Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2011

Zobacz, w jakich warunkach żyją psy w Węgajtach

Te psy potrzebują twojej pomocy! Czas dla nich ma znaczenie, bo zima coraz bliżej. Są samotne, cierpiące, chude i zmarznięte. Psy z Węgajt czekają na ciepły dom. Czekają na ciebie.

Fot. Grzegorz Wadowski

Te psy "mieszkają" w Jonkowskiej Przechowalni Zwierząt. Cóż za nazwa! Przechowalnia kojarzy mi się z dworcem, gdzie podrzuca się na walizkę, aby nie ciążyła. Pies to nie bagaż przecież... Niestety tak jest traktowany. Najgorsze, że jest świadomy tego, że nikt nie może go pokochać.

Wystarczy wyciągnąć rękę, aby zrozumieć, że bliskość człowieka jest dla tych psiaków największą potrzebą. Pusta miska aż tak bardzo nie boli jak te smutne i błagające ślipia...

Nic więcej nie napiszę, bo brak mi słów. Po prostu obejrzyj ten film i pomóż — albo zaopiekuj się psem, albo przekaż informację dalej! Musimy zdążyć przed zimą!



Chcesz przygarnąć psiaka z Węgajt? Zajrzyj na Facebook'owy profil: „Adopcje psów z jonkowskiej przechowalni zwierząt” lub skontaktuj się z Izą Rutkowską (tel. 606 507 829).

Czytaj więcej:
Raport z przechowalni w Węgajtach

środa, 26 stycznia 2011

Zwierzęcy seks? Naturalnie!

Miłość nie patrzy na wiek. Bo gdy się kocha, nawet tona sadła nie przeszkadza. Ani długa szyja, ani okoliczności przyrody. Po prostu idzie się na żywioł! Dowodzi temu emerytka Aniela, która uwiodła młokosa Hugo.

Aniela na górze, Hugo na dole...
Co się dzieje ze zwierzętami? W ZOO w USA pewna żyrafa przytuliła się mocniej do pana żyrafy. Zwierzaki zrobiły to po kryjomu — tak aby nikt nie zauważył, nie usłyszał, nie pogroził palcem. Po ok. 15 miesiącach światło dzienne ujrzał Daniel — owoc miłości żyrafiej pary. Pracownicy ZOO nie mogą wyjść z szoku, bo nie spodziewali się małej żyrafy. Ba, nikt nawet nie zauważył, że ich długoszyjna podopieczna jest w ciąży! Co więc dzieje się z ludźmi?

Ale w Polsce jest jeszcze ciekawiej. Nestorka warszawskiego ogrodu, 48-letnia hipopotamica Aniela, zamiast opiekować się 7-letnim Hugo, uprawia z nim seks. I na nic tłumaczenia, że to kobieta po przejściach i powinna już odpoczywać. To nic, że urodziła już kilkoro dzieci i przeżyła swojego partnera Gucia, który odszedł na zawał. To nic, że jest najstarszą mieszkanką ZOO. W Europie też stoi nieźle — jest druga w wiekowej kolejności w Europie. To nic, że waży dwie tony, a on zaledwie jedną…

— Cały czas pływają razem. Gdy on śpi, ona kładzie mu głowę na karku. I odwrotnie. On przytula się do niej przy każdej okazji. No po prostu nierozłączni — opowiada Ewa Zbonikowska, wicedyrektor ogrodu, i dodaje: — Doszło nawet do krycia, a tego nikt się już nie spodziewał.

Młodzian ma ledwie siedem lat i dopiero wchodzi w wiek, w którym jest zdolny do rozmnażania. Sprowadzono go z Czech do Warszawy, żeby założył tu nową hipopotamią rodzinę, ale nikt nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko, i to z Anielą. Nie wskazywał też na to trudny początek ich znajomości. Na pierwszej randce znacznie większa Aniela skubnęła Hugo zalotnie w nos, ale tylko wystraszyła tym nowego sąsiada na wiele miesięcy. Ostatnio jednak Hugo się ośmielił i daje się wprowadzać w dorosłość starszej partnerce, więc i Aniela ożywiła się jeszcze bardziej.
(Poruszenie w ZOO: Emerytka uwiodła 40 lat młodszego)

Człowiek mówi, że miłość jest ślepa, a zwierzak jest innego zdania: nie patrzy na wiek. Po prostu na nic nie zwraca uwagi — byle było przyjemnie. A do tego wszystko dzieje się naturalnie. I to w jakich warunkach! Zakochani mieszkają w dużej szklarni, w środku znajdują się basen i plaża otoczone tropikalną roślinnością, mają też dwie sypialnie. Hipopotamy można obserwować nie tylko na powierzchni, ale też pod wodą.

