wtorek, 31 maja 2011

Jak koszę kosa aparatem

Nie mają do mnie zaufania, mimo iż mieszkają na moim balkonie. A ja nie mam do nich cierpliwości, bo nie chcą mi się pokazać w całości. Mowa o małych kosach, których jestem matką chrzestną. A może poleciałam za daleko?


Z pierwszymi przejawami wiosny w korytku rynny na moim balkonie zamieszkują sobie dwa zakochane kosy. Tulą się do siebie, ćwierkają aż tu raptem wykluwają się im maluchy. I zaczyna się ciężka praca. Co chwilę kosiki wykrzykują: jeść, jeść! A rodzice non stop latają, aby napełnić puste brzuszki i "zapchać" otwarte dziubki.

Mija miesiąc, małe rosną, a rodzice cały czas harują — wstają o piątej rano, a zasypiają o dziewiątej wieczorem. W tym czasie nie mają chwili wytchnienia — cały czas dostarczają posiłki. Małe krzyczą, wydalają i czasami śpią. Rodzice o śnie nie myślą. Myślą o dżdżownicach.


W końcu postanawiam podejrzeć maluchy, ale nie jest to łatwa sprawa. Bo jak to zrobić? Wejść na dach? Daję kosom za wygraną. Wystarczy, że je słyszę... Ale pewnego dnia, gdy wychodzę na balkon, aby napełnić płuca świeżym powietrzem, dostrzegam jeden dziubek. Chwytam więc aparat i czekam, aż mama albo tata nadleci z obiadem (bo jest akurat pora obiadowa). Ale rodzice są sprytni — zamiast do malucha, lecą na dach i obserwują mnie z uwagą. Czekają aż mi się znudzi... Ale ja uparta jestem!


Czas nagli, małe czekają, więc trzeba wybrać mniejsze zło, a właściwie dobro dzieci. Migawka strzela jak opętana!


Co udało mi się złapać w kadrze, z przyjemnością prezentuję. Nie są to jednak dzieła sztuki, ale zwykłe sąsiedzkie fotki. Ale to już coś, prawda? Mam dzikich lokatorów!


PS. Co ten ptak chce mi powiedzieć? "Uważaj mała, bo ci napiórkuję!"

sobota, 28 maja 2011

Gdzie się podziała ta wielka Ameryka?

Do Warszawy przyjechał Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, więc tematem numer jeden jest wszystko, co amerykańskie. Dlatego w Olsztynie postanowiłam poszukać Ameryki. I szukałam... jak igły w stogu siana.


Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?

Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!

Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!

Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!

Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!

Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!

Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...

czwartek, 26 maja 2011

Aż policzki zachodzą za uszy...

— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby wyskakiwać ze sprawnego samolotu? — mówi Franciszek Kiapśnia, który został spadochroniarzem w wieku 45 lat. — Uwielbiam fruwać jak ptak. Spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny.


— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.

Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.

Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.


I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 13 maja 2011

Kamiński: Biegun pod własnym dachem

— Rodzina jest teraz najważniejsza. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu — przyznaje Marek Kamiński, polarnik.


Ach, jak ja uwielbiam tego faceta! Nie tylko za wyczyny, ale przede wszystkim za mądrość. Widać, że w samotności człowiek uczy się życia. Widać, że Marek Kamiński czerpie też ze świata to, co najlepsze. I pewnie dlatego książka "Dotykanie świata" jest jedną z moich ukochanych. Trzeba ją przeczytać. Ale najpierw — jako aperitif — ten wywiad.

Słodzi pan herbatę?
— Nie, nie słodzę, piję gorzką.

A ja myślałam, że cukier krzepi.
— Nie krzepi, nie potrzebuję krzepić się w taki sposób. Pobudzam się inaczej.

Kawa?
— Oj, kawy też nie pijam od dawien dawna. Moją siłą jest moja głowa, bo właśnie dzięki myśleniu człowiek idzie dalej i dochodzi do celu.

A co teraz jest pańskim celem, co jest niezdobytym jeszcze biegunem?
— Rodzina. Mój cel to wychowanie dzieci na porządnych ludzi. Teraz to jest moja najważniejsza podróż. Nie muszę iść gdzie daleko na koniec świata. Nie muszę opowiadać o swoich wyprawach w mediach. Tak, dzięki nim byłem kimś dla świata, a nikim dla rodziny. Lepiej być nikim dla świata, a kimś dla rodziny. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu.

