie nie mogą ode mnie oderwać wzroku. Mam ich w garści. Raz nawet udało mi się podwędzić stojącą na stole butelkę wina. Nikt nie zauważył, że zniknęła. Pokazywałem wtedy sztuczki z chustą i tak odwróciłem uwagę, że butelka — pach — zniknęła. Nie używam jednak magii do oszukiwania. Ani w sklepach, ani w urzędach. Hobby służy mi tylko do tego, by sprawiać radość. I sobie, i wszystkim, którzy patrzą mi na ręce.

piątek, 8 maja 2009

Portret egoisty

Jak wygląda egoista? Wystarczy przyjrzeć się i przysłuchać. Opowiada o sobie zazwyczaj śpiewająco. I ja to udowadniam!

Człowiek z natury jest egoistą - myśli o sobie. Gdy jest głodny i ma tylko jedną kromkę chleba, zje ją sam.

Egoiści zazwyczaj jeżdżą autobusami i tramwajami. Tu nie ma przyjaźni, a przejawy altruizmu są wymuszone.

Listonosze są często egoistami. Zostawiają awizo w skrzynce na dole, bo nie chce im się wchodzić na czwarte piętro.

I bracia syjamscy mogą być egoistami.

Osoby na świeczniku też mogą być egoistami.

To oczywiste, że każdy lider jest narcyzem i egoistą. Ostatnio namnożyło się nam liderów. Liderem może być mały siwy facet z głupim uśmieszkiem i nowoczesna lodówka z odtwarzaczem kompaktowym oraz przyrządem do masowania stóp. (…) Megaegoistami są liderzy grup artystycznych. Tu już nie ma zmiłuj! Lider grupy muzycznej, teatralnej czy jakiejkolwiek innej to zwykle przewrażliwiony na swoim punkcie narcyz, przekonany, że mu słońce z tyłka świeci. Taki to myśli wyłącznie o sobie i swoim geniuszu. Znany jest przypadek słynnego polskiego aktora, który po zejściu ze sceny zwykł komentować publiczność, mówiąc do kolegów aktorów zawsze to samo: - Jakie oni mają szczęście, że mogą mnie oglądać na scenie!
Lider na ogół jest kabotynem i jako jedyny nie ma o tym pojęcia. Traktuje siebie zawsze z wielką powagą i wymaga tego także od otoczenia, które co prawda dostrzega owo kabotyństwo, ale milczy, gdyż uznaje pozycję lidera. Uwagi powyższe nie dotyczą jedynie liderów w wyścigach. Tu sprawa jest prosta jak struktura organizacyjna Samoobrony. Lider wysuwa się na przód, bo ma silniejsze nogi albo szybszy samochód.
(Krzysztof Skiba, Egoizm liderów)

A jak wygląda egoista? Nosi wąsy? Okulary? Beret? A może żeluje loki na głowie?

Egoista najczęściej wygląda przez swoje okno na świat. I wygląda normalnie. Dlatego postanowiłam zabawić się w komedianta, parodystę, kabareciarza i przedstawić egoisty portret własny. Jeśli ktoś znajdzie podobieństwo, powinien się zawstydzić. Albo i nie. Po co wstyd sobie przynosić?

Podkreślam też przy okazji, że egoista poliglotą nie jest i zna tylko jedno słowo. Zna je nawet śpiewająco! To oczywiście: JA, JA, JA…

środa, 22 kwietnia 2009

Olsztyn musi opatentować dziurawe ulice

Ulica Partyzantów w centrum Olsztyna jest jak ser szwajcarski. Miasto nie ma jednak apetytu, by jezdnię naprawić. A może to działanie zaplanowane?


Jak zdyscyplinować kierowców, by zdjęli nogę z gazu? Z odpowiedzią na to pytanie przychodzą władze angielskiej miejscowości Navestock. Tamtejsi urzędnicy proponują, by nie naprawiać dziurawych jezdni, bo dziury skłonią piratów drogowych do zwolnienia. A do tego wilk syty i owca cała, bo niezałatana dziura nic nie kosztuje. Miasto więc zaoszczędzi!

Halo, halo - czy przypadkiem w Navestock nie pojawił się jakiś olsztyniak? Przecież pomysł ten już od dawien dawna praktykowany jest w stolicy Warmii i Mazur!

Apeluję do władz Olsztyna, by opatentować ideę niełatania dziur. Nie można przecież oddawać swoich pomysłów od tak innym miastom! Raz już miało to miejsce – olsztyńskie logo przywłaszczyła gmina Cekcyn. Olsztyn swoje prawa przegapił i teraz ma… niby nowe logo, ale w starym wydaniu. Nie wspomnę o wydaniu grubych pieniędzy. Nie dziwi więc fakt, że nie ma za co dziur łatać.

Ale pomyślmy - gdyby tak olsztyński uliczny ser szwajcarski opatentować i ściągać haracz ze wszystkich popękanych ulic świata? Bylibyśmy miastem złotem opływającym! Niech fachowcy dobrze to przeanalizują. Olsztyn – jako że to przestrzeń radości – niech udowodni, że owo zadowolenie jest dla olsztyniaków przynajmniej opłacalne.

Dziurawe drogi mają jeszcze jeden plus. Radny Navestock zwrócił uwagę, że wiele uliczek odzyska swój dawny charakter wiejskich dróżek, spokojnych i cichych. Prawda, że to też trąca przestrzenią radości? Ulica Partyzantów aż kipi od szczęścia.

Koncepcja dziur w angielskim miasteczku jest już bardzo zaawansowana. Przewiduje się naprawę nawierzchni tylko na wybranych jezdniach. Takie działanie ma zachęcić kierowców, by właśnie z nich korzystali, a inne drogi pozostawili w "naturalnym" stanie.

