poniedziałek, 14 grudnia 2009

„Dom zły” made in Poland

„Dom zły” Wojtka Smarzowskiego to film o nieuchwytnej prawdzie. To film o moralności, którą trzeba zniszczyć. To film przede wszystkim o wódce, która jest do wypicia. Ale nie powiem: na zdrowie...


Wódka jest wszędzie. W stodole, w gardłach milicjantów, w oczach prokuratora, na stole, pod stołem, na mrozie, w cieple, w goryczy. Bez wódki — zdaje się — nie ma Polaka. Bez wódki nie ma życia, a przede wszystkim sensu życia. Wódka jest nałogiem, bogiem, napędza akcję. Rządzi naturą, państwem, systemem. Jest główną bohaterką.

W "Domu złym" wszechobecny jest też brud. Na ścianach, między zębami, pod paznokciami, w duszy, w myśli, w tańcu. Kobiety są brudne, mężczyźni nieświeży, plecy świecą się od potu. Nawet poród nie ma niczego wspólnego z „rodzeniem po ludzku”. Krzyk rodzącej kobiety nie jest krzykiem dającym życie. To krzyk rozpaczy, krzyk śmierci… tej sprzed kilku lat. I tej z dziś — krzyk nędzy.

Polska u Smarzowskiego śmierdzi, a nawet cuchnie. Tapla się w błocie, które – niczym refren – pojawia się na ekranie. To Polska B, a nawet C... A miło być tak bezpiecznie.


Pewnej ulewnej nocy 1978 roku Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) pojawia się przypadkowo w domu Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel). Początkowa nieufność gospodarzy ustępuje miejsca tradycji: gość w dom, Bóg w dom. Na stole ląduje wódka, języki się rozwiązują, a zawiązuje przyjaźń. Jak się okazuje – tylko na chwilę. Pijani mężczyźni planują bimbrowi biznes, chwalą się swoją gotówką… W końcu popijawa przeradza się w krwawą rzeź. W roli głównej: siekiera.

Równocześnie Smarzowski prowadzi widza w przyszłość. Jest 1982 rok. Ten sam dom, ta sama izba. Tylko błota brak, bo to środek białej zimy. Śnieg zasypał całe zło, które tu się zdarzyło. Na próżno go szukać. Ekipa śledcza z porucznikiem Mrozem na czele (Bartłomiej Topa) rozpoczyna jednak dochodzenie. W progu ponownie staje Środoń. Ma pomóc w rekonstrukcji tajemniczej zbrodni sprzed czterech lat. Kto zabił? Ale dojście do prawdy nie jest najważniejsze. Istotniejszy jest nie tyle alkohol, ile perfidny system. Tu gra toczy się o prawdę, sumienie i moralność. Ale Wojtek Smarzowski w tym miejscu stawia bardzo poważne pytanie: po co to komu?


"Dom zły" to być może najważniejsze rozliczenie z komunizmem, na jakie zdobyło się polskie kino w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jednak Smarzowski nie próbuje na siłę uniwersalizować opowiadanej przez siebie historii, ani obciążać jej martyrologicznym balastem. Pilnuje, by fabularne nitki nie wypadły mu z rąk i z zegarmistrzowską precyzją porusza się między dwoma planami czasowymi. Wraz z rozwojem akcji zagęszcza atmosferę i nie rozładowuje napięcia aż do samego końca. Realistyczne z pozoru sceny płynnie przechodzą u niego w dziką fantasmagorię, puentowaną bardzo często smoliście czarnym humorem.
(Łukasz Muszyński: Uciec, ale dokąd?)

Genialne aktorstwo – nie ma Smarzowskiego bez swojej stałej ekipy. Aż sobie pomyślałam: że też ten Dziędziel musi zawsze dostawać po tyłku. Nigdy nie gra bohatera, zawsze wciela się w rolę ofiary polskich cuchnących ambicji. W "Weselu" traci rodzinę i palec, w "Domu złym" bilans strat jest znacznie większy. To taki everyman polskiej głupoty.

Polska z lat 70. i 80. ukazana w "Domu złym" to nie Polska z "Popiełuszki", to nie kraj romantycznych rewolucjonistów, patriotycznych zrywów, pięknych Polaków. Po scenie chodzą istoty rozbite, zdemoralizowane, brutalne i zdesperowane. Oto jak hartowała się stal, oto ten bagaż, z którym weszliśmy do Europy. Możemy go nie widzieć, ale on jest w nas.
(Jakub Socha: Wśród faworytów)

Detale. To dzięki nim Smarzowski zrobił aż tak przerażający film. Nie oszczędza widza, nie serwuje mi łatwego i przyjemnego kina. Wali po mordzie – nie da się tego inaczej ująć w słowa. Wali właśnie drobiazgami, niuansami, z których wyłania się polski obraz sprzed laty. Bo PRL, czyli ten „dom zły”, miał nie tylko kiepskie fundamenty, ale koszmarne piwnice. Czy wszystkie je zasypaliśmy?

niedziela, 13 grudnia 2009

Co zaszło 13 grudnia?

Z okazji stanu wojennego, którego nie pamiętam…


13 grudnia 1981 roku miałam ponad rok, pieluchę na pupie i albo smacznie spałam, albo płakałam. Albo pozowałam do zdjęcia — mam jedno takie, na którym siedzę na nocniku ze zdziwioną miną i trzymam w prawicy ulubionego misia Kumpla. Tak właśnie miał na imię. Ale czy były to czasy stanu wojennego?

Pamiętam późniejsze czasy — kolejki w sklepach, kartki, pierwszą coca colę i chińską różową sukieneczkę. Pamiętam też korale z rolek papieru toaletowego i pyszną kwaśną śmietanę w buteleczkach. Zapomnieć nie mogę mody lat osiemdziesiątych, szerokich kołnierzyków i bufiastych rękawów.