I najważniejszą?
— Na pewno. Jedną ważną mam już za sobą. Podróżowałem przez Polskę z moją córką Polą i było to niesamowite doświadczenie. Rozpoczęliśmy u źródeł Wisły, a zakończyliśmy w Gdańsku, z przystankami w drodze: w Kazimierzu, Krakowie, Warszawie i na Kaszubach.

A inne ważne podróże?
— Ważna jest na pewno moja wyprawa na biegun. To było moje przeznaczenie, a nie przypadek, bo w życiu nie ma przypadków. Jak dzisiaj na to patrzę, widzę, że wszystko, co robiłem przedtem, to były przygotowania do wyprawy na bieguny. Czasami mam takie odczucie, że już swoje życie w jakimś sensie przeżyłem, Czuję, że dokonało się jakieś spełnienie. Może dlatego, że zawsze myślałem, że aby dojść na Biegun Północny czy Południowy trzeba całego życia. Że jak wreszcie zdobędę biegun, będę miał na karku pięćdziesiątkę albo i więcej. A tu, wystarczył rok i rozdział zamknięty. Dzięki wyprawom jestem bardziej dojrzały, dużo się we mnie przełamało.

Co na przykład?
— Ważna dla mnie jest podróż z Jaśkiem Melą. Kiedy zaczynaliśmy ją realizować, było to niewątpliwie szalone. Jasiek jest osobą niepełnosprawną i — kto wie — może gdyby był w pełni sił, nie miałby motywacji, żeby podjąć taką próbę. Jasiek poszedł w tę trudną podróż na protezach, bo parę lat wcześniej stracił w wypadku prawą rękę i nogę. Musiałem wczuć się w jego sytuację. Dzięki temu umożliwienie podążania za marzeniami daje ogromną motywację do realizowania celów. A często motywacja jest dużo ważniejsza niż siła fizyczna.

Czego nauczył się pan od Jaśka?
— To niesamowicie pogodny człowiek, dla którego właściwie nie ma barier. One oczywiście są, ale można starać się je pokonywać. On to potrafi i robi to z wielką pogodą ducha. Nauczyłem się od niego właśnie tej siły. Pamiętam, jak zadawano mi pytania, dlaczego wybieramy się w taką trudną podróż, co będzie, jak coś się stanie Jaśkowi? Jego mama odpowiedziała na to trafnie: „Dla mnie trudniej jest patrzeć na syna i myśleć, że on nigdy nie wyjdzie z domu dalej niż na 100 metrów, niż wiedzieć, że o własnych siłach przeszedł setki kilometrów”.

A pamięta pan swoją pierwszą podróż?
— Miałem wtedy siedem lat i postanowiłem jeździć autostopem. Nie przemierzałem oczywiście wielkich odległości, ale miałem wielką radość z moich pierwszych prób poznawania świata. Pierwszą samodzielną i samotną podróż odbyłem pociągiem, gdy miałem osiem lat. Jechałem z Gdańska do Łodzi. Gdy byłem mały, uwielbiałem też bawić się śniegiem, jeździć na sankach i nartach — nie bez powodu ciągnęło mnie na bieguny. Nawet kilka razy zdarzyło mi się wpaść do przerębla. Gdy miałem kilkanaście lat, popłynąłem do Maroka. To było pierwsze zetknięcie z zupełnie inną kulturą. Zachłysnąłem się tą różnorodnością świata i od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią mojego życia.

Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą.
— Zawsze wracam z ekspedycji mądrzejszy. Kurt Vonnegut zapytał kiedyś swojego syna: „W czym tkwi sens życia?” Usłyszał: „Jesteśmy na świecie po to, aby sobie wzajemnie pomagać i pokonywać wszelkie możliwe przeszkody”. Pewnie nie zwróciłbym uwagi na to powiedzenie, bo ludzie mówią wiele mądrych rzeczy, ale tam daleko, na śnieżnych przestworzach zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi do końca.

Co pan jeszcze odczuwał „do końca” na końcu świata?
— Ogromne poczucie swobody. Tego się nie da nawet opisać słowami. Czujesz się człowiekiem w taki sposób, w jaki jest to możliwe tylko w miejscu, gdzie jest się naprawdę samemu.