Po co hipopotamy się zbliżyły, skoro w naturze nie ma seksu dla przyjemności, tylko w celach prokreacyjnych?
— Tu się nie zgodzę. U naczelnych istnieje coś takiego jak orgazm. I kopulacja nie służy wyłącznie rozmnażaniu, ale też utrzymaniu więzi. Waga, wielkość i wiek zwierząt nie zawsze odgrywają rolę, to nie jest czynnik niekorzystny — przyznaje prof. dr. hab. Tadeusza Kaletę z Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt Wydziału Nauk o Zwierzętach SGGW.
(Gdy jest miłość, nawet tona sadła nie przeszkadza)

Zachwyciły mnie te dwie wiadomości, które usłyszałam jednego ranka. Dzieje się więc w świecie zwierząt, oj dzieje. I niech się dzieje, bo jak mówi cytat z filmu „Kogel-mogel” — miłość to jest piękna rzecz. A w dodatku dzięki niej można przeżyć drugą młodość!

czwartek, 16 grudnia 2010

Z kamerą wśród zwierząt, czyli podglądnie leśnej stołówki

Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły! Podczas kolacji widać to dokładnie. Nadleśnictwo Strzałowo postawiło kamerę w leśnej stołówce, więc można podziwiać, co zwierzowi smakuje, a w czym wybrzydza...


Mam apetyt na las. Apetyt na dzika, na sarenkę i jelonka. Tak dobrze wyglądają na ekranie. Ba, na żywo jeszcze lepiej, ale do lasu mi daleko. Dlatego od czasu do czasu klikam na strzalowo.eu i podglądam dzicz.

— Chcemy zmienić świadomość ludzi — tłumaczy Zbigniew Ciepluch, nadleśniczy. — Wiele osób myśli, że leśniczy i myśliwi chodzą tylko na polowania. Że tylko w głowie im strzelanie i nic więcej już ich nie interesuje. A to nie jest prawda. My przede wszystkim dokarmiamy zwierzynę — zwłaszcza zimą. Dlatego zamontowaliśmy kamerę i dzięki niej cały świat ogląda nasze zwierzęta w miejscu, gdzie zostawiamy jedzenie. Cała Polska się zachwyca, a nawet świat — Australia, Kanada, Japonia, Finlandia, Meksyk, a nawet Paragwaj. Mamy więc bardzo sławną zwierzynę!

Najczęściej z leśnej stołówki korzystają dziki, ale pojawiają się też jelenie, lisy i przeróżne ptaki. Zwierzęta najchętniej przychodzą wieczorem, między godz. 18 a 22.

— Wtedy można zasiąść przed komputerem i obserwować — tłumaczy nadleśniczy. — W przyszłym roku kupimy profesjonalną kamerę, bo chcemy, aby ludzie oglądali film na żywo z tego, co się dzieje w lesie. A naprawdę jest co oglądać. Bo zwierzęta nie tylko jedzą. Niedawno można było podziwiać zabawę dzików w okresie rui. Odyńce odganiały konkurentów, a lochy czekały na zaloty. Oczywiście zwierzęta na takie zabawy muszą mieć siłę, a nie ma siły bez jedzenia.

A ile zjadają zwierzęta? Rocznie leśnicy wyrzucają około 50 ton ziarna kukurydzy, 100 ton kiszonki z kukurydzy i 100 ton sianokiszonki. Kosztuje to ok. 100 tys. zł.

środa, 8 grudnia 2010

Kot na walizce i w kubeczku

Kot chodzi swoimi drogami, sypia na swoich kanapach, wkłada łepek pod swój kran i w swój plastikowy kubeczek. A potem pomaga mu ręka człowieka. Też jego. Bo kot ma swój świat i swoje prawa. I są na to dowody. Zobacz!