Olsztyn – owszem – remontuje niektóre drogi, ale inwestycji tych nie komentuje. No, może nie szczędzi sobie pochwał na zasadzie: szanowni państwo, odwaliliśmy kawał dobrej roboty. A gdyby tak zachęcić olsztyniaków, by po dziurach nie jeździli? By nieco zboczyli z trasy? Wtedy miasto w godzinach szczytu nie cierpiałoby na chroniczne zakorkowanie. I znów – przestrzeń radości kłania się jak malowana.

Radni Navestock zapraszają mieszkańców do dyskusji przed podjęciem ostatecznej decyzji. A co o moim pomyśle sądzą olsztyniacy? Warto opatentować nasze dziury?

> Wpadłeś w dziurę? Wywalcz odszkodowanie!

środa, 15 kwietnia 2009

Mrówki kręcą „Seksmisję”

Gdzie ci mężczyźni? Na pewno nie wśród mrówek. Amerykańscy naukowcy odkryli gatunek, który rozmnaża się bez samców. Mrówki-feministki żyją w Amazonii i mają się świetnie. Czyżby oglądały „Seksmisję” i scenariusz komedii wcieliły w życie?

Rozmnażanie bezpłciowe występuje u wielu owadów, ale mrówki nie potrzebują już ciał obcowania. Miniaturowe Amazonki wytresowały się rewelacyjnie i facet im nie potrzebny. Nawet – jak potwierdzają naukowcy - pozbycie się samców ma swoje zalety. Samice mogą wydawać dwa razy więcej potomstwa.

Jest jednak wada dzieworództwa. Każdy osobnik rodzi się identyczny. Czyżby pojawiły się mróweczki Dolly? Atak klonów? Oby nie w Polsce! Ale przynajmniej Juliusz Machulski mógłby nakręcić „Seksmisję 2” z Jerzową Stuhrową w roli głównej. Ma do tego pierworództwo.

Kiedyś byłem w Moskwie i chciałem zajrzeć na pokaz "Seksmisji", ale ci, którzy mnie pilotowali, tłumaczyli, że nie zdążymy, że nie da rady. No to ja, że zdążymy, bo tylko początek zobaczę. A oni, że początek to właśnie nie. Ale się uparłem, wchodzę i co widzę - zrobili kompletnie nową czołówkę po polsku z tytułem "Nowe Amazonki", nad którym dali rosyjski napis "Nowyje Amazonki".
(rozmowa z Juliuszem Machulskim)

czwartek, 26 marca 2009

Dziurawa wątroba kontra łapówka

W zdrowym ciele zdrowy duch? Polska kuleje, a Polak się śmieje. Jaka choroba zjada kraj? Polska choroba. Ale jak ukazać ją... w Muzeum Chorób Ludzkich?

Na uniwersytecie Nowej Południowej Walii w Sydney otwarto Muzeum Chorób Ludzkich. Znalazło się w nim około 2500 próbek tkanek zarażonych rozmaitymi chorobami. Wystawa zawierająca przykłady nowotworów, krwiaków i innych dysfunkcji organizmu ma zachęcić zwiedzających do większej dbałości o własne zdrowie i ciało. Perełką wśród eksponatów jest łagodny potworniak jajnika, w którego wnętrzu widoczny jest duży ząb.

A gdyby tak do muzeum podrzucić eksponat biało-czerwony? Zastanawiam się jednak, co mogłby reprezentować „chorobę polską”. Zwłaszcza, że ta - w zależności od czasów – oznacza zupełnie coś innego.



Eksponat - służba zdrowia czyli licznik kolejek NFZ. Ma sens?


Filozofia wszystkich reform zdrowia w III Rzeczypospolitej zasadzała się na założeniu, że w źle zorganizowanej służbie zdrowia marnują się pieniądze, zatem poprawa organizacji pozwoli na wyzwolenie rezerw. Przez kilkanaście lat wyciskano więc rezerwy i udało się najbardziej zaoszczędzić na kosztach płac. Nikt nie uwzględnił tego, że w otwartej gospodarce nie da się z sektora ochrony zdrowia uczynić skansenu zacofania, zwłaszcza że pacjenci się na to nie godzą.
(Elżbieta Cichocka: Chora służba zdrowia)

Eksponat – pijaństwo czyli dziurawa wątroba. Ma sens?

Alkoholizm nie jest już "polską chorobą". Byliśmy przez wiele lat postrzegani jako naród pijaków. Kiedyś oprowadzanie cudzoziemców po Warszawie było dla nas i dla nich dramatycznym przeżyciem... tymczasem w ciągu ostatnich lat alkoholizm "rynsztokowy" w znacznym stopniu został zlikwidowany. (…) To jest kwestia zmiany mentalności jego konsumentów.
(Krzysztof Brzózka: To nie jest już polska choroba)

Eksponat – kiła czyli intymna mogiła. Ma sens?

W 1495 r. "chorobę francuską" przywiozła do Polski małżonka jednego z urzędników na Wawelu, powracająca z pielgrzymki do Wiecznego Miasta. Kilka lat później chorowała połowa dworu królewskiego. Kiłę początkowo nazwano chorobą francuską, bo najczęściej zapadali na nią Francuzi. Rosjanie byli przekonani, że roznoszą ją głównie Polacy, i nazywali syfilis chorobą polską. Podczas wyprawy króla Francji Karola VIII do Neapolu Francuzi nazywali kiłę chorobą włoską lub neapolitańską. Arabowie z kolei nazywali ją chorobą chrześcijańską. W XVIII wieku kiła była już chorobą społeczną, atakującą zarówno mieszczan i wieśniaków, jak też królów i dostojników Kościoła.
(„Wprost” - SexBOMBA)

Eksponat – afera czyli kieszeń z łapówką. Ma sens?

