— Moje ciało nie chciało mnie słuchać i wymknęło mi się kompletnie spod kontroli. Jednak cały czas wyznaczałam sobie małe zadania, cieszyłam się z każdego niewielkiego postępu — opowiada Katarzyna Montgomery, dziennikarka.
Katarzyna Montgomery w czasie pobytu w Sierra Leone zapadła na chorobę, która na pół roku ją sparaliżowała. Ale babka się nie dała i stanęła na nogi. Dziś podpiera się laską, której rączka to zadziorny orzeł. Pytam: to jakaś metafora? A ona mi na to, że chciała by być kobietą-wampem i prowadzać na smyczy tygrysa. A orzeł to przedsmak. Voila!
Czym jest dla pani cisza?
— Uwielbiam ciszę i nie boję się jej. Wyciszam na co dzień różne zbędne dźwięki w swoim otoczeniu. Wyłączam na przykład niepotrzebnie włączony telewizor, bo w ciszy słyszę lepiej swoje myśli. Ostatnio w samochodzie zepsuło mi się radio i zupełnie mi to nie przeszkadza. Oczywiście lubię dobrą muzykę, ale też dobrze mi z ciszą. W ciszy najlepiej mi się pracuje. Kiedy przygotowuję program, śpię po trzy godziny. Pracuję do późna, potem kładę się do łóżka, a na trzecią w nocy nastawiam budzik. I w takiej totalnej ciszy czuję się najlepiej. Dopiero po kilku godzinach skupienia — gdy świta — włączam sobie nastrojową klasyczną muzykę.
Też cichą...
— Faktycznie męczą mnie dźwięki, które są nieznośne. Ludzie często mówią za głośno. Wychowano mnie tak, że nie należy swoją osobą zaprzątać uwagi w sytuacjach, które tego nie wymagają. Cały savoir vivre to przecież kodeks drogowy — uczy jak poruszać się w życiu, aby innym było z nami dobrze i abyśmy my czuli się komfortowo w każdej sytuacji. I właśnie cisza — przede wszystkim sąsiedzka — jest bardzo ważna. Akurat mam to szczęście, że mieszkam w domu w lesie i kiedy chcę — nawet o tej trzeciej w nocy — mogę włączyć sobie muzykę czy nastawić pranie. Mieszkając w niewielkim domku w lesie mam komfort hałasowania wtedy, kiedy mam na to ochotę i nikomu to nie przeszkadza. Mogę też dozować sobie ciszę wtedy, kiedy chcę.
Cisza zawsze ma taki sam wymiar dla pani?
— Doświadczyłam przenikliwej, świdrującej ciszy, kiedy leżałam w szpitalu tuż po tym, jak dopadł mnie wirus, który mnie sparaliżował. To był akurat czas Bożego Narodzenia, a ja leżałam w izolatce. Szpital usytuowany jest koło głównego skrzyżowania w Bydgoszczy — bardzo ruchliwego i głośnego miejsca. W wigilię między godz. 16 a 18 świat raptem zamarł. Nie słyszałam ani jednego dźwięku, było ciemno. Większość pacjentów wyszła ze szpitala na święta, nikt nie dzwonił, nikt nawet nie chodził po korytarzu. Poza szpitalem wszyscy siedzieli już przy stołach wigilijnych — nie przejeżdżał nawet żaden autobus. Miałam wrażenie, że świat się skończył.
Była cisza... A krzyk?
— Krzyk był, kiedy walczyłam. Nie był to jednak wyraz buntu, ale pokrzykiwanie na ciało, które nie chciało mnie słuchać i wymknęło mi się kompletnie spod kontroli. Jednak cały czas wyznaczałam sobie małe zadania, cieszyłam się z każdego niewielkiego postępu. Na etapie szpitalnym wystarczyło, że podniosłam nogę o centymetr wyżej, żeby uznać to za mały wielki sukces danego dnia. Czasami trochę oszukiwałam się, bo jednak nie podnosiłam nogi wyżej, ale... przecież podnosiłam ją w ogóle!
Były chwile załamania?
— Pierwszy moment zwątpienia przyszedł dwa tygodnie po tym, jak nagle stałam się kłodą. Ubłagałam wtedy pana Darka — rehabilitanta, aby postawił mnie na nogi na Nowy Rok. Nie chciał tego zrobić, bo miałam kłopoty nawet z siedzeniem na łóżku, a co dopiero z utrzymaniem równowagi na stojąco. Zrobił mi jednak taki prezent. Gdy nadeszła chwila prawdy, kilka osób postawiło mnie na parę sekund na ziemi. Byłam zlana potem z wysiłku i poczułam, że nie ma żadnego związku pomiędzy mną, a stopami. Doświadczyłam braku czucia wewnętrznego... Przestraszyłam się i zrozumiałam, że pokonanie tej choroby nie będzie polegało tylko na moim zaangażowaniu w rehabilitacji, ale że będzie też zależeć od czegoś, na co nie mam wpływu.
Dzisiaj sukces ma dla pani zupełnie inny wymiar...
— Z sukcesem powszechnie pojmowanym zawsze byłam na bakier. Sukces był i jest dla mnie wtedy, gdy robi się coś dobrze i jest się z tego zadowolonym. Faktycznie, pięłam się po różnych szczeblach dziennikarskiej kariery i cieszyłam się, bo oznaczało to dla mnie, że robię coś dobrze i ktoś mnie docenia. Jednak nigdy moim celem nie było zdobycie tego lub innego stanowiska. Propozycja poprowadzenia programu „Mała czarna” od Piotra Fajksa, szefa telewizyjnej „Czwórki”, też była dla mnie zaskoczeniem. Nie wierzyłam, że ją dostanę, zwłaszcza ze względu na mój ówczesny stan zdrowia. Tymczasem prowadzę program już trzeci rok i jest to dla mnie źródło ogromnej satysfakcji.
A priorytety? Zmieniły się?
— Zawsze dbałam o dobre relacje z ludźmi spoza świata pracy, żeby nie dać się zwariować show businessowi. Tu nic się nie zmieniło — zawsze ważne było dla mnie to życie poza, moi przyjaciele, moi bliscy, moje pasje. Teraz jednak więcej czasu im poświęcam. Kiedyś pracowałam za dużo, bo ciągle chciałam robić coś lepiej. Teraz, gdy się zapędzam i czuję, że biorę na siebie zbyt wiele, zapala mi się lampka: dbaj o zdrowie, daj odpocząć organizmowi, odetchnij. Na pewno dbam bardziej o to, aby mieć więcej czasu dla siebie.
Zapala się lampka i można wtedy poczytać…
— Czytam mnóstwo książek! Mam beznadziejny zwyczaj czytania kilku tytułów na raz, ale wiem, że nie tylko ja tak mam. Najgorzej, gdy książka zaczyna mi się podobać — wtedy spowalniam albo zawieszam czytanie, bo boję się, że się niedługo się skończy. A książki mam wszędzie — koło łóżka, w łazience... Jednak najlepiej czyta mi się na wakacjach, kiedy mam perspektywę wielu godzin wolnego czasu. Skupiam się totalnie i przenikam do świata książki. I może wtedy panować nawet największy hałas wokół. Kiedy czytam, zanurzam się w ciszy.
niedziela, 21 listopada 2010
poniedziałek, 15 listopada 2010
Olsztyn: kampania wyborcza jak makiem zasiał
Cisza wyborcza w Olsztynie ma inny wymiar niż w innych miastach. Burza toczy się w internecie, w gazecie, ale nie na ulicy. Kandydaci nie chcą wisieć na latarni... Czyżby pod latarnią najciemniej?
Za głowę się łapię, gdy wjeżdżam do Trójmiasta. Plakaty wyborcze krzyczą z drzew, słupów, ogrodzeń i każdego wolnego miejsca. Gdańsk nie jest więc już wolnym miastem. Jest zaplakatowanym od stóp do głów. W Gdyni i w Sopocie jest podobnie. Zamykam oczy i mogę z pamięci (fotograficznej) wymieniać nazwiska kandydatów. Od Szczurka po Żurka...
W Olsztynie natomiast hula wiatr. Plakatów ze świecą szukać. No, może tu i ówdzie jakiś powiewa. Tu jakiś obdrapany, ten z domalowanym wąsem, a ten niewidoczny, bo rozmiarów znaczka pocztowego. I na kogo tu głosować?
Chyba trzeba postawić głos po znajomości...
