Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunwald. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunwald. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lipca 2010

Kloc przed Wysoką Bramą

Olsztyn zakłada sobie kamień na szyję i wskakuje na głęboką wodę. Tym kamieniem jest nowy pomnik, jaki stanął przed Wysoką Bramą. To właściwie dwa kloce sklejone czymś, co przypomina konia. A Łódź ma takie ładne ławeczki. A Wrocław krasnale... A Olsztyn nie ma nawet pomysłów na promocję.


Zobaczyłam na własne oczy i złapałam się za głowę: co to jest? Ani się przy tym sfotografować, ani podziwiać, ani nawet pogłaskać. Ciężkie, toporne i nijakie. Wracamy do komuny?

Turystów ten kloc pewnie wystraszy, a powinien pozwolić się uśmiechnąć. Zdecydowanie miasto powinno myśleć przez pryzmat atrakcji dla przyjezdnych, a nie realizować dziwne fanaberie artystów. Internauci nawet żartują, że te dwa kloce przypominają logo MTV. A ja dopowiem z przekąsem: zgadza się, Ma To Vyraz. Ale Vyraz negatywny.

Pomnik powołał do życia artysta-rzeźbiarz Dawid Gołębiowski, absolwent Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu oraz olsztyńskiego liceum plastycznego. Mieszka w Ługwałdzie pod Olsztynem.

Dlaczego nikt nie bierze przykładu z miast stawiających na pomniki promujące? Proszę bardzo — Łódź słynie z ławeczek, na których siedzą znani łodzianie. Tuwim, Rubinstein... Ludzie się do nich przysiadają, konwersują, za nos pociągają. Potem wracają do domów i mówią: a wiesz, co jest fajnego w Łodzi? Te ławeczki, wyróżniają się z tła miasta. Ale tak powiedzieć mogę tylko o Łodzi. Inne miasta poszły jej śladem i ławeczki zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Więcej tu przegadania niż dobrej głowy... Ale to nie wina Łodzi. Inne miasta zamiast znaleźć "swoje", poszły na łatwiznę. Ot.


Wrocław też zaszalał i trafił w dziesiątkę. To moje ulubione pomniki, a właściwie pomniczki, jakie widziałam w Polsce. Cudo! Krasnali jest ok. 150 i każdy prezentuje inny cech — jest złodziej, pijak, niewidomy, a nawet krasnoludek-dziewczynka, czyli Marzenka.

Pierwszych pięć figurek — projektu Tomasza Moczka, absolwenta wrocławskiej ASP — ustawiono w sierpniu 2005 roku. Były to: szermierz przy Uniwersytecie, rzeźnik na Starych Jatkach, dwa najsłynniejsze Syzyfki na ul. Świdnickiej oraz pracz odrzański przy moście Piaskowym.

To nie koniec — krasnale stały się już nie tylko symbolem miasta, ale atrakcją dla spacerowiczów. Od czerwca do października każdy chętny może wziąć udział w bezpłatnych rodzinnych wycieczkach tropem wrocławskich krasnali. Ludzie idą więc sznurem i schylają się, żeby spojrzeć w oczy małym, zimnym, ale sympatycznym figurkom. Ba — krasnale mają nawet swoją stronę internetową!


A Olsztyn zamiast poderwać ludzi, zawala ich dwoma klocami. Niby idea szczytna, ale...

Nagrodzona praca została wyłoniona w drodze konkursu ogłoszonego przez Galerię Sztuki BWA w kwietniu bieżącego roku. Celem konkursu było zaznaczenie w przestrzeni publicznej naszego miasta, stolicy regionu Warmii i Mazur, wielkości wydarzenia, jakim była Bitwa pod Grunwaldem, największa bitwa średniowiecznej Europy. Okrągła, 600. rocznica jest wyjątkową okazja, by świętować chwałę polsko-litewskiego oręża, przypomnieć etos średniowiecznego rycerstwa i epokę, tak ciekawie zaznaczoną w dziejach naszego regionu.
(Pod Wysoką Bramą stanął pomnik)

Krasnale we Wrocławiu też świętują Grunwald. Miasto w Pasażu Grunwaldzkim ustawiło kolejne cztery krasnoludki. Na razie nie mają jeszcze imion, więc trzeba je wymyślić. A kto to zrobi? Nie żadne jury, nie politycy, nie grube ryby, ale ludzie — ty, ja, on, ona, ono. Rodzice chrzestni, czyli zwycięzcy konkursu, oprócz nagród w postaci czterech bonów o wartości 1500 zł, zostaną uhonorowani także symboliczną, imienną tabliczką, umieszczoną obok pomnika wybranego krasnala, któremu wymyślili i nadali imię.