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 29 kwietnia 2011

Gaz do dechy w buggy!

Aż czuć piasek między zębami, gdy wciska się gaz do dechy. Taką zabawę zapewnia jazda buggy. Wskoczyłam więc do auta i poczułam się prawie jak na rajdzie Dakar!


Nie siadłam za kółko, ale na fotelu pasażera też można czuć adrenalinę. Ostre wchodzenie w zakręty, warkot silnika i piasek sypiący się spod kół robią swoje. Dla wielbicieli motoryzacji jak znalazł! Co ja zresztą będę gadać — obejrzyjcie filmik:



Co to jest buggy?
To typ lekkiego samochodu rekreacyjnego. Wyposażony jest w duże koła z grubymi oponami, wytrzymałe zawieszenie, otwarte nadwozie oraz odsłonięty silnik umieszczony najczęściej z tyłu autka. Buggy zostały zaprojektowane i na początku służyły do jazdy po wydmach na plażach i pustyniach. Miały zapewnić jak największą wygodę podczas jazdy. Buggy są bezpieczniejsze od quadów. Posiadają czteropunktowe pasy bezpieczeństwa, a nisko położony punkt ciężkości wpływa na stabilność.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Przedszkolaki: Na święta rośnie brzuch

— Jajko się maluje, żeby zajączkowi i kurczaczkowi było weselej. Kolorowe jajko jest piękne — twierdzą przedszkolaki z olsztyńskiej „trzynastki”. I mają rację!


Co to jest jajko?
— To taki znak życia.
— To taka owalna kulka.
— Służy do jedzenia. Jak kiedyś ludzie byli biedni i głodowali, gotowali sobie jajka, które uratowały im życie.
— Dlatego to znak życia.
— A strusie jajka są ogromne!
— Są okrągłe inaczej.

Do czego służy jajko?
— Do święcenia w kościele.
— Mały Jezus się nimi bawił i żeby było mu weselej, ludzie malowali je na różne kolory.
— Dlatego jajko służy do malowania.
— Jajko zamienia się wtedy w pisankę.
— Można włożyć je do barwnika spożywczego, a potem wydrapać przeróżne znaki i figurki.
— Albo można zamoczyć je w wosku i potem też wyskrobać różne rzeczy.
— Jajko się maluje, żeby zajączkowi było weselej.
— I kurczaczkowi też. Kolorowe jajko jest piękne.

Jak smakuje jajko?
— Smakuje żółtkiem.
— A jak mi się jajko przegotuje i zrobi się w środku twarde, smakuje jak śmietana. Żółtko trochę ma inny smak, ale ogólnie jest jak śmietana.
— A mi białkiem smakuje cały czas.
— A mi smakuje w ogóle.
— Jajko głodującym ludziom kiedyś życie uratowało!
— Nieważne, jaki miało smak. Ratowało i już!
— Jak się je jajko, trzeba uważać, bo żółtko może wylecieć.
— Jest taka zabawa podczas Wielkanocy, że się bijemy jajkami i wtedy jedno jajko może się zbić i żółtko z niego wyskoczy.
— Żeby nie wyskoczyło, jajko trzeba tak bardzo, bardzo, bardzo mocno ugotować.

Skąd się wzięło jajko?
— Zniosła je kura.
— Z tego jajka wykluła się kolejna kura i tak w kółko się robi, że kurze wychodzi jajko. Każdej kurze!

Skoro każda kura znosi jajko, więc skąd się wzięło pierwsze jajko?
— No właśnie, skąd?
— Pan Bóg je stworzył. Pomyślał, że jajko jest potrzebne na świecie.
— I kura jest potrzebna, żeby potem w kółko powtarzało się to jajko.
— A może ktoś zasadził je w ziemi i potem wyrosło?
— Kosmici je zrzucili.
— Że niby z kosmosu spadło? Przecież żółtko by wyskoczyło podczas upadku.
— No, z takiej wysokości na sto procent by wyskoczyło...
— Na pewno żaden człowiek jajka nie stworzył.
— Stworzył je Bóg, aby ludzie nie głodowali i ratowali sobie życie.
— Stworzył, żeby było na Wielkanoc.

