wtorek, 29 grudnia 2009

Nauka poszła w las

Koniec wieńczy dzieło? U nas to dzieło dopiero zaczyna. Skończyły się szkolenia, więc czas wiedzę wprowadzać w praktykę.


Nauka poszła w las? A poszła. W lesie swój finał miała Akademia Interaktywnych Mediów — cykl szkoleń dla Grupy Medialnej Gazety Olsztyńskiej. W lesie, czyli w stajni Janczary w Barczewku za Olsztynem.

Nie było garniturów i krawatów. Ostatni raz szkoliliśmy się na luzie i budowaliśmy zespół. Fachowo nazywa się to team building, więc buildingowaliśmy, a przy okazji uczyliśmy się akceptować zmiany. Bo zmiany są dobre, zmian nie należy się bać, lepiej jest je wyprzedzać. No to wio!

Wiadomo, głowa od wiedzy czasem się przegrzewa. Należy więc zrobić orzełka dla ochłody. Tak, zbliżyć się do natury trzeba koniecznie!


Zmiany są w życiu potrzebne. Na pewno cieplej niż na mrozie jest w samochodzie, który ciągle się zmienia — unowocześnia. Rodzi się grat, który ewoluuje w cudo techniki. Auto należy zbudować ze słomek. Nie da się? Jak to się nie da?


O, przez przednią szybę widzę już dobre perspektywy!


A to jest lusterko. Zaraz zamontuję je tuż pod sufitem. Ale najpierw się w nim przejrzę...


Brrrr! Jedzie!


Nie tylko technika, ale i plastyka dochodzi do głosu. A ten kolega to niezła sztuka... W chwili, gdy chwyta plakatówkę w dłoń, wraca do dzieciństwa. No, prawie do dzieciństwa. Mężczyźni przecież nie płaczą.


Zdecydowanie koniec wieńczy dzieło. Na happy end ognisko, kiełbaski i muzyka na żywo. Akordeon, gitara i bęben. No to bum!


A Janczary? Piękne miejsce, niezwykle przyjazny i chętny do zabawy pies, duże izby, ale brudne filiżanki, zalana łazienka i włos na talerzu. Nie polecam też jedzenia. Zupa z proszku, drugie danie (drobiowy schabowy i karkówka w sosie własnym) też nie pobudza apetytu. Ale za to pyszne buraczki z czosnkiem.

Zobacz też:
Dziennikarz coś kręci

niedziela, 27 grudnia 2009

Po co przewracać papieża, czyli popularność z przypadku

Znasz ten stary dowcip o kobiecie, która szukała męża? „Gonił mnie, aż go złapałam”. Ze sławą jest tak samo. Pragniesz jej, ale gdy ją złapiesz, uświadamiasz sobie, że cały czas czekała na ciebie.


Chcesz być sławny? Skocz z wieżowca, ale wcześniej zaproś media albo chociaż nagraj swój wyczyn, a film zamieść na YouTube. Jeśli los będzie ci sprzyjał, przeżyjesz i staniesz się najpopularniejszym skoczkiem sezonu. Ale to też nie jest pewne, bo skakanie z drapacza chmur to czyn zapewne zamierzony. Innymi słowy: nastawiony na cel, czyli na sławę. A ludzie nie lubią „podlizu pod publiczkę”. Wolą autentyczność, przypadek i zbieg okoliczności.

I tym właśnie sposobem kilka dni temu Duńczyk Carsten Ohm zyskał sławę jako człowiek kruchy i poddający się sile grawitacji. Pojawił się w telewizji jako specjalista od polityki socjalnej, a wyszedł jako "ten facet, który zemdlał na wizji". Plum, fiknął i zniknął za blatem stołu. Miał facet swój dzień — przede wszystkim w internecie. Każdy chciał zobaczyć osuwającego się na podłogę fachowca. W Danii nie ma już pewnie osoby, która nie znałaby Ohma.

W Polsce też zdarzają się przypadki sławy bez powodu, a nawet bez talentu. Znana z tego, że jest znana… jest Frytka. Chyba każdy wie, że "to ta, która bzykała się z Kenem w Big Brotherze”. Dziś owo dziewczę może się dwoić i troić, a i tak z szufladki nie wyjdzie. Frytka z takim imagem zbyt głęboko weszła w świadomość Polaków i nawet mocna szminka niczego nie zatuszuje.

Z Krzysztofem Konowoiczem jest podobnie. Na zawsze zostanie komicznym kandydatem na prezydenta Białegostoku. Nawet często w żartach go cytujemy:

Chcę wyprowadzić policje, żeby policja pilnowała całego naszego porządku, bo od tego jest policja i straż miejska. Od tego oni są! Od tego są oni! Od tego są.