Nic mądrzejszego i bardziej trafnego nie napiszę. Michał Bułhakow z ust mi to wyjął:
— ...zwierzę o wyglądzie rzezimieszka (cóż na to poradzić, że koty zawsze tak wyglądają? Nie bierze się to bynajmniej stąd, że są fałszywe, lecz stąd, że obawiają się, aby ktoś potężniejszy od nich — pies albo człowiek — nie uczynił im krzywdy. Skrzywdzić kota jest bardzo łatwo, ale wierzcie mi, żaden to honor, żaden!)..."

Ale kot często krzydzi się sam. Biedak... Na tym filmiku widać to dokładnie. A najdokładniej w chwili, gdy suwak najeżdża na czas: 2:28 i 4:21.


O kotach rozmawiałam też z Grzegorzem Turanuem. — Gdybym musiał kiedyś przeżyć reinkarnację, chciałbym być własnym kotem. Nie wahałbym się ani minuty — przyznał mi artysta. Ale przeczytajcie sami:

Jest pan kociarzem?
— Ogromnym! W tej chwili po domu biegają mi trzy koty. Moje są dwa — Tofi i Kofi — a trzeci należy do córki, która czasem podrzuca nam Felka. Dom jest opanowany więc przez trzech mężczyzn, którzy rządzą się swoimi prawami.

Czyli?
— Koty nie posiadają za grosz poczucia humoru w przeciwieństwie do psów. Są szalenie zasadnicze, podchodzą do wszystkiego serio i — co istotne — nie są dla siebie przyjaciółmi. Pies z psem potrafi się kumplować, ale koty mają inny charakter. Jednak — mimo iż każdy myśli, że jest najważniejszy, mają u mnie jak pączki w maśle. Mieszkają w przyjemnym miejscu, mają duży ogród i wychodzą na świeże powietrze, kiedy mają ochotę. Krzywda im się nie dzieje. Jedyne, co zwichnęło ich życie to fakt, że są kastratami. Ale dzięki temu mają piękne głosy i niesamowicie śpiewają...

Prawie jak pan — zodiakalny lew...
— Oj, ale z drobną różnicą! Śpiewam inaczej i znacznie lepiej. Kocia substancja charakteru jest tak złożona, że mój znak zodiaku nie gra w tej kwestii żadnej roli. Są ludzie, którzy lubią psy i są tacy, których pociąga ten koci sposób bycia. Pies macha ogonem i jest przewidywalny, a kot jest kompletnie zaskakujący. I właśnie to urzeka mnie w kotach. Mam też takie poczucie, że to istoty prawie doskonałe. Pani Szymborska stwierdziła kiedyś, że koty udały się Panu Bogu najbardziej... Coś w tym jest.

Czego zazdrości pan swoim kotom?
— Tego, że bezkarnie śpią całymi dniami. A ja właściwie pracuję na walizkach... Koty nie lubią kiedy się wyjeżdża. Wchodzą do toreb, bo cenią sobie stabilność i codzienny rytuał. Muszą sobie jakoś z tym psychicznie radzić, ale mają nieźle.

Chciałby pan być swoim kotem?
— Gdybym musiał kiedyś przeżyć reinkarnację, chciałbym być własnym kotem. Nie wahałbym się ani minuty. Człowiek przecież czasami nie spada na cztery łapy... I to świadczy o doskonałość naszych braci mniejszych.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Celińska: O zdrowie pieska trzeba dbać

— Ma na imię Tekla. To mieszanka jamnika z białym kudłatym owczarkiem nizinnym — o swoim psie opowiada Stanisława Celińska, aktorka.


Czy z każdym trzeba rozmawiać o sprawach poważnych? Ze Stanisławą Celińską pogadałam o psie. Jej psie. To też poważny temat.

Lubi pani leniuchować?
— Oj, zapracowana jestem i mało mam czasu na leniuchowanie. Praca, praca i praca.

