Starówka tętni życiem — codziennie. Bawią się świetnie turyści, ale i olsztyniacy znajdują tu wiele dla siebie — lody, wata cukrowa, bańki mydlane. Lato w Olsztynie wygląda pięknie!
Ola uwielbia kolorowe wiatraki. Gdy wieje, świetnie się kręcą!
Muzyka na świeżym powietrzu? Tak, w wykonaniu kolonii gitarowej.
Michałek, gdy siedzi na barana, ma oko na całą starówkę.
Boli? Ja tylko tak dla frajdy ciągam!
Wiesia i Wojtek przyjechali z Warszawy. Ona chciała Kopernikowi spojrzeć głęboko w oczy, on zasmakować warmińskiego jedzenia.
Mateusz uwielbia bańki, gdy tata Jacek je wydmuchuje. Dzięki turystom z Poznania na starówce jest bajkowo.
Mała Ola z rodzicami Agnieszką i Piotrem często wychodzą na lody. Na starówce smakują wyśmienicie!
— Górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Zawód kabareciarza nie jest łatwy. Zwłaszcza jak pracuje się w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą — przyznaje Przemek Borkowski z Kabaretu Moralnego Niepokoju. — Ale gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem.
Nie mogłam się dodzwonić... ani do Kasi Pakosińskiej, ani do Przemka Borkowskiego. Ja: Dzwonię, dzwonię, a Kabaret Moralnego Niepokoju nie odbiera! Goga: Bo oni myślą, że to śmieszne jest! No i wraca swój do swego. Chłopak z Dywit wystąpi w Olsztynie. A do Dywit wstąpi? — Jasne, że tak! Wstąpi! Nie mogę takiej okazji przegapić. A często trafia ci się taka okazja? — Ostatnio coraz rzadziej, bo od jakiegoś czasu rodzice do mnie przyjeżdżają. Pochwalę się, bo niedawno urodził mi się synek Kacper. Ma już sześć miesięcy i jest świetny. Synek jest jeszcze za młody, by go po Polsce wozić. Jest po prostu małomobilny. Bo teraz mieszkasz w Warszawie... — Tak, ale cały czas jestem zameldowany w Dywitach!
Czyli w stolicy waletujesz!? — Można tak powiedzieć. Waletuję od piętnastu lat, ale jestem mieszkańcem Warmii. Ale przyznam, że najbardziej brakuje mi widoku z okna. Okno domu rodzinnego wychodzi na las, a teraz widzę — jak w każdym dużym mieście — inny dom. Ot, uroki życia w blokowisku. Dlatego widok z okna to moja największa tęsknota. Marzy mi się, by w Warszawie widzieć zieloną przestrzeń — z jeziorem i lasem na horyzoncie. W ogóle jezior mi w Warszawie brakuje. Niby mamy Wisłę, ale by dotrzeć na jej brzegi, trzeba się trochę natrudzić. Muszę przebić się przez Wisłostradę, nastać się w korkach. To nie to samo, że wychodzi się z domu i już się jest na łonie natury. I dlatego — jak tylko cieplej się zrobi — wezmę pod pachę Kacperka i przyjedziemy w rodzinne strony. Niech chłopak trochę pozwiedza. Skończyłeś polonistykę. Mówią, że to fabryka bezrobotnych... Podzielasz to zdanie? — Moje doświadczenie mówi, że jest zupełnie inaczej. Filologia polska produkuje prędzej utalentowanych ludzi! Przykład? Poloniści przecież wykonują przeróżne zawody — nie są tylko nauczycielami. Moi znajomi ze studiów są dziennikarzami, pracują w agencjach reklamowych, a jeden jest nawet tłumaczem w Brukseli i pracuje dla Unii Europejskiej. To dowód na to, że poloniści są ludźmi wszechstronnymi i nie interesują się tylko językiem ojczystym. Dla niech nie tylko książki i gramatyka. Według mnie polonistyka to przedłużenie liceum ogólnokształcącego. Daje bardzo dobrą ogólną wiedzę ze wszystkiego.