Młodzież za dużo pije wódki, za dużo pije wina, za dużo pije alkoholu spożywa. Jak ja prezydentem zostanę, miasta Białegostoku, to młodzież nie będzie miała, ani nic, do ust alkoholu.

A w nocy to wie pani, łatwo wszystko... Wszystkie koty są czarne, nie ma białych.

Żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego.

Co się stało się?

Przypadkowa sława czasem jest jak więzienie. Nie tak łatwo wyswobodzić się z kajdan, jakie serwują media. Niby czas leczy rany, niby ludzie zapominają, bo inni przypadkowi gwiazdorzy przyciągnął ich uwagę. Jednak internet jest chłonny, wystarczy tylko wyklinać przypadkową frazę.

Tak, wszystkie kraje mają swoich „popularnych z przypadku”. Świat też ma.

Susanna Maiolo na wieki zostanie zapamiętana jako "ta, która przewróciła papieża".

Przeczytaj:
Podczas pasterki w Watykanie kobieta przewróciła papieża

sobota, 26 grudnia 2009

Jak uświęcić święta?

Co zrobić, żeby święta były udane? I Boże Narodzenie, i Wielkanoc, i imieniny, urodziny, sylwestry, rocznice. Co zrobić, żeby każda impreza dawała kopa, a nie zwalała z nóg?


Po pierwsze trzeba zarobić dużo pieniędzy, aby je potem wydawać. Najlepiej kupić gotowe jedzenie, żeby nie wylewać siódmych potów przy pieczeniu i gotowaniu. Dla bardziej rozrzutnych proponuję wynająć kucharzy, ale tych najlepszych trzeba zamówić na kilka miesięcy przed imprezą. Chłopaki mają wzięcie.

Żeby całkowicie się nie zatracić w dobrobycie, proponuję wszystko samemu ułożyć na półmiski i podać. Miano dobrej gospodyni — bezcenne.

Kiedy tłum nasyci się do pełna, trzeba zakasać rękawy i zmywać. Tu potrzebna jest zmywarka. Reklamy mówią, że to oszczędność wody, a życie pokazuje, że to oszczędność czasu. I nerwów. Kręgosłup też skorzysta. Do świąt bez zmywarki nie podchodź!

Dobrze widziany w domu organizatorów imprezy jest też kontener na odpadki poprezentowe. Tu wrzuca się opakowania, plastiki, torebki, gumki i wszystko, co w prezencie jest zbędne, a co czyni go większym i bardziej efektownym. Tam, gdzie są dzieci, kontener musi być nad wyraz chłonny — dziecięce prezenty są zazwyczaj największe.

Kontener wywiezie oczywiście specjalna firma wywozowa. Zapuka do drzwi i gratisowo odbierze odpadki. Są święta przecież, więc trzeba sobie pomagać.

A po świętach? Mile widziana w domu jest firma remontowa albo co najmniej ekipa wykwalifikowanych sprzątaczek. Ktoś po imprezie musi posprzątać, prawda? Stoły należy poskładać, obrusy wyprać, pozamiatać stłuczone szkło, odkurzyć…

W życiu wszystkim powyższym zajmuje się kobieta. Albo jedna, albo dwie, albo nawet trzy — w zależności w ile kobiet rodzina jest wyposażona. Dla nich „świąteczny odpoczynek” ma zupełnie inny sens i inaczej pachnie. Na pewno nie zapachem rozgrzanej kuchni.

Ten wpis dedykuję wszystkim matkom Polkom i polskim gospodyniom. Życzę im odpoczynku między świętami, bo polski zwyczaj nie kameleon — szybko się nie zmieni.

Podobnego zdania jest moja koleżanka Magdalena Wilde, która wygłosiła słowo w :Gazecie Wyborczej":

Denerwuje mnie patriarchalny charakter świąt. Niby są dla wszystkich, ale kobiety siedzą głównie w kuchni. W zeszłym roku przyjechała do nas rodzina. I bardzo fajnie, że mogliśmy się spotkać. Tylko gdy wszyscy gościli się przy kominku i rozmawiali, ja z mamą siedziałyśmy niemal cały czas w kuchni. Przynieś, podaj, zmień nakrycia, posprzątaj potem — wszystko było na naszej głowie. I gdzie tu czas na gwiazdkową atmosferę?

PS. Madziu, pozdrawiam!

czwartek, 24 grudnia 2009

Hołownia: Komercja nas jeszcze nie zżarła


— W wigilii jest coś fajnego, tego wieczoru kiełkuje w nas ziarenko nadziei — przyznaje Szymon Hołownia, publicysta katolicki.