Wizja państwa uczciwych i apolitycznych urzędników jest być może równie utopijna, jak wizja państwa, w którym wszelkie nieprawości tropi "grupa uczciwych". Jest jednak z pewnością bezpieczniejsza. Historia podpowiada, że po pewnym czasie najuczciwsi idealiści porzucają swoje ideały w imię politycznej praktyki. Stają się mniej bezwzględni w zwalczaniu przeciwnika politycznego, ale także mniej bezwzględni wobec partyjnych kolegów. System ręcznego sterowania po euforii rewolucji może wrócić do starego koryta.
(Paweł Wroński: Polska choroba)

Eksponat – seksafera czyli olsztyńska wieża ratuszowa. Ma sens?


Przekonanie o tym, że dostęp do ciał kobiet to przywilej męskiej władzy, wydaje się nam stare jak świat. Niewolnice, nałożnice, hurysy, branki wojenne, chłopki, które podlegały prawu pierwszej nocy, wreszcie - służące, pokojówki, guwernantki, robotnice, sekretarki, asystentki. Ale nie tylko. Polscy arystokraci stręczyli młodą mężatkę, panią Walewską, Napoleonowi, bo skoro Polka wpadła w oko wielkiemu Cesarzowi Francuzów, to seks z nim był jej patriotycznym obowiązkiem. Jedne kobiety przechodzą do narodowej legendy, inne potępiamy jako dziwki - wszystko zależy od tego, z kim spały. Rzadko zastanawiamy się, czy miały jakiś wybór.
(Kazimiera Szczuka: Niemoralne propozycje)

SONDA
Jaki eksponat wybierasz?

licznik kolejek NFZ
dziurawa wątroba
intymna mogiła
kieszeń z łapówką
wieża ratuszowa

czwartek, 19 marca 2009

Jak kot przeżyje kryzys?

Na czyim punkcie można mieć kota? 20 powodów potwierdza, że… na punkcie kota.

Mieszkam z czarnym kotem: leniwym, ospałym, z kolosalnym brzuchem. Nie chciał jeść śniadania – stwierdził, że kryzys gospodarczy opanował jego miskę.

Mówię mu więc, że musi zmienić zawód – z kota domowego niech stanie się politykiem. Miałby przynajmniej dietę…

A propos kota – napisałam kiedyś monodram, który właśnie z tej okazji przytoczę:

Na scenie facet w średnim wieku. Ubiera się, gdzieś się szykuje. Woda kolońska, krawat, może mucha... Obok w fotelu wygrzewa się kot. Zwierz jakby martwy, sztywny... Albo senny. Ale mężczyzna rozbudzony:


Cholera jasna! Co mam zrobić, gdy kobieta mówi mi: „Albo ja, albo kot”? (ironicznie, w kobiecym tonie) Kochanie, a może byś mi się oświadczył? A może wybudowalibyśmy domek na skraju lasu i żyli do.. usranej śmierci? (pełną męską piersią) W końcu podjąłem decyzję i wybrałem kota. Wyrok? No cóż – po sporządzeniu listy i spisaniu „za i przeciw” wyszło, że zwierzak jest lepszym kompanem życia niż... (znów ironicznie w iście kokietującym stylu) Ależ, kochanie – ty też jesteś niezastąpiona - ale tylko w przypadkach, gdy nie ma pupila w domu. Przyznam się. Tak – mam przynajmniej tę odwagę. Nie jestem pantoflarzem. Ja? (zmiana tonu na poważny)

Wysoki sądzie... Tak, udowodnię swój wybór... Kot w życiu to podstawa!

Po pierwsze - kot wie, że kocham go nade wszystko i świata poza nim nie widzę. I nie muszę mu sto razy tego powtarzać! A kobieta domaga się słowa „kocham” co najmniej raz na godzinę... Pupil takich błędów nie popełnia!

Po drugie - kobieta chce bym ją ciągle zapraszał na wykwintne kolacje, a kot żąda tylko jednej miski na dzień - na dodatek miska może być wypełniona suchą karmą. On to zje, obliże się językiem na znak zadowolenia – a język ma prawie jak z gumy. Idealnie elastyczny! O podziękowaniu partnerki raczej nie wspomnę. Kobieta zmienną jest i zmienia się w grymaśnego wampa. Z pazurami – to istotne! I drapie! Rozszarpać nawet może, walizki za drzwi wystawić.

Po trzecie - łączy się z punktem drugim – moja towarzyszka ma wieczną ochotę podróżowania po świecie, a kotu wystarczą cztery ściany - i w dodatku jest z nich szalenie zadowolony.

Po czwarte - kota głaszczę za uchem i od razu mruczy, a żeby zadowolić kobietę, muszę stracić pół nocy. Nie jest oczywiście pewne, że zamruczy... Wycedzić może słowa, że... głowa ją boli.

Po piąte – jest udoskonaleniem czwartego - kot sam wskakuje mi do łóżka, a kobietę muszę o to prosić... Zwierzak może spać nawet w nogach i bez przykrycia, a płeć piękna żąda lepszego miejsca w łóżku i grubej pierzynki – i co najgorsze – woli spać sama. Często sama! Bo ja chrapię? Ja nie chrapię! Bywa więc, że w nocy ogrzewa mnie tylko kocurek, bo panienka odwraca się plecami. Bo przecież ta głowa... Tak – koty są niezastąpione.