Pamiętam chleb z przyklejoną kartką na przypieczonej skórce. Gdy kupowałam pół bochenka, często wyjadałam środek. Był jeszcze ciepły i pyszny. Ale wtedy byłam już starsza — fakt.

Pamiętam jednak, jak podczas zabaw z dzieciakami, udawałam Jaruzelskiego. Żartowaliśmy z jego charakterystycznego sposobu mówienia — z cmokania i długich pauz. I te okulary... Dlaczego robiliśmy sobie z niego jaja? Dziurę mam w głowie, ani śladu pamięci. Ale skoro "wcielaliśmy się" w niego, znaczy, że nie był to pierwszy lepszy pan z telewizji. Był ciekawszy od wiecznego wtedy Jana Suzina!

Stanu wojennego jednak nie pamiętam. Czytałam, owszem, ale nie pamiętam. W szkole mi tłumaczono, ale to za mało. Nie pamiętam i już.

Ale Teleranek uwielbiałam.

Przeczytaj:
Urodzona 13 grudnia
Wspomnienia: 13.12.1981

sobota, 12 grudnia 2009

Jachimek: Po piwie milczę jak głaz

— Szanuję ciężką pracę redaktorek z kolorowych pism — przyznaje Tomasz Jachimek, satyryk. — Ale uważam, że wywiady w tych pismach nie są ważne.


Nazywa się Jachimek. Tomasz Jachimek. Urodą nie powala, wydaje się być rozmowny, ale nie zawsze. Po piwie gadać nie chce. Rozmowa z nim przypomina grę w ping ponga — szybkie pytanie, jeszcze szybsza odpowiedź.

To dobrze, że kabareciarz ma hobby. Na swojej stronie wymienia pan, że lubi tenis, scrablle, książkę i piwo... Tylko jedną książkę?
— Książkę pojmuję nieco szerzej i nie jestem w stanie wskazać swojej ulubionej.

Mam nadzieję, że nie jest to książka telefoniczna.

— Nie! Książka to dla mnie rzecz użytkowa, którą się otwiera, korzysta się z niej, przegląda się ją albo „przeczytuje”. I jest z książką przyjemnie.

A piwo, jakie musi być, żeby czuł pan niebo w gębie?

— Wybredny nie jestem. Piwo może być dowolne — byle jasne. Pianka na dwa palce nie ma dla mnie znaczenia. Oczywiście lubię piwo zimne. I tyle.

Do czego przyznaje się kabareciarz po jednym piwie?

— Do niczego.

Do czego przyznaje się kabareciarz po trzech piwach?
— Też do niczego. Po trzech piwach też nic nie gadam.

A po pięciu?
— Po pięciu to nie jestem w stanie już nic powiedzieć, więc też nic nie mówię. Milczę jak głaz.

Oj, nie umówiłabym się z panem na piwo... Nudny z pana kompan.
— Zgadza się, picie piwa przebiegałoby w zupełnym milczeniu. Ale przyznam, że raczej nie piję w pubach, bo piwo najlepiej smakuje mi przy oglądaniu meczów. Albo się gada, albo ogląda piłkę nożną, prawda?

Nie krzyczy pan przy golach?
— Nie, absolutnie! Jestem kibicem przeżywającym wewnętrznie.

Na swojej stronie podaje pan wzór wywiadu dla redaktorek z kolorowych pism. Są banalne pytania i równie śmieszne odpowiedzi. Dlaczego ma pan uprzedzenia do dziennikarek? Czyżby się powtarzały?
— Ależ ja nie mam żadnego uprzedzenia! Staram się paniom z kolorowych pism ułatwić życie. Nie muszę się fatygować, nie muszą telefonować do mnie, bo podaję im ściągę wywiadu. Wystarczy pytania z odpowiedziami przekopiować i mieć z głowy rozmowę ze mną. W ten sposób wyrażam swoją sympatię, szacunek i uwielbienie dla ich ciężkiej pracy.

Skopiować pytania? Bo w każdym kolorowym piśmie taki sam Jachimek?

— Wywiady w takich pismach nie mają najmniejszego znaczenia. Myślę, że w kolorowych pismach nie liczy się to, co ludzie mają do powiedzenia.

Czyżby zdjęcia były najważniejsze? Pańskie zdjęcia?

— Ależ skąd! (śmiech) W kolorowej prasie nawet moje zdjęcia nie są ważne. Najbardziej liczy się sprzedaż. Tak, liczy się sprzedaż.

Ale pan też się sprzedaje — ludzie kupują bilety, pan ich bawi. Do czego bycie śmiesznym zobowiązuje?
— O matko święta! Do niczego. Publiczność nie może stawiać mi warunków. Widzowie to nie jest czarna zbita masa z takimi samymi upodobaniami. Publiczność ma swój gust, a każdy widz ma swojego faworyta. Jedni lubią takich, inni owakich, więc wszystkim się nie dogodzi. Jeśli człowiek mówi, że się podliże publiczności — że będzie śmieszny w taki a taki sposób — szybko przepadnie. Publiczność w mig się zorientuje, że taki komediant chce ich zrobić w balona.

Czyli trzeba być sobą.
— Tak! Jeśli mam wysnuć ostateczny wniosek — zgadza się. Trzeba być sobą, bo najlepiej jest być sobą.

Panie Tomku, niech mi pan wytłumaczy: co to jest patison?
— To jest albo ogórek, albo warzywo.