Wystarczy tylko jeden rzut oka, aby zauważyć, że Trójmiasto jest bogatsze o tony papieru i dykty. Więcej też zarobiły tamtejsze drukarnie, a po wyborach zgarną sporo firmy sprzątające. Ale jest jeszcze inna sprawa — wyborcy z Pomorza są lepiej poinformowani. Taki uliczny krzyk (być może) pomoże im postawić trafnie krzyżyk na karcie wyborczej. A olsztyniacy muszą szperać w internecie, żeby poznać kandydatów. A najlepiej, żeby mieli konto na facebooku — tu kampania reklamowa jest obecna, a jakże! W końcu to XXI wiek!
W Olsztynie kandydaci na polityków nie chcą wychodzić na ulice. Żeby ludzie polityków ulicznikami nazywali? Nie chcą wisieć na drzewach, krzakach i znakach drogowych. A przecież — jak mówi powiedzenie — co ma wisieć, nie utonie.
Jeśli ktoś nie interesuje się wyborami, w Olsztynie może przejść obok nich obojętnie. I jak tu takiemu przechodniowi wytłumaczyć, że to jedne z ważniejszych wyborów, skoro w mieście tego nie czuć? Po co ma się obywatel interesować, skoro miasto takiego zainteresowania nie przejawia?
A może to przedsmak ciszy wyborczej, która w Olsztynie wyjątkowo zaczęła się kilka tygodni przed „godziną zero”? Co kraj, to obyczaj...
Tylko jeden kandydat ma wyjątkowe szczęście. Ma na imię Paweł i robi sobie niesamowitą reklamę. Aby trafić do rady miasta, bierze udział w programie „Mam talent”. Występ trafił mu akurat w sobotę — na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych. Cisza mu niestraszna, bo chłopak śpiewa.
Trochę mniej szczęścia ma Iwona Pavlović, która kandyduje do Rady Gminy w Dywitach. Jurorka „Tańca z gwiazdami” pojawi się na ekranie w niedzielę dopiero o godz. 20. A przecież dwie godziny później lokale wyborcze zostaną zamknięte. Komu buzia Iwony się spodoba i mu się przypomni, że „Czarna mamba” kandyduje, może nie zdążyć postawić na nią swojego krzyżyka...
Ale może w Dywitach plakaty Iwony wiszą jak szalone na każdym konarze. Nie wiem, nie wizytowałam. Widziałam tylko Trójmiasto i się przeraziłam, że aż tyle twarzy walczy o dobre stanowisko. W Olsztynie też walczą... tylko że nie słychać jak kruszą się kopie.
Za głowę się łapię, gdy wjeżdżam do Trójmiasta. Plakaty wyborcze krzyczą z drzew, słupów, ogrodzeń i każdego wolnego miejsca. Gdańsk nie jest więc już wolnym miastem. Jest zaplakatowanym od stóp do głów. W Gdyni i w Sopocie jest podobnie. Zamykam oczy i mogę z pamięci (fotograficznej) wymieniać nazwiska kandydatów. Od Szczurka po Żurka...
W Olsztynie natomiast hula wiatr. Plakatów ze świecą szukać. No, może tu i ówdzie jakiś powiewa. Tu jakiś obdrapany, ten z domalowanym wąsem, a ten niewidoczny, bo rozmiarów znaczka pocztowego. I na kogo tu głosować?
Chyba trzeba postawić głos po znajomości...
Wystarczy tylko jeden rzut oka, aby zauważyć, że Trójmiasto jest bogatsze o tony papieru i dykty. Więcej też zarobiły tamtejsze drukarnie, a po wyborach zgarną sporo firmy sprzątające. Ale jest jeszcze inna sprawa — wyborcy z Pomorza są lepiej poinformowani. Taki uliczny krzyk (być może) pomoże im postawić trafnie krzyżyk na karcie wyborczej. A olsztyniacy muszą szperać w internecie, żeby poznać kandydatów. A najlepiej, żeby mieli konto na facebooku — tu kampania reklamowa jest obecna, a jakże! W końcu to XXI wiek!
W Olsztynie kandydaci na polityków nie chcą wychodzić na ulice. Żeby ludzie polityków ulicznikami nazywali? Nie chcą wisieć na drzewach, krzakach i znakach drogowych. A przecież — jak mówi powiedzenie — co ma wisieć, nie utonie.
Jeśli ktoś nie interesuje się wyborami, w Olsztynie może przejść obok nich obojętnie. I jak tu takiemu przechodniowi wytłumaczyć, że to jedne z ważniejszych wyborów, skoro w mieście tego nie czuć? Po co ma się obywatel interesować, skoro miasto takiego zainteresowania nie przejawia?
A może to przedsmak ciszy wyborczej, która w Olsztynie wyjątkowo zaczęła się kilka tygodni przed „godziną zero”? Co kraj, to obyczaj...
Tylko jeden kandydat ma wyjątkowe szczęście. Ma na imię Paweł i robi sobie niesamowitą reklamę. Aby trafić do rady miasta, bierze udział w programie „Mam talent”. Występ trafił mu akurat w sobotę — na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych. Cisza mu niestraszna, bo chłopak śpiewa.
Ejzenberg nie ukrywa, że liczy na swoją popularność, którą zapewnił mu udział w programie telewizyjnym. — Dzięki temu stałem się rozpoznawalny, przynajmniej w niektórych środowiskach — śmieje się wokalista. — Mam nadzieję, że to się przełoży na głosy, bo inaczej szanse, co tu ukrywać, mam niewielkie. Na to liczę plus kampania wyborcza, naturalnie w miarę moich możliwości finansowych. Gdyby się udało zdobyć mandat, to byłoby pięknie. To byłby dowód, że nie miejsce na liście, a osoba jest najważniejsza.
(Wyborcza plejada gwiazd)
Trochę mniej szczęścia ma Iwona Pavlović, która kandyduje do Rady Gminy w Dywitach. Jurorka „Tańca z gwiazdami” pojawi się na ekranie w niedzielę dopiero o godz. 20. A przecież dwie godziny później lokale wyborcze zostaną zamknięte. Komu buzia Iwony się spodoba i mu się przypomni, że „Czarna mamba” kandyduje, może nie zdążyć postawić na nią swojego krzyżyka...
Ale może w Dywitach plakaty Iwony wiszą jak szalone na każdym konarze. Nie wiem, nie wizytowałam. Widziałam tylko Trójmiasto i się przeraziłam, że aż tyle twarzy walczy o dobre stanowisko. W Olsztynie też walczą... tylko że nie słychać jak kruszą się kopie.
czwartek, 11 listopada 2010
A pies leży i patrzy...
Miło jest popatrzeć na leżącego psa. Tylko... co taki pies myśli, gdy leży?
Jak zrozumieć sposób myślenia psa i nauczyć się z nim rozmawiać? Doskonale ujął to Edward Hoagland: Przyjemność z posiadania psa odczujecie dopiero wtedy, gdy nie będziecie próbowali zrobić z niego półczłowieka. Lepiej już sami spróbujcie stać się w połowie psem.
Tylko czy uda nam się tak patrzeć na innego człowieka? I tak o nim myśleć?
Jak zrozumieć sposób myślenia psa i nauczyć się z nim rozmawiać? Doskonale ujął to Edward Hoagland: Przyjemność z posiadania psa odczujecie dopiero wtedy, gdy nie będziecie próbowali zrobić z niego półczłowieka. Lepiej już sami spróbujcie stać się w połowie psem.
Tylko czy uda nam się tak patrzeć na innego człowieka? I tak o nim myśleć?
sobota, 30 października 2010
Doda: królestwo i cyrk
Jestem jak Juliusz Cezar, który przybył, zobaczył i zwyciężył. Prawie, bo w tym wypadku Doda podczas koncertu w Olsztynie wyszła z tarczą, a ja na tarczy. Bo królowa jest tylko jedna. Niezaprzeczalnie.
Mówi się o niej, że jest różową krzyczącą celebrytką. Mówi się też, że jest królową polskiej piosenki… Święta prawda, bo to, co Doda wyrabia na scenie podczas Rock'N'Roll Palace Tour, przechodzi pojęcie przeciętnego Polaka. Zaskakuje na każdym kroku i z każdym wypięciem pupy. A tyłek ma niezły!
