Kolor czerwony w całej Europie służy do znakowania ścieżek rowerowych. Olsztyn idzie w zaparte i stawia na pomieszanie z poplątaniem. Miesza kolory i miesza w głowach.
Rower ma to coś. Wiem to ja i wiedział już to Ludwik Sempoliński. – Ten pęd, ten pęd upaja mnie – śpiewał mknąc na bicyklu z prędkością 20 km na godzinę. Przyprawiał damy o zawrót głowy. Olsztyn też przyprawia o zawrót głowy, ale rowerzystów.
Kładzie raz czerwone ścieżki rowerowe, a raz szare. Trafne! Konsekwentne! Niezłomnie! Wytrwale! I jakże logiczne!
Zdjęcie zrobione na ul. Sielskiej:
Zdjęcie zrobione na ul. Obrońców Tobruku:
Takich mieszanych miejsc w Olsztynie jest znacznie więcej.
Prawo w Polsce nie stawia wymogu budowania czerwonych i tylko czerwonych ścieżek rowerowych. Jednak Europa wybrała – czerwony świetnie pasuje do dwóch kółek. To kolor „aktywny”, więc dla rowerzystów idealny.
Dziwię się też, że miasta – nie tylko Olsztyn – budują ścieżki z kostki brukowej. Ta ma wielką wadę – wielu pieszych (drogi rowerowe zwykle sąsiadują z chodnikami) traktuje ją nieumyślnie jak chodnik. Nie lepiej byłoby zamiast kostki położyć asfalt?
Po pierwsze – zmniejszyłoby się ryzyko kolizji rowerzystów z pieszymi. Czarny asfalt jednoznacznie kojarzy się z drogą dla pojazdów, a nie chodnikiem.
Po drugie – po asfalcie wygodniej się jedzie.
Po trzecie – z kolorem nikt nie miałby problemu.
Ale o upodobania i kolory nie należy się spierać. Bo jeszcze ratusz odpowie: nie ma ścieżek – źle. Są ścieżki – źle. Więc o co chodzi? Czepiam się? Konsekwentnie!
— Śląsk to nie tylko kopalnie i zanieczyszczone powietrze. Śląsk to dużo fantastycznych terenów — przyznaje Artur Rojek, wokalista Myslovitz. — Ale na Warmii i Mazurach mógłbym mieć domek letniskowy!
Cenię tego faceta. Cenię Artura Rojka. Szkoda tylko, że w rozmowach z dziennikarzami jest szalenie oficjalny. Taki styl?
O czym rozmyślasz przy śniadaniu? — O różnych rzeczach — zależy od tego, co spotka mnie dnia poprzedniego i co czeka tego dnia. To szeroki temat i bardzo abstrakcyjny, więc nie mogę wskazać konkretnego tematu. Ale myślę na przykład o tym, czy wypić kawę, czy herbatę.
A wolisz kawę czy herbatę? — Jedno i drugie lubię. A rano? W zasadzie wolę kawę.
Śląsk to twój powód do dumy... — Tak, jestem dumny z tego, że urodziłem się w Mysłowicach i urodziłem się na Śląsku. Ten rejon bardzo mi odpowiada pod wieloma względami. Wydaje mi się, że ma ogromny potencjał w „ludzkiej zawartości”. Mówię o ludziach, którzy wyrastają z trwałych, mocno związanych tradycją z rodziną. Ale też na Śląsku żyje wiele osób, które stanowią odbiorcę dla kultury i sztuki. To też miejsce bardzo wdzięczne dla jakiejkolwiek aktywności. To nie tylko — jak to się utarło w społeczeństwie polskim — kopalnie i zanieczyszczone powietrze. Śląsk to dużo fantastycznych terenów. Naprawdę dostrzegam tutaj wiele rzeczy, które mnie w jakiś sposób poruszają. Nawet to, że mój krajobraz to kopalnia i szyby. To też stanowi dla mnie inspirację! Dzisiaj nie umarła do końca gwara śląska i w wielu miejscach ją się kultywuje. To mi bardzo imponuje. Ale przyznam, że był taki moment w moim życiu, że chciałem oderwać się od Śląska.
Czyżby młodzieńczy bunt? — Tak, to moment w życiu młodego człowieka, który nagle znajduje się w zupełnie innym świecie. W wielu sytuacjach tak bywa, że człowiek na początku zachłystuje się innym powietrzem, innym miejscem, innymi ludźmi. Ale potem się okazuje, że wszędzie panują te same problemy, a ludzie mają podobne charaktery. W pewnym momencie zaczyna się tęsknić za swoim miejscem, w którym się wyrosło. Brakuje też rzeczy, które stanowią wspomnienia i które są wiążące, sentymentalne i melancholijne. Śląsk jest właśnie dla mnie takim miejscem. Tutaj się urodziłem i tutaj mieszkam.