To ogórek nie jest warzywem?
— Niech będzie, że jest. Ale patison to jeszcze inna rzecz — to nagroda na festiwalu kabaretowym w Zielonej Górze. Dlatego patison kojarzy mi się wyłącznie z figurką z brązu, jaką dostają nagrodzeni zdolni kabareciarze. To jest właśnie patison.

Mieszkam w Olsztynie, mieście wielu jezior. Lubi pan pływać?

— Pływać? Ale jak pływać?więc

Wpław albo łódką.
— Wpław lubię. Ale tylko prywatnie preferuję takie pływanie. Zawodowo nie zanurzam się w wodzie.

Ale zawodowo skacze pan na głęboką wodę. Rozbawić tłum z gustem to trudna rzecz.

— Lubię skakać na głębiny. Tak samo jak lubię pływać.

Nago czy w slipkach?
— I nago, i w slipkach. Ale na scenie jestem zazwyczaj ubrany.

piątek, 11 grudnia 2009

Kłajpeda: miasto żurawi i delfinów

Nie ma uroku osobistego, ale ma urokliwe delfiny. Kłajpeda jest miastem szczególnym na Litwie — morze, żurawie i roztańczone walenie… powalają na kolana.


Kłajpeda ani ziębi, ani grzeje. Nie ma się co zachwycać miastem, ale warto pojechać. Paradoks? Tak, bo Kłajpeda ma to, czego nie ma cała Polska. To właśnie tam znajduje się delfinarium. Ba — jest to najbliższe delfinarium, do którego Polak może się wybrać!

A czy jest co oglądać w Kłajpedzie? I tu zaczynają się schody, mimo iż Kłajpeda płaska jak deska. Smakosz architektury pewnie znajdzie coś godnego uwagi, ale ja — szybki piechur — nie zatrzymałam się dłużej w żadnym miejscu. Kłajpeda sprawia wrażenie miasta chaotycznego, użytkowego, a nie szczycącego się urodą. Nie dziwię się, bo głównym punktem miasta jest największy port na Litwie. I ten rzeczywiście robi wrażenie, bo ja — szybki piechur — zatrzymałam się, żeby nasycić się widokiem rozciągniętych na brzegu żurawi. A ile ich jest? Nie zliczyłam, palców u rąk i nóg nie starczyło.

W Kłajpedzie byłam 6 grudnia i właśnie w mikołajki natrafiłam na jarmark, który w mieście jest tradycją. Miejscowi mówią, że od sześciu wieków corocznie rozkładają się stragany, a sprzedawcy zachęcają do kupna rzeczy przydatnych i mniej przydatnych. Są bursztyny, kapcie, chleb litewski, broszki zrobione na szydełku — litewski hit, a przede wszystkim drewniane rosyjskie laleczki, czyli matrioszki. Ta uliczna sprzedaż to miniatura naszego polskiego Jarmarku Dominikańskiego.


Bóg się rodzi, moc truchleje — w Kłajpedzie również. Na starówce ustawiono szopkę bożonarodzeniową — trochę kiczowatą, ale większość szopek świata urodą przecież nie grzeszy. No, może krakowskie szopki wybijają się ponad szeregi… Co też ciekawe — nigdzie w okolicy nie dojrzałam kościoła, więc szopka jest jednym z elementów świątecznego wystroju miasta. Przy choince wystrojonej w czerwone gwiazdy (przypominające sowieckie insygnia) olbrzymia stajenka wygląda rozkosznie. I to właśnie przy świętej rodzince ustawiają się osoby chętne fotografowania. Tu błysk, tam klik… Na pamiątkę. Z Jezuskiem za plecami — tylko w Kłajpedzie, tylko w miniaturowym Betlejem!


Nudzę? Znaczy, że o delfinach powinnam już napisać? Dobrze, będzie o delfinach. Żeby dotrzeć do delfinarium, trzeba załapać się na prom, który z centrum Kłajpedy przepłynie na Mierzeję Kurońską. Rejs trwa ok. 7 minut, ale podróż jest niewątpliwą atrakcją miasta. Podobno Litwini mieli wybudować most, ale machnęli ręką — skoro prom sprawia ludziom tyle radochy, niech zostanie. I został, i przewozi ludzi. Za niecałe trzy lity w obie strony.


Podczas podróży można przyjrzeć się portowi — i żurawiom, i statkom, i wszystkiemu, co z morzem związane. Najciekawsi wydają się ludzie, którzy wielbią się w wędkowaniu — czerwone nosy i ukochane wędki. No i kumple, bez których połów nie ma smaku. To chyba litewska nadmorska tradycja — porywać się na flądry.


Acha, o delfinach miało być? Ale jak mam pisać o delfinach, skoro w Kłajpedzie jest fantastyczne Litewskie Muzeum Morza? Tuż obok delfinarium znajduje się stara twierdza, w której utworzono miejsce skupiające ryby całego świata, rośliny podwodne, a przede wszystkim pocieszne zwierzaki. Są morświny, foki, są też boskie pingwiny.


Są też te delfiny — kilka kroków dalej, w delfinarium. Są też takie toalety...


A delfiny grają w kosza, tańczą, śpiewają i malują. Nie będę szczegółowo opisywać, zachęcam do obejrzenia filmu:



Zawsze, oglądając rozrywkowe pokazy zwierząt, zastanawiam się, czy nie cierpią. Zoo mnie przeraziło, ale delfiny wydają się być zadowolone z fikołków. Czyżby były dla nich frajdą? Zdaje się, że tak, a potwierdzają to wieloletnie obserwacje i badania, że człowieka i delfina łączy niesamowita więź:

Delfiny pod względem inteligencji są drugim gatunkiem na ziemi po człowieku (na równi z szympansami)

Delfiny, jako jedne z nielicznych zwierząt, potrafią imitować mowę ludzką.