Ale chyba kiedyś pani odpoczywa.
— Tak, na spacerze z pieskiem. Ale nie zawsze te spacery są przyjemne, bo ulice za bardzo sypią solą. Nie wychodzi to pieskowi na zdrowie. Łapek szkoda. A gdy jest zimno i mroźno, chodzi na trzech łapkach. Ciężka pora roku nadeszła dla czworonogów.

Człowiek buty ciepłe włoży i ma spokój.
— Ale piesek też ma swój strój! Butów nie nosi, ale ma bardzo ładny ortalionowy skafanderek. Pod spodem ma polarek, więc mrozy pieskowi niestraszne. Trochę się wkurza, gdy go ubieram w ten uniform, bo najlepiej się czuje bez, ale cóż — zima jest, piesek nie ma wiele do gadania. Właściwie już się przyzwyczaja i nie marudzi przed wyjściem. Jeszcze się troszeczkę otrzepuje, ale sam się nie rozbierze, więc wychodzi w ubranku.

Rozumiem, że piesek to... chłopczyk.
— Dziewczynka! Ma na imię Tekla. To mieszanka jamnika z białym kudłatym owczarkiem nizinnym.

Mieszanka wybuchowa!

— Ale nie ma wybuchowego temperamentu. Tekla jest bardzo kochana.

A co lubi najbardziej jeść?
— O, różne rzeczy! Ale największy apetyt ma na ciasteczka. Nie zawsze jednak dostaje, bo o zdrowie pieska trzeba dbać.

Nawet jak patrzy błagalnym wzrokiem?

— Oj, te psie spojrzenia w oczy są zabójcze dla człowieka. Czasem serce ściska, ale — powtórzę — o zdrowie psa trzeba dbać. Na szczęście Tekla ma psie ciasteczka, więc w przerwie między moimi słodyczami, dostaje kilka swoich smakołyków.

A jest coś, czego Tekla nie lubi?
— Tekla? Ona wszystko uwielbia! Jak to pies... ma wilczy apetyt. Nie krzywi się na żadne danie, wszystkiego z przyjemnością posmakuje. Oj, ta kochana sunia moja...

piątek, 11 grudnia 2009

Kłajpeda: miasto żurawi i delfinów

Nie ma uroku osobistego, ale ma urokliwe delfiny. Kłajpeda jest miastem szczególnym na Litwie — morze, żurawie i roztańczone walenie… powalają na kolana.


Kłajpeda ani ziębi, ani grzeje. Nie ma się co zachwycać miastem, ale warto pojechać. Paradoks? Tak, bo Kłajpeda ma to, czego nie ma cała Polska. To właśnie tam znajduje się delfinarium. Ba — jest to najbliższe delfinarium, do którego Polak może się wybrać!

A czy jest co oglądać w Kłajpedzie? I tu zaczynają się schody, mimo iż Kłajpeda płaska jak deska. Smakosz architektury pewnie znajdzie coś godnego uwagi, ale ja — szybki piechur — nie zatrzymałam się dłużej w żadnym miejscu. Kłajpeda sprawia wrażenie miasta chaotycznego, użytkowego, a nie szczycącego się urodą. Nie dziwię się, bo głównym punktem miasta jest największy port na Litwie. I ten rzeczywiście robi wrażenie, bo ja — szybki piechur — zatrzymałam się, żeby nasycić się widokiem rozciągniętych na brzegu żurawi. A ile ich jest? Nie zliczyłam, palców u rąk i nóg nie starczyło.

W Kłajpedzie byłam 6 grudnia i właśnie w mikołajki natrafiłam na jarmark, który w mieście jest tradycją. Miejscowi mówią, że od sześciu wieków corocznie rozkładają się stragany, a sprzedawcy zachęcają do kupna rzeczy przydatnych i mniej przydatnych. Są bursztyny, kapcie, chleb litewski, broszki zrobione na szydełku — litewski hit, a przede wszystkim drewniane rosyjskie laleczki, czyli matrioszki. Ta uliczna sprzedaż to miniatura naszego polskiego Jarmarku Dominikańskiego.