Dla niej wyjście na scenę to nie tylko odśpiewanie kilku hitów, ale niezła zabawa. I niezły szok dla publiczności — zwłaszcza tej małoletniej. Nie powiem, co Doda wyrabia przy mikrofonie (i z czym go porównuje). Nie powiem też, co robi z wielkim mięsistym sercem… Ale to widać na załączonym obrazku.
I to widać na twarzach publiczności.
Nie jestem fanką Dody, ale chylę czoła. Za 35 zł dała niezły popis swojego wokalu (ma naprawdę świetny głos), cyrkowe show z tysiącem gadżetów (od srebrnej klatki, przez latającego konia, wyskakujące języki ognia, po płonące skrzydła).
Zdecydowanie Doda jest lepsza niż inne gwiazdy. Przykładowo — Feel w Olsztynie nie pokazał wiele, a zgarnął za występ 50 zł od osoby.
Co tu kryć — Doda robi niezły spektakl. W teatrze takiego cyrkowego przepychu i przegadania bym nie zniosła, ale na scenie to kupuję. Przecież muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Muzyka — zwłaszcza w wykonaniu Dody — pozwala się wyluzować i powiedzieć: wow! Nie jest to sztuka wysoka, ale wysoko mierzy w rozrywkowym wydaniu. Stawiam plus — ku mojemu zdziwieniu.
Doda jest artystką, której spełniło się marzenie z dzieciństwa. Od zawsze chciała śpiewać. Gdy miała 13 lat, wyjechała do Warszawy i tam zaczęła współpracę z Januszem Józefowiczem, który przyjął ją do teatru Buffo. Występowała w „Metrze.” Równocześnie brała lekcję śpiewu u Elżbiety Zapendowskiej. Potem zaczęła śpiewać w Virgin i zrobiła błyskawiczną karierę. Zdecydowała się na występy solowe i została okrzyknięta królową polskiej sceny. Na żywo daje tego dowody…
Przeczytaj:
Doda: Nigdy nie grałam w butelkę
Mówi się o niej, że jest różową krzyczącą celebrytką. Mówi się też, że jest królową polskiej piosenki… Święta prawda, bo to, co Doda wyrabia na scenie podczas Rock'N'Roll Palace Tour, przechodzi pojęcie przeciętnego Polaka. Zaskakuje na każdym kroku i z każdym wypięciem pupy. A tyłek ma niezły!
Dla niej wyjście na scenę to nie tylko odśpiewanie kilku hitów, ale niezła zabawa. I niezły szok dla publiczności — zwłaszcza tej małoletniej. Nie powiem, co Doda wyrabia przy mikrofonie (i z czym go porównuje). Nie powiem też, co robi z wielkim mięsistym sercem… Ale to widać na załączonym obrazku.
I to widać na twarzach publiczności.
Nie jestem fanką Dody, ale chylę czoła. Za 35 zł dała niezły popis swojego wokalu (ma naprawdę świetny głos), cyrkowe show z tysiącem gadżetów (od srebrnej klatki, przez latającego konia, wyskakujące języki ognia, po płonące skrzydła).
Zdecydowanie Doda jest lepsza niż inne gwiazdy. Przykładowo — Feel w Olsztynie nie pokazał wiele, a zgarnął za występ 50 zł od osoby.
Co tu kryć — Doda robi niezły spektakl. W teatrze takiego cyrkowego przepychu i przegadania bym nie zniosła, ale na scenie to kupuję. Przecież muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Muzyka — zwłaszcza w wykonaniu Dody — pozwala się wyluzować i powiedzieć: wow! Nie jest to sztuka wysoka, ale wysoko mierzy w rozrywkowym wydaniu. Stawiam plus — ku mojemu zdziwieniu.
Doda jest artystką, której spełniło się marzenie z dzieciństwa. Od zawsze chciała śpiewać. Gdy miała 13 lat, wyjechała do Warszawy i tam zaczęła współpracę z Januszem Józefowiczem, który przyjął ją do teatru Buffo. Występowała w „Metrze.” Równocześnie brała lekcję śpiewu u Elżbiety Zapendowskiej. Potem zaczęła śpiewać w Virgin i zrobiła błyskawiczną karierę. Zdecydowała się na występy solowe i została okrzyknięta królową polskiej sceny. Na żywo daje tego dowody…
Przeczytaj:
Doda: Nigdy nie grałam w butelkę
wtorek, 19 października 2010
Szwajcaria: tunel Alpengold
Szwajcarzy wydrążyli najdłuższy tunel świata. To moment, aby wspomnieć swoją podróż przez Alpy. Takie wydarzenia pozwalają na powrót w tamte strony… chociażby palcem po mapie.
Pracowali aż 14 lat, ale w końcu 15 października ujrzeli światełko w tunelu. Gotthard Base Tunel ma 57 kilometrów i jest najdłuższym tunelem na świecie. Szwajcarzy "zdetronizowali" Japończyków, których tunel Seikan, łączący wyspy Honsiu i Hokkaido, ma 53,9 km długości i był dotąd najdłuższy na świecie. Trzecie najdłuższe podziemne połączenie kolejowe to tunel pod kanałem La Manche, długi na "zaledwie" 50 km.
Gotthard Base Tunel zasługuje na miano Alpengold. To moja prywatna nagroda dla wszystkich pracujących panów.
Rzeczywiście tunele to duma Szwajcarii. Każdy przejazd przez wydrążone skały zadziwiał mnie do tego stopnia, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Przedstawiam jednak inne fotki z samochodowym tematem w tle.
Obecnie przez Alpy prowadzi wiele dróg i linii kolejowych, biegnących w dolinach rzecznych i przecinających położone niżej przełęcze. Na ich szlakach wybudowano liczne mosty i tunele, z których najważniejsze łączą: Lyon z Turynem, Genewę z Turynem, Berno z Mediolanem, Vaduz z Mediolanem, Innsbruck z Weroną, Salzburg i Graz z Wenecją i Triestem. Najdłuższe tunele znajdują się pod Mont Blanc (Arlberg – 14 km) i teraz już w masywie Św. Gotharda (Alpy Lepontyjskie).
Budowa dróg przez góry a zwłaszcza przez przełęcze alpejskie była zadaniem niełatwym. Jednakże ich budowę rozpoczęli już starożytni Rzymianie. Przed przystąpieniem do robót przeprowadzali badania kierunków wiatrów, opadów i potencjalnych tras zejścia lawin śniegowych i kamiennych. Droga miała być przede wszystkim przejezdna, ustępowano więc niekiedy naturze i nie trzymano się za wszelką cenę prostej.
Drogi alpejskie ze względów oszczędnościowych były bardzo strome. Przykładowo – do przełęczy Maloja prowadziło początkowo 3, a później 9 serpentyn, obecnie jest ich ponad 20.
Pracowali aż 14 lat, ale w końcu 15 października ujrzeli światełko w tunelu. Gotthard Base Tunel ma 57 kilometrów i jest najdłuższym tunelem na świecie. Szwajcarzy "zdetronizowali" Japończyków, których tunel Seikan, łączący wyspy Honsiu i Hokkaido, ma 53,9 km długości i był dotąd najdłuższy na świecie. Trzecie najdłuższe podziemne połączenie kolejowe to tunel pod kanałem La Manche, długi na "zaledwie" 50 km.
Gotthard Base Tunel zasługuje na miano Alpengold. To moja prywatna nagroda dla wszystkich pracujących panów.
Rzeczywiście tunele to duma Szwajcarii. Każdy przejazd przez wydrążone skały zadziwiał mnie do tego stopnia, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Przedstawiam jednak inne fotki z samochodowym tematem w tle.
Obecnie przez Alpy prowadzi wiele dróg i linii kolejowych, biegnących w dolinach rzecznych i przecinających położone niżej przełęcze. Na ich szlakach wybudowano liczne mosty i tunele, z których najważniejsze łączą: Lyon z Turynem, Genewę z Turynem, Berno z Mediolanem, Vaduz z Mediolanem, Innsbruck z Weroną, Salzburg i Graz z Wenecją i Triestem. Najdłuższe tunele znajdują się pod Mont Blanc (Arlberg – 14 km) i teraz już w masywie Św. Gotharda (Alpy Lepontyjskie).
Budowa dróg przez góry a zwłaszcza przez przełęcze alpejskie była zadaniem niełatwym. Jednakże ich budowę rozpoczęli już starożytni Rzymianie. Przed przystąpieniem do robót przeprowadzali badania kierunków wiatrów, opadów i potencjalnych tras zejścia lawin śniegowych i kamiennych. Droga miała być przede wszystkim przejezdna, ustępowano więc niekiedy naturze i nie trzymano się za wszelką cenę prostej.
