Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Festiwal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 sierpnia 2010

Przygoda w Olsztynie... zaliczona

Co Niedźwiedź robi w Australii? Co to jest wheelsurf? Szukajcie odpowiedzi, a znajdziecie — na starówce w Olsztynie. Naprawdę.


Jest niedziela, słońce w zenicie, wędruję na starówkę, bo trwa Festiwal "Strefa Przygody". Póki jest lato, miasto stara się, aby powyciągać ludzi z domu. Ale inaczej nie może być — impreza stawia na podróżowanie i wszystko, co z wędrówkami się kojarzy. Nawet tymi w czasie i w przestrzeni.


Pech, bo dinozaur nie chce opowiadać o swoich upodobaniach. Stoi, ma otwarte oko, paszczę i strzeże porządku. Ma szansę na etat w straży miejskiej? Chyba nie, tam stawiają na młodych i prężnych.


Wędrować można w różny sposób: wyobraźnią, rowerem, pociągiem, a nawet wheelsulfem — jednym z najciekawszych gadżetów, jakim można przewieść cztery litery. Ten brazylijski jednokołowiec należy do najbardziej osobliwych pojazdów na świecie. Kosztujący 2500 dolarów pojazd może zrewolucjonizować rynek pojazdów jednośladowych. Może straż miejska kupi? A może nawet policja? Nie radzę, monocykl rozpędza go do prędkości 35km/h...


Wolę jednak stare wozy. Wiem, że nie mają klimatyzacji, ale jazda takim wozem podwozi temperaturę w innym stopniu. Chętnie bym się przejechała takim cackiem — nie mam jednak kluczyków do tego rolls royc'a.


W Olsztynie na imprezie zjawia się też radiowy klasyk (żeby nie powiedzieć dinozaur) — Marek Niedźwiecki, wielbiciel podróży do Australii.


Rozmawiałam z nim przed imprezą, wiec uprzejmie donoszę, co ma do powiedzenia. Na zdjęciu widać, jak Marek zerka na ten wywiad... Znaczy, że prawdę mówię!

Rwie pana do świata...
— Moje podróże wzięły się z radia. Pierwszy wyjazd do Australii był w 1995 roku na zaproszenie tamtejszych czterech stacji radiowych. Od tamtej pory byłem już jedenaście razy.

Ale na pana mapie leży nie tylko Australia.
— No tak, trochę zwiedziłem! Dziś jednak już coraz mniej lubię latać. Chętnie podróżuję do Ameryki, bo tam zawsze kupuję płyty. Lubię też latać po Europie, aby odwiedzić moje ulubione miejsca. Byłem raz w Afryce i nie wiem, czy raz jeszcze polecę.

Za ciepło?
— Chyba lubię wracać w miejsca, które lubię. W tej kwestii jestem sentymentalny. Jak coś mnie nie zachwyci, nie wracam tam. Na Korsyce byłem ponad dziesięć razy, a nigdy nie byłem w Hiszpanii, bo mnie nie ciągnie. Nie byłem też nigdy w Ameryce Południowej, bo nic mnie tam nie interesuje. Raz byłem w Meksyku i nie wiem, czy tam wrócę... Nie mam potrzeby zaliczania. Nie chcę się chwalić: tu byłem, tu byłem i tu byłem. Wracam tam, gdzie jest mi dobrze.

Wrócił pan też do Trójki.
— Tak wyszło. Musiałem odejść na chwilę. Odczekałem trochę i jestem znowu.

A gdzie teraz pan wyrusza?
— Niewykluczone, że pod koniec sierpnia będę w Amsterdamie, a we wrześniu w Chicago. 11 września jest tam koncert trzech wielkich piosenkarzy — Michaela McDonalda, Donalda Fagena i Boza Scaggsa. Oni pewnie nigdy już w tym składzie nie pojawią się w Europie, więc warto tam polecieć.

Mówi pan o świecie... Cudze chwalicie, a swego nie znacie?
— Nie o to mi chodzi, że ciągle latam do Australii... Jednym z moich ulubionych miejsc są Góry Izerskie, gdzie kupiłem sobie nawet kawałek ziemi z myślą, że może kiedyś tam osiądę. A Polska? Mam taki cykl na swoim blogu, gdzie opisuję miasta na daną literę. Po wizycie w Olsztynie znajdzie się też wpis na „O”. Przyznam, że lubię łazić po nieznanych mi miejscach. W Olsztynie byłem w latach osiemdziesiątych.

Warmię i Mazury też omija pan szerokim łukiem?
— Augustowa nie omijam, bo tam Trójka ma swoją letnią stolicę. Tych rejonów jednak nie znam za dobrze, bo boję się komarów. Ale mam nadzieję, że w Olsztynie mnie nie pokąsają, bo nawet mucha Trójki słucha! Chociaż... muchy ostatnio w Augustowie do mnie ciągnęły. Ale to pewnie dlatego, że mam srebrne włosy, więc wyglądałem jak lampa.