A jak wyglądają Warmia i Mazury z perspektywy Ślązaka? — Ach, to miejsce, gdzie mógłbym mieć domek letniskowy! Czyli na co dzień kopalnie, a urlop nad jeziorem? — Tak, na co dzień Śląsk. Wiesz, tu mam swoje korzenie. Tutaj mam rodzinę, tutaj też koncentruje się moja praca. Chociaż mam takie zajęcie, że mógłbym je wykonywać z każdego miejsca na ziemi. Tak, ze Śląskiem czuje się związany rodzinnie i wspomnieniowo.
I bez Śląska nie byłoby Myslovitz. Chodzi o nazwę chociażby. — Tak, ale nie mówię też, że jestem ze Śląskiem aż tak silnie związany, że świat by mi się zawalił, gdybym musiał stąd wyjechać. Nie, to nie jest tak, że ja się uczepiłem tego miejsca i bez względu jaka będzie moja realna rzeczywistość, będę tu żył. Jeśli byłaby taka potrzeba — wyjechałbym. Nie dziwię się więc ludziom, którzy stąd uciekają, szukają swojego miejsca. Ale jeżeli mogę tu być, tu pracować i realizować się — a miejsc do realizacji jest wiele — chcę tu mieszkać. A z perspektywy Ślązaka jak wyglądają Warmia i Mazury? Pięknie wyglądają.
Pięknie, że pięknie! — Uwielbiam miejsca, gdzie jest pełno lasów i jezior. I jeżeli trafia nam koncert u was, to ja się z tego bardzo cieszę. Warmia i Mazury to miejsce, w którym wypoczywam. To też miejsce, w którym dobrze się czuję i gdzie spotykam wspaniałych ludzi.
Nasze tereny to też dużo wody, a ty w dzieciństwie pływałeś. Byłeś nawet mistrzem Polski juniorów młodszych. Były sukcesy i raptem powiedziałeś dość? — Miałem wtedy dwanaście lat i nie miałem pojęcia, czym będę się zajmował w życiu. Tym bardziej nie myślałem, że będę się zajmował muzyką. Zespół założyłem, kiedy studiowałem. Długo nie mogłem się zdecydować, co powinienem robić, czy grać w zespole, czy pracować jako trener na basenie. Dopiero po płycie „Miłość w czasach popkultury” zdecydowałem, że poświęcam się muzyce, bo wtedy z muzyki mogłem zacząć żyć.
Pływanie — co cię rajcowało w nim najbardziej? — To wynika z mojej natury. Jako dziecko najczęściej bawiłem się w wodzie. Pływanie było tego konsekwencja. Poza tym to indywidualny sport, jak samotne bieganie. Ja wolę indywidualne sporty — chociaż jestem w zespole. Czy łatwo było kiedyś tworzyć na Śląsku — w krainie górników i ciężkiej pracy? Bo teraz są możliwości — jak mówisz. A kiedyś? — Myślę że zawsze są możliwości. I wtedy, i dzisiaj. Wszystko zależy od szczęścia, talentu i włożonej pracy.
Promujesz muzykę offową, a twój Off Festival w błyskawicznym tempie stał się jedną z najważniejszych imprez w Polsce. Czy nie dowodzi to, że ludzie uciekają od komercyjnej sieczki? — Tak, festiwal rzeczywiście z roku na rok coraz bardziej się rozwija. Idealnie byłoby, gdyby to wydarzenie miało nie tylko społeczno-medialny aspekt, ale też żeby wpływało na samych artystów poruszających się w tym obszarze. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że polski rynek rozwija się w sposób normalny dopiero od czasów upadku komunizmu. Myślę, że jeszcze trochę będziemy musieli poczekać. Cały czas odstajemy poziomem od krajów zachodnich, w których rynek offowy rozwija się od wielu, wielu lat. Ale jesteśmy na dobrej drodze. W tej kwestii jestem idealistą. Wierzę, że dobre czasy dla zdolnych i zaangażowanych artystów są przed nami. Mój festiwal jest też właśnie po to — by pokazać, że istnieje ogromna rzesza ludzi zainteresowanych czymś innym — nie tym, do czego na co dzień próbują nas przyzwyczaić media.
Ale niektóre media bardzo promują zespoły offowe. Zespół Pustki na przykład święci triumfy w Trójce i jest puszczany w towarzystwie komercyjnych kawałków. — I to jest misja mediów publicznych! Cieszę bardzo, że Trójka wypełnia tę misję w stu procentach. Większość rozgłośni powinna brać z niej przykład. Niestety inaczej jest z telewizją. A czym w ogóle dzisiaj jest muzyka offowa? — Dla mnie off to alternatywa dla tak zwanego mainstreamu. To coś, co idzie pod prąd. To też coś, co nie chce się wpisywać w ogólnie przyjęte trendy. Coś, co chce być antytezą do tego. Ja to tak rozumiem.