Bóg się rodzi, moc truchleje — w Kłajpedzie również. Na starówce ustawiono szopkę bożonarodzeniową — trochę kiczowatą, ale większość szopek świata urodą przecież nie grzeszy. No, może krakowskie szopki wybijają się ponad szeregi… Co też ciekawe — nigdzie w okolicy nie dojrzałam kościoła, więc szopka jest jednym z elementów świątecznego wystroju miasta. Przy choince wystrojonej w czerwone gwiazdy (przypominające sowieckie insygnia) olbrzymia stajenka wygląda rozkosznie. I to właśnie przy świętej rodzince ustawiają się osoby chętne fotografowania. Tu błysk, tam klik… Na pamiątkę. Z Jezuskiem za plecami — tylko w Kłajpedzie, tylko w miniaturowym Betlejem!


Nudzę? Znaczy, że o delfinach powinnam już napisać? Dobrze, będzie o delfinach. Żeby dotrzeć do delfinarium, trzeba załapać się na prom, który z centrum Kłajpedy przepłynie na Mierzeję Kurońską. Rejs trwa ok. 7 minut, ale podróż jest niewątpliwą atrakcją miasta. Podobno Litwini mieli wybudować most, ale machnęli ręką — skoro prom sprawia ludziom tyle radochy, niech zostanie. I został, i przewozi ludzi. Za niecałe trzy lity w obie strony.


Podczas podróży można przyjrzeć się portowi — i żurawiom, i statkom, i wszystkiemu, co z morzem związane. Najciekawsi wydają się ludzie, którzy wielbią się w wędkowaniu — czerwone nosy i ukochane wędki. No i kumple, bez których połów nie ma smaku. To chyba litewska nadmorska tradycja — porywać się na flądry.


Acha, o delfinach miało być? Ale jak mam pisać o delfinach, skoro w Kłajpedzie jest fantastyczne Litewskie Muzeum Morza? Tuż obok delfinarium znajduje się stara twierdza, w której utworzono miejsce skupiające ryby całego świata, rośliny podwodne, a przede wszystkim pocieszne zwierzaki. Są morświny, foki, są też boskie pingwiny.


Są też te delfiny — kilka kroków dalej, w delfinarium. Są też takie toalety...


A delfiny grają w kosza, tańczą, śpiewają i malują. Nie będę szczegółowo opisywać, zachęcam do obejrzenia filmu:



Zawsze, oglądając rozrywkowe pokazy zwierząt, zastanawiam się, czy nie cierpią. Zoo mnie przeraziło, ale delfiny wydają się być zadowolone z fikołków. Czyżby były dla nich frajdą? Zdaje się, że tak, a potwierdzają to wieloletnie obserwacje i badania, że człowieka i delfina łączy niesamowita więź:

Delfiny pod względem inteligencji są drugim gatunkiem na ziemi po człowieku (na równi z szympansami)

Delfiny, jako jedne z nielicznych zwierząt, potrafią imitować mowę ludzką.

Jacques Mayol był pierwszym człowiekiem, który zanurkował na głębokość 100 metrów. Zrobił to w taki sam sposób, w jaki nurkują delfiny — nurkując na jednym oddechu. Obalił w ten sposób teorię fizjologów.

Znane są przypadki, kiedy delfiny pomagały rybakom, naganiając do ich sieci ryby.

Dzikie delfiny często przypływają blisko plaż, aby być pogłaskane przez człowieka.

Wielokrotnie zdarzało się, że tonących rozbitków na powierzchnię wody wynosiły stada delfinów.

Delfiny odganiały stada rekinów od kąpiących się ludzi.

Jeżeli delfin upoluje rybę, często pierwszy kęs proponuje zaprzyjaźnionemu człowiekowi.

Delfiny to jedyne ssaki na świecie, które potrafią prowadzić prawie tak inteligentną rozmowę jak ludzie.

Człowiek przestawia się wypowiadając swoje imię. Delfiny wydają charakterystyczny dla nich gwizd — w ten sposób się rozpoznają.

Więcej o Litwie:
Balanga w Pałandze
Nadbałtycka Litwa

niedziela, 25 października 2009

Cyrk zwierząt nie bawi

Nie mają lekkiego życia… Spojrzałam cyrkowym zwierzętom głęboko w oczy i przeraziłam się ich smutkiem. Ba — przeraziłam się stanem czworonogów! Naćpane? Najwidoczniej! Czy tak powinno się je traktować?