Mówi o sobie: Uświadomiłem sobie ostatnio, że jestem niczym przedwojenna pomoc kuchenna (finezja rymu niezamierzona). Interesuję się wyłącznie religią oraz popkulturą... O wigilii można więc tylko pogadać z Szymonem Hołownią.

Dzisiaj wigilia, a większość z nas jeszcze nie czuje klimatu świąt.
— A mi się wydaje, że to wszystko wina naszego lenistwa. Potrafimy poczuć święta, ale nam się nie chce. Mamy niestety narodową skłonność do narzekania. Biczujemy się przed świętami, zwalamy wszystko na wszechobecną komercję i jęczymy, że świąt w nas nie ma i nie będzie. A właśnie, że święta w nas są — trzeba tylko w siebie wejrzeć. Komercja wcale nas jeszcze nie zżarła, bo jesteśmy odporni. Boże Narodzenie w Polsce ma wymiar bardzo silnie związany z sercem — z miłością, z relacją z najbliższymi. Nie da się od tego uciec. Dla niektórych Boże Narodzenie ma wymiar religijny, a dla innych...

To dni wolne od pracy.
— Nie powiedziałbym tak. Dla innych Boże Narodzenie ma wymiar spotkania z drugim, bliskim człowiekiem. Często jest to idealna okazja, żeby pobyć razem.

Okazja okazją... Często nie rozmawiamy ze sobą na co dzień, więc i w święta nie rzucimy sobie w ramiona.
— W sumie racja. Jednak jeśli w rodzinie coś się psuje przez cały rok, w jeden wieczór niczego nie naprawimy. Nie przemówimy w wigilię ludzkim głosem. Święta są pochodną tego, co sobie urządzamy przez cały rok. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Do Bożego Narodzenia trzeba się przygotowywać dużo wcześniej — każdego dnia przez cały rok.

Pretekstów do rozmowy nigdy nie brakuje — jednym z nich może być gra planszowa, dołączoną do pana książki „Monopol na zbawienie”.
— Tak, to jest gra, w którą trudno grać bez rozmowy. Na tym ona polega, że ludzie podczas zabawy dochodzą do niesamowitych rzeczy. Pojawiają się pytania, odpowiedzi, wątpliwości, wyjaśnienia. Gracze dzielą się swoimi przeżyciami. To jest okazja do spotkania — nie tylko na polu gry, ale i w życiu.

Czyli możemy uczyć się słuchać nawzajem.

— To by było genialne! Ale nie przypisuję sobie aż tak wielkich mocy. Jeżeli ktoś psuje sobie relacje przez kilka lat, nagle mu się nie odmieni. Ale jest w wigilii coś fajnego — nawet jeśli nasze relacje są złe i szykuje się nam świąteczna katastrofa, kiełkuje ziarenko nadziei. Widzimy, myślimy, że nam się nie układa i właśnie te wyrzuty sumienia mogą być początkiem lepszego. I tego wszystkim życzę na te święta — żeby było nam lepiej ze sobą. Wesołych świąt!

środa, 23 grudnia 2009

Tyszkiewicz: Nie wysyłam smsów

— Jestem przeciwna wysyłaniu smsów z okazji świąt. I kartek właściwie też — twierdzi Beata Tyszkiewicz, aktorka. — Myślę, że pocztówka to tylko konwencjonalność i zwyczaj.

Polak Polakowi oka nie wykole. Fakt, są chwile, gdy rzucamy się sobie w ramiona. Łączą nas narodowe tragedie, czasami świąteczny klimat. Ale tylko czasami — tego zdania jest też Beata Tyszkiewicz.

Życzliwość. To cecha Polaków?

— Jesteśmy z natury ludźmi życzliwymi i czułymi na ludzkie potrzeby. Jesteśmy jednak często zakłopotani walką o pieniądze. Dobra tego typu są łatwo dostępne i w związku z tym zwiększa się na nie popyt. Zmieniamy się, inne priorytety wchodzą w grę. Pieniądze stają się nie tylko środkiem, ale i celem.

Pieniądze zmieniają ludzi, na więcej sobie pozwalamy, inaczej się zachowujemy. A jak u nas z zasadami savoir vivre’u?
— Za mało jest konwencjonalnych stosunków. Jeśli już są, to są po prostu są poprawne. Nie wyrażają żadnych uczuć, ale za to ułatwiają szalenie życie.