PS. Szukacie odpowiedzi na pytania zawarte w lidzie i nie znajdujecie? Za późno, następny festiwal już za rok. Oczywiście w Olsztynie.

Przeczytaj też:
Festiwal Strefa Przygody 2009

poniedziałek, 21 września 2009

Odlotowe latawce, ale mniej odlotowa promocja

Podczas I Festiwalu Latawców w niebo wzbiły się kolorowe latawce. Ale czy impreza wybiła Olsztyn ponad szeregi innych miast? Wybiła, nie wybiła — amatorów latania wzniosła w powietrze na pewno.


Olsztyńskie niebo nie widziało jeszcze tylu latawców naraz. Bez względu na wiek, każdy mógł wziąć udział w fantastycznej zabawie i realizować swoje marzenie o władaniu przestrzenią. To pierwszy krok do oderwania się od ziemi i urzeczywistnienia największego marzenia człowieka o lataniu.

Latawiec nie potrzebuje wiatru. Jeśli nie wieje, wystarczy się rozpędzić — wtedy latawiec szybuje po niebie. Ale w tej zabawie najważniejszy jest czas spędzony nad stołem modelarskim i wspólna zabawa na świeżym powietrzu. Szkoda, że w Olsztynie nie królowały latawce zrobione własnoręcznie. Każdy miał podobny i pewnie „made in China”. Niemniej jednak czuło się wolność w powietrzu — to po pierwsze. Po drugie — ludzie fantastycznie się bawili. Rodzinnie, więc razem. Czyli że latawce łączą.

Olsztyński festiwal to nie jedyna tego typu impreza w Polsce. Latawce sławią m.in. Gdańsk, Sochaczew, Darłowo, Dąbie, Wrocław, Kadyny, Płock. W latanie bawią się więc miasta duże i małe. W czym wyróżniła się warmińska impreza? Może koncertem Maryli Rodowicz? (zobacz zdjęcia z koncertu)

Festiwal Latawców to jeden z elementów strategii promocji Olsztyna, która kosztowała ok. 180 tys. zł. Na ile wypromuje Olsztyn? Czas pokaże. A może potrzebne są dobre wiatry? Niezadowoleni z takiej promocji wytykają brak odniesienia do tożsamości kulturowej regionu. Mówią, że taki festiwal może być realizowany w każdym innym mieście. Racja, ale czy wszystko musi być nastawione na reklamę? Przecież najważniejsza jest zabawa, a tej nie brakowało. Stawiam więc wielki plus. Ale i stawiam minus — bo jak święto latawców miałoby wybić Olsztyn w kraju? Dorabianie ideologii do tak banalnej imprezy jest niepotrzebne.

Festiwal cieszył wszystkich 19 września.

wtorek, 15 września 2009

Demoludy poszły w ruch

Przez żołądek do serca? W takim klimacie rozpoczął się Międzynarodowy Festiwal Teatralny Demoludy. Czyli że pierwsze koty za płoty.

By zachęcić widzów do oglądania spektakli, teatr Jaracza na dzień dobry zaserwował festyn i darmowy koncert na teatralnym dziedzińcu. Hasłem przewodnim były oczywiście Bałkany – jako że w tym roku Demoludy sięgają do krajów byłej Jugosławii.

Nikt nie spodziewał się takich tłumów. Przynętą zapewne okazała się degustacja tradycyjnych potraw bałkańskich i otwarte mistrzostwa Warmii i Mazur w balote – pradawną, ale wciąż popularną grę. Francuzi mówią na to bule, Polacy grają w kulki, a ci znad Adriatyku grają właśnie w balote.

Grali też na scenie – rockowo i skocznie Kuśka Brothers, a jazzowo Aron Blum Balkan Stetl Orkestar. Koncert nazwany Poliż Balkan Mjuzik łączył bałkańskie rytmy przefiltrowane przez słowiańskie dusze.

Największą atrakcją okazał się jednak pchli targ, czyli buvljak. Organizatorzy nazwali to „teatralnym mydłem i powidłem” i trafili w dziesiątkę. Wyprzedawali sceniczne rekwizyty, dekoracje i teatralne stroje. Można było kupić gliniane matki boskie (5 zł sztuka), maszynę do szycia Marka Hłaski (10 zł), habit (20 zł), styropianowego konia (100 zł), olbrzymią replikę radia Pionier wymiarów porządnego segmentu i angielską budkę telefoniczną (800 zł). Chętnych nie brakowało.