Po szóste – kobieta zmienia futro raz na rok – i to kosztem mojego portfela – a kiciuś ma jedno na całe życie. Wynika z tego, że życie z kotem to życie oszczędne. I jak tu nie wybrać przyjaciela na czterech łapach?

Po siódme – kot ogląda mecze razem ze mną, nie marudzi, że piję przy tym za dużo piwa Okocim i – co mnie niezmiernie cieszy – zjada ze mną chrupki orzechowe. Bo lubię. Kobieta w tym przypadku oświadczyłaby, że takie łakotki są zbyt tuczące i jeść ich nie będzie. I mi też zabrania, bo facet z wielkim brzuchem nie dla niej. I piłka nożna nie dla niej. Woli popatrzeć na prawdziwe kino – na jakiś serial brazylijski. Na don Alvaro. A ja wolę Ronaldo. I co? Kłótnia!

Po ósme – kot ma swoją własną toaletę i nigdy nie zwraca mi uwagi na pozostawioną podniesioną deskę klozetową. Kobieta przy tym ględzi i ględzi. Damska skleroza? Pewnie dlatego, że tak często głowa ją boli.

Po dziewiąte – gdy wychodzę z kumplami na piwo, kot cieszy się jak głupiec, że nareszcie poleży sobie na kanapach i powisi na firankach. Gdy wracam - łasi się czule i prosi o przytulenie. Z kobietą jest odwrotnie – gdy wychodzę, jest wściekła, a gdy wracam - jeszcze bardziej. Tornado mam wokół głowy! Istną trąbę powietrzną! Bombę terrorystyczną, a nie... sex bombę – jak bym chciał.

Po dziesiąte – kobieta bez fryzjera żyć nie może, a kot bez niego się obejdzie. Kameleon mówi: „Daj na nową farbę”, a zwierzak w takim przypadku milczy, bo w ogóle nie potrzebuje żadnych specyfików. Ba - jest zachwycony swoim włosem na grzbiecie o każdej porze dnia i nocy. W ogóle jest sobą zachwycony. Nie wie, co to kompleksy.

Po jedenaste – moja partnerka uwielbia wiecznie się kąpać i przez to płacę gigantyczne rachunki za wodę. A kot – w przeciwieństwie do niewiasty - czuje wstręt do jakiejkolwiek cieczy i tym samym ratuje mój portfel.

Po dwunaste – kobieta wciąż domaga się dziecka, a ja wolę kumpli niż małego bobasa w domu. Kota mogę wykastrować i nie ma nic do gadania. Problem z głowy – w dodatku nie męczy, gdy chcę spokojnie zasnąć... po meczu, po piwku. Człowiek wtedy taki ociężały.

Po trzynaste – płeć piękna nawet nie pomyśli o złapaniu myszy, a pupil dopadnie i rozszarpie ją z przyjemnością. Panienka, gdy widzi takiego gryzonia, wskakuje na krzesło i wrzeszczy w niebogłosy: „Ratunku!”, a zwierzak... po prostu jest samowystarczalny - nie histeryzuje, pozwala mi się zdrzemnąć.

Po czternaste – kota szczepię od wścieklizny, a kobieta jest wiecznie wściekła. Może pokazać – jako dowód - te pazury, te zadrapania, jakie mam na plecach?

Po piętnaste - czy jest jakieś piętnaste? Chociażby to, że zwierzaki machają ogonem, żeby pokazać swoją radość, a moja kobieta pupą nie kręci... A chciałbym, żeby tak pokręciła, okręciła się wokół mnie jak mój kociak... A tu nic!
Po szesnaste – koty zostały udomowione w Egipcie. Moja partnerka też chce oswajać i używa do tego, niestety, plag egipskich... Może jednak pokazać te plecy?

Po siedemnaste – najlepiej rozwinięty zmysł u mojego pupila to słuch, a niewiasta nie to, że wszystko słyszy, wszystko widzi, to jeszcze wywęszy, gdzie byłem ostatniej nocy.

Po osiemnaste – kot zawsze spada na cztery łapy, a panienka zazwyczaj nabije sobie siniaka. Później wszyscy myślą, że zupa była za słona, a ona przecież tylko przestraszyła się myszy i weszła na ruchomy stołek. Wszyscy myślą, że jest odwrotnie! Pokazać te plecy?

Po dziewiętnaste – kobieta to długodystansowiec. Bo kto normalny chce budować dom na skraju lasu?

Po ostatnie – (dzwoni telefon, mężczyzna odbiera) Tak, kochanie. Już wychodzę. I kupię kwiaty dla mamy. Tak, tak – wiem, że będę dobrym zięciem. Już zaraz wychodzę... (przestaje rozmawiać) No tak, wysoki sądzie. Mam kota na fotelu i kota w głowie - bo kupować mi kwiaty... i to dla jej matki? Hmm... (poprawia krawat bądź muchę, spogląda na pupila) Zostawić kota...? Zostawić dla wściekłej, nieokiełznanej, naburmuszonej, dąsającej się wciąż i chodzącej własnymi drogami baby? O nie! Ale kobieta to kobieta. Tak, wysoki sądzie. Zdarzy się, że obiad ugotuje, skarpetki poceruje, wypierze, koszulę wyprasuje, za uchem podrapie, kark rozmasuje i w... usta pocałuje. Tak! Tak, wysoki sądzie... (spogląda na zegarek – czas nagli) I brakuje na to rady, że ma się czasami kota na punkcie kobiety. Bywa! Wysoki sądzie, ale... pokazać te plecy? (spogląda na zegarek, godzina W już wybiła) Niech wysoki sąd się nie śmieje. Boki można zrywać, gdy się ma dobre plecy! A ja mam plecy... (zakłopotany) No wie, wysoki sąd... Plecy kończą się tyłkiem, w który mogę dostać kopa!