Jacques Mayol był pierwszym człowiekiem, który zanurkował na głębokość 100 metrów. Zrobił to w taki sam sposób, w jaki nurkują delfiny — nurkując na jednym oddechu. Obalił w ten sposób teorię fizjologów.

Znane są przypadki, kiedy delfiny pomagały rybakom, naganiając do ich sieci ryby.

Dzikie delfiny często przypływają blisko plaż, aby być pogłaskane przez człowieka.

Wielokrotnie zdarzało się, że tonących rozbitków na powierzchnię wody wynosiły stada delfinów.

Delfiny odganiały stada rekinów od kąpiących się ludzi.

Jeżeli delfin upoluje rybę, często pierwszy kęs proponuje zaprzyjaźnionemu człowiekowi.

Delfiny to jedyne ssaki na świecie, które potrafią prowadzić prawie tak inteligentną rozmowę jak ludzie.

Człowiek przestawia się wypowiadając swoje imię. Delfiny wydają charakterystyczny dla nich gwizd — w ten sposób się rozpoznają.

Więcej o Litwie:
Balanga w Pałandze
Nadbałtycka Litwa

czwartek, 10 grudnia 2009

Lao Che: Kamyczek ładnie się osadził


— Wszystko samo się toczyło, ludzie roznosili nas pocztą pantoflową. Z ucha do ucha, z ust do ust — o sukcesie Lao Che opowiada Mariusz „Denat” Denst.


Pamiętam ten czas, kiedy pierwszy raz słuchałam „Powstania Warszawskiego”. To był sierpień, więc wagę powstania poczułam nad wyraz. Potem pojechałam do Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby ucieleśnić to, o czym czytałam w podręcznikach. Wcześniej nie czułam takiej potrzeby — ja z Olsztyna, ja z daleka... gdzie mi do powstańców? Dlatego dziękuję Lao Che, że zrobili płytę nie tyle genialną, co ważną.

Czarne kowboje w końcu zagrają w Olsztynie, 10 grudnia.
— No właśnie, graliśmy u was bardzo dawno temu. Ze sto lat będzie. A nasz akustyk jest z Olsztyna. Michał Dominowski wyrósł w stolicy Warmii, a teraz mieszka w Warszawie. Olsztyn jest jednak dla niego cały czas ważnym miejscem. Czy dłużej pobędziemy w jego rodzinnych stronach? Czasu mamy ostatnio mało, bo siedzimy w studiu i nagrywamy nową płytę.

Znowu zaskoczycie? Bo co krążek, to inny...

— Zgadza się, postaraliśmy się znowu odskoczyć od poprzednich dokonań. Tym razem użyjemy więcej elektronicznych dźwięków niż rockowych. Owszem, będzie to elektronika, ale „taka nasza”, taka w stylu Lao Che. Inaczej nie może być.

Ale chyba nie uciekniecie od rocka jak Agnieszka Chylińska!
— Nie, nie chodzi nam o taneczną formę! Kierujemy się bardziej w stronę nowej fali, ale w naszej interpretacji. Podchodzimy do sprawy artystycznie i poważnie. Każda płyta to wyzwanie dla naszej grupy. Zawsze chcemy sprawdzić się w innej, nowej formie.

To jest fajne, bo się nie powtarzacie.

— Tak, to jest fajne! Nie ma u nas ciągle tego samego grania. Dzięki takiemu podejściu do sprawy możemy nauczyć się wielu ciekawych rzeczy i to potem procentuje przy następnych albumach. Możemy poświęcić się takiej a takiej stylistyce, zgłębić ją po naszemu.

I to w was cenię, bo nie osiadacie na laurach, a dostaliście tyle nagród, że głowa mała!
— Bo to, co dla nas jest najważniejsze, to jakość naszego tworu, który produkujemy. Przyznam, że przy każdej płycie nie robiliśmy dużej promocji. Wszystko samo się toczyło, ludzie roznosili nas pocztą pantoflową. Z ucha do ucha, z ust do ust. Jeśli jakość jest dostrzeżona w naszym procesie twórczym, to bardzo nas cieszy i motywuje do kolejnych ciekawych posunięć.

Podoba mi się to, że mówisz o procesie twórczym, a nie o zwykłym graniu.
— Bo muzyka to proces. Tworzenie zajmuje dużo czasu — nie trwa ani tydzień, ani miesiąc, ale najmniej rok. Przygotowania do poprzednich produkcji zajmowały nam dwa, trzy lata — począwszy od samej aranżacji po realizację w studiu. Jeśli mamy czas, czyli przestrzeń, możemy dokonać właściwych wyborów. Czas pozwala nam weryfikować pomysły. Nawet nie gramy nowych kawałków na koncertach — póki ich nie nagramy. Nowy materiał na razie się rozwija. Studio też na pewno zmieni nasze zapatrywania, więc za jakiś czas dopiero coś zaprezentujemy. Chcemy robić naszą muzykę dobrze, a nie po łebkach. Chcemy być w pełni przygotowani. Nie zależy nam na improwizacji, która nie ma rąk i nóg.

Czyli podchodzicie z szacunkiem do fanów.
— Bo fanom wiele zawdzięczamy. To zawsze ludzie nas nieśli, a potwierdza to przede wszystkim sukces płyty „Powstanie Warszawskie”.

Dzięki wam, nie ukrywajmy, wiele młodych osób zastanowiło się nad tematem powstania.
— A no właśnie, muzyka działa na ludzi, a zwłaszcza na osoby podatne na emocje. I właśnie ich odczucia są potem ogniwem, które rozogniają koncerty. Żywiołowa reakcja nie bierze się znikąd. Ona się buduje z dwóch stron — i z naszej strony, ale przede wszystkim ze strony publiczności.