Jak pani uważa — dobrych manier można się nauczyć w każdym wieku?
— Oczywiście, że tak. Ale to kobiety uczą się znacznie szybciej od mężczyzn, bo są bardziej chłonne, uważne. Obserwują i dostrzegają wiele rzeczy. Panie w ogóle cały czas się czegoś uczą. Biorą przykład z różnych przekazów i zachowań. Nawet jeśli są w jakiejś sytuacji pierwszy raz, to bardzo się pilnują. A co z tego wynika, wyciągają wnioski i potem wykorzystują je w swoim zachowaniu. I ja to widzę! To dobrze świadczy o Polkach.

W jakim stopniu nasza kultura różni się od zachowań innych narodowości?
— Nie wiem, do czego doprowadzi wspólna Europa, ale różnie zachowują się różni ludzie. Jedni są bardzo zamknięci, egocentryczni i egoistyczni. Taka jest na przykład Szwajcaria. Takie są kraje pewnego luksusu — ale luksusu dla ludzi starszych. Inaczej wyglądają ogromne miasta jak Paryż czy Berlin, gdzie triumfuje młodość. Te miasta są bardzo międzynarodowe i to czuć na każdym kroku. Wystarczy wyjść na ulicę i od razu zauważa się naleciałości różnych kultur i zachowań. To się bardzo zmieniło, bo przecież kiedyś w Paryżu byli sami Francuzi. A dziś jest tam bardzo kolorowo.

Czego możemy się nauczyć od innych narodów?
— Przede wszystkim powinniśmy ograniczyć wylewność opowiadania o wszystkim. Polacy mówią o każdym szczególe swojego życia — począwszy od rodzinnych stosunków, a skończywszy na bardzo prywatnych kwestiach. Ja się nauczyłam, że na świecie o różnych rzeczach się nie mówi. Żona nie wie, ile mąż zarabia i wcale go o to nie pyta. To są tematy tabu. A u nas jest zupełnie inaczej. Startujemy z niższej pozycji, więc o wszystkim mówmy i wszystko jest przedmiotem rozmowy. Ale to jest słowiański atrybut. Łatwo Polacy mówią, że kogoś kochają. Cechuje nas łatwość, ale na pewno nie solidność.

Skoro mowa o braku solidności, może można mówić też o nieszczerości?
— Jeżeli jest miło, to niech ludzie oszukują. Przecież tak naprawdę na małej garstce osób nam zależy. A inni? Reszta niech będzie konwencjonalna i miła. Niech obowiązują jakieś reguły gry.

Mamy uczyć się od innych... a inni od nas? Jesteśmy w czymś lepsi?
— Ja nie szukam takich cech. Myślę, że to nieskromne myśleć, w czym my jesteśmy lepsi. Raczej patrzmy na tych, którzy są lepsi od nas i uczmy się od nich. To tak, jakby mnie zapytać, w czym ja jestem dobra. Przecież to nie mnie oceniać! Ale jedno mogę powiedzieć — im ludzie są bardziej odsunięci od centrum Polski, tym są życzliwsi. Ale oczywiście gdy nie chodzi o miedzę, bo jeśli w tym sęk, to ho ho!

Jakie najbardziej zaskakujące pozdrowienia otrzymała pani w życiu?

— Nie mam pojęcia. (śmiech) Nie zbieram takich dziwnych rzeczy. Jestem też przeciwna wysyłaniu smsów z okazji świąt. I kartek właściwie też. Myślę, że pocztówka to tylko konwencjonalność i zwyczaj. Oczywiście zawsze jest miło, że ktoś pomyślał. I nie tyle, że napisał, to jeszcze wysłał pozdrowienia. Ale czy nie lepiej by było, gdyby ludzie się spotykali? O to jest dziś bardzo trudno. Każdy goni gdzieś za swoim.

To może zamiast kartki... lepiej zadzwonić?
— Komuś możemy przeszkodzić swoim telefonem. Uważam, że lepiej list napisać. Ale kto dzisiaj pisze listy?

wtorek, 22 grudnia 2009

Jak zostałam demotem

Takiej sławy jeszcze nie doświadczyłam. Wszyscy znajomi, którzy przez wieki się do mnie nie odzywali, raptem ożyli. A wszystkiemu winne Demotywatory.pl i skomentowane zdjęcie z tego bloga.


Czy muszę komentować ten demotywator?

To dowód na to, że nie ma anonimowości w internecie. To, co wrzucone, może być nie tyle różnie interpretowane, ile rozmaicie wykorzystane. Daję więc przykład, kłaniam się i pozdrawiam. I tym właśnie sposobem zostałam demotem. Demotem w śmietniku.