środa, 18 marca 2009

Szczerość dziecka potrafi zabić

Dziecko to taki sympatyczny początek człowieka. Dlatego można z niego czerpać bez końca.

Podsłuchałam rano rozmowę chłopczyka z mamą:
— A dlaczego w autobusie jest tyle ludzi?
— Bo nie mają samochodów, a wszyscy muszą dojechać do pracy.
— A po co do pracy?
— Bo muszą zarobić pieniążki.
— A ja nie muszę. I nie chcę musieć.

Dziś zainspirowało mnie dziecko. Zawsze szczere, otwarte i nieskrępowane. Nie ma dla dziecka pytań trudnych — są niepotrzebne. Nie ma dla dziecka rzeczy niemożliwych — są nieciekawe. Nie ma dla dzieci kiepskich tematów — wszystkie są ciekawe, ale trzeba odpowiednio spojrzeć.

Zawód dziennikarza to wieczne pytanie — niczym poznające świat dziecko. Dziennikarz jednak wiele pytań zadać musi, a dziecko pyta, bo chce, bo jest zaciekawione. Oczywiście dziennikarstwo to też ogromna ciekawość, ale zupełnie innego kalibru. To ciekawość, która potem przelewa się na papier — w moim przypadku. A dziecko? Jego ciekawość owocuje w doświadczeniu. Nie ma konkretnego celu — ot, pakowanie bagażu doświadczeń. Życiowego bagażu, a nie zawodowego.

Marcel Łoziński kilka lat temu nakręcił fenomenalny dokument „Wszystko może się przytrafić”. To piękna rzecz o smutku przemijania i potędze życia. Zdaje się, że to jedyny film, w którym kamera uchwyciła obraz rodzenia się w dziecku człowieka.



Marcel Łoziński o filmie:


Tomasz miał wówczas 6 lat. Jest to fantastyczny wiek — wiek już rozumu, ale i jeszcze wiek emocji, kiedy człowiek jest totalnie nieskrępowany. Tomek mógł poruszać problemy, które go wtedy naprawdę interesowały. Stąd w ogóle pomysł filmu. Posłużyłem się moim synkiem, aby zadać ludziom elementarne pytania: o miłości, o śmierci — pytania, których ja nie ośmieliłbym się nikomu postawić, które bałbym się stawiać nawet sobie. Kamera nie była ukryta, ludzie widzieli ją z odległości mniej więcej 50-100 metrów. Poza tym, kiedy Tomasz podchodził do ludzi, pokazywał im mikrofony i mówił, że są nagrywani. Z tym, że w czasach, kiedy wszyscy się gdzieś spieszą, gdy nikt nie ma ani czasu, ani cierpliwości na wysłuchanie kogokolwiek i nagle pojawia się ktoś, kogo naprawdę interesuje czyjeś życie — wtedy już nikomu nie przeszkadza, że jakaś kamera stoi o jakieś sto metrów dalej.



Jakie są maluchy? Na to pytanie odpowiada Katarzyna Stoparczyk, dziennikarka i twórczyni programu „Dzieci wiedzą lepiej” w wywiadzie dla CIO:

Dzieci mają rzadką zdolność pełnego angażowania się w relacje z drugim człowiekiem.
— Są bardzo uważne, potrafią ci spojrzeć głęboko w oczy — dorośli robią to rzadko. Mają w głowie tysiące niezałatwionych spraw, ciągle się gdzieś spieszą i zazwyczaj nie są uważni wobec drugiego człowieka. Dziecko, gdy tylko jesteś w stanie zainteresować je czymkolwiek, w jednej chwili odda ci całą swoją uwagę. To jest prawdziwy kontakt z człowiekiem.

Czego dorosły mógłby — a może nawet powinien — nauczyć się od dzieci?

— Pierwsza i najważniejsza rzecz, której można się nauczyć od dzieci, to absolutna, wręcz nieprawdopodobna radość życia. Dzieci są tu i teraz, żyją chwilą obecną. Tak samo jak w zen, w buddyzmie, podobnie jak nas uczą mistrzowie jogi. Dzieci, gdy się cieszą — cieszą się bezgranicznie, od początku do końca, są w tej radości zanurzone całe. Gdy się z nimi obcuje, wyczuwa się, że ten kontakt jest prawdziwy.

Szczerość dziecka potrafi zabić.
— To prawda i to już na dobry początek, przy powitaniu. Wchodzę do sali i słyszę: „Pani się dzisiaj nie malowała?” albo: „Fajne ma pani łachmany”. Dzieci wyrażają swoje uczucia szczerze, entuzjastycznie i natychmiast. Nie warto się na nie obrażać, bo zazwyczaj nie chcą nam zrobić przykrości i nie mają złych intencji. Po prostu widzą, że gorzej wyglądam albo że dziwnie się ubrałam i natychmiast głośno o tym mówią. Kiedyś ubrałam się od stóp do głów na różowo, kompletnie kiczowato i tak naprawdę koszmarnie, a dla dzieci byłam wtedy najpiękniejsza na świecie.

czwartek, 5 marca 2009

Nelli Rokita ma Srebrne Usta

- Panie premierze, stoi pan w rozkroku! – tak powiedziała Nelli Rokita do Donalda Tuska i została okrzyknięta mówczynią doskonałą 2008 roku. Radiowa Trójka przyznała jej Srebrne Usta.