A może nagracie płytę z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem?

— Rozumiemy znaczenie naszych dokonań i właśnie dlatego nie chcemy psuć już tego, co udało nam się stworzyć. Myślę, że podobne działania wpływałyby ujemnie na nasz zespół. Musimy szukać nowych rzeczy.

Ale „Bogarodzica” w waszym wykonaniu byłaby urocza!

— Ach, na pewno ciekawie by zabrzmiała! I na pewno byśmy długo się przygotowali, żeby oddać klimat tego utworu. Ale zostawmy „Bogarodzicę” — mamy tyle pól do eksploatacji, że wolimy zdobywać nowe tereny. „Powstanie Warszawskie” było niezwykle wyrazista płytą i wszystkie albumy, które nagrane są w innym tonie, nie są do niej porównywane. Wolimy iść w tym kierunku, więc uciekamy od tematów historycznych. Ten kamyczek został już wrzucony do ogródka i ładnie się osadził.

środa, 9 grudnia 2009

Balanga w Pałandze

Letnia stolica Litwy oczarowała mnie... poza sezonem. Czyżby dlatego, że lubię morze o chłodnej porze? Nic z tych rzeczy. Pałanga ma zawsze gorącą atmosferę — nawet jeśli wieje. A może przede wszystkim dlatego?


Litwo, ojczyzno moja… Adam Mickiewicz stracił serce, a pewnie i głowę dla Litwy. Nie dziwi więc, że tłumy polskich wycieczek mkną do zamku w Trokach i Wilna. Wiadomo, polskie korzenie głęboko tam w ziemię wrośnięte, więc nie trudno też porozumieć się po polsku. Co drugi człowiek jak nie mówi, to przynajmniej rozumie. A jak jest w innych rejonach?

Pięknie jest. Byłam, widziałam i teraz uprzejmie donoszę, że nie tylko wiatr nad polskim Bałtykiem wieje przyjemnie. Litewski jest równie zimny — zwłaszcza o tej porze roku. A morze kocham i jesienią, i zimą — w chwilach, kiedy na plażach nie rozkładają się rozgrzane słońcem ciała. Samotne spacery wyciszają niesamowicie.

Pałangę nazywa się letnią stolicą Litwy — przypomina Sopot, ale miasto to jest znacznie bardziej klimatyczne. Zachwyciłam się, po prostu się zachwyciłam. Przede wszystkim wielki plus miastu dodają wszechobecne drewniane chaty. Do czego je przyrównać? Nie są to ani góralskie chaty, ani wiejskie domki — eleganckie budowle, które zdobią nie tylko główną ulicę Vytauto gatvė (ul. Witolda), ile przede wszystkim długi deptak (Basanavičiaus gatvė) prowadzący na molo. W tych domkach mieści się czterdzieści knajp i wiele z nich latem oferuje muzykę na żywo. Poza drogą kuchnią można zjeść też „kebabai” i ochłodzić się „lodai”. Latem, proszę bardzo. Jesienią pewnie znacznie milej napić się litewskiego grzańca.


Wielbiciele picia piwa na świeżym powietrzu też mieliby wiele frajdy, bo na deptaku aż roi się od ławeczek. Policjantów też widziałam (jeden przysypiał w radiowozie), więc i na Litwie łatwo o mandacik dla smakoszy. Nie sprawdzałam, ale dam sobie rękę uciąć — „chcesz pić, idź do knajpy, nie zasłaniaj krajobrazu”. Ale zawsze można poczytać gazetę… Albo wiersze — w Pałandze bawił się sam Adam Mickiewicz i to dwukrotnie — w 1821 i 1824 roku. Pisał? Podrywał? Dziś podobno prym w podrywie wiodą Włosi. Latem oczywiście. W grudniu rwanie ma ktoś inny, ale o tym później.


Na molo aż kipi od wędkarzy. Wieczorem jest ciekawiej, bo panowie nie tylko pilnują swoich wędek, ale przede wszystkim popijają wódeczkę. Neptun nie ma na nich siły, ale przynajmniej bałtycki chłód im nie straszny. W każdym szaleństwie jest metoda. Ubrani w wielkie kurty i ciepłe czapy wyglądają przekomicznie — zwłaszcza, że polują na malutkie flądry. Co któremu uda się złowić byczą babkę, ale czy ona jest jadalna? Nie wygląda apetycznie, fu!


5 grudnia Pałanga świętowała. Do litewskiego kurortu zjechała mikołajowa zgraja — każdy reprezentował kraj nadbałtycki, machał chorągiewką i szukał zaczepki. Dlaczego?


Bo tylko polski Święty Mikołaj miał wzięcie (aż mu broda zniknęła z brody). Błyski fleszy oślepiały, kobiety rwały, a inni czerwoni tylko patrzyli. Cóż, szukali kontaktów na własną rękę, a dzieciaki były nadzwyczaj wstydliwe. Polski czerwony miał jak pączek w maśle. Przyjechała wycieczka z Polszy, więc ciągnął swój do swego — szkoda tylko,że nie znał ani jednego polskiego słowa.


Ale w obliczu Bożego Narodzenia na nic obce języki. Jeden jest uniwersalny — uśmiech.

Święta to też czas przygotowań kulinarnych. Może dlatego takim wzięciem cieszą się kramiki ze świeżymi wędzonymi rybami?


Aleja choinek też motywuje do kolędowania. Tak jak i Święty Mikołaj reprezentował swój nadbałtycki kraj, tak i zielone drzewko. Polska choina niestety wyglądała na najuboższą. Kryzys aż tak daleko sięga?