Ale na polonistyce nie ma chemii i fizyki! — Bo to przedłużenie profilu humanistycznego. Nie zmienia to faktu, że studia te dają sporą wiedzę o świecie i możliwości rozwijania własnych zainteresowań. Charakteryzują się bogactwem czasu wolnego. Przyszli prawnicy czy lekarze zakuwają ostro, a poloniści albo czytają, albo robią wszystko, co chcą.
A ty — wybierając kierunek — chciałeś zostać poetą, czy belfrem? — Ależ oczywiście, że poetą. I z tego zrodził się właśnie kabaret! Trzech z nas — ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak — byliśmy poetami i mieliśmy marzenie, by zaistnieć. Tworzyliśmy wtedy gazetę literacką, a nawet wydaliśmy tomik wierszy „Zeszyt w trzy linie”. Ale niestety cieszyliśmy się umiarkowanym zainteresowaniem. Naszą gazetę czytało niewiele osób. Publikowaliśmy wiersze swoje i kilku osób, które się nawinęły.
Czyli pisaliście sobie, a muzom? — Właściwie tak. Ale wcale nas to nie zadowalało. Pomyśleliśmy: skoro nie chcą nas czytać, więc może będą nas słuchać. I tym sposobem zrobiliśmy pierwszy koncert — złożyliśmy go z naszych satyrycznych wierszy i piosenek. Ludzie to łyknęli, a kabaretowy potwór nas połknął i trzyma w swoim brzuchu do dzisiaj. Od samego początku występowaliście jako Kabaret Moralnego Niepokoju? — Nie. Pierwsze dwa programy graliśmy bezimiennie. Potem trzeba było wymyślić nazwę i pojawiła się ta ówczesna. Wymyśliłem ją akurat ja, więc jestem ojcem nazwy! Ale za Chiny nie pamiętam, skąd mi się ona w głowie wzięła. Nie pamiętam.
Kabareciarz powinien ciągle śmieszyć — na scenie, w autobusie, w przychodni. Dajesz radę? — Nie zamieniłbym się na żaden inny zawód. Myślisz, że górnik albo pracownik supermarketu ma lepiej? Żadna praca nie jest łatwa. Zwłaszcza jak wykonuje się ją w pełnym zaangażowaniu i z rzemieślniczą powagą. Na szczęście kabareciarz też ma wolne od bycia śmiesznym i wtedy ładuje baterie. Gdy wracam do domu, mogę być spokojnym mrukiem. Mam wolne od żartowania. Jestem jak górnik, który po powrocie do domu siada w fotelu, a nie schodzi do piwnicy, by wydobywać węgiel. Z rodziną odpoczywam, ale gdy już jestem w towarzystwie kabaretu, jest cały czas śmiesznie. My się po prostu sami nakręcamy i można przy nas boki zrywać. Tzn. my zrywamy boki, ale czy inni wiedzą, o co nam chodzi? Jak jemy obiad w jakiejś restauracji, żartujemy sobie i śmiejemy sobie w głos, a ludzie na nas patrzą z rogu i nie wiedzą, co zrobić.
Czyli to jest zawód, który poleciłbyś swojemu synowi? — Wiesz, chyba bym mu odradzał, by został kabareciarzem. Oczywiście nie będę wchodził mu w drogę, a nawet będę kibicował jemu planom i zamiarom. Jednak kabaret — mimo iż to przyjemna praca — obarcza człowieka wielkim ryzykiem. Bo co zrobić w sytuacji, gdy się nie uda? Gdy się nie osiągnie jakiejś pozycji, nie jest już do śmiechu. To zawód wysokiego ryzyka.
A co w chwili, gdy gracie już po raz setny jakiś skecz? Nie przejada wam się wasz humor? — Nie tyle nam się przejada, ile się w nas wypala. To wypalanie trwa mniej więcej półtora roku, dlatego po tym czasie robimy nowy program. Ale do tego czasu idzie nam nieźle, bo nie odklepujemy tego samego. Inna publiczność, inna sytuacja — to wszystko wpływa na nasze występy.