Nelli broni, Nelli radzi, Nelli nigdy cię nie zdradzi! I waleczność pani Rokity została doceniona. Słuchacze III Programu Polskiego Radia zdecydowali, że Nelly jest najbardziej zaskakującym, bulwersującym i zabawnym fonicznie polskim politykiem (polityczką?). To nie dziwi, bo jej polszczyzna nie zna granic – jest z pochodzenia Niemką, a po polsku mówi z rosyjskim akcentem.



Wszyscy znają Nelli. A czy znał ją Mark Twain? Chyba tak, bo powiedział, że kobieta potrafi stworzyć z niczego kapelusz, sałatkę i scenę małżeńską. Nelli kapelusz ma i sałatkę też na pewno kiedyś przygotowała. Ale co ze sceną małżeńską?

Rzecz wydarzyła się w samolocie na początku lutego. Państwo Rokita – oboje w zimowych płaszczach i kapeluszach – zamierzali lecieć z Monachium do Krakowa. Nelli nic się nie stało, ale Jan Maria Rokita zamiast do Polski, trafił na komisariat. - Policjanci w kajdanach wywlekli mnie z samolotu! – mówił. - Obrażali, szydzili i straszyli, że wsadzą mnie do więzienia.

Ten incydent miał swoje źródło w obawie Jana Rokity o pogniecenie kapelusza. Taki wniosek można wysnuć właśnie z wypowiedzi Nelli. Stwierdziła w jednym z wywiadów, że stewardesa przeniosła nie tylko płaszcze, ale i kapelusze! Prawda. Stewardesa przeniosła i płaszcze, i kapelusze z klasy biznes do schowka klasy ekonomicznej. Bo skoro leci się na tańszych biletach, z droższych wieszaków korzystać nie wolno (moje tłumaczenie regulaminu Lufthansy).

Czy walkę o dobre imię kapelusza męża można nazwać sceną małżeńską?

Inaczej - Nelli powinna wytłumaczyć stewardesie (a zna przecież w przeciwieństwie do męża język niemiecki), że kapelusz ma prawa, a Lufthansa obowiązki.

Czy - gdyby Nelli weszła w dyskurs ze stewardesą – byłaby to scena małżeńska?

Jedno jest pewne - mąż Rokita w samolocie przeżył szok. Ale jako że muzyka łagodzi obyczaje, na koniec proponuję piosenkę. Śpiewa oczywiście Rokita, Nelli Rokita. Śpiewa, bo ma Srebrne Usta.



W plebiscycie Trójki drugą nagrodę otrzymał poseł Tadeusz Cymański za zadane z trybuny sejmowej pytanie: - Dlaczego naciski, naciski, a przecieki, dlaczego przecieków nie ma badanych?

Trzecie miejsce przypadło Elżbiecie Kruk za wypowiedź: - Ja potrafię pracować dobrze, potrafię coś tam coś tam, proszę mnie zbadać alkomatem!

poniedziałek, 2 marca 2009

Do intymności prawa brak

Łódź ma duszę. Dlatego ją tak bardzo polubiłem – wyznaje David Lynch, reżyser filmowy. Dusza to jednak nie wszystko. Co jeszcze przyciąga?

Łódź to miasto osobliwe, a szczególnie mój pokój nr 207. Mieszkam w schronisku młodzieżowym, które pamięta czasy PRL-u, a które w tłumaczeniu na język angielski nazywa się hostelem. Mieści się na ulicy Legionów – ulicy, jak każda w Łodzi, posępnej. Gdy tramwaj przejeżdża, łóżko reaguje dreszczem. Gdy sprzątaczka zaczyna sprzątać korytarz, zagląda bezczelnie do pokoju. Przekręca klucz i wsadza nos. - Są ludzie? Są. To nie przeszkadzam. I nie powiem nawet dzień dobry. Bo sprzątaczki z reguły nie mają dobrych dni.

W moim pokoju wisi za krótka firanka w owoce. Taki wzór – soczysty, ale w nienaturalnym kolorze. Sztuczny seledyn i granat jak z farbki plakatowej.

Słońce dziś świeci pełną gębą, a ja nie mam ochoty na jabłka. Właśnie przez tę firankę, bo mi te jabłka zniekształca. Ale mam ochotę na kefir.


Moim ulubionym miejscem w pokoju – o zgrozo! – jest łazienka dzielona na dwa dwuosobowe pokoje. I tu zaczyna się jazda! Każda łazienka na świecie zamykana jest a to na kluczyk, a to na haczyk, a to na zasuwkę. Tu nie jest inaczej – zasuwka jest, ale na zewnątrz. To jakiś karcer, a nie łazienka! Rany boskie!

Pewnie obowiązuje też niepisany regulamin:

• Człowiek nagi nie może wyskakiwać z łazienki - że niby ręcznika zapomniał.
• Naga kobieta nie może poza łazienką falować piersiami – że niby majtek zapomniała.
• Nagi mężczyzna nawet palca nie może wystawić – że niby po golarkę wychodzi.
• Dziecko musi tak długo siedzieć na sedesie, dopóki rodzice nie skończą ścielić łóżka.

W hostelu władzę trzyma więc nie osoba, która bierze prysznic i ma prawo do swojej własnej – zamkniętej na zasuwkę - intymności. Tu rządzi pokój lewy i pokój prawy. Dbasz o higienę? To sobie posiedź. Jak ja będę czuł potrzebę, wtedy cię wypuszczę. Ale idąc do łazienki wpada się w pułapkę, bo… nie śmiej się dziadku z czyjego wypadku, bo ciebie też mogą zamknąć.

Oczywiście każdy może do łazienki wejść bez uprzedzenia. Nie ważne, że na środku może stać goła baba. Nie ważne, że jakiś facet może dłubać w nosie. Tu savoir vivre nie obowiązuje. Tu warunki dyktuje silniejszy. Każda wizyta w toalecie to adrenalina. Tak, to taka łódzka adrenalina. Kultury się łączą, prowadzą ze sobą dialog. Dialog czterech kultur.