A dlaczego jajka są tak ważne podczas Wielkanocy?
— Bo wiosną budzi się nowe życie. Z jajka właśnie też się budzi.
— Wszystko wiosną się zaczyna.
— Bo Jezus wstał z trumny.
— Jak się zaczyna wiosna, z ziemi wychodzą przebiśniegi.
— Wtedy jest przedwiośnie jak wychodzą!
— Owady się budzą do życia — na przykład pająki i inne różne zwierzęta. Niedźwiedzie się budzą, bobry i bazie wyrastają.
— Pączki na drzewach rosną!

A czy te pączki są takie same, jak te w cukierni?
— Nie, bo od tych z cukierni rośnie brzuch!
— A jak połknąłbym pestkę, to w brzuchu wyrośnie mi kwiat?
— A mi zawsze w święta rośnie brzuch!
— A mi kwiat na stole.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nabici w butelkę, czyli co producent pisze małym drukiem

Widziały gały, co brały — tak producenci powinni pisać na opakowaniach. I to wielkimi literami! Bo przecież małych nikt nie czyta. A szkoda, bo okazuje się, że preparatu do czyszczenia felg nie wolno używać do… felg.

Wydawałoby się, że można wierzyć temu, co napisane na etykiecie. Ale ludziom nie wierzę, więc dlaczego mam wierzyć produktom opakowanym w kolorowe kartoniki i folijki? Prym w oszustwach wiodą sery, masła i wędliny. Wystarczy przeczytać skład, aby włosy stanęły dęba. Ale nie o tym chcę pisać, bo tysiące ludzi podejmowało już ten temat. Chcę natomiast nakablować na firmę, która produkuje preparat do czyszczenia felg. Wbrew pozorom do wędlin i serów wcale nie jest mu daleko.

Człowiek zaganiany weźmie wszystko, co ma właściwy napis na etykiecie. A potem? Widziały gały, co brały?

Na przedzie opakowania widać jak byk, że ten preparat służy do czyszczenia felg.


Druga strona mija się już z prawdą. Jak wół jest napisane: UWAGA! NIE UŻYWAĆ DO FELG I ELEMENTÓW CHROMOWANYCH!


W takim razie do czego stosować ten preparat? Do mycia zębów?

piątek, 8 kwietnia 2011

Panie, panowie — szukam dźwięków wiosny!

Przyszła z impetem w głąb? Nie. Przyszła i daje w kość. Wiosna w tym roku zimna i wietrzna. Dlatego trzeba ją rozgrzać dobrą i pocieszną muzyką.

Nie lubię avocado, ale pasta z chlebem razowym w tym zestawieniu wyjątkowo mi smakuje. Aż mam ochotę spróbować! A poza tym avocado ma kolor wiosny.



Ten kawałek nie łączy się za bardzo z pierwszym. Z wiosną też niewiele ma wspólnego — no, chyba że wiosną się zakochujemy, romansujemy i poddajemy wszystkim błogim stanom. Dlatego też ten rytm powinien być hymnem wszystkich pantoflarzy. Bo przecież punkt widzenia zależy od punktu siedzenia!

piątek, 1 kwietnia 2011

Kulej: Chciałem chłopakowi dokopać

— Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy pozwolili mi dorosnąć, byłbym zupełnie innym człowiekiem — przyznaje Jerzy Kulej, bokser. — A ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli na stryczku.


To sobie facet poboksował... Jerzy Kulej jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim (Tokio 1964 r., Meksyk 1968 r.), trzykrotnym medalistą Mistrzostw Europy, 8-krotnym mistrzem Polski. Wymieniać dalej?

Dotyk... Ma dla pana szczególne znaczenie?
— O dotyku można wiele mówić, bo dotyk nie jest równy dotykowi. Jestem zwolennikiem dotyku pozytywnego — przyjemnego i delikatnego. Pani pytanie brzmi dwuznacznie... Na pewno chce pani rozmawiać o boksie?

O mocnym dotyku...
— Dotyk to przenośnia do wielu tematów rozmów.