Drogi alpejskie ze względów oszczędnościowych były bardzo strome. Przykładowo – do przełęczy Maloja prowadziło początkowo 3, a później 9 serpentyn, obecnie jest ich ponad 20.
poniedziałek, 18 października 2010
Jak pracują gwiazdy, czyli znani listy noszą...
Wielkie kariery zaczynają się i kończą na poczcie. Zawód listonosza popłaca i wiedzą to nawet gwiazdy. 18 października obchodzimy Dzień Pocztowca, więc z tej okazji kilka słów o znanych, którym roznoszenie listów nie jest obce.
Ludzie listy piszą? Ich wagę doskonale zna Łukasz Zagrobelny, który zanim pojawił się na scenie, pracował na poczcie.
— Uczyłem się w Technikum Ekonomicznym o profilu eksploatacja pocztowa i musiałem przejść praktyki — wspominam piosenkarz. — Musiałem też poznać wszystko, co związane z pracą na poczcie. Siedziałem więc przy okienku, a że wtedy poczta była połączona z telekomunikacją, siedziałem na centrali telefonicznej. Robiłem też odprawę pocztową i roznosiłem listy. Ale nie emerytury i renty... Aż tak dobrze nie miałem. Do pieniędzy nikt mnie nie dopuścił. Renty i emerytury roznosili zawodowcy, a praktykanci tylko listy. Ale chwała im za to, że nie dopuścili mnie do kasy!
Poczta na dzień dobry
Poeta Miron Białoszewski zaraz po powstaniu warszawskim podjął pracę na poczcie. Była to jego pierwsza posada. Sortował listy, ale potrzebował ciekawszego zajęcia. Załapał się na posadę reportera działu miejskiego w „Wieczorze Warszawy”, a potem przeszedł do „Świata Młodych”. Potem nie pracował już nigdzie. Na poczcie zaczynała też Kasia Nosowska, wokalistka grupy Hey. Nie wspomina tego czasu najlepiej, bo nudziła ją monotonia i codzienna rutyna. Wprowadzała dane do komputera, ale rzuciła to zajęcia po sukcesie na festiwalu w Jarocinie. Ale praca na poczcie to jednak nie tylko domena polskich artystów. Amerykański pisarz Charles Bukowski podjął pracę jako listonosz i przepracował w tym fachu 12 lat. Swoje przemyślenia przelał na karty powieści „Listonosz”. Listy roznosił również Rock Hudson — jeden z najprzystojniejszych gwiazdorów hollywoodzkich lat 50-tych i 60-tych. To dzięki ciężkiej torbie wyrzeźbił sobie klatkę piersiową. Nie ma się co dziwić, że świetnie wyglądał na ekranie.
Ciężka torba Zenona
Zenona Laskowika, twórcę kabaretu Tey, życie w blasku fleszy doprowadziło do alkoholizmu, więc musiał uciec w inny fach.
— Przyszedł do mnie kiedyś listonosz z mojego rewiru i mówi, że poczty nie ma kto nosić — opowiada satyryk. — Ja do niego, że może ja bym mógł. Zrobił wielkie oczy, ale mówi: „Idź pan do naczelnika, może pana przyjmą”. To poszedłem, wszyscy do mnie wyszli, nawet naczelnik. Myśleli, że sobie żarty stroję, a ja twardo, że chcę być listonoszem. W końcu kazali zrobić badania, dali mundur, czapkę i ruszyłem w miasto. Ale było strasznie. Pierwszy facet, do którego zapukałem, żeby mu dać list, nie chciał mnie wpuścić, bo myślał, że jakiś film kręcę i za mną jest kamera. Musieliśmy ściągać naczelnika, który potwierdził, że jestem listonoszem. Pomyślałem, że jak wszyscy będą mieli takie obawy, to ja nic nie zarobię. Ale szybko się rozeszło, że Laskowik jest prawdziwym listonoszem i nie było już tego problemu. Nawet każdy chciał się ze mną napić. Już to wcześniej przerabiałem w Teyu, w czasach, kiedy dużo koncertowaliśmy. Wtedy cała Polska chciała się ze mną napić. I jak tu Polsce odmówić? Ale na służbie w mundurze i czapce odmawiałem. Miałem przecież w torbie ludzkie pieniądze, telegramy, listy. Wtedy poznałem, co to ciężka praca i ciężka torba...
Ludzie listy piszą? Ich wagę doskonale zna Łukasz Zagrobelny, który zanim pojawił się na scenie, pracował na poczcie.
— Uczyłem się w Technikum Ekonomicznym o profilu eksploatacja pocztowa i musiałem przejść praktyki — wspominam piosenkarz. — Musiałem też poznać wszystko, co związane z pracą na poczcie. Siedziałem więc przy okienku, a że wtedy poczta była połączona z telekomunikacją, siedziałem na centrali telefonicznej. Robiłem też odprawę pocztową i roznosiłem listy. Ale nie emerytury i renty... Aż tak dobrze nie miałem. Do pieniędzy nikt mnie nie dopuścił. Renty i emerytury roznosili zawodowcy, a praktykanci tylko listy. Ale chwała im za to, że nie dopuścili mnie do kasy!
Poczta na dzień dobry
Poeta Miron Białoszewski zaraz po powstaniu warszawskim podjął pracę na poczcie. Była to jego pierwsza posada. Sortował listy, ale potrzebował ciekawszego zajęcia. Załapał się na posadę reportera działu miejskiego w „Wieczorze Warszawy”, a potem przeszedł do „Świata Młodych”. Potem nie pracował już nigdzie. Na poczcie zaczynała też Kasia Nosowska, wokalistka grupy Hey. Nie wspomina tego czasu najlepiej, bo nudziła ją monotonia i codzienna rutyna. Wprowadzała dane do komputera, ale rzuciła to zajęcia po sukcesie na festiwalu w Jarocinie. Ale praca na poczcie to jednak nie tylko domena polskich artystów. Amerykański pisarz Charles Bukowski podjął pracę jako listonosz i przepracował w tym fachu 12 lat. Swoje przemyślenia przelał na karty powieści „Listonosz”. Listy roznosił również Rock Hudson — jeden z najprzystojniejszych gwiazdorów hollywoodzkich lat 50-tych i 60-tych. To dzięki ciężkiej torbie wyrzeźbił sobie klatkę piersiową. Nie ma się co dziwić, że świetnie wyglądał na ekranie.
Ciężka torba Zenona
Zenona Laskowika, twórcę kabaretu Tey, życie w blasku fleszy doprowadziło do alkoholizmu, więc musiał uciec w inny fach.
— Przyszedł do mnie kiedyś listonosz z mojego rewiru i mówi, że poczty nie ma kto nosić — opowiada satyryk. — Ja do niego, że może ja bym mógł. Zrobił wielkie oczy, ale mówi: „Idź pan do naczelnika, może pana przyjmą”. To poszedłem, wszyscy do mnie wyszli, nawet naczelnik. Myśleli, że sobie żarty stroję, a ja twardo, że chcę być listonoszem. W końcu kazali zrobić badania, dali mundur, czapkę i ruszyłem w miasto. Ale było strasznie. Pierwszy facet, do którego zapukałem, żeby mu dać list, nie chciał mnie wpuścić, bo myślał, że jakiś film kręcę i za mną jest kamera. Musieliśmy ściągać naczelnika, który potwierdził, że jestem listonoszem. Pomyślałem, że jak wszyscy będą mieli takie obawy, to ja nic nie zarobię. Ale szybko się rozeszło, że Laskowik jest prawdziwym listonoszem i nie było już tego problemu. Nawet każdy chciał się ze mną napić. Już to wcześniej przerabiałem w Teyu, w czasach, kiedy dużo koncertowaliśmy. Wtedy cała Polska chciała się ze mną napić. I jak tu Polsce odmówić? Ale na służbie w mundurze i czapce odmawiałem. Miałem przecież w torbie ludzkie pieniądze, telegramy, listy. Wtedy poznałem, co to ciężka praca i ciężka torba...
piątek, 15 października 2010
Dwie części Freddiego
Żył jak gwiazda, świecił jasno. Niestety zbyt krótko. To skandal, aby raz na jakiś czas nie wspomnieć Freddiego Mercurego. Bo przedstawienie musi trwać...