Jaki jest sposób na długodystansowe rozśmieszanie Polaków? — Pożyczyliśmy sobie grube pieniądze i podpisaliśmy weksle — zdradza Kabaret Ani Mru Mru — Nasze zobowiązania stracą ważność dopiero w 2044 roku.
Śmiech to najmądrzejsza i najłatwiejsza odpowiedź na wszystko, co dziwaczne. Ale nie zawsze. Kabarety mają to do siebie, że śmieją się – a właściwie zmuszają do śmiechu – z tego, co najprawdziwsze i w rzeczywistości jest najbardziej fair. Taka też – fair oczywiście – była rozmowa z Marcinem Wójcikiem, ojcem Kabaretu Ani Mru Mru. Gdy gadaliśmy (gawędziliśmy), miałam wrażenie, że moglibyśmy tak jeszcze ze trzy godziny. A niby kabaretów nie lubię. Ba — ale kabareciarzy i owszem!
Człowiek rodzi się głupi i głupi umiera. Czego w takim razie uczy się przez całe życie?
— Głupot się uczy! A ma ich na swoim koncie wiele — jak prowadzić niezdrowy tryb życia, jak robić wszystko, by nie być szczęśliwym. To straszne, ale cóż — życie jest straszne. Mogę też opowiedzieć o sobie, jakie głupoty siedzą mi w głowie. O, na przykład robię głupie miny. Nie potrafię też sobie odmówić różnych rzeczy. Tak jest ze słodyczami, papierosami i czasem z alkoholem. To są głupie rzeczy, ale za to przyjemne. No, może słodycze nie są głupie, ale papierosy to już głupota pierwszorzędna.
A można nie dać się głupocie?
— Jestem facetem, więc co ja mogę powiedzieć? Całe życie jestem skłonny do głupot. Faceci dorastają tylko do czwartego roku życia, a potem już tylko rosną...
Rosną i palą.
— No ba, podpisuję się pod tym dwoma rękami. Ale jest jeszcze inna głupota, której faceci po czwartym roku życia nie potrafią sobie odmówić. Mam trzydzieści pięć lat i klika dni temu kupiłem sobie konsolę do gry. Cieszę się jak głupi! Ale równie dobrze te pieniądze mogłem przepić — jako że to jedna z głupot. Ale jestem kulturalny chłopak i wydaję kasę na trzeźwą rozrywkę.
Stuknęło wam dziesięć lat istnienia Ani Mru Mru, więc to wiek prawie dojrzały. Też dojrzewaliście do czwartego roku?
— Nam się tak nie wydaje. Jako kabaret — wedle moich odczuć — rozwijamy się cały czas. Na pewno teraz wolniej niż na początku. Ale każdy człowiek tak ma, że w pierwszych latach idzie jak burza, a potem zwalnia, bo jest mu trudniej. Ale wiesz, my nad naszym rozwojem się nie zastanawiamy. Chcemy robić nasz kabaret najlepiej, jak potrafimy i długo, długo. Jak nam widzowie pozwolą, będziemy się wygłupiać, ile wlezie. Tym bardziej, że trochę więcej nam wolno. Już w czasach średniowiecza błazen mógł powiedzieć królowi, co myśli — bez żadnych konsekwencji. Z nami jest podobnie i wiele rzeczy uchodzi nam płazem. Rzadko z tego korzystamy na scenie, a w życiu? Też czasem się zdarzy pobłaznować. Ludzie traktują nas jako głupszych od siebie.
Macie dziesięć lat, więc pokaźny wiek. Ale do czego jeszcze nie dojrzeliście?
— O kurde, jakie trudne pytanie. Nie dojrzeliśmy na pewno do podsumowań. Dziesięciolecie traktujemy jako urodziny, a nie jako bilans.
