Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Kamiński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Kamiński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2011

Kamiński: Biegun pod własnym dachem

— Rodzina jest teraz najważniejsza. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu — przyznaje Marek Kamiński, polarnik.


Ach, jak ja uwielbiam tego faceta! Nie tylko za wyczyny, ale przede wszystkim za mądrość. Widać, że w samotności człowiek uczy się życia. Widać, że Marek Kamiński czerpie też ze świata to, co najlepsze. I pewnie dlatego książka "Dotykanie świata" jest jedną z moich ukochanych. Trzeba ją przeczytać. Ale najpierw — jako aperitif — ten wywiad.

Słodzi pan herbatę?
— Nie, nie słodzę, piję gorzką.

A ja myślałam, że cukier krzepi.
— Nie krzepi, nie potrzebuję krzepić się w taki sposób. Pobudzam się inaczej.

Kawa?
— Oj, kawy też nie pijam od dawien dawna. Moją siłą jest moja głowa, bo właśnie dzięki myśleniu człowiek idzie dalej i dochodzi do celu.

A co teraz jest pańskim celem, co jest niezdobytym jeszcze biegunem?
— Rodzina. Mój cel to wychowanie dzieci na porządnych ludzi. Teraz to jest moja najważniejsza podróż. Nie muszę iść gdzie daleko na koniec świata. Nie muszę opowiadać o swoich wyprawach w mediach. Tak, dzięki nim byłem kimś dla świata, a nikim dla rodziny. Lepiej być nikim dla świata, a kimś dla rodziny. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu.

I najważniejszą?
— Na pewno. Jedną ważną mam już za sobą. Podróżowałem przez Polskę z moją córką Polą i było to niesamowite doświadczenie. Rozpoczęliśmy u źródeł Wisły, a zakończyliśmy w Gdańsku, z przystankami w drodze: w Kazimierzu, Krakowie, Warszawie i na Kaszubach.

A inne ważne podróże?
— Ważna jest na pewno moja wyprawa na biegun. To było moje przeznaczenie, a nie przypadek, bo w życiu nie ma przypadków. Jak dzisiaj na to patrzę, widzę, że wszystko, co robiłem przedtem, to były przygotowania do wyprawy na bieguny. Czasami mam takie odczucie, że już swoje życie w jakimś sensie przeżyłem, Czuję, że dokonało się jakieś spełnienie. Może dlatego, że zawsze myślałem, że aby dojść na Biegun Północny czy Południowy trzeba całego życia. Że jak wreszcie zdobędę biegun, będę miał na karku pięćdziesiątkę albo i więcej. A tu, wystarczył rok i rozdział zamknięty. Dzięki wyprawom jestem bardziej dojrzały, dużo się we mnie przełamało.

Co na przykład?
— Ważna dla mnie jest podróż z Jaśkiem Melą. Kiedy zaczynaliśmy ją realizować, było to niewątpliwie szalone. Jasiek jest osobą niepełnosprawną i — kto wie — może gdyby był w pełni sił, nie miałby motywacji, żeby podjąć taką próbę. Jasiek poszedł w tę trudną podróż na protezach, bo parę lat wcześniej stracił w wypadku prawą rękę i nogę. Musiałem wczuć się w jego sytuację. Dzięki temu umożliwienie podążania za marzeniami daje ogromną motywację do realizowania celów. A często motywacja jest dużo ważniejsza niż siła fizyczna.

Czego nauczył się pan od Jaśka?
— To niesamowicie pogodny człowiek, dla którego właściwie nie ma barier. One oczywiście są, ale można starać się je pokonywać. On to potrafi i robi to z wielką pogodą ducha. Nauczyłem się od niego właśnie tej siły. Pamiętam, jak zadawano mi pytania, dlaczego wybieramy się w taką trudną podróż, co będzie, jak coś się stanie Jaśkowi? Jego mama odpowiedziała na to trafnie: „Dla mnie trudniej jest patrzeć na syna i myśleć, że on nigdy nie wyjdzie z domu dalej niż na 100 metrów, niż wiedzieć, że o własnych siłach przeszedł setki kilometrów”.

A pamięta pan swoją pierwszą podróż?
— Miałem wtedy siedem lat i postanowiłem jeździć autostopem. Nie przemierzałem oczywiście wielkich odległości, ale miałem wielką radość z moich pierwszych prób poznawania świata. Pierwszą samodzielną i samotną podróż odbyłem pociągiem, gdy miałem osiem lat. Jechałem z Gdańska do Łodzi. Gdy byłem mały, uwielbiałem też bawić się śniegiem, jeździć na sankach i nartach — nie bez powodu ciągnęło mnie na bieguny. Nawet kilka razy zdarzyło mi się wpaść do przerębla. Gdy miałem kilkanaście lat, popłynąłem do Maroka. To było pierwsze zetknięcie z zupełnie inną kulturą. Zachłysnąłem się tą różnorodnością świata i od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią mojego życia.

Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą.
— Zawsze wracam z ekspedycji mądrzejszy. Kurt Vonnegut zapytał kiedyś swojego syna: „W czym tkwi sens życia?” Usłyszał: „Jesteśmy na świecie po to, aby sobie wzajemnie pomagać i pokonywać wszelkie możliwe przeszkody”. Pewnie nie zwróciłbym uwagi na to powiedzenie, bo ludzie mówią wiele mądrych rzeczy, ale tam daleko, na śnieżnych przestworzach zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi do końca.

Co pan jeszcze odczuwał „do końca” na końcu świata?
— Ogromne poczucie swobody. Tego się nie da nawet opisać słowami. Czujesz się człowiekiem w taki sposób, w jaki jest to możliwe tylko w miejscu, gdzie jest się naprawdę samemu.

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

niedziela, 6 września 2009

Jaś Mela: Spacerkiem na koniec świata


— Dostając od kogoś nadzieję, dostajemy misję niesienia jej dalej. Jeżeli człowiek zamyka się i nie dzieli się swoim doświadczeniem, marnuje swoje życie — uważa Jaś Mela, niepełnosprawny podróżnik. — I co mu z tego doświadczenia?


Z Jasiem było przesympatycznie. Usiedliśmy na trawie pod olsztyńskim zamkiem. Jaś czarował nie tylko swoim serdecznym i pełnym radości uśmiechem, ale wiarą w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Sam jest na to przykładem, że wiara i nadzieja przenoszą góry. Gdy słuchałam jego opowieści, rosły mi skrzydła. Tak, Jaś Mela to trampolina motywacji!

Jasiu, o czym dzisiaj marzysz?
— Mam naturę szalonego podróżnika i chętnie wybrałbym się w zakręconą podróż autostopem do Indii albo Ameryki Południowej. Chciałbym codziennie budzić się w innym miejscu i nie wiedzieć, gdzie będę za tydzień. Ale moim największym marzeniem jest założenie rodziny. To jest codzienna podróż w nieznane. Miałbym jeden dom, własny ogródek, do którego wychodziłbym codziennie ze swoimi dziećmi. To jest dla mnie fascynujące — dzień po dniu podróżować w stronę czegoś nowego. Dzieci dorastają, uczą się... Czy to nie jest najpiękniejsze na świecie?

A gdy byłeś małym chłopcem, o czym marzyłeś?
— Podróże były w moich myślach, ale nie wierzyłem, że marzenia można spełniać. Nawet do głowy mi nie przyszło, że można gdzieś iść. Winne temu były brak wiary w siebie i brak finansów. Ale to wymówki. Bardzo często wmawiamy sobie, że czegoś się nie da. Wyszukujemy jakiś powód i nawet się nie zastanawiamy, jak go uniknąć. A przecież zawsze można coś wymyślić! Ale niestety człowiek ciągnie się w dół i to w każdej sferze życia. Gdy mąż chce pokłócić się z żoną, to się pokłóci — że za mało zarabia, że jest bałagan w domu. Tak samo jest z marzeniami — po co je realizować, skoro „coś tam”? Ale jeśli bardzo się chce, wiele przeszkód można przeskoczyć. Powiem ci jednak, że jak byłem mały, nie chciałem być podróżnikiem. Planowałem, by zostać informatykiem. W swoich myślach tworzyłem gry komputerowe. I nawet nie były one podróżnicze! Serio — nie chodziło mi po głowie podróżowanie. No, może trochę bym pojeździł, wyrwałbym się na koniec świata, ale to wszystko.

Gdzie był kiedyś ten koniec świata?

— To był zbiór totalnie abstrakcyjnych miejsc — Ameryka Południowa, Patagodnia, Afryka, Japonia.

A dzisiaj?

— Pod tym względem nic mi się nie zmieniło. Ale koniec świata dla każdego to inne miejsce. Napisał do mnie chłopak, że jest sparaliżowany i leży w łóżku. Załamał się i nie widzi sensu życia. Ale zobaczył w telewizji jak wędruję z innymi niepełnosprawnymi — zobaczył ludzi podobnych do siebie. I postanowił wstać z łóżka i dojść na swój koniec świata. Gdzie? Do umywalki, by umyć się o własnych siłach. To jest jego koniec świata, to jest jego Kilimandżaro. Ale wiesz, koniec świata naprawdę jest tam, gdzie widać horyzont. Gdy już się tam dojdzie, koniec świata nadal jest tam, gdzie rozciąga się horyzont. Jest wciąż przed nami — można tam dojść nawet spacerkiem. Krok po kroku — wystarczy chcieć.

A wypadek był dla ciebie końcem świata?

— Był odmienieniem mojego świata. Na początku był to cios, oczywiście. Straciłem wiarę w siebie i w ogóle wiarę w to, że mogę być w życiu szczęśliwy. Wyobrażałem sobie przyszłość... Może chciałbym być strażakiem. Ale jakim? Stary, nie masz ręki, nie masz nogi! Jakim strażakiem? Co ty chrzanisz?