Oto subiektywna wizja pierwszego dnia:


> Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie


piątek, 11 września 2009

Kiedy skaza staje się zaletą — „Demoludy” w Olsztynie

Być, czy nie być? Być! Olsztyn na kilka wieczorów zamieni się w Bałkany. Jakim cudem? W teatrze wszystko jest możliwe. Zbliża się Międzynarodowy Festiwal „Demoludy”.

Dzwoni do mnie Hamlet i pyta, czy go przenocuję. Kręcę nosem, bo ze starym dziadem (ile on ma już lat?) nie chcę spać w jednym łóżku. Ale Hamlet to na szczęście gentleman i nie nalega. Chociaż trochę jest nieznośny — ciągle mi pisze, że odlicza dni i godziny do festiwalu. Że strasznie kręci go Słowenia, Serbia, Bośnia, Chorwacja. Nie tyle turystycznie, ile mentalnie. Ba — teatralnie!



Zapatrzeni w Zachód, straciliśmy siebie z oczu, nie podejrzewając, że możemy sobie wiele zaoferować. DEMOLUDY pozwalają odkryć i rozpoznać kulturę sąsiadujących narodów, określić podobieństwa i odmienności, a przede wszystkim wysłać sygnał duchowej transakcji wiązanej: na zgliszczach dawnego porządku i wobec unifikacyjnego wpływu zachodniej cywilizacji rozpoznajemy się jako wspólnoty ludzi, a nie hermetyczne zbiory społeczeństw. Ponad politycznymi grami państw i rządów, uczymy się języka człowieczeństwa, który - za sprawą sztuki - wyrasta ponad stereotypy i historyczne uprzedzenia.

Nazwę Festiwalu traktujemy z dystansem i humorem. To autoironiczny, wolny od resentymentów gest otwartości, wyzbyty obciążeń, skierowany zarówno do starszego, jak i młodego pokolenia. Z niegdysiejszej skazy, czynimy dzisiaj zaletę. Słowo „Demoludy" wypowiadane na początku XXI wieku, w globalnej wiosce, wśród gąszczu infostrad i cybernetycznych rewolucji, jest świadomą artykulacją sprzeciwu wobec tendencji kultury masowej, która wyzbywa człowieka pamięci i refleksji.
(strona "Demoludów")

Być, czy nie być? Takich pytań nie powinno się zadawać. Każdy Hamlet zna odpowiedź. Każdy Hamlet zarezerwował już bilet. Nie wierzysz?

Szalenie doceniam zaangażowanie organizatorów i troskę o gości spoza Olsztyna. Znalazłam na stronie przydatne informacje dotyczące noclegów i transportu. To wygodne. Czy Hamlet już skorzystał?

Bo Hamlet przecież w Olsztynie nie mieszka. Boi się urzędników i ścieżek rowerowych. Na szczęście na festiwal przyjedzie autobusem.

> Zobacz PROGRAM


wtorek, 8 września 2009

"Zdarzeń" zderzenia z rzeczywistością

Festiwal sobie a muzom? O X Międzynarodowym Festiwalu Zdarzenia im. Józefa Szajny w Tczewie słów kilka.


Teatr jest dla ludzi, ale ludzie nie mogą zderzyć się ze "Zdarzeniami". Na spektaklach X edycji festiwalu pojawiają się widzowie z plakietkami - zaproszeni goście, artyści i wolontariusze. Nie ma nikogo z zewnątrz, z miasta, z ulicy - a jeśli takie osoby się pojawiły, można było policzyć je na palcach jednej ręki. "Zdarzenia" dzieją się więc sobie a muzom?

Cały Tczew rozplakatowany - każdy przystanek opieczętowany programem festiwalu. Problem jednak w tym, że plakaty te spełniają jedynie funkcję informacyjną o odbywającej się w mieście imprezie teatralnej. Ani słowem nie wspomniano o tym, że wstęp na wszystkie spektakle i instalacje jest wolny. Mieszkańcy nie wiedzą, że "Zdarzenia" są dla nich. Mają wrażenie, że jest to impreza elitarna i zamknięta na klucz. I nie jest to informacja wyssana z palca, bo pytam przypadkowe osoby, czym są "Zdarzenia". Co słyszę? Że "jakieś teatry zjechały". Oczywiście nie każdy musi od razu być teatromanem, ale odpowiedzi się powtarzają. Ba - nikt nie wie, że może bez zaproszenia wejść na salę, zająć miejsce i obejrzeć sztukę. Tczewianie wręcz się jej boją, nazywając ją produktem z wyższej półki, do której nawet nie dorastają. Czy teatr jest więc dla ludzi?

Wielkie miasta mają to do siebie, że ludzie pojawiają się w teatrach z potrzeby ducha albo potrzeby rozrywki. W mniejszych miejscowościach nie ma wyrobionej chęci oglądania spektakli. Nawet X edycja "Zdarzeń" nie rozpala zainteresowania sztuką. Wolontariusze dumnie noszą festiwalowe koszulki, a nie potrafią zainteresować spektaklami. Na pytania o czym są przedstawienia, wzruszają ramionami i podają do wglądu program z opisami. Umiesz liczyć? Licz na siebie!