Nad Bałtykiem na Litwie po polsku się nie dogadasz. Litwini mają też problem z angielskim — prym wiedzie język rosyjski. Nie radzę więc ruszać się bez tłumacza. Ale na migi też można dać radę. Da, da! Wsio haraszo!

Być może po polsku mówi tylko jeden człowiek — pan Edvardas, który jest Polakiem z urodzenia, ale od wielu lat mieszka w Pałandze. Jest przewodnikiem, więc dla wszystkich chętnych podróży nad litewski Bałtyk, polecam! Nie to, że facet ma głowę przepełnioną legendami, to jeszcze mówi tak rozkosznym językiem, że słuchać można go godzinami. I jak każdy Litwin (mimo iż polski) jest święcie przekonany, że Krzyżaków pod Grunwaldem rozgromił — tu cytat — niezwyciężony książę Witold.


Pan Edvardas oprowadza po ogrodzie botanicznym, w którego sercu stoi pałac Tyszkiewiczów, w którym z kolei mieści się muzeum bursztynu. Dla wielbicieli żółtych kamyków i zatopionych w środku pająków, much, roślin i rzeźbionych kobiet — bomba!


Dla znudzonych siedzeniem w niedużej Pałandze, proponuję wypad do Kłajpedy. Niezbyt to urodziwe miasto, ale że mam słabość do stoczniowych żurawi, więc polecam. Jest ich tam mnogo, oj mnogo. Gdańsk niech kuli po sobie uszy! Ale nie bez powodu Kłajpeda słynie z jednego z większych portów.

Kłajpeda słynie też z muzeum morskiego i delfinarium. Tańczące, śpiewające i malujące delfiny są rozkoszne! Wstęp na ich show kosztuje 14 litów, co jest ceną śmiechu wartą. Za takie podrygi i szaleństwa? Fantastyczne!

Ceny na Litwie są przybliżone do cen polskich. Cyferki na produktach są niemal identyczne. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że lit kosztuję ponad złotówkę. O ile na coli się nie przepłaci, tak na samochodzie pewnie już tak.



Przeczytaj:
Kłajpeda: miasto żurawi i delfinów

wtorek, 8 grudnia 2009

Pietrzak: Pływanie żabką mam opanowane

— Na Mazurach śpiewałem piosenki antykomunistyczne. Uważałem wtedy, że świństwo komunistyczne trzeba obalać zawsze wtedy, kiedy się da. A przy ogniskach to rewelacyjnie działało, więc nie żałowałem nikomu piosenek — zdradza Jan Pietrzak, satyryk, który ma letni dom w Krzyżach.


Pamiętajmy o ogrodach? Nie tylko. Pamiętajmy, że są chwile, kiedy można wypocząć. Że są chwile, kiedy można uciec od pracy i zobowiązań. Pamiętajmy o urlopie. To tytułem wstępu, a tytułem zakończenia — pozdrawiam Jana Pietrzaka, z którym rozmawiam na temat wypoczynku. O!

Panie Janie, zakochał się pan w Mazurach!
— I to jak! Mieszkam w Warszawie, a letni dom mam nad Jeziorem Nidzkim. Fantastyczna to okolica, więc i odczucia mam jak najlepsze.

A co zaciągnęło pana nad jeziora?
— Wszystkiemu winne są moje dzieciaki. Zaciągnęły mnie tam jeszcze w latach siedemdziesiątych. Tam właśnie wychowałem pięcioro dzieci, bo co roku z nimi wyjeżdżałem na szerokie słodkie wody. Krążyliśmy po różnych miejscach, ale jeziora i tak były najlepsze. Tak mi się tam spodobało, że postanowiłem na Mazurach się zadomowić. Bo zazwyczaj wynajmowałem pokoje i trzymały mnie terminy. Od tego pomysłu, by mieć cos swojego, wszystkie moje wakacje stoją poz znakiem Mazur. A jest co chwalić, bo Mazury mają szczególny klimat. Ciągnie mnie połączenie lasów Puszczy Piskiej z wodą. Ciągnie mnie też bardzo urocza mała wioska licząca zaledwie sześćdziesięciu mieszkańców. Na Mazurach nawet nie ciąży wszechobecny element napływowy z Warszawy.

No właśnie, dlaczego warszawiacy tak chętnie okupują jeziora?
— Bo to naturalne zaplecze dla Warszawy. Kraków ma góry i tam jeździ odpoczywać. Każde większe miasto ma swoją bazę wypadową i zaplecze turystyczno-oddechowe. Nie można żyć bez miejsca, gdzie można się wyrwać i odsapnąć od codziennej bieganiny. Co prawda akurat Mazury nie są tak blisko stolicy. Wyprawa nad jeziora to nie jest już od tak wypad za miasto. Trzeba jechać te trzy godziny, ale co szkodzi wyjechać na weekend? A na wakacje wasze wody są jak znalazł!

Każdą wolną chwilę spędza pan na Mazurach?
— Bez przesady! Po pierwsze wolnych chwil mam niewiele, a po drugie najczęściej jeździłem nad jeziora, gdy dzieci były małe. Można powiedzieć, że one mnie mobilizowały. Dziś walczę z czasem, dzieci mi podrosły, więc i powodów mam mniej, by wyjeżdżać. Dopiero jak wnuki mi zakiełkują, znowu będę częstszym gościem na jeziorach. Będę się bawił z wnukami jako szczęśliwy dziadek na emeryturze.