A mogłabym się obrazić, zgrzytać zębami, bo przecież moja facjata została wykorzystana bez mojej zgody. Komentarz do tego obrazka zmajstrował nijaki sobi1973 — internauta, który myśli, że kryjąc się pod nickiem zostaje anonimowy. Guzik prawda! Przykład redakcyjnego kolegi Łukasza Pączkowskiego dowodzi, że nie ma pomysłów i wpisów bezimiennych. Łukasz został zbluzgany przez pewnego niezidentyfikowanego internautę. Zgłosił sprawę na policję i okazało się, że obelgi miały swój finał w sądzie. Iście personalny finał. Kto wygrał? Oczywiście Łukasz. Procesem udowodnił, że nikt dziennikarzowi niezasłużenie nie będzie pluł w twarz. Ani dziennikarzowi, ani panu Jankowi, ani tobie.

Mam nadzieję, że więcej takich kroków nie będę musiał podejmować i takich panów B. będę poznawał normalnie, a nie na sali rozpraw. Może będzie to nauczką dla tych, którzy wciąż decydują się na głupotę w komentarzach. Pan B. już wie, że więcej czegoś takiego nie zrobi.
(Łukasz Pączkowski: Anonimowość w internecie to mit)

Nie chodzi tylko o chamskie komentarze. Demotywatory.pl — tak popularne przecież — też mogą obrażać czyjeś uczucia. Nawet nie chodzi o samowolne wykorzystanie czyjegoś wizerunku (co jest karygodne), ale przede wszystkim o podpisy. Nie zawsze są zabawne, dwuznaczne, ironiczne. A przecież każdy wie — i ty, i ja — że chamstwo w sieci kwitnie. Demotywatory zresztą też!

> Przeczytaj tekst o olsztyńskich śmieciarzach

Niektóre demotywatory są genialne!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Napis „Arbeit macht frei” za 20 tysięcy

Szacun dla polskiej policji! Skradziony napis z muzeum Auschwitz-Birkenau wraca na swoje miejsce. Złodzieje jednak do domu nie wrócą — już siedzą w areszcie. Nareszcie.


To sobie chłopaki poświętowali. Pięciu ich było. Zaplanowali, 18 grudnia ukradli tablicę z Auschwitz „Arbeit macht frei”, pocięli ją na trzy kawałki i chcieli sprzedać. Na szczęście policja — wzorem z W11 — natrafiła na ślad złodziei i napis wrócił do muzeum w Oświęcimiu.

Biedne żony tych facetów. Wierzyły, gdy ci mówili, że idą na ryby. Że jadą za miasto, wywiercą przeręble i złowią karpia. A tu zonk — ani karpia, ani męża na wigilii.

Biedni złodzieje — mieli takie plany, że głowa mała. Miliony już im się śniły, radość dzieciaków z drogich prezentów. A tu zonk — ani uśmiechów, ani prezentów, ani tatusia.

Za kradzież napisu mieli dostać 20 tysięcy złotych do podziału od szalonego kolekcjonera ze Szwecji. Żadne to miliony.

Zupełnie inaczej będą wyglądały święta w policyjnych rodzinach. Mężowie awansują, żony swoje biusty napompują dumą, przytulą w nocy. Dobra praca jednak popłaca. A nie było łatwo — trzy dni ciężkiej roboty. Policjanci odebrali ponad 120 zgłoszeń telefonicznych. Klęli jak szewcy, bo za trafną odpowiedź obiecano nagrodę pieniężną. 5 tysięcy dał małopolski komendant policji, 10 tys. zł firma ochroniarska, a aż 100 tysięcy zł dyrekcja muzeum Auschwitz-Birkenau. Taka suma to łakomy kąsek, piechotą nie chodzi.

Złodzieje wiedzieli, kiedy zdjąć tablicę, by nie natknąć się na obchód strażników z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. O trzeciej w nocy wartownicy widzieli napis. Dwie godziny później - podczas kolejnego obchodu - już go nie było. Sprawcy przeciągnęli go blisko kilometr od bramy, na przeciwległą stronę dawnego obozu. Stamtąd po przecięciu drutów kolczastych i przeciśnięciu się przez wyrwę w betonowym, historycznym ogrodzeniu obozu wynieśli go na zewnątrz.

Skradziona tablica nie była zbyt ciężka. Na metalową konstrukcję składa się obramowanie z pustych w środku rurek i wykonane z płaskowników litery. Byłby ją w stanie udźwignąć nawet jeden silny mężczyzna.