Tak, Łódź to miasto bardzo osobliwe. Nie tylko wewnątrz, ale przede wszystkim na zewnątrz.

Muniek Staszczyk: Ja naprawdę czuję się w Łodzi dobrze i nie kadzę ci tutaj, nie wciskam jakiejś wazeliny. To miasto trzeba skumać, trzeba w nie wejść. Z początku Łódź wydaje się taka posępna, że niby można wszędzie dostać w ryja, ale ma swój pozytywny klimat.


Laura Dern: Łódź musi być bardzo filmowa.

sobota, 28 lutego 2009

Zawsze Dziewica

Olsztyński autobus jest jak słownik ortograficzny. Lepiej - jest jak słownik synonimów!

Jadę "pietnastką" – galerią ludzkich charakterów. Vis a vis mnie siedzi para gimnazjalistów. On i ona. Mają się ku sobie - policzki zaczerwienione, w oku błysk. Imponują sobie każdym zdaniem, każdym słowem.

On: Nigdy nie wiem... Jak się pisze Maria? Przez i czy przez j?
Ona: Napisz dziewica.

PS. Bosko! Nowy singiel Depeche Mode już jest: WRONG!



Genialny, prawda? A do Dave'a mam słabość...

piątek, 27 lutego 2009

Dobra zebra nie jest zła

Grunt to wytyczyć właściwy kierunek. Stanisław Skolasiński z Olsztyna chce kierować ruchem pieszych… na pasach. Wymyślił nowe przejścia, przez które nie będzie można przechodzić zygzakiem.

„Gazeta Olsztyńska” podała, że nijaki Stanisław z Osiedla Generałów (pozdrawiam pana) ma dość samowolki. Według niego przez przejście przechodzić trzeba sprawnie i równo. Skosom, łukom i slalomom mówi stop i wpada na pomysł "zebry XXI wieku". Ma ona być antidotum na chodzących na oślep olsztyniaków.

- Szczególnie na bardziej zatłoczonych przejściach panuje wolna amerykanka - mówi Skolasiński. - Piesi wpadają na siebie, zderzają się rzeczami, które niosą w rękach, stosują ekwilibrystykę ciała, żeby uniknąć zderzenia. Dużo osób wyraźnie się denerwuje z tego powodu, a niektórzy po zderzeniach lądują na jezdni.

Wyobrażam więc sobie te leżące tłumy (bo jeszcze nie widziałam). Już oko mojej wyobraźni dostrzega, jak ktoś komuś podstawia nogę. Już mam w głowie obraz, jak jeszcze ktoś inny niesie torbę z zakupami i akurat z niej wystaje bagietka. I ta też podstawia nogę. Ktoś inny potyka się o swoją sznurówkę i winę zwala na babcię, która spokojnie kuśtyka vis a vis.

Rozbawił mnie pomysł Skolasinskiego, a przede wszystkim jego projekt „zebry XXI wieku”. Białe pasy już mu nie wystarczają. Strzałek mu się zachciało, strzałek wskazujących drogę. Ma też potrzebę dzielenia zebry na pół czerwoną linią – to taka „pseudo żelazna kurtyna”. Bo ci z lewej nie mogą wpadać na tych z prawej. Ci z prawej natomiast muszą iść w przeciwnym kierunku niż ci z lewej – by zachować zasady ruchu przechodzenia drogowego. Inaczej nie może być!


Nie ma wątpliwości - ludźmi trzeba kierować. Inaczej się pozabijają.

Mam lepszy pomysł niż Skolasiński. Skoro do Olsztyna mają wrócić tramwaje, więc i pojawią się tory tramwajowe. Do bezpiecznych spacerów i joggingów można wykorzystać metodę Łazuki z komedii „Nie lubię poniedziałków”. Szedł facet pijany w trąbę z pokrętłem od samochodu wzdłuż szyny. Dzięki temu na nikogo nie wpadł, nikogo nie poturbował i bez szwanku doszedł do celu. Genialne! Nie to, że pomysłowe, to jeszcze sprawdzone. Znaczy, że działa!



czwartek, 26 lutego 2009

Duch świeci po lewej

Jasność widzę! Jasność! Pomroczność jasną... Telebim bliźniak ma pojawić się w centrum Olsztyna. Rozjaśni się więc wizerunek miasta?

Pamiętacie film „Kłopotliwy gość”? Rodzina Piotrowskich otrzymuje swoje długo oczekiwane mieszkanie, ale sielanka nie trwa długo. Zamieszkuje z nią duch ukazujący się pod postacią przezroczystej zjawy świecącej w ciemności. I nie to, że mieszka na waleta, to jeszcze złodziejka! Kradnie prąd, bo by świecić, musi zajadać się energią. Piotrowski głowi się i głowi, jak spłacić rachunki. Maszeruje od urzędnika do urzędnika - narzeka, że mu świeci za bardzo. Ale każdy wzrusza ramionami. Bo przeszkadza, że świeci? Tylko babcia Piotrowska widzi w tym palec boży. Ogłasza, że owy duch to cud! Tym większy to kłopot dla rodziny, bo ludzie pielgrzymują do zjawy. Na kalana padają, modły odprawiają, zdjęcia chcą robić. Piotrowscy żyć normalnie nie mogą.