Ale też powrót do przeszłości. Gdyby nie Henio, chwyciłby pan za rękawicę?
— Henio był niegrzecznym chłopcem. W ogóle wtedy panowała dramatyczna sytuacja, bo młodzież była doświadczona wojną, co odbijało się na relacjach. Konsekwencją były zderzenia brutalności z brakiem dojrzałości. Każde dziecko wojny bardzo to przeżywało — ja również. Ale Henio brutalny był nad wyraz. Nie tyle był buntownikiem do innych chłopców, ile obłapywał dziewczyny w szatni. To też jest mocny dotyk, prawda? Dziewczynom się to nie podobało i mam nadzieje, że później nie miały kompleksów z powodu tego brutalnego dotyku. Mówi się, że zły dotyk boli całe życie... Chciałem więc chłopakowi dokopać. Za te dziewczyny, za to, że eliminował mnie ze szkolnego boiska i nie pozwalał grać w piłkę. Rozwaliłem mu więc nos w przerwie na drugie śniadanie. I właściwie to on ukierunkował mnie na boks. Wiem, że zostałbym sportowcem, ale czy bokserem? Próbowałem w życiu kilku dyscyplin — pływałem, nurkowałem i nawet wziąłem się za łyżwiarstwo szybkie. Ale w końcu zostałem bokserem.

Czyli może pan Heniowi podziękować.
— Żadna inna dyscyplina nie potrafiła sprostać moim ówczesnym problemom. Dopiero pięści. Jeśli Henio gdzieś jeszcze żyje: dziękuję ci! Może być dumny z tego, że spowodował moje zainteresowanie boksem.

A potem stoczył pan 348 walk — 317 wygranych, sześć zremisowanych i tylko 25 przegranych.
— No tak to wygląda. Jestem dumny ze wszystkiego, co udało mi się osiągnąć.

I nie było większych porażek?
— A kto powiedział, że nie było? Jestem normalnym człowiekiem i mam upadki jak każdy. Jednak to nie one pozwoliły docenić mój sukces. Każdą wygraną smakowałem w momencie jej trwania i doświadczania. Cieszyłem się każdą zwycięską walką i czerpałem z niej jak najwięcej. A kiedy przychodziły gorsze dni, wyciągałem wnioski. W takich momentach myśli się, czy sukces był właściwie odebrany i dobrze wykorzystany. Można tu nawet mówić o filozoficznych rozważaniach. Ale znam też sukcesy, które zabijają — nie tylko metaforycznie, ale też fizycznie. Taki dotyk sukcesu boli najbardziej. Ale dotyk porażki też odczuwa się przez wiele lat.

Mówi pan o swoich wizytach w więzieniu?
— Więźniowie mają potrzebę spotkań. Przyjmuję każde zaproszenie — między innymi byłem w zakładzie w Barczewie na Warmii. Staram się dawać im dobry przykład i pokazywać, że można żyć inaczej. Że ten dotyk pięści nie zawsze musi prowadzić do złego. Odczuwam wielką satysfakcję z tych „widzeń”, bo wielu więźniów spotykam później na wolności. Mówią mi, że jakoś na nich pozytywnie wpłynąłem. Bo wie pani, ja nie idę do nich, aby się pokazać i chwalić. Nie opowiadam im historii z książek, ale własne przeżycia, bo też — jak oni — ocierałem się kiedyś o pewne niebezpieczeństwa. Oni to czują.

Historia z Heniem dowodzi, że ciągnęło pana do bicia.
— Pyta mnie pani, czy szalałem? A czy to coś złego? Szaleństwa młodości można różnie interpretować. Młodość ma swoje prawa — nie wszystko, co się robi, jest zgodne z dobrym wychowaniem. Młodość jest jak szampan — musi się wymusować. A pani nie szalała? Jestem pewien, że kiedyś coś pani zrobiła, co być może pani nie wypadało. Ale bywa, że z tych szaleństw się nie wyrasta. Ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli gdzieś na stryczku. Błądzić jest rzeczą ludzką.