Przestępstwa dokonano zaledwie dwa dni po tym, gdy rząd Niemiec zdecydował o przekazaniu 60 mln euro na zasilenie Funduszu Żelaznego Fundacji Auschwitz Birkenau. Jest to aż połowa kwoty potrzebnej na kapitalną konserwację byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego.
(Skradziono symbol Zagłady)

Policja stanęła na wysokości zadania. Leciały słowa na k..., telefony tarabaniły aż tu raptem pojawił się głos w słuchawce. Ten głos.

Trafiony, zatopiony.

Gratuluję panom policjantom, że pomimo przedświątecznych porządków, zakasali rękawy i pracowali. Żony się martwiły, a ci szukali. Żony kanapki szykowały, a ci jedli w robocie. Węszyli, wypatrywali, nasłuchiwali. Natrafili! Na północy Polski, w lesie pod stertą gałęzi i śniegu pojawiła się trójca — najpierw ARBEIT, potem MACHT, na końcu FREI.

Tak minęła policjantom niedziela. Złapali złodziei i od dziś będą wyciskać z nich ile wlezie. Oj, posiedzą panowie z dziesięć lat. Kiedy wyjdą na wolność, żony posiwieją, dzieci zmężnieją, a oni wstydzić się będą wyrobionego przez czas garbu. Mówi się na to bagaż doświadczeń...

Przeczytaj też:
W pracy nie jest cacy, czyli kto ukradł napis z Oświęcimia?
Film i zdjęcia z zatrzymania
Holocaust — Polakowi palec w oko

niedziela, 20 grudnia 2009

I Warmiński Jarmark Świąteczny ożywił Olsztyn

I Warmiński Jarmark Świąteczny przyciągnął tłumy spacerowiczów. Zapowiadane atrakcje wypaliły — karuzela i iluminacje świetlne. Gorzej z lodowiskiem — aż zmroziło amatorów łyżwiarstwa.


Lubię, gdy Olsztyn tętni życiem. Lubię, kiedy ludzie rodzinnie spędzają czas. Lubię, gdy dzieciaki bawią się na całego. Takie wrażenia miała zapewnić impreza, która jest w Olsztynie nowością.

Na I Warmińskim Jarmarku Świątecznym byłam w niedzielę — w czwarty, ostatni dzień zabawy. Przybyłam, zobaczyłam… donoszę.


Jarmarkowanie zaczęłam od przejażdżki 120-letnią wenecką karuzelą. Niby dobijam do trzydziestki, ale kto mi zabroni czuć się dzieckiem? Karuzela dała radę — rozbawiła mnie prawie do łez. Ach, jak to przyjemnie cofnąć się w czasie. No, może nie o 120 lat, ale… chociażby o te dwadzieścia. Param pam pam!


Skoro już chciałam poczuć jarmark na własnej skórze, na chwil kilka stałam się Eskimosem. Lubię psy, więc ogromniasty przyjaciel strzegł mojego świętego spokoju. Huskych było więcej — nie tylko na monidle, ale przede wszystkim na żywo. Było więc szczekanie live, piszczenie, leżenie i prezentowanie się w pełnej krasie. Pies to potrafi… w wiosce eskimoskiej tym bardziej.

Jarmark reklamowany był nie tylko karuzelą, a przede wszystkim stałym lodowiskiem na Targu Rybnym. Owszem, lodowisko stanęło, ale nie bardzo rozumiem po co. Byłam na jarmarku kilka dobrych (bardzo dobrych chwil), a lodowisko świeciło pustkami. Kiedy rozmawiałam w sobotę ze znajomymi, że lód na jarmarku jest martwy, nie wierzyłam. Ale uwierzyłam.


Nie powiem, tafla lodu gładka jak pupa niemowlaka. Moje zdanie potwierdził wysportowany pan, który przyszedł z przewieszonymi łyżwami przez ramię. Pokręcił się, popatrzył na nieskazitelnie śliski lód i z przekleństwem na ustach odszedł. Zmroziło go pewnie, gdy zobaczył bezludzie. No właśnie, po co wykrzykiwać, że pierwsze lodowisko w centrum Olsztyna jest głównym punktem jarmarkowego programu? Jak jest, skoro nie jest?

Przy lodowisku zawisła tablica informująca, że lód czynny jest od piątku od godz. 19. Czyżby tylko wtedy? Jarmark przecież trwa o wiele dłużej! Nie to, że od czwartku, to przede wszystkim do niedzieli — przez cały weekend! Owszem, może lód zaczyna przyjmować łyżwiarzy, gdy mocno się ściemni, bo wtedy — mniemam — jazda w świetle kolorowych lampek jest frajdą. Ale… dzieciaki wieczorami siedzą już w domach, a to przecież dla nich łyżwy są największą atrakcją, prawda? Hmm, za lodowisko stawiam jarmarkowi wielki minus. Myślałam, że na Targu Rybnym będzie ostrrro, a nie tylko cicho i gładko.