Warmia poległa z kretesem, bo wedle internautów Olsztyn leży na Mazurach. Wielu z nich zna też olsztyński ratusz. Kto wie, czy nie jest to najbardziej znany ratusz w Polsce? Ale mazurski, a nie warmiński.
O Warmio moja miła, gdzieś ty się schowała? Bawisz się w chowanego? Ale nikt cię nie szuka! Ani z Krakowa, ani z Warszawy, ani nawet z Wrocławia. Wszyscy jak jeden mąż jadą na Mazury – mimo iż stacjonują w Olsztynie albo w okolicach. Jeziora – a Olsztyn ma ich w swoich granicach aż 11 – kojarzą się jednoznacznie. To Mazury są i basta! Czyja to wina? Urzędników?
O skojarzenia, jakie wywołują największe polskie miasta, spytała internautów firma IMAS International. Gazeta Wyborcza odkrywa karty: Warmię widzę malutką albo wcale jej nie widzę.
Plemię Warmów srogo by się odegrało na Polanach za tę zniewagę, a kto wie, może i papież Innocenty IV przewróciłby się w trumnie w watykańskich kryptach, gdyby dowiedział się, że Polacy pogrzebali diecezję warmińską, którą powołał do życia w 1234 roku. Miejsce Warmii bezkrwawo zajęły Mazury.
Warmia swoją wielkością nie grzeszy – leży między Mazurami Wschodnimi a Zachodnimi. Historycznie obie krainy dzieliła religia – Warmia była katolicka i dlatego nazywano ją „świętą Warmią”, a Mazury – protestanckie. Dziś znakiem po odrębnych religiach obu krain są przydrożne kapliczki i drewniane krzyże.
Mazury jawią się turystom jako tereny zalane jeziorami. Warmiacy natomiast patrzą w niebo – niczym Mikołaj Kopernik, który… prawie był Warmiakiem. To nad warmińskimi głowami latają bociany. W Żywkowie przy granicy z Rosją, zwanym bocianią wsią, na osiem gospodarstw przypada ponad 40 bocianich gniazd, a w jednym obejściu jest ich aż 12! Najgęściej jest w sierpniu – boćki zbierają się na sejmiki przez odlotem na południe.
Żywkowo to malutka wioska, w której mieszka około 25 osób. Całą mieścinkę można przejść w ciągu minuty – od końca do końca.
Bociany żądzą – we wsi stanęła wieża widokowa, umożliwiająca podglądanie życia w bocianim gnieździe. Trudno wyobrazić sobie ciekawszą lekcję przyrody. Białe skrzydła furkocą nie tylko nad Żywkowem. Szczurkowo, Toprzyny oraz prawie dwadzieścia innych położonych przy rosyjskiej granicy wiosek to prawdziwe bocianie zagłębie. Dlatego powstał Warmińsko-Mazurski Szlak Bociani. Kto o tym słyszał?
Ale za to triumfy święci ratusz usytuowany w sercu stolicy Warmii i Mazur.
Ci, co go znają, wcale nie myślą o nim jako o zabytku. Mam na to dowód. Aż 7 proc. badanych zna Olsztyn dzięki seksaferze z udziałem byłego już prezydenta miasta. Seksskandal z ratuszową wieżą mają wiele wspólnego, stąd zapewne takie skojarzenia internautów. (…) Ale cieszyć się powinniśmy z jednego: jesteśmy rozpoznawalni. Czterech na pięciu Polaków kojarzy Olsztyn. Tylko co piąty nic nie wie o naszym mieście. To niezły wynik, biorąc pod uwagę, że mniej rozpoznawalne są Bydgoszcz czy Rzeszów. (Internauci pytają: Warmia? A gdzie to jest?)
Z Edwardem Cyfusem rozmawia Wojciech Grejciun, dziennikarz Gazety Wyborczej:
Z czym pana zdaniem Polakom kojarzy się Olsztyn? – Myślę, że w czołówce jest Mikołaj Kopernik, który ma coraz większą promocję.
Myli się pan. Przegrał nawet z juwenaliami. – To straszne, a z czym się kojarzymy?
Przede wszystkim z Mazurami. – Chyba tego nie wytrzymam. Przypomina mi się sytuacja, kiedy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkół. Polonistka przedstawiła mnie słowami: przed wami słynny warmiński gawędziarz z naszych pięknych Mazur.
Jak pan zareagował? – Nie powiem. Ale przypomnę, jak zareagowała publiczność w Olsztynie podczas koncertu Krzesimira Dębskiego kilka lat temu. Między utworami artysta dużo rozmawiał z olsztyńskimi widzami. Powiedział, że ma stąd dobre wspomnienia, że możemy być dumni z naszego pięknego Olsztyna na Mazurach. Publiczność zaczęła buczeć i głośno wyprowadzać go z błędu.