A Olsztyn ludzi o głos nawet nie pyta. A głos ludu drży... W internecie, bo na forum publicznym — oko w oko z pomysłodawcami konkursu na pomnik — panuje cisza grobowa.

Na szczęście jest to tylko makieta pomnika, bo na prawdziwy nie ma pieniędzy. Postoi przed Wysoką Bramą do września. Oby do tego czasu kasa się nie znalazła...

niedziela, 19 lipca 2009

Jagiełło znów dokopał Krzyżakom

Na Grunwald walą tłumy! A wszystko po to, by kibicować Jagielle w pogromie, jaki zaserwował 599 lat temu Krzyżakom. Historyczne pola zmieniają się wtenczas w Krupówki. Powód do dumy? Jasne!


Bitwę pod Grunwaldem rozpoczyna wystrzał z bombardy. Zaczyna się walka. Rycerze walczą na śmierć i życie. Wielu spada z koni, sypią się trupy. W końcu wygrywa Jagiełło. Niemcy odchodzą z kwitkiem. I tak jest od 1410 roku — kiedy bitwa rozegrała się po raz pierwszy. Kurz jednak po tej walce opadał dość długo, by znów się wznieść w 1998 roku. I od tego czasu corocznie miecze idą w ruch. Tylko obecność karetek pogotowia przekonuje, że nie mamy do czynienia z prawdziwą bitwą pod Grunwaldem. Rekonstrukcja walk dla wielu rodaków to pretekst do zamanifestowania narodowej dumy. Podtrzymuje mit, że w średniowieczu byliśmy prawdziwą potęgą.

Rekonstrukcja trwa godzinę i jest wielkim historycznym spektaklem. Skoro tak — ludzie na Pola Grunwaldzkie ściągają niczym do teatru. Czyli jednak naród ma potrzebę obcowania ze sztuką. Cóż, że ze sztuką walki. Sztuka to sztuka!


18 lipca na pole bitewne wychodzi ponad 1400 rycerzy.


Atrakcją jest wybudowana wioska średniowieczna. Rycerze polerują zbroje, a kowale szykują podkowy Polakom na szczęście...


Wiele osób uczestniczących w średniowiecznych inscenizacjach traktuje to jako zawód. Do bitew i pojedynków przygotowują się przez cały rok: ćwiczą fechtunek, kompletują sprzęt, czytają stare księgi i historyczne powieści.


To historyczne reality show to też żywa lekcja historii. Dlatego do Grunwaldu ściąga sam mistrz Ronaldo.


Nie brakuje też wielu młodych panienek.


Dlatego panowie mają oczy szeroko otwarte.


Ale dostatek też męskich ciał...


Rekonstrukcje bitew nie są wcale najnowszym wynalazkiem. Pod koniec XIX wieku w Krakowie były one na porządku dziennym. To właśnie takie widowiska inspirowały Jana Matejkę do malowania obrazów. Dziś Grunwald inspiruje fotografów. Szczęk mieczy miesza się zawsze z dźwiękiem migawek.



Przeczytaj:
Utarty nos Krzyżaka

Zbyszko z Bogdańca nigdy nie był pod Grunwaldem
Siła narodu kibicowała naszym pod Grunwaldem
Grunwald: jarmark z rycerzami w tle

środa, 15 lipca 2009

Zbyszko z Bogdańca nigdy nie był pod Grunwaldem

— Ja myślałam, że jest pan normalnym człowiekiem. Takim jak Zbyszko z Bogdańca. A pan jest gwałcicielem! — wspomina swoją najlepszą recenzję roli z „Krzyżaków” Mieczysław Kalenik. — Chyba ten Zbyszek mi jednak wyszedł...