Freddie pojawił się na tym blogu przez przypadek. Jest piątek, praca wre, a ktoś wykrzykuje: Skandal!
Nie znam kontekstu okrzyku, ale od razu przychodzi mi na myśl kawałek Queenu „Scandal”. I tym sposobem katuję go od rana. Wirus Mercurego?
Freddie pojawił się na tym blogu przez przypadek. Jest piątek, praca wre, a ktoś wykrzykuje: Skandal!
Nie znam kontekstu okrzyku, ale od razu przychodzi mi na myśl kawałek Queenu „Scandal”. I tym sposobem katuję go od rana. Wirus Mercurego?
Na scenie był silną osobowością, prawdziwym liderem. Był jak huragan... Kiedy spotkałem go osobiście, okazał się bardzo spokojnym, nieśmiałym człowiekiem. Bardzo zamkniętym i obawiającym się ludzkich reakcji. Dopiero gdy poznał kogoś dobrze, otwierał się przed nimi. Jakby składał się z dwóch części.
David Wigg o Freddiem
Muszę walczyć z tak zwaną "własną osobowością sceniczną". W większości przypadków działa ona na moją niekorzyść. Zabawne, gdyż to tak, jakbym tworzył potwora — mogę się w jakiś sposób kreować, ale wtedy bardzo trudne jest znalezienie kogoś, kto zaakceptuje to w formie związku. Nie jest łatwo rozdzielić tych dwóch części, tak samo jak nie jest łatwo rozdzielić dwóch stron monety. Przez te wszystkie lata stałem się zgorzkniały i w pewnym sensie przestałem ufać ludziom. (...) Możesz być kochany przez wszystkich, ale mimo to być bardzo samotnym. To jest znacznie gorsze i bardzo frustrujące, ponieważ ludzie nie spodziewają się, że taki Freddie Mercury może być samotny. On ma pieniądze, ma samochody, ma szoferów. Ma dużo. Jednak faktycznie, ten rodzaj samotności jest najcięższym do zniesienia.
Freddie o sobie
środa, 6 października 2010
Vafidis: Talerz na rozładowanie
— Człowiek cały dzień pracuje, jest zamknięty w biurze i chce się odstresować. Idzie do tawerny, żeby zjeść i wypić, a tam na żywo gra kapela — opowiada Theo Vafidis, grecki kucharz. — Potem bije się talerze, aby pozbyć się emocji. To eksplozja!
Krótko i na temat, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie mogę więc dużo mówić, bo im więcej Vafadisa na wstępie, tym większe burczenie w brzuchu.
Kiedy ma pan ochotę powiedzieć Polakowi: nie udawaj Greka?
— To bardzo dziwne powiedzenie! Kiedy przyjechałem do Polski, zatrzymała mnie policja. Nie mówiłem jeszcze po polsku, więc miałem problemy z porozumieniem. Facet w mundurze gadał do mnie: „tralala, tralala”, a ja nie wiedziałem, o co mu chodzi. Stałem jak otępiały i miałem wielkie oczy. Coś odpowiedziałem po swojemu, a on się wkurzył: „nie udawaj Greka!” Miałem tylko paszport, więc wręczyłem go policjantowi. Stanął jak słup, bo przeczytał, że jestem Grekiem i pochodzę z Salonik.
Mandat wlepił?
— To nieporozumienie wyszło mi na zdrowie i nie dostałem mandatu. Wróciłem do domu, poskarżyłem się żonie i dowiedziałem się, że Polacy lubią mówić: nie udawaj Greka. Puściła mi nawet piosenkę Czerwonych Gitar!
Zaskoczyła pana?
— Trochę. Teraz już do tego podchodzę z przymrużeniem oka, ale i nikt mi już tak nie mówi. Jestem prawdziwym Grekiem, więc po co mam udawać? Już się nie wkurzam.
A w czym jeszcze Polacy pana wkurzają?
— Gdy jestem w kuchni i muszę mieć gotowy bufet na 150 osób za pół godziny, słyszę od Polaków: damy radę, szefie. Denerwuję się, bo przecież czas nagli, a Polacy na luzie mi mówią: spokojnie, nie ma problemu... Ale wiem, że problemu nie ma. Jedzenie jest na czas. Ale ten luz... Oj, oj.
Co zachwyciło pana w polskiej kuchni?
— Uwielbiam kuchnię myśliwską. Dobrze przyrządzone dziki i sarenki są dla mnie prawdziwą polską tradycją. Trzeba jej pilnować, aby nie zanikła. Mówicie, że dziczyzna jest droga, ale jest też pyszna. Na inne rzeczy tracicie pieniądze: na samochody, komórki, markowe okulary przeciwsłoneczne. Na jedzeniu oszczędzacie, bo go nie widać.
Czyli pokaż się, a zastaw się?
— Lubicie się pokazywać, a przecież jedzenie idzie do brzucha. Też wartościuje nasz styl życia. Ale muszę przyznać, że kultura w Polsce jest bardzo wysoka. Zachwyca mnie to, że panowie bardzo dbają o przepuszczanie pań w drzwiach. To drobiazg, ale bardzo istotny. W Grecji już tego nie ma. Cenię też to, że żaden Polak nie powiedział mi nigdy złego słowa. Jesteście otwarci na inne narody. Mam porównanie — przez dziesięć lat mieszkałem w Niemczech i widzę kolosalną różnicę. Z Polakiem można śmiało pogadać, pośmiać się...
I wódki się napić.
— To podstawa w Polsce! Jednak sposób picia wódki nie przypadł mi do gustu. Nie wchodzi mi tak dobrze jak wam. Wódkę pije się na raz — hop w gardło. Ja tak nie potrafię. Grecy piją alkohol, ale alkohol nie pije nas. Nie trzeba się upijać, można się delektować. Tak jak podziwia się grecką kulturę. Polacy są nią zachwyceni i to mi się bardzo podoba. Jestem dumny z Grecji! Pieniądze raz są, raz ich nie ma, a kultura to największy skarb, który jest zawsze.
A lubi pan rybkę po grecku?
— Szykowałem się na pierwsze spotkanie do teściowej. Zaprosiła mnie na obiad, a żona — która jest Polką — przestrzegła ją: mamo, on jest Grekiem i jest szefem kuchni. Teściowa postanowiła więc stanąć na wysokości zadania i przyrządziła rybę po grecku. Posmakowałem, skrzywiłem się... Teściowa w szoku: nie smakuje ci ryba po grecku? Smakowała, ale to danie jadłem pierwszy raz. To wymysł Polaków, Grecy nie mają pojęcia, że taka potrawa w ogóle istnieje. Ale taki wasz naród, że kombinuje...
Bo Polacy lubią jeść, po prostu.
— I lubią też grecką kuchnię. Ale przede wszystkim lubią grecki naród, a Grecy lubią Polaków. Dlaczego? Jak pracujecie w Grecji, jesteście pracownikami numer jeden i świetnymi fachowcami. Podróżujecie też do nas z przyjemnością, więc to też nam się podoba. A jak już podróżujecie, zachwycacie się naszą kuchnią. Potraficie też świetnie się bawić i tańczyć.
Taniec łączy ludzi. W Olsztynie będzie pan gościem podczas „Greckiego wesela”. Co wyróżnia greckie wesele?
— Tradycji mamy bardzo wiele i każdy region ma swoje. Ale czy w Polsce jest inaczej? Górale weselą się po swojemu, nad morzem też mają swoje zwyczaje. Na Krecie na przykład faceci strzelają z pistoletów. Pamiętam, jak robiłem program kulinarny z polskimi kamerzystami właśnie w tamtym rejonie. Grecy zaczęli strzelać, a przestraszeni Polacy wzięli kamery pod pachy i chcieli uciekać: pozabijają nas! Na szczęście zostali. I przeżyli.
A co oznacza tłuczenie talerzy?
— Radość oznacza. Człowiek cały dzień pracuje, jest zamknięty w biurze i chce się odstresować. Idzie do tawerny, żeby zjeść i wypić, a tam na żywo gra kapela. Zamawia się wtedy ulubioną piosenkę i tańczy się samemu na środku sali. Nikt nie może towarzyszyć! Ludzie mogą jedynie skakać wokół. Potem bije się talerze, aby pozbyć się emocji. To eksplozja!
W Polsce też mamy talerzową eksplozję — podczas kłótni małżeńskich...