Dla dzieci zabawy w piasku to raj na ziemi.
— Dlatego na Mazurach skupia się całe środowisko dziecięce. Teraz pewnie też, bo kiedyś było to szczególne miejsce dla moich dzieci kanadyjskich. Moja poprzednia żona w latach osiemdziesiątych wyjechała z dziećmi do Kanady. Wszyscy namawiali mnie, bym i ja wyjechał, bo przecież miałem kłopoty w Polsce. Lecz ja uprawiałem zawód fascynujący, nie dla tchórzy, więc postanowiłem nie uciekać. I dobrze, bo mogłem zapraszać na Mazury dzieci. One przyjeżdżały tu do dobrych kolegów, którzy też zjeżdżali się latem co rok. Spotykali się więc wszyscy sami swoi z różnych stron. Bo dzieci to są społeczne istoty i szukają koleżeństwa, z którym można kopać piłkę, łowić ryby, pływać na łódce i ganiać po lesie.

Pan też gania po lesie i łowi ryby?
— Teraz mniej, bo przecież mam prawie sto lat. Bez przesady, nie wymagajcie od mnie wszystkiego! (śmiech) Ale ze wszystkich mazurskich plusów oczywiście korzystałem! Żeby nie było, że ja już taki dziadek jestem, co siedzi i nic nie robi. Z rybami szło mi jednak najsłabiej, bo nie pasjonuję się zarzucaniem wędki i wpatrywaniem się w nieruchomy spławik. Synowie zresztą zawsze mieli mi to za złe, że nie chcę z nimi ryb łowić. Tak, to moja słaba strona. Ale wszystkie pozostałe rodzaje sportów — rowery, żaglówki, pływania żabką, długie spacery, zwiedzania okolic — mam opanowane. W ogóle wyskoki do różnych okolicznych miejscowości mają sens, bo jest tam sporo ciekawych rzeczy do oglądania. Miejscowi nawet nie wiedzę, ile skarbów mają pod nosem.

Jakieś szczególne historie panu się kojarzą z pobytem nad jeziorami?
— Chwała Bogu nigdy się nie topiłem! Jeśli już miałem jakieś przygody, to były one natury politycznej w stanie wojennym. To dopiero historia! Wysyłano do mnie specjalnych zwiadowców, czyli ubeków, którzy przysłuchiwali się moim śpiewom przy ognisku. Donosili, czy aby nie przekraczam granic przyzwoitości. Niedawno dowiedziałem się, że sporządzano na mój temat specjalne raporty. Otrzymałem z IPN-u akta i wyszło na jaw, że na plecach siedzieli mi specjalni donosiciele. Spisywali słowo po słowie, jakie ja antypaństwowe treści wyśpiewuję.

Czyli nie było to „Pamiętajcie o ogrodach”...
— A skąd! Śpiewałem przede wszystkim piosenki antykomunistyczne. Uważałem wtedy, że świństwo komunistyczne trzeba obalać zawsze wtedy, kiedy się da. A przy ogniskach to rewelacyjnie działało, więc nie żałowałem nikomu piosenek. Przez jakiś czas w okolicy mojego wypoczynku działał ośrodek dla górników. Tłumnie zjeżdżali więc ludzie z kopalni i bardzo często zapraszali mnie, bym im śpiewał do pieczonych kiełbasek. To był bardzo zbuntowany i rewolucyjny element, więc piosenki antykomunistyczne rewelacyjnie wybrzmiewały w ich ustach i uszach. Tym bardziej szpiedzy terenowi czatowali w okolicach.

Czyli na Mazurach nie da się ukryć...
— W jakimś sensie się nie da. Partyzancki oddział w jednej ziemiance raczej się nie ukryje. Ale nie ma powodu, by się chować gdzieś po lasach i uciekać. Kiedyś też takich powodów nie było, by zapadać się pod ziemię. Ale, owszem, Mazury to świetny sposób na izolację od miastowego hałasu. Wiejskie obyczaje i życie towarzyskie przy ogniskach, czy na plażach, czy na spacerach, a nawet przy wędkach na rybach, to jednak zupełnie inna uroda życia. To bardzo korzystne miejsce.

sobota, 5 grudnia 2009

Zrobiłam sobie test na HIV

Co sześć sekund na świecie ktoś zakaża się HIV, co dziewięć sekund ktoś umiera na AIDS. Mnie to nie dotyczy — mawiamy zazwyczaj. Czyżby? 1 grudnia obchodziliśmy Światowy Dzień AIDS, więc zrobiłam test na HIV. Dla pewności.


Na badanie przychodzę przed czasem, ale nie jestem jedyna. W poczekalni gromadzą się ludzie. Jest cicho, zupełnie inaczej niż w zwykłej przychodni. Nikt z nikim nie rozmawia, nie zwierza się z chorób i doświadczeń. Czuć napięcie.
— Jestem w ciąży i chcę się zbadać dla pewności — mówi mi młoda brunetka. — Lekarz mi zalecił, a wcześniej moja koleżanka się badała.
— W kręgu znajomych nie rozmawia się o HIV, to temat tabu — przyznaje czekający na badanie blondyn. — Badam się, bo chcę mieć pewność, czy jestem zdrowy. Czy miałem ostatnio jakieś wpadki? Trudno powiedzieć, bo co to właściwie jest wpadka?

Ankieta. Najpierw trzeba odpowiedzieć na kilka pytań, żeby później — z otrzymanym kwitkiem — pójść do pielęgniarki. Wita mnie uśmiechnięta blondynka w bieli, zakłada gumowe rękawice. Ja szykuję rękę, ona igłę. Nic nie boli — widać, że pani w czepku ma wprawę.
— Ja to stary harcerz jestem! — odpowiada pielęgniarka. — Już tyle lat tu pracuję, że znam się na bezpieczeństwie.
Badanie jest anonimowe, bezpłatne i szybkie. Nie boli — tyle co ukłucie komara. Na wyniki też nie trzeba długo czekać. Wyniki testu zrobionego na przykład we wtorek znane są już w czwartek.