Różnice między Warmią i Mazurami zaczęły się rozmydlać po 1945 roku. – Mazur przez kilkadziesiąt lat PRL-u był określeniem człowieka z województwa olsztyńskiego, a Warmiak to był "krzyżak", jego gwara - co odczułem na własnej skórze - była kojarzona tylko z Niemcami. Na szczęście od kilku, kilkunastu lat wszystko się zmieniło. W naszym regionie z odróżnianiem krain jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że i ja swoją działalnością do tego się przyczyniam. Zawsze podkreślam swoją dumę z bycia Warmiakiem. Moja córka pytała kiedyś, czy także może mówić, że jest Warmianką. To powinno być oczywiste dla ludzi, którzy tutaj się urodzili.
Mój mąż z zawodu jest dyrektorem... A mój urzędnikiem w olsztyńskim ratuszu. Imprezy organizuje i cały czas haruje. Jak wół, proszę pani. Ostatnio tak zapieprzał, że aż kaskaderów przegonił! Ze stadionu, proszę pani!
No właśnie. Żona urzędnika ma świętą rację. Ratusz pracuje w pocie czoła. Te deszcze to pewnie leją się z czół urzędników. Dlatego nie mamy lata z prawdziwego zdarzenia. Dlatego wszystkie imprezy uciekają z Olsztyna. Ba — są wręcz stąd wyganiane!
W niedzielę w Olsztynie mieli wystąpić kaskaderzy. Wszystko było już prawie zapięte na ostatni guzik. Mieli dać czadu na stadionie przy ul. Piłsudskiego. Na trybunach miało zasiąść 800 osób, serca miały stanąć z wrażenia. A tu ZONK! Kaskaderzy odwołani. — Ratusz mówi, że ma aż szesnaście imprez — tłumaczy organizator. — I tyle jest w stanie ogarnąć. Nie może też zgodzić się na 800 widzów. Mówi mi, że muszę wynająć cały stadion, czyli wszystkie trybuny. Policja i straż pożarna nie miały zastrzeżeń. Okoniem stoi tylko ratusz!
Nie są w stanie ogarnąć wszystkich imprez? Ale jakich imprez? W weekend mamy tylko Olsztyńskie Noce Bluesowe! Jest wyjątkowy nieurodzaj.
— Ależ my się zgadzamy! — kwitują urzędnicy. — To policja nie zgadza się na kaskaderów! Organizator nie może sobie wynająć części stadionu. Albo cały, albo w ogóle. Organizator nie chciał całego z obawy przed imprezą masową. Chciał tego uniknąć. Zaproponowaliśmy mu więc stadion na Dajtkach, który mieści 800 osób, ale odmówił.
Pomieszanie z poplątaniem. Ale wyjście jest jedno — przez drzwi. Kaskaderzy wystąpią więc w Ostródzie. Olsztyn może obejść się tylko smakiem. I tak jest prawie z każdą imprezą. Wszystkie — niczym przewracające się domino — odchodzą ze stolicy Warmii i Mazur do innych miast.
Nie będzie Tour de Pologne. Nie będzie Memoriału im. Huberta Wagnera. Może jeszcze zabiorą nam Kortowiadę i Olsztyńskie Lato Artystyczne? Olsztyn staje się kulturalno-rozrywkową prowincją. Jak tak dalej pójdzie, słowa pewnego Krzysztofa się ziszczą… „i nie będzie niczego!” (Nie będzie niczego)
Straciliśmy też samochodowy Rajd Polski (rozgrywany jako Rajd Kormoran), który od 2007 r. całkowicie przeniósł się w okolice Mikołajek i tam ma swoją bazę. Trzeba przyznać, że Olsztyn w przypadku rajdu ma szczególnego pecha. Impreza, od zawsze uznawana za najbardziej niepowtarzalną, po "ucieczce" z Olsztyna stała się największą imprezą samochodową w kraju, a w tym roku będzie eliminacją mistrzostw świata. Na Mazury przyjadą najlepsi kierowcy z całego świata, a z nimi tysiące kibiców. Nie bez powodu Piotr Jakubowski, burmistrz Mikołajek mówił na konferencji prasowej: — A gdzie był Olsztyn, kiedy proponowano, by Rajd Polski odbywał się dalej w okolicy ich miasta? Mikołajki zrobiły wszystko, by tak prestiżowa impreza odbyła się u nas. I zapewniam, że teraz jej nie oddamy. (Zabierają nam wszystko)
Temat co i raz pojawia się w mediach. Ale zmian nie widać, a imprezy nikną w oczach.
Dwa kółka i w drogę? A droga nad Jezioro Kielarskie to rezerwat warmińskiej przyrody — wiejskie drogi z żółtym piaskiem, rozłożyste łąki i czyste powietrze. Żyć, nie umierać — i to zaledwie pół godziny pedałowania od Olsztyna.
Ścieżek rowerowych w Olsztynie nie przybywa. Nawet jeśli gdzieś się pojawiają, to i tak jesteśmy daleko w lesie. Zazdrościmy innym miastom? I tak, i nie. Bo inne miasta nie mają tak pięknych okolic. Dobrze więc, że "olsztyńskie udogodnienia" wyganiają nas do lasu i na wiejskie drogi. Tym sposobem poznajemy Warmię.