Ale pojawił się Marek Kamiński. Przez przypadek?
— Trochę tak. Marek dowiedział się o moim wypadku, a moja mama zaprosiła go do mnie do szpitala. By po prostu ze mną porozmawiał. A dlaczego akurat on? Może dlatego, że jest osobą, która wiele rzeczy w życiu osiągnęła. Miał opowiedzieć mi nie tylko o tym, co osiągnął, ale miał pokazać mi, do czego doprowadziła go ciężka wędrówka. Mnie przecież też czekała taka droga. Marek stał się dla mnie metaforą. Musiałem się przecież nauczyć żyć jako osoba niepełnosprawna — to chyba najtrudniejsza moja życiowa wyprawa.

Z czym walczyłeś podczas tej wędrówki?
— Z psychiką. Musiałem się zaakceptować, a miałem wtedy 13 lat! To był czas, kiedy dzieciak potrzebuje akceptacji. Wtedy bardzo łatwo dostrzega się u siebie coś, co jest inne. A to nosek krzywy, a to jakiś pryszcz. Człowiek ma taką głupią potrzebę udowodnienia sobie tego, że jest niedoskonały. A kiedy stałem się osobą niepełnosprawną, miałem na to niezbite dowody. Jestem inny? Jestem! I jak tu się zaakceptować? Przykład? Chcę iść na basen... Ale jak? Nie mam ręki i nogi — każdy zwróci na mnie uwagę! Każdy będzie się gapił. Teraz do tego przywykłem, bo wiem, że nie można żyć w klatce. Człowiek jest uzależniony od opinii innych, że gotów jest zwariować. Dlatego trzeba wierzyć w siebie, a nie patrzeć na innych.

Długo dochodziłeś do wiary w siebie?
— Trwało to trochę, to takie ziarnko do ziarnka. Ale wiele zawdzięczam Markowi Kamińskiemu, który znienacka zaproponował mi wyprawę na biegun. Zaskoczyło mnie to bardzo i zacząłem się zastanawiać. Iść, nie iść? Bałem się bardzo, ale pomyślałem, że muszę spróbować. Życie dało mi szansę i jeżeli wtedy powiedziałbym „nie”, to znaczyłoby, że boję się spróbować. Jasne, myślałem, że może mi się nie udać. Cały czas miałem w głowie myśli, że spróbowanie, nie oznacza sukcesu. Lepiej — szanse na powodzenie były wtedy w mojej głowie małe! Ale wziąłem się w garść, bo głupotą było niewykorzystanie tej sytuacji. Miałbym sobie do zarzucenia, że nie spróbowałem. Gdyby się nie udało, pomyślałbym sobie: cóż, próbowałem, trudno. Ale szedłem, dochodziłem... W końcu doszedłem.

Czyli im bliżej bieguna, tym bliżej pewności siebie.
— Tak. Krok po kroku. W czasie wyprawy walczyłem ze sobą jednak w innym aspekcie niż wcześniej. Na pierwszym planie nie było już nauki umiejętności manualnych. To właściwie miałem już za sobą. Wiele do powiedzenia miała zaś specyfika miejsca — Arktyka, zimno, śnieg, wiatr, trud wędrówki. I wyobraź sobie, że nigdy nie marzyłem, by iść na biegun. Niewiele wiedziałem o takich miejscach. Ale zdecydowałem się. Nie było to przyjemne, ale podróż pomogła mi przekroczyć granice wewnątrz siebie. Dlatego teraz ja zachęcam do podróży innych. Prowadzę fundację i wpieram osoby niepełnosprawne w realizacji ich marzeń.

Czujesz się dla nich Markiem Kamińskim?
— Czuję się kimś takim, kto dzieli się tym, co ma — tym co dostał od innych, w dużej mierze od Marka Kamińskiego. Dostając od kogoś nadzieję, dostajemy misję niesienia jej dalej. Jeżeli człowiek zamyka się i nie dzieli się swoim doświadczeniem, marnuje swoje życie. I co mu z tego doświadczenia? Dlatego uważam, że warto otwierać się na innych — także w taki sposób jak organizowanie wspólnych wypraw.

Dzisiaj żadna podróż ci nie straszna. Uwielbiasz jeździć autostopem!
— Oj, kocham autostop! Ostatnio byłem na Litwie. To sposób podróży, dzięki któremu poznaję mnóstwo ludzi.

A jesteś rozpoznawalny?
— Nie, raczej nie. Bardzo rzadko i cieszę się z tego. Wyobraź sobie, że nagle ni stąd ni zowąd budzisz się i wyglądasz jak Sylwester Stallone. Idziesz do spożywczaka do pomidory i widzisz panią ekspedientkę: Rany boskie, Rambo idzie! Albo wpadasz do kina, a ludzie: Rocky przyszedł! No po prostu przekichane być takim Rombo w polskich wioskach. To straszne być rozpoznawalnym. Chcę pomagać ludziom, a nie wystawiać się na pokaz.

Wesprzyj:
Fundacja Jasia Meli: POZA HORYZONTY