Jedyną przynętą na Targu Rybnym — poza wiejącym pustką i chłodem lodowiskiem — była lodowa figura świętego Jakuba. Patron Olsztyna wyglądał jednak bardziej na plastikowy pomnik niż na wyrzeźbiony w lodzie. W dotyku nie był nawet zimny (żeby o lodowym nie wspomnieć). Ale mogę się nie znać, mógł Jakub zostać „zakonserwowany”.

Lodowisko na szczęście świetnie zastąpiła wata cukrowa. Inne emocje, ale równie słodkie doznania.


Starówkę oblały iluminacje świetlne. Olsztyn stał się magicznym Olsztynem — chociaż na chwilę kolorowe światła przyćmiły prowincjonalny klimat. I Bóg zapłać!

piątek, 18 grudnia 2009

W pracy nie jest cacy, czyli kto ukradł napis z Oświęcimia?

Przyszli, ukradli i poszli niezauważeni. Napis „Arbeit macht frei” zniknął z bramy muzeum Auschwitz-Birkenau. Czuję, że to złodziejska prowokacja — dziś co druga firma kojarzy się z obozem zagłady. Prawa pracowników giną w oczach.


Jakim cudem napis „Arbeit macht frei” zniknął z oświęcimskiej bramy? Przecież to nie bułka, którą można schować do kieszeni i wyjść cichaczem ze sklepu.

Dzisiejszego ranka nie potrzebowałam kawy, gdy radio powiedziało mi, że brama obozu koncentracyjnego została ogołocona. Aż za głowę się złapałam, bo Auschwitz-Birkenau jest monitorowane. Muzeum zatrudnia też czterech nocnych stróżów. Spali? Pracowali? Hm, pewnie od obowiązków się uwolnili. Tak, pewnie spali snem kamiennym, bo takiego żelastwa, jakie ukradziono, nie da się od tak zdemontować. Żeby skraść pięciometrową tablicę, złodzieje odkręcili ją tylko z jednej strony. Śruby z drugiej trzymały się zbyt mocno, więc je upiłowali. Pilnikiem? Cichaczem?

Po co złodziejom symboliczny napis? A może to prowokacja? Na złom z tym nie pójdą, na choince nie zawieszą. A może chcieli udowodnić, że obozy pracy to nie przeszłość, a teraźniejszość? Czuję, że jakiś szef dostanie ten napis w prezencie. Pracownicy zapakują go w czerwony papier, przykleją kokardkę, podpiszą „dla kochanego pracodawcy” i wręczą podczas firmowej wigilii. I będzie to strzał w dziesiątkę — trochę ironiczny, trochę symboliczny, trochę wredny — fakt. Ale jakiego sobie pracownika wychowasz, takiego masz. Może miły jest w rozmowie z tobą, drogi szefie, może udaje, że w pracy jest cacy, ale swoje myśli. A wiadomo nie od dziś, że nerwy puszczają.

Czasy mamy takie, że nie pracujemy, ale zapierdalamy. Używam tego słowa celowo — wczoraj, 17 grudnia, obchodziliśmy Dzień Bez Przekleństw, więc dzisiaj już śmiało można mówić prosto w oczy. Wszystkie chwyty dozwolone — jakie życie, takie słownictwo.

Praca czyni wolnym? Tak, przed północą, kiedy dobijasz do domu i po omacku nastawiasz budzik, żeby nie zaspać do roboty. Ale wolności nawet w snach nie doświadczysz, bo szef — jak nigdy — zmienia się w koszmar. Przywdziewa mundur SS-mana i wydaje polecenia w iście niemieckim stylu. Ma pejczyk, buty po kolana i binokl na zajadle wściekłym oku. Aż pot cię zalewa, przewracasz się z boku na bok, zaciskasz wargi, zwijasz w kłębek... No niech wreszcie ten koszmar się skończy! Aż tu raptem dzwoni budzik. Jaka ulga — ARBET MACHT FREI!

Ale, na Boga! Pomimo wszystko, kochani złodzieje, nie pochwalam waszego pomysłu. To chwyt poniżej pasa. Dupki z was, a nie bohaterowie!

PS. Napis nad bramą "Arbeit macht frei" jest jednym z symboli obozu. Wykonali go więźniowie z komanda ślusarzy pod kierownictwem Jana Liwacza (numer obozowy 1010). Świadomie odwrócili literę B — jako zakamuflowany przejaw nieposłuszeństwa.