W Olsztynie zamiast zjawy w centrum ma pojawić się drugi telebim. Okoliczni mieszkańcy będą rwać włosy z głowy, bo zamiast pielgrzymów, schodzić się będą reklamodawcy. A jak będą się schodzić, telebim będzie walił po oczach. Taka dyskoteka w centrum – świetny pomysł! Jeden ekran już jest, więc wiadomo – trzeba mu pary. Tak – bo do tanga trzeba dwojga. Tak – na dwoje babka wróżyła. Ale w tym cały ambaras, aby dwoje chciało na raz.

Olsztyn to nie Warszawa. Nasz „okrąglak” w niczym nie przypomina rotundy. Nawet ruch na ulicach nie ten. Jak czasem ktoś trąbnie, wszyscy się obracają, że to może do niego. A tu zonk – bo nie do niego. Trąbienie kierowców ma jednak inny oddźwięk – ratunku, nic nie widzę! Bo jak tu widzieć, skoro telebim oślepia? Przede wszystkim wieczorem i w nocy. Raz czerwone światło, zaraz czerwone, a potem kiełbasa. Albo nauka języka. Co pan, pani woli? W dodatku takie świecenie z niebios nie jest zgodne z prawem. Ale co tam prawo, jak po prawej ratusz.

Wielkie współczucie dla pobliskich mieszkańców. Prawy ratusz po nocach nie pracuje, więc nie wie, że diody z powodzeniem zastępują latarnie. Książki można czytać pod telebimem. Zwariować można – czy to jeszcze telebim, czy może już zjawa?

Kiedy wieszali tę zjawę, nie byłam przeciwna. W głowie świecił mi warszawski ekran. Ale różnica między olsztyńskim a stołecznym oknem reklamowym jest kolosalna! U nas reklamy lecą tandetne, a Warszawa – poza dobrymi spotami – promuje młodych i zdolnych. Puszcza a to ich filmiki, a to minireportaże o ich działalności. Brawo! Na ekranie pojawiają się też informacje, co dzieje się w mieście. To nie tylko powierzchnia reklamowa, ale przede wszystkim informacja. Kulturalna. I to ma sens. Bo i wilk syty, i owca cała.

Wieszali zjawę - byłam na tak. Zjawa wisi - jestem na nie. Nie to, że Olsztyn wygląda jak Cyganka - obwieszony reklamami, to jeszcze mu mało. Ale lepiej obłożyć miasto reklamami niż… miasto reklamować. Bo po co dawać, jak można brać?

Charles Wilp rzekł kiedyś, że reklama jest tak potrzebna produktowi, jak prąd żarówce. No dobrze, ale kto za to będzie płacił?

Pewnie Piotrowski.

środa, 25 lutego 2009

Śmiech odkurza

Ostatnie minuty 25 lutego – ostatnie chwile moich urodzin. Starzeję się? A może to doskonały czas, by odszukać w sobie młodość?

Puk puk – jest tam ktoś? Jest. Zmarszczka i siwy włos. Pierwszy? Zmarszczka niczym się nie przejmuje – marszczy brew i mówi, że najistotniejsze rysy ludzkiej natury nie zmieniły się od wieków. Cytuje Gustawa Holoubka. Mądra ta moja zmarszczka, mądra. A włos? Z tym to gorzej - chce się wyrwać na imprezę. Niech idzie, nie zatrzymuję. Nie musi wracać. Może się uczepić jakiejś męskiej marynarki.

A zmarszczka gada ze mną jak najęta. Składa mi życzenia i pyta:
- Śmiałaś się dzisiaj?
- Ano śmiałam.
- Śmiech nie tylko czyści zęby, lecz także oczyszcza zmarszczki z kurzu.
- To też Holoubek?
- Nie, to przysłowie angielskie.

Śmiech odkurza? Zmarszczka mi więc odmłodniała, sprężysta się zrobiła – po liftingu. Jak logo Olsztyna. Nie spieszy się, by się sensownie zmarszczyć. Oj, nie spieszy się.

25 lutego świat obchodzi Światowy Dzień Powolności. Zmarszczka wie, co robi. Znaczy, że obeznana ze zwyczajami. Lepiej – jest na światowym poziomie. Mówi mi, że władze Mediolanu wystosowały z tej okazji apel do mieszkańców: „odzyskajcie wasz czas, wasze życie i wasze zdrowie; zatrzymajcie się i zobaczcie, jak piękne jest wasze miasto”.

Moje miasto jest piękne – doceniam to, gdy jeżdżę codziennie autobusem. Latem jest znacznie piękniejsze, bo szyby aż tak nie parują. Czy w tramwajach będzie lepiej? Komunikacja szynowa na dobre ma wrócić do Olsztyna. Chciałabym, bo uwielbiam tramwaje. To taki symbol wielkiego miasta. Ale czy warto na linię tramwajową wydać 500 mln zł? Można za to kupić 14 270 fordów siesta! Samochodem chyba szybciej niż tramwajem...

Zmarszczka idzie spać.

25 lutego Mongolia świętuje Nowy Rok. Pierwsze życzenia napłynęły do mnie właśnie z tamtych stron. Dwa w jednym? „Jesteś więc dzieckiem szczęścia!” – przeczytałam w mailu napisanym w środku nocy. Mongolia pewnie w tej chwili kładła się spać po hucznej imprezie. Ja wstałam o ósmej.

25 lutego w tym roku przypadła środa popielcowa. Przypominam sobie z tej okazji moją rozmowę z Dodą, która – mimo iż urodzona 15 lutego – urodziny wyprawiała 24 lutego.
- Kiedy ty będziesz leczyć kaca po imprezie, ja będę obchodziła swoje urodziny - mówiłam.
- Ale ci trafiło, świętujesz w środę popielcową.

A jednak Doda religijna. Zmarszczka mi jednak nie wierzy. Zasnąć nie może z wrażenia. Ale jednak zasypia.

Chrapie.