Jezioro Kielarskie leży pomiędzy wsiami Ruś i Bartążek — 8 km na południe od Olsztyna. Można jechać asfaltówką, by potem zboczyć w zieleń. Ale można pedałować cały czas w towarzystwie natury. Nie tylko dzikiej. Tu i ówdzie wpada się na zgraje amatorów dzikich plaż. W sezonie radzę uważać, bo od dzikusów-plażowiczów aż się roi. Droga ciągnąca się brzegami Jeziora Bartąg przypomina warszawską Marszałkowską. Serio!
Ale chwilę potem wpada się w otchłań malowniczej warmińskiej przyrody. Ma się wrażenie, że ludzka stopa nigdy tu nie stanęła. Cisza, polne kwiaty i niebo.
Od północnej strony jeziora rozciągają się pola i łąki. Brzegi wschodnie i południowe pokryte są lasem. Linia brzegowa urozmaicona jest niewielkimi zatokami, ale za to bardzo zarośnięta. Nieopodal wydzielony jest rezerwat przyrody – Las Warmiński.
Dla mieszczucha taki wypad to przewentylowanie dróg oddechowych i oczyszczenie zwojów mózgowych. Natura zlana słońcem ma to do siebie, że zwalnia z myślenia. Pracują tylko nogi — bo jednak pedałować trzeba — i oczy — bo jednak trzeba jechać drogą, a nie z niej zbaczać.
Kielary to kiler dąsów i pląsów. I pomyśleć, że tysiąc jest takich warmińskich cudów. Wystarczy tylko chcieć je zobaczyć.
Gdzie teraz radzicie mi jechać?
W internecie znalazłam inną proponowaną trasę na Kielary. Przez las.
To impreza wysokich lotów! Z Fotomotif Festival Olsztyn powinien być dumny. Dowody? Veni, vidi, vici. Na motolotni, na ziemi, na zabój zakochana w warmińskich terenach. Polecam!
Ma Olsztyn niepowtarzalne show. Pierwsza edycja Fotomotif Festival wzięła na tapetę „Powietrze”. A dokładniej? Powietrze interpretowane na wszystkie sposoby — jako mieszaninę gazów, przestrzeń życiową, oddech, wiatr, siłę wznoszenia, odpychania, zbliżenia i opadania. I w tę wyliczankę świetnie wpisało się lotnisko na Dajtkach. To całe spirytus movens zamieszania.
Fotomotif postawił sobie cel — wyciągnąć fotografie z galerii i sal wystawowych na otwartą przestrzeń miasta. Mało?
Zdjęcia wzbiły się również w chmury, opanowując przestrzeń ponad ziemią. Mało?
Lipcowy Fotomotif to wielkie show, które rozdmuchał Aeroklub Warmińsko-Mazurski. Impreza pełną gębą — przeloty balonami, loty szybowcami, samolotami, skoki spadochronowe w tandemie, pokazy modeli latających i pokazy akrobacji — Marka Szufy i grupy „Żelazny”. Mało?
I ja wystrzeliłam się w powietrze na motolotni. Poszerzyłam sobie pole widzenia i przestrzeń życiową na te kilkanaście minut lotu. Warmia piękna jest — stwierdzam. Jeziora boskie są — podkreślam. Zieleń soczysta jest — nie kryję.
Cudze chwalicie? A chwalcie! Z tego założenia wychodzi grupa Gogol Bordello. Niby amerykańska, bo z Nowego Jorku, a tak naprawdę… to wybuchowa mieszanka wielu kultur. Zajadam się ostatnio tym hamburgerem, oj zajadam. Ale i dzielę się kęsem.
Gogol Bordello to wieloetniczna grupa punkrockowa, na czele której pod koniec lat 90. ubiegłego wieku stanął emigrant ukraińskiego pochodzenia — niejaki Eugene Hutz. Pomimo mnogości krajów, z jakich wywodzą się przybyli do Nowego Jorku muzycy (m.in. Ukraina, Rosja, Izrael, Etiopia, Ekwador), trzon zespołu tworzą przedstawiciele wschodnioeuropejskiej diaspory, których głównym punktem muzycznych inspiracji stała się muzyka romska.