Przeczytaj też:
Napis „Arbeit macht frei” za 20 tysięcy
"Barbarzyństwo, skandal, przekroczono wszelkie granice"
Najmroczniejsza strona człowieczeństwa

czwartek, 17 grudnia 2009

Kukiz: Nie jestem święty w przeklinaniu

— Przeklinanie jest jak rozmowa w języku obcym, w slangu, grypsie. Kiedy przeklinanie staje się codziennością, dla mnie nie jest już przeklinaniem. Tajemnica pryska — przyznaje Paweł Kukiz, lider Piersi. 17 grudnia obchodzimy Dzień Bez Przekleństw.


To nie jest przeklęta rozmowa. To jest rozmowa o przekleństwach. Wulgaryzmów tu nie brakuje, więc osoby o słabych nerwach proszone są o wyrozumiałość. Paweł Kukiz jak zwykle bez ogródek. I chwała mu za to.

Można napisać piosenkę z samych przekleństw? Można. „Rodzina słowem silna” powstała na faktach?
— Jasne, że na faktach. Siedziałem kiedyś na balkonie swojego mieszkania w Warszawie i uczyłem się do prawa karnego. Zakuwałem na zajęcia, które miałem z kapitalnym wykładowcą Lechem Falandyszem, aż tu nagle słyszę wiązankę pod blokiem. Wziąłem kartkę i zacząłem pisać ten kawałek, a właściwie spisywać słowo w słowo. Ale polskie społeczeństwo nie jest aż tak rozgadane. Na pewno nie wyróżniamy się z przeklinaniem. Na przykład dawno nie widziałem amerykańskiego filmu, w którym nie padałoby słowo „fuck” w różnych odmianach. Zdecydowanie więcej jest filmów zza oceanu z wulgaryzmami niż polskich produkcji z naszym klasycznym „kurwa mać”.

Wkurza cię — żeby nie powiedzieć inaczej — nasze przeklinanie?

— To zależy w jakiej intencji się klnie i czego dotyczą przekleństwa. Jeżeli używa się wulgaryzmów jako przecinków, wkurza mnie — żeby nie powiedzieć inaczej. Nie jestem święty w tej kwestii, ale przy dzieciach nie przeklinam. Jeżeli jestem z kolegą na rybach, jasne, nie żałuję sobie.

Masz swoje ulubione przekleństwo?
— A ty? Pewnie mamy takie samo.

No cóż, przekleństwo musi być zajebiste...
— Tego słowa akurat nie lubię, bo kojarzy mi się z Ich Troje. Zespół ten odarł niestety „zajebistość” z pewnej tajemnicy. Upublicznili to słowo i spopularyzowali, stało się takie codzienne i sztuczne. A z przeklinaniem wiąże się przecież jakaś tajemnica. Kiedy jestem z chłopakami, to aż kusi, aby sobie przekląć. Czy nie fajnie jest powiedzieć „kurwa to, kurwa tamto... a niech to w dupę tego, tamtego”? Fajnie jest tak sobie ponarzekać — zwłaszcza, gdy gada się o dzisiejszej polityce. Wtedy przeklinanie ma sens, prawda? A w domu, kiedy siedzi się przy kominku z żoną i dziećmi, raczej nie przystoi, a nawet nie ma się powodu. Bo na co kląć? Na żonę? Ona niewinna.

Czyli że przeklinasz po coś.
— Jasne, że tak. Przeklinanie jest jak rozmowa w języku obcym, w slangu, grypsie. Kiedy przeklinanie staje się codziennością, dla mnie nie jest już przeklinaniem. Tajemnica pryska.

Jest więc sens świętować Dzień Bez Przekleństw?
— Ja w ogóle zaskoczony jestem, że Polacy takie święto wymyślili! Dla mnie to absurd. Naprawdę takie święto istnieje, czy mnie wkręcasz?

Istnieje.
— Ja pierdolę... I tak nie przestaniemy przeklinać, a poza tym taki dzień daje nam przyzwolenie do klnięcia jak szewc w inne dni. Ale fakt, Polska świętami stoi i ze świąt słynie. Gdyby był to dzień wolny od pracy, to na pewno 90 proc. narodu poświęciłaby się i milczała. Ale jak ludzie nie idą do pracy, to z jakiego powodu mieliby kląć? Najwyżej głowa rodziny zejdzie do piwnicy i powie sobie pod nosem „kurwa mać”. Ale co to za frajda?

Przeczytaj też:
Kukiz: Piwo to matrix
Dzień Bez Przekleństw, czyli nie używajmy wulgaryzmów
"Dziś wszystko jest zajebiste"