Będzie więc tort ze świeczkami?
— Tort? W zespole jest Waldek, który szybko pożera wszystko, co jest duże i słodkie. Tak naprawdę planujemy cykl bankietów, więc tort się zapewne pojawi. Szykuj się Waldek! Ale wracając do dojrzewania — nasz kabaret nie dojrzał do moralizatorskiego tonu. Nie wytykamy błędów na scenie, nie zwracamy uwagi publiczności. Im mniej zadęcia, tym dla nas lepiej. Świetnie bawimy się na scenie i na tym nam zależy. Ale nie jesteśmy jak Jerzy Kryszak, którego bardzo cenię.
No tak, i włosów takich nie macie...
— Jak to nie? Michał ma na klatce piersiowej!
Wasz trzyosobowy skład pozostaje bez zmian. Co was trzyma przy sobie?
— Pożyczyliśmy sobie grube pieniądze i podpisaliśmy weksle. Niestety. Nasze zobowiązania stracą ważność dopiero w 2044 roku.
A kłócicie się czasem?
— Jasne, że tak. Jesteśmy facetami z silnym ego i spieramy się dosyć często. Ale też bardzo się przyjaźnimy jak łyse konie.
Jakie łyse? A owłosiona klata Michała?
— No tak! Ale tak mamy, że wszystkie problemy potrafimy rozwiązać w ciągu dziesięciu minut sposobem żołnierskim. Ma być spokój i zaraz jest. Jesteśmy błyskawiczni jak zamek. Ale wiesz, o co najczęściej się kłócimy? Ten rozdział mogę nazwać: "Michał się spóźnia". Można na niego godzinę czekać, mimo iż powiedział, że już schodzi. Ale jak schodzi, jak na przykład kładzie się, by się zdrzemnąć? I gdy już się wyśpi, schodzi do nas i w samochodzie następuje trzęsienie ziemi. Michał potem obiecuje, że będzie punktualny, ale... Michał nie kameleon.
Mówi się, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Który z was wychodzi na plus?
— Oczywiście, że zawsze ja mam rację.
A czym zaskakuje was publiczność?
— Szkoda, że panie nie rzucają swojej garderoby na scenę. Biustonosze zawsze są mile widziane. Ale kiedyś jakiś facet spod Torunia rzucił gacie i swoją piżamę w stronę Waldka. Ale nie wiem, chyba nie piszą do siebie, nie dzwonią... Nic tymi rzutami nie wskórał.
A robicie sobie kawały?
— Kiedyś, jak grałem króla, koledzy przyczepili mi dzwoneczek do korony. Co ruszyłem głową, słyszałem dzwonienie. A Waldkowi bardzo często na kapelusz przyklejamy jakieś plastry z napisami. On wychodzi tak na scenę — nie ma pojęcia, że coś ma na głowie oprócz kapelusza. Takie żarty dla widzów są nie do uchwycenia. Jedziemy sobie samochodem, gadamy na jakiś temat, a potem na scenie żartujemy. Ze dwa razy w tygodniu nam się zdarza, że pękamy ze śmiechu. Ludzie śmieją się z czego innego, my z czego innego. Bawimy się kabaretem.
Gdzie przebiega granica parodii, wyśmiewania?
— Kiedyś myślałem, że granica żartu pokrywa się z granicą dobrego smaku. Dziś mi się zmieniło i jeśli wymyśli się dobry żart, który nikogo nie obrazi, ujdzie. Ale nie żartuję nigdy z pedofilii i przemocy domowej. Z tego ciężko zrobić żart. Jednak z papieża, księdza nie boję się żartować. Nie boję się też zażartować z niepełnosprawnej osoby. Wiem — bo mam kontakt z takimi osobami — że bawią ich tego typu gagi. Mają ogromny dystans do siebie. Jeśli już ktoś się obraża, to są to osoby pełnosprawne.
Dlaczego człowiek musi się śmiać?