— A nie lepiej razem z żoną tłuc talerze, żeby wyzbyć się negatywnych emocji? Nerwy puszczą i będzie się żyć długo i szczęśliwie. Po co rzucać talerzami i brzydkimi słowami na k... i ch...? Grecy mają temperament, ale mają też sposób, aby się rozładować.
Krótko i na temat, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie mogę więc dużo mówić, bo im więcej Vafadisa na wstępie, tym większe burczenie w brzuchu.
Kiedy ma pan ochotę powiedzieć Polakowi: nie udawaj Greka?
— To bardzo dziwne powiedzenie! Kiedy przyjechałem do Polski, zatrzymała mnie policja. Nie mówiłem jeszcze po polsku, więc miałem problemy z porozumieniem. Facet w mundurze gadał do mnie: „tralala, tralala”, a ja nie wiedziałem, o co mu chodzi. Stałem jak otępiały i miałem wielkie oczy. Coś odpowiedziałem po swojemu, a on się wkurzył: „nie udawaj Greka!” Miałem tylko paszport, więc wręczyłem go policjantowi. Stanął jak słup, bo przeczytał, że jestem Grekiem i pochodzę z Salonik.
Mandat wlepił?
— To nieporozumienie wyszło mi na zdrowie i nie dostałem mandatu. Wróciłem do domu, poskarżyłem się żonie i dowiedziałem się, że Polacy lubią mówić: nie udawaj Greka. Puściła mi nawet piosenkę Czerwonych Gitar!
Zaskoczyła pana?
— Trochę. Teraz już do tego podchodzę z przymrużeniem oka, ale i nikt mi już tak nie mówi. Jestem prawdziwym Grekiem, więc po co mam udawać? Już się nie wkurzam.
A w czym jeszcze Polacy pana wkurzają?
— Gdy jestem w kuchni i muszę mieć gotowy bufet na 150 osób za pół godziny, słyszę od Polaków: damy radę, szefie. Denerwuję się, bo przecież czas nagli, a Polacy na luzie mi mówią: spokojnie, nie ma problemu... Ale wiem, że problemu nie ma. Jedzenie jest na czas. Ale ten luz... Oj, oj.
Co zachwyciło pana w polskiej kuchni?
— Uwielbiam kuchnię myśliwską. Dobrze przyrządzone dziki i sarenki są dla mnie prawdziwą polską tradycją. Trzeba jej pilnować, aby nie zanikła. Mówicie, że dziczyzna jest droga, ale jest też pyszna. Na inne rzeczy tracicie pieniądze: na samochody, komórki, markowe okulary przeciwsłoneczne. Na jedzeniu oszczędzacie, bo go nie widać.
Czyli pokaż się, a zastaw się?
— Lubicie się pokazywać, a przecież jedzenie idzie do brzucha. Też wartościuje nasz styl życia. Ale muszę przyznać, że kultura w Polsce jest bardzo wysoka. Zachwyca mnie to, że panowie bardzo dbają o przepuszczanie pań w drzwiach. To drobiazg, ale bardzo istotny. W Grecji już tego nie ma. Cenię też to, że żaden Polak nie powiedział mi nigdy złego słowa. Jesteście otwarci na inne narody. Mam porównanie — przez dziesięć lat mieszkałem w Niemczech i widzę kolosalną różnicę. Z Polakiem można śmiało pogadać, pośmiać się...
I wódki się napić.
— To podstawa w Polsce! Jednak sposób picia wódki nie przypadł mi do gustu. Nie wchodzi mi tak dobrze jak wam. Wódkę pije się na raz — hop w gardło. Ja tak nie potrafię. Grecy piją alkohol, ale alkohol nie pije nas. Nie trzeba się upijać, można się delektować. Tak jak podziwia się grecką kulturę. Polacy są nią zachwyceni i to mi się bardzo podoba. Jestem dumny z Grecji! Pieniądze raz są, raz ich nie ma, a kultura to największy skarb, który jest zawsze.
A lubi pan rybkę po grecku?
— Szykowałem się na pierwsze spotkanie do teściowej. Zaprosiła mnie na obiad, a żona — która jest Polką — przestrzegła ją: mamo, on jest Grekiem i jest szefem kuchni. Teściowa postanowiła więc stanąć na wysokości zadania i przyrządziła rybę po grecku. Posmakowałem, skrzywiłem się... Teściowa w szoku: nie smakuje ci ryba po grecku? Smakowała, ale to danie jadłem pierwszy raz. To wymysł Polaków, Grecy nie mają pojęcia, że taka potrawa w ogóle istnieje. Ale taki wasz naród, że kombinuje...
Bo Polacy lubią jeść, po prostu.
— I lubią też grecką kuchnię. Ale przede wszystkim lubią grecki naród, a Grecy lubią Polaków. Dlaczego? Jak pracujecie w Grecji, jesteście pracownikami numer jeden i świetnymi fachowcami. Podróżujecie też do nas z przyjemnością, więc to też nam się podoba. A jak już podróżujecie, zachwycacie się naszą kuchnią. Potraficie też świetnie się bawić i tańczyć.
Taniec łączy ludzi. W Olsztynie będzie pan gościem podczas „Greckiego wesela”. Co wyróżnia greckie wesele?
— Tradycji mamy bardzo wiele i każdy region ma swoje. Ale czy w Polsce jest inaczej? Górale weselą się po swojemu, nad morzem też mają swoje zwyczaje. Na Krecie na przykład faceci strzelają z pistoletów. Pamiętam, jak robiłem program kulinarny z polskimi kamerzystami właśnie w tamtym rejonie. Grecy zaczęli strzelać, a przestraszeni Polacy wzięli kamery pod pachy i chcieli uciekać: pozabijają nas! Na szczęście zostali. I przeżyli.
A co oznacza tłuczenie talerzy?
— Radość oznacza. Człowiek cały dzień pracuje, jest zamknięty w biurze i chce się odstresować. Idzie do tawerny, żeby zjeść i wypić, a tam na żywo gra kapela. Zamawia się wtedy ulubioną piosenkę i tańczy się samemu na środku sali. Nikt nie może towarzyszyć! Ludzie mogą jedynie skakać wokół. Potem bije się talerze, aby pozbyć się emocji. To eksplozja!
W Polsce też mamy talerzową eksplozję — podczas kłótni małżeńskich...
— A nie lepiej razem z żoną tłuc talerze, żeby wyzbyć się negatywnych emocji? Nerwy puszczą i będzie się żyć długo i szczęśliwie. Po co rzucać talerzami i brzydkimi słowami na k... i ch...? Grecy mają temperament, ale mają też sposób, aby się rozładować.
wtorek, 21 września 2010
Hermaszewski: Kawa z własnego potu
— Lot w kosmos był jak wygrana w totka — przyrównuje Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny Polak, który odbył lot w kosmos.
Nam dane tylko patrzenie w gwiazdy, gdy bezchmurne niebo... A Mirosław Hermaszewski mógł te gwiazdy prawie dotknąć. Jako jedyny Polak odbył podróż w kosmos. Było to lata temu, ale w jego oczach ta niewyobrażalna przez nas rzeczywistość jest wciąż piękna. Bo nie odbiła mu ani woda sodowa, ani palma, a stał się przecież bohaterem narodowym zanim wybrano Polaka papieżem.
Kręciło się panu w głowie w kosmosie?
— Czy kręciło? Ja tam przeżywałem pewien rodzaj choroby morskiej. W stanie nieważkości błędnik nie rozumie, w jakiej sytuacji się znajduje. Przez pierwsze dni musiałem przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Wykonywałem powolne ruchy głową, żeby właśnie tego kręcenia czuć jak najmniej. Kiedy już się przyzwyczaiłem, było mi absolutnie fajnie.
Wszystkie grubasy czułyby się świetnie w kosmosie!
— Gdyby tak było, grubasy latałyby w kosmos! (śmiech) Ale rzeczywiście, w kosmosie nie odczuwa się ciężkości ciała. Pewną namiastką tego jest pływanie w wodzie o dużym zasoleniu, kiedy wypór jest duży i nie czuje się tej naszej codziennej wagi.
Woda w kosmosie jest na wagę złota. Odzyskiwał ją pan... z własnego potu.
— Nie tylko z potu, a nawet z wydychanego powietrza! Specjalne wentylatory przepuszczały powietrze przez system rurek chłodzących, na których osadzała się para wodna. To tak jakby chuchnąć na lustro... Woda ta spływała przez mikrootwory, potem była transportowana przez miniaturowe pompy do specjalnego zbiornika, gdzie była destylowana, czyli oczyszczana. A potem była wzbogacana solami mineralnymi i taką wodę piłem, przyrządzałem z niej herbatę i kawę.