Fantastyczny człowiek. Humor? Tak. Otwartość? Tak. Tak widzi mi się Mieczysław Kalenik — legendarny Zbyszko z Bogdańca. 15 lipca przypada 599. rocznica bitwy pod Grunwaldem i... prawie 50. rocznica pierwszego klapsa „Krzyżaków”.

Panie Mieczysławie, którędy na Grunwald?
— Przysięgam, że nigdy w życiu nie byłem na polach grunwaldzkich. Kilkanaście razy przejeżdżałem w okolicy, ale nigdy nie zajechałem. A to czasu brakowało, a to możliwości. „Krzyżaków” kręciliśmy przecież w Starogardzie Gdańskim. Ale mam wielką ochotę, by pojechać do Grunwaldu. Z nim mam jednak jak z Wilnem. Tyle razy mnie zapraszano, ale nigdy nie pojechałem. Ale takie jest życie. Nawet jak odbywała się premiera filmu, wysłali mnie do Moskwy. Bo premiery były dwie — jedna na polach grunwaldzkich, a druga w Moskwie. Kazali, to pojechałem! Miałem się rozdwoić?

Wtedy był pan rozchwytywany...
— I to jak! Gdzie się nie obróciłem, tam byli „Krzyżacy”. I do tej pory tak jest. Miesiąc temu nadawali w telewizji — jak co roku. Zawsze oglądałem, ale ostatnio zaprzestałem. Proszę sobie wyobrazić, że żyją tylko cztery osoby z filmu. Na zmarłych mam patrzeć? Przykre to, prawda? Żyje jeszcze Grażyna Staniszewska, Emil Karewicz, Baśka Chorawianka i taki Kalenik. Pierwszy zmarł Jurek Pichelski, który grał Powałę z Taczewa. Oj, jaka to była tragedia. Byłem w Teatrze Narodowym i umówiliśmy się na brydża. To był czwartek, a my zaplanowaliśmy partyjkę na sobotę. W piątek kolega mi mówi, że Jurek nie żyje. Złapałem się za głowę: jak to? Przecież w brydża jutro gramy! W mordę mu chciałem strzelić, że takie rzeczy wygaduje. I potem ludzie się posypali.

Przykre.
— A wie pani, że prace nad filmem zaczęły się od mojej sceny walki z niedźwiedziem? A dlaczego tak? Bo jak ten niedźwiedź by minie rozszarpał, mogliby wziąć innego Zbyszka. Niedźwiedź na szczęście nie zrobił mi krzywdy. Ford przyszedł, podrapał się po wąsach i był zadowolony. Ale operator mówi, że ma jeszcze trochę taśmy. Mówi: Mietek, Mietek! Ja jeszcze zrobię zbliżenie twojej głowy i niedźwiedziego łba. Podszedłem wtedy do miśka i przestraszyłem się go. Dopiero! On to wyczuł, a że mańkut był, więc łupną mnie lewą łapą. I to z jaką siłą mnie walnął! Ważyłem wtedy 82 kg i przeleciałem około dziesięć metrów w powietrzu. Potem niedźwiedź uciekł — zerwał stalową linkę i poszedł do lasu. Kobiety, które zbierały jagody, o mały włos nie dostały zawału. Bo niedźwiedź w lesie? Przez tysiąc lat nie było tam miśków, a tu się przyczłapał i straszył.