Przyjechał cyrk Korona do Olsztyna. Nie byłam z 20 lat (ups, ja taka stara jestem?), więc idę. Fajne są małpy, które ujeżdżają kucyki. Niezłe są też kozy, które jeżdżą na tych samych konikach. Potem te małe klaczki i ogierki dźwigają na sobie rozszalałe dzieciaki. Podobają mi się też zebry, bo pasiaste i posłuszne. W kółku i w kółko biegają.


Czoło chylę przed słoniami, które — mimo iż niezgrabne — z wdziękiem siadają na metalowe podstawy. Ale przyjrzałam się słoniowi stojącemu na uboczu, tyknęłam nawet w ramię znajomych: a co on taki naćpany?


Klauni? Krew mnie zalewa, bo wygłupiać potrafi się każdy. Kupuję tylko jeden numer i to też na zasadzie promocji dla dwóch takich, co księżyc chcieliby ukraść, ale pewnie za dużo piją i ręce im się trzęsą.


Do cyrku idę z aparatem. Kilka dni wcześniej umawiam się z facetem od promocji, że chcę zrobić kilka zdjęć. Mówi, że pogada z szefową i zadzwoni, ale słowa nie dotrzymuje. Nie odbiera też telefonu. Ma kaca, czy nie chce, abym robiła zdjęcia?

Już w cyrku zagaduję z jakimś gościem, że jestem z gazety i chcę mieć kilka cyrkowych ujęć. Idzie spytać szefową, czy mi wolno. Zgodziła się, więc wyjmuję aparat i uwieczniam akrobacje i fiki-miki. Ale nie jest to łatwe — co i raz podchodzi do mnie obsługa: ALEŻ TU OBOWIĄZUJE KATEGORYCZNY ZAKAZ ROBIENIA ZDJĘĆ! Z dziesięciu facetów do mnie podchodzi, a mnie za każdym razem krew zalewa. Może lepiej, gdybym na czole napisała, że mam pozwolenie?

W przerwie na arenie pojawia się szefowa. Pozwala mi wejść do zoo z aparatem — czyli tam, gdzie wszystkie zwierzaki stoją (czasem leżą) w klatkach. I tu oczy w słup!

Podchodzę do zebr, które tak żywiołowo biegały wokół areny, a które teraz stoją jak zaklęte. Naćpane? Nie ja jedyna jestem tego zdania. Tak samo owce, niektóre konie. Ale nie wszystkie — były też dwa łby, które przyciągały uwagę i pozwalały się ze sobą fotografować.

W środku jest ciemno, nie chcę męczyć zwierząt fleszem...

Cyrkowe zwierzęta nie wiedzą, co to jest przyjemność życia w naturze. Zabierana jest im wolność i zabroniona swoboda ruchu. W zamian otrzymują więzienie w małych śmierdzących klatkach, baty treserów, różne okrutne metody tresury, strach, ból i cierpienie. Wszystko po to, aby mogły pokazać bezsensowne, wytresowane numery cyrkowe. Życie zwierzęcia cyrkowego nie ma nic wspólnego z naturalną egzystencją. Te biedne zwierzęta całe swoje życie muszą spędzić albo w ciasnych klatkach, często zakute w łańcuchy (tak jak słonie), albo na arenie, w strachu przed batem tresera. Na arenie zwierzęta mogą się chociaż poruszać, ale 80-90% życia spędzają w klatkach, często tak ciasnych, że z ledwością pozwalających na obrócenie się. Ale życie w klatkach to tylko wstęp do prawdziwych męczarni, które nazywane są tresurą.

Nie zastanawiałam się nigdy nad życiem zwierząt w cyrku. Miałam nadzieję, że ktoś myśli za mnie — że są kontrole, badania i dobrzy ludzie. Ale teraz zaczynam się zastanawiać… Bo dlaczego te zwierzaki są takie osowiałe?