A przy kawie najlepiej się czyta. Zabrał pan ze sobą pierwsze strony ulubionych książek...
— Podczas lotu nie było czasu na czytanie! A książki, jakie wziąłem, były pewną symboliką. Leciałem w określonym celu naukowym, ale wiedziałem, że będzie mi miło mieć te książki przy sobie. Nie były to może moje ulubione lektury, ale takie, które miałem w domu w zasięgu ręki. To było coś Josepha Conrada, „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i „Ziemia, planetę ludzi” Antoina de Saint-Exupérego, którego bardzo cenię. Ten tytuł był akurat bardzo na temat. Obserwując ziemię z rakiety, widzi się w każdej sekundzie inne widoki. Ale oprócz tego piękna, człowiek zaczyna zastanawiać się nad sobą, zaczyna filozofować. Widziałem Ziemię, nicość, gwiazdy i wtedy zadawałem sobie pytania: kim jest człowiek?
Wzruszył się pan wtedy?
— Człowiek jest małym pyłkiem we wszechświecie. Ale pyłkiem myślącym, który musi zmierzyć się ze skałą i ją pokonać. A czy się wzruszyłem? Były takie momenty. Zwłaszcza fakt, że tam jestem i że wszyscy na dole o tym wiedzą... Miałem też niezwykle wzruszającą rozmowę z mamą, która próbowała mi powiedzieć, że jestem bohaterem. A ja ją skontrowałem, bo uważam, że to ona jest bohaterką. Potrafiła z nicości utrzymać nas przy życiu, wychować i pięknie kochać. Moja mama to kobieta, która była zapracowana przez całe życie. Poświęciła się dzieciom, ale nigdy nie powiedziała, że jest zmęczona. Zawsze znalazła czas, aby pogłaskać po główce, przytulić... Ale gdy trzeba było, potrafiła też zdzielić ściereczką po tyłku.
Życie może być jak kosmos?
— To przeciwność wielkiego kalibru. Tu, na dole, też trzeba zetknąć się z niewiadomymi i jak najwięcej zapamiętać na przyszłość. Pojemność naszego umysłu jest jak komputer — wiele rzeczy postrzegamy, ale wiele też zapominamy. Jednak, o dziwo, każdy dzień mojej wyprawy w kosmos pamiętam doskonale. Swoją podróż mogę podzielić na godziny, na minuty, a nawet na sekundy. Tak głęboko kosmos został w mojej pamięci... Ten film cały czas w głowie jest zarejestrowany i oglądam go w pamięci, kiedy tylko mogę. Śni mi się nawet...
Tęskni pan za podróżą?
— Skoro mi się śni, więc tęsknię. Wszystko z tej podróży było interesujące i bardzo niezwykłe. Nie można cieszyć się widokiem Ziemi, kiedy nie przeżyje się startu. Nie można o tym opowiadać, jeśli szczęśliwie się nie wróci. Wszystko skleja się w jedną całość, w jeden wielki łańcuch zdarzeń. Ogniw jest tak wiele, że gdyby jedno puściło, cały łańcuch się rozwala. Nie ma nic. Kiedy jadę samochodem i coś mi się popsuje, mogę zjechać na pobocze, wyjść i przyjrzeć się silnikowi. Mogę złapać stopa albo po prosu się przejść. W kosmosie na taki spacer nie mógłbym sobie pozwolić. To absolutnie inny wymiar — w sposobie myślenia, postępowania, odczuwania. Nawet w sposobie czucia się bezpiecznym.
Leciał pan 8 km na sekundę — jak kula wylatująca z pistoletu. Jak odczuwa się taką prędkość?
— To 28 tysięcy km/h... Odczucie prędkości jest zawsze nierzeczywiste. Kiedy lecimy samolotem rejsowym z prędkością niemalże 1000 km/h, też tego nie odczuwamy. Ale już przy starcie odczuwa się tę prędkość. Wciska mocno w fotel. W rakiecie to zdecydowanie lepiej się odczuwa — to taka jazda z adrenaliną.
A potem piękne widoki.
— Przyznam, że sam nie wierzyłem w to, co widziałem. To było tak fantastyczne, że mogłem tylko złapać się za głowę. Bo czułem, że to nierealne — zupełnie tak, jak wygrana w totka 28 milionów złotych. Chociaż to jest bardziej możliwe niż lot w kosmos, bo co i raz ktoś trafia szóstkę. Oczywiście lot w kosmos to nie hazard. Żeby polecieć musiałem długo się przygotowywać i mieć pewne predyspozycje. Teraz, kawał czasu po powrocie, z przyjemnością o swoich przeżyciach opowiadam.
Zmienił się pan „po kosmosie”?
— Nie mogę uogólniać. Może jestem bardziej dokładny... Myślę, że chyba jednak życie jest bardziej ciekawsze od kosmosu. Ono nie szczędzi różnych niespodzianek. Nauczyłem się wybierać i cenić pozytywy. Bo niedobrych rzeczy staram się nie rozpamiętywać. Życie jest naprawdę piękne... A jeszcze wzbogacone o doświadczenia kosmosu...
Nam dane tylko patrzenie w gwiazdy, gdy bezchmurne niebo... A Mirosław Hermaszewski mógł te gwiazdy prawie dotknąć. Jako jedyny Polak odbył podróż w kosmos. Było to lata temu, ale w jego oczach ta niewyobrażalna przez nas rzeczywistość jest wciąż piękna. Bo nie odbiła mu ani woda sodowa, ani palma, a stał się przecież bohaterem narodowym zanim wybrano Polaka papieżem.
Kręciło się panu w głowie w kosmosie?
— Czy kręciło? Ja tam przeżywałem pewien rodzaj choroby morskiej. W stanie nieważkości błędnik nie rozumie, w jakiej sytuacji się znajduje. Przez pierwsze dni musiałem przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Wykonywałem powolne ruchy głową, żeby właśnie tego kręcenia czuć jak najmniej. Kiedy już się przyzwyczaiłem, było mi absolutnie fajnie.
Wszystkie grubasy czułyby się świetnie w kosmosie!
— Gdyby tak było, grubasy latałyby w kosmos! (śmiech) Ale rzeczywiście, w kosmosie nie odczuwa się ciężkości ciała. Pewną namiastką tego jest pływanie w wodzie o dużym zasoleniu, kiedy wypór jest duży i nie czuje się tej naszej codziennej wagi.
Woda w kosmosie jest na wagę złota. Odzyskiwał ją pan... z własnego potu.
— Nie tylko z potu, a nawet z wydychanego powietrza! Specjalne wentylatory przepuszczały powietrze przez system rurek chłodzących, na których osadzała się para wodna. To tak jakby chuchnąć na lustro... Woda ta spływała przez mikrootwory, potem była transportowana przez miniaturowe pompy do specjalnego zbiornika, gdzie była destylowana, czyli oczyszczana. A potem była wzbogacana solami mineralnymi i taką wodę piłem, przyrządzałem z niej herbatę i kawę.
A przy kawie najlepiej się czyta. Zabrał pan ze sobą pierwsze strony ulubionych książek...
— Podczas lotu nie było czasu na czytanie! A książki, jakie wziąłem, były pewną symboliką. Leciałem w określonym celu naukowym, ale wiedziałem, że będzie mi miło mieć te książki przy sobie. Nie były to może moje ulubione lektury, ale takie, które miałem w domu w zasięgu ręki. To było coś Josepha Conrada, „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i „Ziemia, planetę ludzi” Antoina de Saint-Exupérego, którego bardzo cenię. Ten tytuł był akurat bardzo na temat. Obserwując ziemię z rakiety, widzi się w każdej sekundzie inne widoki. Ale oprócz tego piękna, człowiek zaczyna zastanawiać się nad sobą, zaczyna filozofować. Widziałem Ziemię, nicość, gwiazdy i wtedy zadawałem sobie pytania: kim jest człowiek?
Wzruszył się pan wtedy?