Jestem dziennikarzem, więc nie pytanie mam we krwi. Idę więc do po fachowe informacje. Zbadałam się, wyniku jeszcze nie znam. A może jestem w grupie ryzyka?
— Każdy może być narażony na HIV — tłumaczy mi Elżbieta Michalska, koordynator Punktu Konsultacyjno-Diagnostycznego w kierunku HIV w olsztyńskim sanepidzie. — Trzeba odrzucić stereotypy, że tylko homoseksualiści, narkomani i prostytutki mogą zachorować. Zaniepokojone mogą być osoby, która miały przygodny kontakt seksualny albo uprawiały seks bez zabezpieczenia. Zbadać się powinni też ci, którzy używając zwiniętego banknotu podawali sobie narkotyk do nosa. Mogli się skaleczyć, a nawet mikroskopijna rana może być przyczyną zakażenia. Sprawdzić się radzę również tym, którzy mieli kontakt z krwią, bo na przykład ratowali życie. Nie daj Boże komuś krew trysnęła do oka. Ale przede wszystkim powinny zrobić test osoby, które albo miały wielu partnerów, albo nie są pewne wierności dotychczasowego. Jednostronna wierność jeszcze nikogo przed HIV nie uchroniła.

Dzwonię też do Janusza Dzisko. Jako szef Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Olsztynie, zna statystyki. Ach, ta dziennikarska ciekawość.
— Olsztyn nie jest ani wyspą szczęśliwości, ani też wyspą zła jeżeli chodzi o HIV. Co roku wykrywamy wirusa u kilku do kilkunastu osób. Na szczęście ludzie przychodzą się badać, więc nasza świadomość w tej kwestii nie jest najgorsza.

Liczba osób zakażonych HIV jest ponad dwukrotnie wyższa od liczby potwierdzonych i wykrytych zakażeń HIV, co oznacza, że ok. 20 tys. osób w Polsce nie wie o swoim zakażeniu.

Ufff, ja jestem zdrowa:)

Dowiedz się więcej:
Gdzie bezpłatnie zrobić test?
Polska: ponad połowa nosicieli HIV nie wie, że jest zakażona
Ślubuję ci miłość i... mam badania na HIV

środa, 2 grudnia 2009

Jak w Olsztynie zamówić pizzę?

Nie napiszę dzisiaj niczego słowem wstępu. Nie chcę ani streszczać, ani powtarzać. Napowtarzałam się stanowczo za dużo. Ale rzecz będzie o zamawianiu pizzy z Telepizzy, która reklamuje się hasłem: „Trzy kroki do pysznej pizzy”. Firma trafiła w samo sedno!


W redakcji panuje głód. Wielki głód. Pada hasło, że pizza by się przydała. A że dobra pizza nie jest zła, więc wszyscy aprobują pomysł pomysłodawcy. Do Telepizzy w Olsztynie (ul. Pieniężnego) mam zadzwonić ja. Dzwonię.

— W czym mogę pomóc? — odzywa się miły kobiecy głos.
— Może mi pani pomóc w zamówieniu pizzy.
— Proszę podać numer telefonu.
— Podaję 603...
— Proszę podać ulicę, na którą mamy dostarczyć pizzę.
— Tracka 5.
— Jaka ulica?
— Tracka.
— Hmmm. Jaka?
— Pozwoli pani, że przeliteruję. T jak Teodor, R jak Roman, A jak Anna, C jak Cecylia, K jak Katarzyna, A jak Anna raz jeszcze.
— Hmmm. Słabo panią słyszę. Może pani jeszcze raz powtórzyć?
— Powtarzam: T jak Teodor, R jak Roman, A jak Anna, C jak Cecylia, K jak Katarzyna, A jak Anna raz jeszcze.
— Ojej, ja nie mam takiej ulicy w komputerze. Może pani chwilę poczekać?
— Mogę.

Cisza... W słuchawce inny miły kobiecy głos. Znaczy tamta pani nie dała rady.

— W czym mogę pomóc? — słyszę ponownie.
— Może mi pani pomóc w zamówieniu pizzy.
— Koleżanka miała problem z ulicą. Może pani raz jeszcze podać nam adres?
— Mogę. Tracka 5.
— Tręcka?
— Tracka.
— Trałcka?
— Pozwoli pani, że przeliteruję. T jak Teodor, R jak Roman, A jak Anna, C jak Cecylia, K jak Katarzyna, A jak Anna raz jeszcze.
— Nie znam niestety ulic w Olsztynie.
— Powtarzam: T jak Teodor, R jak Roman, A jak Anna, C jak Cecylia, K jak Katarzyna, A jak Anna raz jeszcze.
— Tracka?
— Tak, Tracka!
— Ojej, ale takiej ulicy nie ma w Olsztynie. Gdzie ona jest?
— Na Tracku.
— Na Tracku?
— Tak, na Tracku.
— Będzie musiała pani dopłacić za dojazd.
— Wiem, proszę pani, nie pierwszy raz zamawiam pizzę na ten adres. I za każdym razem nie znacie tej ulicy.

PS. Nie mogliby po prostu nauczyć się jej na pamięć?

wtorek, 1 grudnia 2009

Polszczyzna "made in china"

Jest w Olsztynie na Jarotach sklep z tanimi rzeczami. Jest sklep, który nie... oszczędza klientów. Poprawna polszczyzna na pewno nie jest tu w cenie!



Powyższe PAMIANTKI i ODIEŻ pozostawię bez komentarza.