— Śmiech pobudza jego cały układ krwionośny. Wydzielają się hormony szczęścia, a to wpływa na ogólny stan zdrowia człowieka. Nie bez powodu mówi się, że śmiech to zdrowie.
A wy dlaczego musicie rozśmieszać?
— Przecież podpisaliśmy weksle!
Często bywacie na Warmii i Mazurach?
— Piekielnie nam się te tereny podobają. Ale mamy tak ułożony kalendarz, że rzadko do was wpadamy. Szkoda.
Wasz grafik rzeczywiście jest nabity. Macie tournee jak zespół rockowy.
— Tak, ale Rolling Stonesi jadą w trasę raz na trzy lata, a my praktycznie nie wysiadamy z samochodu. Ale wracając do Warmii i Mazur, gdzie Stonesi jeszcze nie grali, tereny są niesamowite. Bardzo nam się podoba Lidzbark Warmiński i Olsztyn.
Wydarzyło się coś śmiesznego, gdy byliście "na całych jeziorach wy"?
— Bardzo miło wspominamy warsztaty kabaretowe, które co roku odbywają się albo w Mrągowie, albo w Piszu. Zjeżdża tam cała brać kabaretowa — palimy ognisko i gadamy.
Warsztaty? To się szkolicie?
— Podpowiadamy raczej młodszym kabaretom, jak bawić ludzi. Uwielbiam w ogóle oglądać początkujące kabarety, bo one są świeże i niczym nie spaczone.
To kabarety mogą się spaczyć?
— Tak, bo młode kabarety zaczynają grać pod publikę. Na przykład szykują gagi tylko pod studentów. To jest ograniczanie siebie i widowni. Bo ile razy można mówić o tym samym? Lepiej robić żarty, które rozbawią każdego.
— Jak się człowiek uśmiecha, łatwiej znosi się trudności. Tak myślę i dlatego się uśmiecham — przyznaje Elżbieta Dzikowska. Ja biorę z niej przykład i każdy początek tygodnia ogłaszam Dniem Uśmiechu.
Elżbieta Dzikowska tryska energią. Uśmiechnęłam się dziś o godz. 12.43 i przypomniałam sobie jej energię. Wlała ją we mnie wielkim dzbanem podczas naszej rozmowy. Do dziś miło to wspominam. Bardzo, bardzo miło. Dlatego każdy poniedziałek powinien być wyjątkowy. Co tydzień więc ogłaszam Dzień Uśmiechu. Dobry pomysł? Uśmiech to najbardziej międzynarodowy język, który łączy ludzi wszędzie na świecie... — Uśmiech to najkrótsza droga do ludzkich serc! Ale z Polakami nie jest najlepiej. Zaobserwowałam, że jak ją oglądają — często całymi rodzinami — to się uśmiechają się do siebie. I oto chodzi! Życie z uśmiechem jest łatwiejsze, młodziej i ładniej wyglądamy. Ale uśmiech podobno regeneruje też pamięć, więc uśmiecham się jak najczęściej! Powiedziała pani, że Polakom nie do śmiechu. Dlaczego na tle innych kultur wypadamy tak ponuro? — Polacy wolą narzekać niż być optymistycznie nastawieni do świata. Jak się myśli pozytywnie, życie się lepiej układa i wszystko się udaje. Nie tracimy energii, nie złościmy się, nie mamy tylu stresów. Sprawiamy komuś przyjemność, ale i sobie też.
A jakie kultury są najbardziej zadowolone i uśmiechnięte? — Nie wiem, czy zadowolenie łączy się z uśmiechem. Najczęściej uśmiechają się ludzie w Azji Południowo-Wschodniej, a nie mają wielu powodów do uśmiechu. Fotografowałam i w Chinach, i w Kambodży, Tybecie, Birmie, Tajlandii. Ludzie się uśmiechają, mimo iż życie nie układa im się cudownie. Uśmiech więc świadczy o ich otwartości, życzliwości. A poza tym — tam wyznaje się buddyzm. Budda jest uśmiechnięty i jego uczniowie też. Myślę, że to udziela się wyznawcom. Nie cierpienie a uśmiech! Pogodzenie się z losem! Nie uważam, że z losem trzeba się koniecznie godzić, ale czasami nie ma wyjścia. Jak się człowiek uśmiecha, łatwiej znosi się trudności. Tak myślę i dlatego się uśmiecham. Jak powiedział Ghandi — uśmiechając się daje się wiele, a nie traci nic.
Jeszcze zyskuje! — Chińskie przysłowie mówi — jeżeli nie masz czego ofiarować, daj uśmiech. A jeżeli coś komuś ofiarujesz, to wróci. Dobro się wymienia. Dobro krąży.
Skoro jesteśmy już przy powiedzeniach — pani życiowe motto brzmi: „kocham cię, życie, i mam nadzieję, że to jest wzajemne”... — „Ja lublju tiebia żizń” to piosenka Marka Bernesa. W jednej ze zwrotek jest jeszcze — jestem szczęśliwa, że nie ma we mnie spokoju. Człowiek nie stoi w miejscu, cały czas się rozwija niezależnie o wieku. Ale uśmiech odmładza! Moją miss uśmiechu jest stara Tybetanka — biedna, bez zębów, z wystającą protezą z ust. Ale w oczach ma tyle cudownego udzielającego się uśmiechu, że aż miło. Bo prawdziwy uśmiech widać w oczach, tego udać nie można. Uśmiech jest czasami przylepiony, konwencjonalny. A chodzi o to, byśmy znajdowali powody do uśmiechu, a nie do złości. Dobro krąży, pani krąży po świecie. A kiedyś chciała pani zostać gajowym... — Wtedy do zwierząt bym się uśmiechała! Znalazłabym z nimi porozumienie. Czytałam o Mongolii i dowiedziałam się, że jak zwierzęta są chore, to wprawdzie Mongołowie się do nich nie uśmiechają, ale im śpiewają. A ja bym się uśmiechała i śpiewała/ Bardzo lubię śpiewać, nie mam głosu, ale mam słuch! A co do gajowego — jak byłam dziecięciem, kochałam las. Wyjeżdżałam do cioci na wieś i tak mi się lasy spodobały, że uważałam, że moja przyszłość się tam zapowiada. Ale plany się zmieniły.
I sprawiło to stypendium w Meksyku... — Roczne stypendium najpierw miało być w Peru i otrzymałam je od tamtejszej minister kultury. Prowadziłam wtedy dział Ameryki Łacińskiej w piśmie „Kontynenty”. W tym czasie w Meksyku odbywał się kongres Stowarzyszenia Latynoamerykanistów, którego byłam członkiem, więc w nim uczestniczyłam. Tam niestety dowiedziałam się, że moja minister została dymisjonowana i stypendium zostało odwołane.
Chyba wtedy nie była pani do śmiechu... — Już nie pamiętam, ale postanowiłam wracać do Polski. Jednak dziesięć lat wcześniej poznałam raczkującego wówczas malarza José Luisa Cuevasa, który zaprosił mnie na obiad. Okazało się, że na nim był też prezydent Alvarez, który zapytał mnie o plany. Opowiedziałam mu więc swoją historię i stwierdziłam, że wracam do kraju. Proszę tego nie robić — odparł — my damy pani stypendium u nas, w Meksyku. Poprosił, bym następnego dnia przyszła na przyjęcie, gdzie miałam dostać komplet dokumentów. Przyszłam tam i… strażnicy nie chcieli mnie wpuścić. Całe szczęście jeden z jego kapitano wyszedł na chwilę i był tak miły, że przekazał prezydentowi karteczkę z moją wiadomością. Później wszystko już poszło gładko. Przez cały rok podróżowałam po Meksyku. Wtedy poznałam Tonego Halika i moje życie się zmieniło. Byliśmy razem 23 lata.