— Człowiek jest małym pyłkiem we wszechświecie. Ale pyłkiem myślącym, który musi zmierzyć się ze skałą i ją pokonać. A czy się wzruszyłem? Były takie momenty. Zwłaszcza fakt, że tam jestem i że wszyscy na dole o tym wiedzą... Miałem też niezwykle wzruszającą rozmowę z mamą, która próbowała mi powiedzieć, że jestem bohaterem. A ja ją skontrowałem, bo uważam, że to ona jest bohaterką. Potrafiła z nicości utrzymać nas przy życiu, wychować i pięknie kochać. Moja mama to kobieta, która była zapracowana przez całe życie. Poświęciła się dzieciom, ale nigdy nie powiedziała, że jest zmęczona. Zawsze znalazła czas, aby pogłaskać po główce, przytulić... Ale gdy trzeba było, potrafiła też zdzielić ściereczką po tyłku.
Życie może być jak kosmos?
— To przeciwność wielkiego kalibru. Tu, na dole, też trzeba zetknąć się z niewiadomymi i jak najwięcej zapamiętać na przyszłość. Pojemność naszego umysłu jest jak komputer — wiele rzeczy postrzegamy, ale wiele też zapominamy. Jednak, o dziwo, każdy dzień mojej wyprawy w kosmos pamiętam doskonale. Swoją podróż mogę podzielić na godziny, na minuty, a nawet na sekundy. Tak głęboko kosmos został w mojej pamięci... Ten film cały czas w głowie jest zarejestrowany i oglądam go w pamięci, kiedy tylko mogę. Śni mi się nawet...
Tęskni pan za podróżą?
— Skoro mi się śni, więc tęsknię. Wszystko z tej podróży było interesujące i bardzo niezwykłe. Nie można cieszyć się widokiem Ziemi, kiedy nie przeżyje się startu. Nie można o tym opowiadać, jeśli szczęśliwie się nie wróci. Wszystko skleja się w jedną całość, w jeden wielki łańcuch zdarzeń. Ogniw jest tak wiele, że gdyby jedno puściło, cały łańcuch się rozwala. Nie ma nic. Kiedy jadę samochodem i coś mi się popsuje, mogę zjechać na pobocze, wyjść i przyjrzeć się silnikowi. Mogę złapać stopa albo po prosu się przejść. W kosmosie na taki spacer nie mógłbym sobie pozwolić. To absolutnie inny wymiar — w sposobie myślenia, postępowania, odczuwania. Nawet w sposobie czucia się bezpiecznym.
Leciał pan 8 km na sekundę — jak kula wylatująca z pistoletu. Jak odczuwa się taką prędkość?
— To 28 tysięcy km/h... Odczucie prędkości jest zawsze nierzeczywiste. Kiedy lecimy samolotem rejsowym z prędkością niemalże 1000 km/h, też tego nie odczuwamy. Ale już przy starcie odczuwa się tę prędkość. Wciska mocno w fotel. W rakiecie to zdecydowanie lepiej się odczuwa — to taka jazda z adrenaliną.
A potem piękne widoki.
— Przyznam, że sam nie wierzyłem w to, co widziałem. To było tak fantastyczne, że mogłem tylko złapać się za głowę. Bo czułem, że to nierealne — zupełnie tak, jak wygrana w totka 28 milionów złotych. Chociaż to jest bardziej możliwe niż lot w kosmos, bo co i raz ktoś trafia szóstkę. Oczywiście lot w kosmos to nie hazard. Żeby polecieć musiałem długo się przygotowywać i mieć pewne predyspozycje. Teraz, kawał czasu po powrocie, z przyjemnością o swoich przeżyciach opowiadam.
Zmienił się pan „po kosmosie”?
— Nie mogę uogólniać. Może jestem bardziej dokładny... Myślę, że chyba jednak życie jest bardziej ciekawsze od kosmosu. Ono nie szczędzi różnych niespodzianek. Nauczyłem się wybierać i cenić pozytywy. Bo niedobrych rzeczy staram się nie rozpamiętywać. Życie jest naprawdę piękne... A jeszcze wzbogacone o doświadczenia kosmosu...
czwartek, 16 września 2010
Vive la France: Nicea
Nice is nice — to przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Nicei. I jeszcze turkusowe morze, zlane słońcem wzgórza i świetlista noc. Bez wiatru, bez problemu, bez kontekstów. I bez Sławomira Mrożka.
Najlepiej spało mi się w Nicei. Wszechobecne wzgórza tworzą tu mikroklimat — bezwietrzny i w sam raz na sen. A co mi się śniło? Chyba to, że mogłabym oddychać Niceą bez końca. Nie dziwię się więc, że tu właśnie wyemigrował Sławomir Mrożek. Nigdzie jednak pana Sławka nie spotkałam. Nie spacerował, nie kupował bagietek, nie chodził nawet z psem — o ile takiego ma. Chętnie bym to sprawdziła, chętnie bym pana, panie Sławku, odwiedziła — wpadła na herbatę, zamieszała łyżeczką herbatę, namieszała trochę w pana życiu i zatańczyła tango bez podtekstów. Ale nie znam pańskiego adresu!
Nicea od zawsze jest idealnym miejscem dla myślicieli i artystów. Tu tworzyli Friedrich Nietzsche, Aleksander Dumas, Lew Tołstoj i Antoni Czechow. Ten podobno w tej części Francji ukończył „Trzy siostry”.
Ale nie samą sztuką człowiek żyje. Na poniższym obrazku nie znajduje się nicejski przysmak pisaladiere — cienki placek z duszoną cebulką, oliwkami i anchois. Nie jest to też sałatka nicejska, ale... smakuje prawie jak ona. I proszę mi nie mówić, że "prawie" robi wielką różnicę!
Po pseudoazjatyckim posiłku czas na spacer. Po zupce trochę suszy, więc najlepiej chodzi się nad wodą. Port jachtowy zachwyca mnie geometryczną precyzją.
I tym, że cumuje tu statek ochrzczony moim imieniem. "Mój ci on!"
W Polsce różowe elewacje mnie rażą, a we Francji cieszą oko. Ot, paradoks. Na Côte d'Azur nie muszę zakładać różowych okularów. Bo i po co?
Lubię francuskie rogaliki. Lubię też francuskie piosenki. Ale kręcą mnie najbardziej stare samochody. Francuskie, niemieckie, te z duszą. Są jak wino?
Mniej kręcą mnie skutery, ale lubię czuć wiatr we włosach. Niestety jazda w kasku obowiązkowa.
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Cannes
Najlepiej spało mi się w Nicei. Wszechobecne wzgórza tworzą tu mikroklimat — bezwietrzny i w sam raz na sen. A co mi się śniło? Chyba to, że mogłabym oddychać Niceą bez końca. Nie dziwię się więc, że tu właśnie wyemigrował Sławomir Mrożek. Nigdzie jednak pana Sławka nie spotkałam. Nie spacerował, nie kupował bagietek, nie chodził nawet z psem — o ile takiego ma. Chętnie bym to sprawdziła, chętnie bym pana, panie Sławku, odwiedziła — wpadła na herbatę, zamieszała łyżeczką herbatę, namieszała trochę w pana życiu i zatańczyła tango bez podtekstów. Ale nie znam pańskiego adresu!
Nicea od zawsze jest idealnym miejscem dla myślicieli i artystów. Tu tworzyli Friedrich Nietzsche, Aleksander Dumas, Lew Tołstoj i Antoni Czechow. Ten podobno w tej części Francji ukończył „Trzy siostry”.
Ale nie samą sztuką człowiek żyje. Na poniższym obrazku nie znajduje się nicejski przysmak pisaladiere — cienki placek z duszoną cebulką, oliwkami i anchois. Nie jest to też sałatka nicejska, ale... smakuje prawie jak ona. I proszę mi nie mówić, że "prawie" robi wielką różnicę!
Po pseudoazjatyckim posiłku czas na spacer. Po zupce trochę suszy, więc najlepiej chodzi się nad wodą. Port jachtowy zachwyca mnie geometryczną precyzją.
I tym, że cumuje tu statek ochrzczony moim imieniem. "Mój ci on!"
W Polsce różowe elewacje mnie rażą, a we Francji cieszą oko. Ot, paradoks. Na Côte d'Azur nie muszę zakładać różowych okularów. Bo i po co?
Lubię francuskie rogaliki. Lubię też francuskie piosenki. Ale kręcą mnie najbardziej stare samochody. Francuskie, niemieckie, te z duszą. Są jak wino?
Mniej kręcą mnie skutery, ale lubię czuć wiatr we włosach. Niestety jazda w kasku obowiązkowa.
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Cannes
Subskrybuj:
Posty (Atom)