Ale nie tylko niedźwiedzia pan tak żywiołowo wspomina...
— Ależ oczywiście, że nie tylko. Najważniejsi dla mnie byli ludzie. Poznałem tam wielu, wielu wspaniałych aktorów. Zaprzyjaźniłem się z nimi. I to dla mnie było najważniejsze, a nie sama rola i praca na planie. Ludzie tworzyli niesamowity klimat. Otoczenie robiło „Krzyżaków”, a nie sam Ford. Każde podanie ręki, słowa, spojrzenia — cudowne sprawy. Przysięgam, że potem nigdy nie spotkałem się z taką atmosferą na żadnym innym planie. Może dlatego, że teraz nie ma aktorów, ale są artyści? I każdy z nich zadziera nosa, a nie potrafi powiedzieć dwóch słów przed kamerą? Kiedyś było inaczej. Aż chciało się grać! Może dlatego też tak szybko zrobiliśmy ten film? Pierwszy klaps padł 9 sierpnia 1959 roku, a ostatni 15 marca 1960 roku. Na tamte czasy to była błyskawiczna produkcja. I jakże ogromna! W filmie wzięły udział ze cztery tysiące koni i tyle samo prawdziwych ułanów. Nie byli to statyści! Pamiętam, jak wszyscy się witali i płakali. Bo ci ułani widzieli się wcześniej podczas wojny! Padali sobie w ramiona — to była nieprawdopodobna sprawa. Tak, to był fantastyczny czas!

A czas odmierzał zegarek na pana ręku. Kamery to uchwyciły. Zegarek w średniowieczu?
— Ależ skąd! Ja nigdy na ręku nie nosiłem zegarka. Jak już coś, miałem go w kieszeni. Ale racja — nie dało się wszystkiego wyeliminować. XX wiek to nie średniowiecze. Widać na filmie też druty wysokiego napięcia. W jakimś ujęciu jestem w czapce na głowie, a w drugim już bez. Ale czy tylko w „Krzyżakach” to się zdarzyło? Filmy z całego świata mają wpadki.

Podobno rolę Zbyszka dostał pan przez przypadek.
— Przeczytałem gdzieś, że kręcą „Krzyżaków” i marzyłem o tej roli. Ale doszły mnie słuchy, że Bogusz Bilewski ma być Zbyszkiem. Pamiętam, że poszedłem do klubu nocnego. Przy jednym stoliku siedziało trzech panów. Bacznie mi się przyglądali. Jeden z nich w końcu nie wytrzymał, podszedł do mnie i mówi: nazywam się Zygmunt Król. A ja Stefan Batory — odpowiedziałem. A on: ale ja naprawdę się nazywam Zygmunt Król i jestem kierownikiem produkcji „Krzyżaków”. Czy pan jest aktorem? Niech pan podejdzie do naszego stolika, Ford chce z panem porozmawiać. Podszedłem i słyszę: chce pan zagrać w filmie? Ja: a kogo? Danuśki nie zagram, Jagienki też nie... Ale pewnie że chciałbym! Ford: zagra pan główną rolę, Zbyszka z Bogdańca. Ja: Ale Bogusz Bilewski jest już obsadzony. Ford: nie jest, pan będzie Zbyszkiem! Proszę przyjechać na próbne zdjęcia. No i pojechałem. Dali mi dwie strony maszynopisu, bym się nauczył na pamięć. Perukę mi włożyli i kazali grać. Słowa nie wypowiedziałem. Nic! Zero kompletne! Wstyd! Ale zapłacili mi 250 zł za te zdjęcia, wsiadłem w pociąg i ze wstydu chciałem przez okno wyskakiwać. Taka okazja, a ja nawet nie pamiętałem jak się nazywam! To tak jak w totolotku: znałem wszystkie numery, a nie nie skreśliłem żadnego! Ale po dwóch dnia odbieram telefon: tu Zygmunt Król, Ford chce pana jeszcze raz widzieć. Pojechałem i już gładko poszło. Ford podrapał się po wąsie i powiedział: no i po co było się denerwować? Wierzył we mnie!

A potem kobiety za panem szalały.
— Pamiętam najcudowniejszą recenzję, jaką dostałem. Pojechałem do Gdańska na spotkanie. Jakaś pani do mnie podchodzi i mówi: Ja myślałam, że jest pan normalnym człowiekiem. Takim jak Zbyszko z Bogdańca. A pan jest gwałcicielem! Bo ja wcześniej grałem gwałciciela w „Pierwszym dniu wolności”. Gwałciłem Beatę Tyszkiewicz! I widzi pani? Chyba ten Zbyszek mi jednak wyszedł, bo skoro był normalnym człowiekiem...