Nie bez znaczenia jest sama nazwa zespołu, która bez wątpienia stanowi jego dodatkową siłę. Nazywając grupę Gogol Bordello, Hutz postanowił wskrzesić pamięć Nikolaia Gogola — pisarza o, a jakże!, ukraińskich korzeniach. To, czego udało się dokonać Gogolowi w kwestii popularyzacji rosyjskiej literatury w Europie, Hutz analogicznie pragnie osiągnąć na polu muzycznym, przenosząc elementy wschodnioeuropejskiej kultury na zdominowaną przez lingua franca dzisiejszych czasów ogólnoświatową scenę. Drugi człon nazwy nie jest już może tak ambitny i wywołuje jak najbardziej słuszne skojarzenia. Kto wie? — być może symbolizuje on muzyczne rozchełstanie i wyżej wspomniany spontan, które towarzyszą występom “Bordellowców”. (Maciek Szabatowski o Gogol Bordello)
— Z alkoholem nie mam problemu i cechuje mnie duży spokój — przyznaje Janusz Panasewicz, frontman Lady Pank. — Mam pogodne oczy. Ale kiedyś rzucałem tortem!
Mniej niż zero? Ależ nie, nie powiem tak! Janusz Panasewicz swoje osiągnął. To polski Mick Jagger — podobna twarz, alkohol i metryka. Lider Lady Pank twierdzi, że na stare lata się ustatkował, ale ja myślę, że starych drzew się nie przesadza. Facet nie kameleon. Prawda czy fałsz?
Olecko... twoje rodzinne miasto. Tęsknisz? — O, za Oleckiem tęsknię zawsze i często przyjeżdżam. Tęsknota jest tak wielka, że nie mógłbym odpuścić sobie podróży w rodzinne strony. Zresztą nie tylko w Olecku bywam tak często. Na Mazurach bywam tu i ówdzie — to jest dla mnie zwyczajne i naturalne. To tutaj się urodziłem, tu chodziłem do szkoły, tu miałem pierwszych kumpli. Tutaj też cały czas mieszka moja mama. Olecko i Mazury to moje dzieciństwo. To nie tylko sentyment, bo do dziś mam tu dużo znajomych. Mówią: „Panasewicz to swój chłop”? — Może i tak mówią. Ja zresztą też tak ich traktuję. Znamy się od wielu lat, bardzo się lubimy, więc inaczej nie może być. W ogóle wszystko nałożyło się na to, kim jestem i co teraz robię. Był pierwszy zespół, pierwsze koncerty...
I pierwsza praca w oleckim domu kultury... — To nie była praca, ale współpraca, bo nie miałem wtedy etatu. Prowadziłem zespół i byłem strasznie młody. Ach, jakie to dawne czasy! Tamtejszy dom kultury jest więc dla mnie szczególny. Dzieckiem byłem, a już śpiewałem na tamtejszej scenie.
Potem śpiewałeś w zespole wojskowym Desant... — No tak, ale to nie ma niczego wspólnego z Mazurami!
Ale służyłeś w Węgorzewie. — Byłem, rzeczywiście, ale tylko przez sześć tygodni. Miałem tam służbę pomocniczą, ktoś mnie przyuważył przy fortepianie i dlatego mnie przenieśli. W Węgorzewie była artyleria, więc z muzyką nie miała za wiele wspólnego. Przenieśli mnie najpierw do Ełku, gdzie jednostka miała jakiś żołnierski zespół. Ale tam też nie byłem za długo, bo przenieśli mnie do Warszawskiego Okręgu Wojskowego, gdzie właśnie działał Desant. Co wtedy śpiewaliśmy? Nie wiem, jak to dokładnie określić. Czasy były takie, jakie były — okolice stanu wojennego. Robiliśmy widowisko, które nazywało się „Słońcem malowani”. To był jakiś wodewil o żołnierzu, który ląduje w jakiejś wiosce, zakochuje się i coś tam, coś tam. Na pewno nie śpiewaliśmy piosenek typu „Przyjedź mamo na przysięgę”.
A potem przychodzi czas na Lady Pank. — Tak, początki Lady Pank to czasy, kiedy byłem właśnie w Desancie. Poznałem Andrzeja Mogielnickiego, który nagrywał już coś z Jankiem Borysewiczem i z Izą Trojanowską. Ula — żona Andrzeja — pracowała w Desancie i jakoś mnie zarekomendowała. Powiedziała, że jest taki a taki facet, którego można sprawdzić. I tak się potoczyło i toczy się nieźle do dzisiaj.
Lady Pank to legenda, o której krążą legendy. Sex, drugs and rock'n' roll to wy? — Ludzie różnie nas kojarzą, różnie mówią, bo — jak to w życiu — bywało różnie. Gramy 27 lat, więc trudno streścić wszystko w kilku słowach. Powiem tyle, że bywały i lepsze, i gorsze momenty.
Gorsze? — Jasne, co będę ukrywał? Kiedyś wyjechaliśmy do Stanów i tam z Jankiem się trochę poprztykaliśmy. Nasze drogi na rok się rozeszły. Była też afera we Wrocławiu, gdzie Janek trochę przesadził... (Borysewicz rozebrał się na koncercie z okazji Dnia Dziecka) Szkoda o takich chwilach gadać. Bywały też lepsze.