Ale trzeba uczyć się na własnych błędach.
— Otóż to. Jak raz z Heniem wygrałem, to już biłem go przy każdej okazji. Nie miałem dla niego litości. Nawet za to bicie miałem areszt domowy! Ale to nic nie dało. W efekcie rodzice zabrali Henia ze szkoły, już go więcej nie widziałem i nie biłem. Na szczęście potem spotkałem ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Wychowałem się bez ojca, więc mój pierwszy trener Wiktor Szyiński był dla mnie niezwykle ważnym człowiekiem w życiu. Cóż tu dużo mówić, był mi jak ojciec. A potem pałeczkę — nie tylko szkoleniową, ale też wychowawczą — przejął po nim Feliks Stamm. Wie pani, że on ciągle w moim życiu jest obecny? Już od wielu lat nie żyje, ale ja cały czas czuję, że jest mi bliski. To dzięki niemu zacząłem zdobywać medale, miałem zdrowe sportowe zacięcie i chciałem iść do przodu. Miałem szczęście, prawda? Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy stanęli na mojej drodze, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Nie rozmawialibyśmy o dotyku, jakim jest boks. Może o innym, ale na szczęście nie ma powodu.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 25 marca 2011

Stawka większa niż życie


Pielęgniarki wyszły na barykady i walczą o normalne warunki pracy. Nic wskórać nie mogą, a rząd twardy jak ściana, a głową muru nie przebijesz. Może ktoś ma inny pomysł na walkę sióstr z mężczyznami?


Pielęgniarki są ze stali. Są też jak człowiek z żelaza, z marmuru, z krwi i kości. Walczą o swoje prawa, bo mają do tego święte prawo. Ale co tam! Rząd wykombinował, że wszystkie siostry zrezygnują z etatów i będą zapierniczały na kontraktach. Nie tylko te, które chcą, ale wszystkie. Pielęgniarkom to nie w smak — nie chcą pracować ponad siły i bać się nawet myśli: a co będzie, gdy zachorujemy? Praca na kontakcie pozbawia ich jakichkolwiek przywilejów. Ani ciąża, ani choroba, ani urlop nie wchodzą w grę. Albo laba, albo kasa!

Siostry tupnęły ostro nogą: nie zgadzamy się! Chcemy pracować jak człowiek! Jak człowiek z żelaza, z marmuru, z krwi i kości! Nie chcemy się zaharowywać na śmierć tylko dlatego, aby utrzymać nasze dzieci. Chcemy, żeby pociechy miały w domu matki, a nie białą śmierć!

Do rządu te argumenty nie trafiają. Pielęgniarki opanowały gmach sejmu, postanowiły głodować, a koniec protestu „jest uzależniony od mądrości osób rządzących w kraju”.

Ale gdzie ta mądrość? Mam więc pomysł, aby właśnie za mądrość płacić, a nie lewe pomysły. Może wszyscy przejdziemy na kontakty? Proponuję zacząć od góry, czyli od władzy. Zarobki powinny być uzależnione od natężenia pracy, obecności w sejmie — ale nie w budynku, tylko podczas posiedzeń i udzielania głosu na mównicy. Im poseł będzie mówił mądrzej, tym dostanie wyższą stawkę.

To samo powinno tyczyć się senatorów i wszystkich, którzy biorą Polskę w swoje ręce. Prezydent, pani prezydentowa, Biuro Ochrony Rządu i wartownicy przy grobie nieznanego żołnierza też.

Potem niech kontrakty przejdą na sądy, policję, straż pożarną, nauczycieli, służby sprzątające miasto i babcie klozetowe. Dziennikarze też niech wejdą w te szeregi — mimo wierszówek, które zależą przecież od wypisanych liter.

Pielęgniarki wtedy nie będą miały nic do gadania — będą musiały poddać się większości. Dołączą do kolegów lekarzy, który przeskakują z dyżuru na dyżur, aby spłacić kredyt zaciągnięty na dom.

Kominiarze też mogliby pracować na kontraktach. Im więcej kominów zaliczą, tym więcej wpadnie do kieszeni.

Nawet księża niech pozakładają własne działalności gospodarze. Może w ten sposób rozliczą z grzechów fiskusa?

Dzięki takiej mądrości Polska będzie państwem ludzi z żelaza, marmuru, z krwi i kości. Spełnią się wszystkie obiecane cuda, Polska będzie styrana do granic możliwości, nie będzie opływała miodem, ale spływała potem, a od myślenia co niektórym pęknie głowa. Na przykład taki jeden pan na kontrakcie — premierem dziś zwany — obudzi się pewnego ranka z migreną i wykrzyknie: siostro, pomocy!

Przyjdą wtedy wszystkie.