Wszystkie zwierzęta tresowane są pod biczem tresera. Treserzy stosują zasadę: "zmusić biczem do uległości". To wszystko odbywa się w imię zdobywania pieniędzy i zadowolenia ludzi, którzy chcą się bawić kosztem innych istot, nie zważając na ich ból i cierpienie. A przecież, jak to udowadnia tzw. "cyrk chiński", można się w cyrku świetnie bawić bez udziału tresury zwierząt.
(Niewesołe oblicze cyrku)

piątek, 18 września 2009

Karolina Wajda: Zwierzęta sprowadzają mnie na ziemię

— Gdy miałam pięć lat, dostałam konia na biegunach, który nazywał się Kary. On mi potem towarzyszył we wszystkich moich podróżach wyobraźni. Zaprzęgałam go do mojego łóżka i tym przejeżdżałam wszystkie ogrody i krainy fantazji — zdradza Karolina Wajda. — Od zawsze uwielbiałam konie.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Karolina Wajda przypomina mi do złudzenia swoją matkę Beatę Tyszkiewicz. Ile ma z ojca, Andrzeja Wajdy? Też pewnie wiele. Szkoda tylko, że jako córka sławnych rodziców, cały czas stoi w ich tle. Czego by w życiu nie zrobiła, zawsze będzie „tą Tyszkiewicz i Wajdy”.

Mieszka pani w domu we wsi Głuchy pod Warszawą, w którym urodził się Kamil Cyprian Norwid. Czuje pani ducha poety?
— Im jestem starsza, tym bardziej doceniam to, że mieszkam w domu jego narodzin. Jednak dla mnie był to zawsze przede wszystkim mój dom. Może dlatego że został kupiony rok przed moim narodzeniem, więc to w nim się wychowywałam, bawiłam i dojrzewałam. Dlatego też dziwiłam się jako dziecko, gdy wszyscy mówili: o, to jest dom Norwida! Ale teraz — z biegiem czasu — wiem o poecie więcej, rozumiem już jego poezję i dom nabrał dla mnie innego znaczenia. Miło jest mieszkać z poczuciem, że mój dom był również dla poety oazą bezpieczeństwa i szczęśliwego dzieciństwa. Na pewno potem wracał do niego myślami — tym bardziej, że życia nie miał łatwego. Dom jest zamknięty dla zwiedzających, ale ludzie przychodzą, pytają, opowiadają.

I pewnie nadziwić się nie mogą.
— To dwór osiemnastowieczny, modrzewiowy, wymagający ciągłej i troskliwej opieki. Ale tę opiekę traktuję jak misję. Dom nie jest przedmiotem, ale partnerem w życiu. Traktuję go jak schronienie. Jest szalenie ważnym dla mnie miejscem, więc nie tylko muszę się nim opiekować, ale chcę.

Ma pani swój dom, swoje konie...

— Bardzo kocham konie! Teraz mam ich około piętnastu. One są częścią mojego życia. Już od najwcześniejszych lat moje zabawy krążyły wokół tych zwierząt. Pamiętam, że gdy miałam pięć lat, na Boże Narodzenie dostałam konia na biegunach, który nazywał się Kary. On mi potem towarzyszył we wszystkich moich podróżach wyobraźni. Zaprzęgałam go do mojego łóżka i tym przejeżdżałam wszystkie ogrody i krainy fantazji. Całymi dniami siedziałam zamknięta w pokoju i tak właśnie podróżowałam z Karym. Od zawsze uwielbiałam konie i nawet nie wiem, skąd się ta miłość wzięła. To jak oddychanie, jedzenie, radość z życia. Uczucie do koni przyszło mi bardzo naturalnie i jest dla mnie oczywiste.

Czyli świetnie się pani rozumie ze zwierzętami. Dlatego w Olsztynie prowadziła pani spotkanie wspierające Fundację Eulalii Wojnicz.
— Bardzo lubię zwierzęta. Uważam, że to nasi młodsi bracia i ludzie powinni się nimi opiekować. Każdy mądry i odpowiedzialny człowiek powinien opiekować się zwierzakiem. Niektórzy rodzą się i wiedzą, że będą pomagali dzieciom, a ja od dawna czułam, że muszę się opiekować zwierzętami. One są bezpieczne, nie dają nigdy mylnych sygnałów. Są bezpośrednie. Zwierzęta są mi też potrzebne do zachowania równowagi. Świadomość, że jestem za nie odpowiedzialna, jest mi wręcz niezbędna w życiu. To daje mi dużą siłę. Kiedy przez chwilę zatracę proporcje między tym, co jest ważne a nieważne, zwierzęta swoimi potrzebami i ich bezpośredniością sprowadzają mnie na ziemię. Sprawiają, że cały czas muszę wypełniać swoją rolę.