Czyli? — Nagraliśmy mnóstwo piosenek, które zostały docenione przez pokolenia. A tak wszystko niewinnie się zaczęło. W życiu bym nie pomyślał, że aż tak się rozwiniemy. Kiedy wchodziłem pierwszy raz do studia w Krakowie, kiedy nagrywałem „Tańcz głupia, tańcz”, nawet nie śniło mi się, że aż tak nam się uda. Myślałem, że nagramy jakąś płytę i coś uda się z nią zrobić. Coś. A jak nie, trudno. A tu proszę — wyszło i to bardzo wyszło! A przez tyle lat szło, szło... czyli wydarzyło się wiele.
Była nawet impreza, na której rzucaliście tortami... — Tak, kiedyś rzucaliśmy! W Katowicach odbieraliśmy złotą płytę, więc było z tym związane wielkie halo. Zrobili nam ogromną imprezę — w Spodku graliśmy koncert, a potem był bankiet w hotelu. Przyszło mnóstwo dziennikarzy, zaproszonych gości i był jakiś facet w garniturze z aktówką pod pachą. On był w jakiejś delegacji i nie mógł trafić do swojego pokoju, więc wszedł do naszej sali. Przypadkiem. My zamiast mu pomóc, zaprosiliśmy go do nas. Usiadł, trochę wypił i cudownie się poczuł. Był całkowicie rozbawiony. Ktoś rzucił tortem, on też chwycił jeden i oddał. Potem rano nie wiedział, co się stało i za wszystko przepraszał. Właściwie był Bogu ducha winien, a i tak wszystko było na niego. Przepraszał więc cały hotel, recepcję, gości i przepraszał nawet nas. Tłumaczył się, że sam siebie takiego nie zna, bo jest porządnym ojcem domu. Zadziwił się jednak bardzo, gdy zobaczył, że jest cały w torcie. To był śmieszny wieczór. Fakt — wtedy poszaleliśmy troszkę.
Nadal tak szalejesz? — Nie mam z alkoholem żadnego problemu. Oczywiście — jak u każdego — bywały różne momenty. Dzisiaj cechuje mnie duży spokój. Mam pogodne oczy.
Szanuj zmarłego swego! Ciało Michaela Jacksona miało być wystawione na widok publiczny, ale rodzina się zaparła. I dobrze. Teraz — by zaostrzyć apetyt na życie po życiu — Włosi wysyłają Jana Pawła II na ostatnią pielgrzymkę po Polsce. Wędrujące relikwie?
Gdybym była wielką albo słynną Adą, chciałabym spoczywać w spokoju — nie tylko w pokoju. Nie wyobrażam sobie, by ktoś wyjmował mnie z grobu, by pokazać tłumom wiernych fanów. Już widzę te zatroskane miny nad moimi szczątkami: co wyeksponować? Skrzydełko czy nóżka? A może pupa?
Wiem, sarkazm przemawia przeze mnie, ale o kulturze człowieka stanowi jego podejście do zmarłych. O kulturze chrześcijan tym bardziej. Dlaczego więc chcą wyciągnąć Jana Pawła II z grobu i zrobić mu tournee po Polsce? Na razie nie wiem, o co chodzi, więc chodzi o pieniądze. Pewnie trzeba wydać na coś te miliony...
Kardynał Dziwisz — o dziwo — jest za:
— Pielgrzymka relikwii Jana Pawła II dla wielu Polaków byłaby pewnie większym przeżyciem niż przyjazd samego Benedykta XVI. Kardynał zdaje sobie z tego sprawę, uważa też, że wśród polskiego duchowieństwa to on ma największą misję kultywowania pamięci zmarłego papieża. To wystarczające powody, żeby pozytywnie odnieść się do takiej propozycji, i jestem przekonany, że kardynał tak zrobi — mówi nam jeden z krakowskich księży. (Ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II do kraju)
Polska to bardzo gościnny kraj. Na pewno przyjmie papieża z otwartymi rękami. Jak zawsze. Płakaliśmy, tęskniliśmy... Przyjeżdżał do nas jednak papież żywy. Machał, uśmiechał się i napełniał nadzieją. I modlił się za nas. Widzieliśmy to na własne oczy. Śpiewaliśmy mu wtedy: do Wadowic wróć.
I wraca. Znów będziemy śpiewać, znów płakać. I nie będzie już dla nas frajdą wycieczka do Rzymu z najważniejszym punktem programu: odwiedzić grób Jana Pawła II. Grób przecież sam do nas przyjedzie! Nie chciał Mahomet do góry?
Z ciała papieża chcą zrobić jarmark! Albo cyrk objazdowy! Albo kino objazdowe! Albo teatr objazdowy!
Jan Paweł II przełamywał stereotypy. Jako pierwszy papież na świecie nosił zegarek, chodził po górach, pływał kajakiem, jeździł na nartach, czytał bez okularów, przestąpił próg synagogi oraz meczetu i bratał się z chorymi na AIDS. Był też pierwszym papieżem spoza Włoch. Teraz wyznaczy nowe trendy — będzie pośmiertnie krążył po świecie. Szkoda, że nie można zapytać go o zdanie. Ale z drugiej strony — po co? Zmarli i ryby głosu nie mają.