A teatr jest dla ludzi, bo mówi przecież o ludziach. Brzmi banalnie, ale młodość ma to do siebie, że lubi zaglądać w dusze, patrzeć prosto w oczy i wskazywać palcem. A "Zdarzenia" to festiwal młodych artystów, którzy do Tczewa zjeżdżają z całej Europy, by zaprezentować swoje zainteresowania. X edycja prezentuje w konkursie dziewięć spektakli i dziesięć instalacji plastycznych. Każda prezentacja wykorzystuje różne stylistyki wypowiedzi artystycznej. Nie brakuje też imprez towarzyszących - projektów laureatów poprzednich edycji. Jest więc w czym wybierać.

Co młodzi mają do powiedzenia podczas festiwalu? Można spytać inaczej - co mają do pokazania? Wspólnym mianownikiem większości staje się bowiem forma spychająca treść na drugi plan. Młodzi sięgają po ruch i obraz - m.in. Spitfire Company w spektaklu "World of condemned" miesza taniec, pantomimę i malowanie obrazu na żywo przez Jana Miko. Podobnie jest w industrialnym "Incubator" Grupy Teatralnej 14. Nie brakuje też cyrkowej pantomimy w "Najbrzydszej kobiecie świata" z warszawskiej Akademii Teatralnej Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Ta sama szkoła prezentuje też etiudę "Kindershafe" odgrywaną symultanicznie w dwóch planach - lalkowym i ludzkim. Na dwie ręce grają również dziewczyny z Amsterdamu prezentujące projekt "Two beautifull Polish Artists". Artystki zainspirowane koncertami rockowymi - poprzez niekonwencjonalny taniec - obnażają stereotypy polskich artystów.

Na ile spektakle porywają, na ile są zabawą, a na ile zaczynem wielkiego talentu? "Zdarzenia" są festiwalem, który nie jest "być albo nie być" dla młodych. Tu debiutujący artyści rozmawiają ze sobą za pomocą sztuki, wymieniają się pomysłami, zapatrywaniami i nadziejami. A widzom - którzy jednak (niestety) w większości są z branży - pokazują, w którą stronę idzie teatr i w jakiej formie rodzi się w artyście. A na ile jest to właściwa droga, pokaże czas, a nie festiwalowy występ. By zajść wysoko, trzeba najpierw nauczyć się chodzić. "Zdarzenia" pokazują więc pierwsze kroki debiutantów, ale śledzą też dokonania tych, którzy w Tczewie właśnie raczkowali. "Zdarzenia" to swoisty dialog młodych początkujących, młodych dojrzewających i młodych dojrzałych. To dialog, który zdarzyć się musi. Dlatego to festiwal ciekawy - prolog tego, co można oglądać na innych imprezach - już dojrzałych, prezentujących zawodowe zdarzenia artystyczne. Bo - jak twierdzi Jan Peszek - w "Zdarzeniach" zawsze zdarza się coś, co skłania do refleksji, porównań i planów, coś, co pozwala wierzyć w ich sens, mimo głosów malkontentów o elitarności wydarzeń w Tczewie. No, ale właśnie elity bywają zaczątkiem istotnych zjawisk w sztuce, a owe zaczątki tworzą się w procesach długich i mozolnych.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Festiwal Strefa Przygody

Przygodo, hej przygodo! Gdzieś ty się ukryła? Za krzakiem, za rzeką, a może za zamkiem? Żarty na bok, ale i lato już idzie na bok. Kończy się z każdą kończącą się imprezą. A Olsztyn właśnie dochodzi do siebie po Festiwalu Strefa Przygody.


Lubię, gdy ludzie się uśmiechają. Lubię, gdy przychodzą tłumnie na imprezy. Gdy bawią się, próbują nowego i czerpią z tego radość. Lubię, gdy nie zalegają przed telewizorami, komputerami. Lubię, gdy łapią wiatr w żagle — te metaforyczne, symboliczne. Gdy chcą rozmawiać, słuchać z wypiekami na twarzy. Tak było podczas spotkania z Jasiem Melą. Tak było podczas Festiwalu Strefa Przygody w Olsztynie.


W niedzielę rozrywał tłumy park gier i sportów z całego świata. Można było postrzelać z łuku, powspinać się na ściankę i przyjrzeć się pokazom capoeiry. Zabrakło mi jednak obiecanej gry we francuskie bule.


Oby więcej takich imprez w Olsztynie! Nie to że darmowe, to jeszcze bogate w program.



Zobacz też:
Parada Bosych Stóp z Wojtkiem Cejrowskim