Czyli wiele łączy panią z Eulalią.
Odwiedzam Eulalię i jej zwierzęta. Mazury to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Korzystam z gościnności jej pięknego pensjonatu, gdzie rano budzą mnie gęsi i przez cały dzień mogę wśród pagórków obserwować zwierzęta, którymi się opiekuje jej fundacja.

Odnoszę wrażenie, że i pani ma wiele zwierząt pod swoim dachem.
— Najchętniej miałabym więcej niż mam! Zdałam sobie jednak sprawę, że mam zbyt wiele zajęć, by zajmować się wszystkimi. Skoncentrowałam się tylko na tych, które już mam. Uważam, że posiadanie zwierząt, kiedy się nie ma dla nich czasu, jest bez sensu. A i tak mam ich całą masę — oczywiście konie, pięć owczarków kaukaskich, dwa dogi kanaryjskie, trzy koty i papugę.

Gadatliwą?
— Teoretycznie mogłaby się nauczyć, ale nie ma ochoty i nic nie gada.

Ceni też pani kury.
— Tak, bo kury są wspaniałe! Cenię je za ich fantastyczne stosunki społeczno-rodzinne. Ludzie, niestety, traktują kury bardzo instrumentalnie. A one są cudownie rodzinne, mają ściśle zachowaną hierarchię w swoich grupach. Bywają też piękne. Jednak najciekawsze dla mnie jest obserwowanie ich relacji między grupami i pojedynczymi egzemplarzami. Zachowują się niesamowicie! Ciekawi mnie też zachowanie kwoki, która wychowuje swoje młode. To wszystko jest bardzo interesujące. Moje kury potrafią na przykład gonić kota, który złapie mysz. One chcą mu tę mysz zabrać i zjeść!

Wiele czasu poświęca pani swoim podopiecznym. A czy pomogły one jakoś w rzuceniu palenia?
— Nie mają nic z tym wspólnego. Tę decyzję podjęłam sama, mimo iż długo we mnie dojrzewała. O rzuceniu palenia myślałam już dawno temu. Nawet moi pracownicy przestali palić, więc stali się dla mnie bodźcem. Uznałam, że skoro oni nie palą, to wstyd, że ja nie mogę rzucić. Tak, pomogła mi świadomość, że nikt wokół mnie nie pali, więc zawzięłam się i przestałam. Pierwszy raz o rzuceniu palenia pomyślałam z okazji moich czterdziestych urodzin. Chciałam coś dla siebie zrobić, ale musiało to jeszcze trochę poczekać zanim postanowienie wcieliłam w życie. I cieszę się teraz, że pozbyłam się nałogu. Mam nadzieję, że nie wróci!

Może właśnie warto o tym wszystkim mówić, by potem nie złamać danego słowa.
— Ja akurat nie liczę się z opinią innych w takich kwestiach. Najważniejsza jest świadomość, jak ja się czuję bez papierosa. A zdecydowanie jest mi teraz lepiej.

I pomyśleć, że zaczęła pani palić w wieku piętnastu lat. Nie za wcześnie?
— To chyba normalne! Wszyscy palacze tak wcześnie zaczynają. Papieros był przepustką — chciałam znaleźć się w grupie uprzywilejowanej, która siedziała zamknięta w toalecie na przerwach w szkole.

I to pani się podobało? Zamknięcie w toalecie z innymi?
— Było to miejsce nie formalnych spotkań uczniów i nauczycieli. Jak się nie paliło, nie było powodu, by z nimi siedzieć. Z papierosem do toalety było już łatwiej wejść.

Rodzice się nie krzywili, że tak wcześnie zaczęła pani palić?
— Oni nic nie wiedzieli! Sprytnie się ukrywałam.

Przeczytaj też:
Tyszkiewicz: Nie wysyłam smsów