Szpetne jest piękne? Nie, szpetne jest zdrowe. Do łask wracają krzywe ogórki, czyli kończy się europejska dyktatura na kształty i długości. Hmm, zaczyna się więc sezon ogórkowy? Przeciwnie!
Kryzys dyktuje warunki: nie wolno niczego marnować! Dlatego skończyła się wojna między biurokracją, a krzywymi ogórkami. Pif paf! Komisja Europejska stanęła po stronie ogórka, czyli że nikt nie będzie się krzywił na widok zielonej krzywizny. Do lamusa odchodzą więc szczegółowe normy jakości dla 26 owoców i warzyw:
Ogórki klasy I muszą być „praktycznie proste”. Dopuszczalna krzywizna nie może przekraczać 10 mm na każde 10 cm długości warzywa. Banany muszą być odpowiednio wygięte. Wg norm – w euromowie – „szerokość przekroju poprzecznego owocu między powierzchniami bocznymi a środkiem, prostopadle do osi podłużnej… musi wynosić co najmniej 27 mm”. Banany nie mogą być krótsze niż 14 cm. Pęczek cebuli musi składać się z co najmniej 16 cebul. Szparagi zielone klasy I muszą być zielone w co najmniej 80% długości. Kiść winogron nie może ważyć więcej niż 1 kg. Marchewki muszą być gładkie i o regularnym kształcie. Jeśli są mniejsze niż 20 mm, należy sprzedawać je jako „wczesne”. (rozporządzenie z 1988 roku)
Unia Europejska nawet nie wie, że swoją decyzją uratowała życie tysiącom brzydkim ogórków. Nie tylko im zresztą...
Rolnicy pozbywają się ton wiśni, cebuli, groszku, śliwek, szpinaku i wielu innych produktów rolnych. W ubiegłym miesiącu sprzedawca z bazaru w Bristolu został zmuszony przez inspektorów handlu do wyrzucenia całej partii kiwi, bo okazało się, że owoce są o 1 mm mniejsze niż dopuszcza norma europejska. Nie pozwolono mu też rozdać 5000 owoców, bo nie spełniały standardu. (Bruksela prostuje krzywe ogórki)
Z ogórka, jak z żadnego innego warzywa, Polska jest naprawdę dumna. Co prawda pierwszy ogórek nie został wyhodowany u nas, bo w Azji, ale i tak ogórek polski jest i basta! To Polak rozsławił ogórka na świecie. Co jak co, ale wódeczka bez ogóreczka nie wchodzi gładko.
Ogórek stary jest jak świat i ma na oko 5000-7000 lat. To dinozaur wśród plonów natury. Pierwszy okaz pojawił się w Iranie, by rozprzestrzenić się potem na całym globie. Wielcy tego świata darzyli go wielkim szacunkiem. Juliusz Cezar twierdził, że nie ma nic bardziej orzeźwiającego jak ogórki, a Arystoteles polecał je żonom (hmmm), które miały mało namiętnych mężów.
Gramy w zielone? Od 1 lipca nie zmarnuje się już żaden ogórek! Tym bardziej, że to warzywo pierwszych lotów. Moje zdanie potwierdza Nonsensopedia:
Ogórek — roślina jednoroczna, dyniowata, jeden z najpopularniejszych owoców. Posiada szerokie zastosowanie: jako element wieńczący kanapkę, do szeroko rozumianej samoobrony lub sprowadzania doznań erotycznych. Rodzaje ogórków:
* w zależności od wielkości: mały, duży, średni * w zależności od koloru: żółty, zielony * w zależności od sposobu przetworzenia: kiszony, w occie albo po prostu zwykły ogór
Cechy rozpoznawcze: zwykle zielony, długi, wąski, z ogonkiem, maleńkie wypustki, nie stanowi zagrożenia dla otoczenia, dobry na przegrychę, poprawia samopoczucie, konsumpcja jest procesem nie wymagającym szczególnych zdolności, należy jedynie pamiętać, że stosuje się go doustnie. Niestety niektóre kobiety używają go do innych celów prócz konsumpcji.
Surowe unijne standardy męczyć będą jeszcze sprzedawców jabłek, cytrusów, kiwi, sałaty, brzoskwiń i nektarynek, gruszek, truskawek, papryki, winogron deserowych i pomidorów. Lecz tutaj Komisja Europejska — mimo iż nie znosi — luzuje przepisy: jeśli owoce i warzywa nie spełniają norm, można je sprzedawać, ale pod warunkiem umieszczenia w sklepie albo na straganie etykiety typu "owoce na przetwory". Tak, by odróżnić je od klasy "ekstra", "klasy I" i "klasy II". Obejrzyj filmik z olsztyńskimi aktorami-lalkarzami w roli głównej: