Nie ważne jak — grunt żeby mówili... Czy to samo można powiedzieć o muzyce? Nie ważne jak, byleby śpiewali? To w przypadku "Enjoy the silence" się nie sprawdza. Każde wykonanie wnosi coś do tego numeru i potwierdza, że Depeche Mode to studnia bez dna.
O Depeszach lepiej ze mną nie zaczynać. To jest zdecydowanie mój zespół. A "Enjoy the silence" to piosenka, od której wszystko się zaczęło. Gdyby zadać mi moje ulubione dziennikarskie pytanie "Jak się zaczęła pani przygoda z Depeche Mode", na pewno odpowiedziałabym: od zimowiska w Lidzbarku Warmińskim... Od kasety z różą na okładce, od poszukującego spokoju króla w teledysku, od słuchania w kółko. Nawet nie pamiętam, który to był rok. Byłam jednak w podstawówce i wtedy nawet przez myśl mi nie przyszło, że kiedyś ten kawałek usłyszę na żywo w Łodzi...
Finał IV edycji "Mam talent": Kacper Sikora
Włoski gothic metal
Soft rock z Karoliny Północnej. Dla mnie bomba!
Chłopaki z Battle. Szkoda, że słaba jakość...
Wersja z Florydy
Udawany Dave albo dziwny facet z parującymi włosami (DoMówka)
Alternatywa z Nowego Jorku
Enjoy the silence na gitarę
Moc z Buffalo
Depesze, nowa wersja i nieoficjalna wersja teledysku
Depesze i oficjalny klip
Koncertów DM nic nie przebije...
Zobacz też:
"Someone Like You" Adele w wielu odsłonach
"Smooth criminal" Michaela Jacksona w wielu odsłonach
Enjoy the show, czyli Depeche Mode w Łodzi
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
sobota, 28 stycznia 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
Przedszkolaki: Słonie i hipopotamy dla dziadka
— Dziadek to drugi tata. Ma tylko bardziej więcej lat — opowiadają dzieciaki z Przedszkola Miejskiego nr 23 w Olsztynie.
Kto to jest dziadek?
— To tata rodziców tylko wcześniej urodzony.
— To człowiek wcześniejszej daty.
— Dziadek to drugi tata. Ma tylko bardziej więcej lat.
— To ten człowiek, który czasami opiekuje się dziećmi, gdy rodzice nie mają czasu.
Co jeszcze robi dziadek?
— Idzie do pracy rano, a wraca wieczorem.
— Pracuje w naprawie albo gdzieś indziej.
— Zastępuje rodziców w pracy, która jest opieką nad dzieckiem.
— Albo pracuje na polu. Karmi krowy i inne zwierzęta.
— Dziadek może też pracować na stacji kolejowej i kierować pociągami.
— Może też jeździć taksówką w kolorze chyba niebieskim.
— Mój dziadek wyjeżdża zagranicę — do Czech, Słowacji albo do Francji. Rozpakowuje i zapakowuje towar. Jeździ dużym samochodem.
— Mój dziadek ma 67 lat.
— A mój ma 63, a drugi 59 lat.
— Gdyby miał 500 lat, leżałby w grobie.
— Strasznie dawno temu musiałby się położyć.
— I już by nie było dziadka...
O czym rozmawiacie z dziadkami?
— O tym, czy się dobrze czuje. Czy wszystko u niego ok.
— Czy wszystko u niego najlepiej. A Dzień Babci i Dziadka jest po to, żeby mieli odpoczynek od nas.
— A ja pytam, czy za mną tęsknił.
— Ja gram w dziadkiem w karty, ale zawsze wygrywam.
— Ja w szachy i też prawie zawsze wygrywam.
— Ja też jestem lepszy w szachy, bo mój dziadek w ogóle nie umie w nie grać! Ja mam książkę!
— Czasem gramy sobie w warcaby...
— Ja w chińczyka albo w rajdy samochodowe. To takie gry planszowe.
— Ja gram w Piotrusia. Kto ma Piotrusia, ten przegrywa.
— A ja często z babcią bawię się w restaurację. Jestem kelnerem, a babcia na niby gotuje. Ale ostatnio gotowała naprawdę i wyszło z tego ciasteczko z pudrem cukrem.
Co można dać dziadkowi w prezencie?
— Ciasteczko albo coś innego. Kwiatek na przykład.
— Jakiś rysunek — na przykład własnoręczny portret dziadka.
— Można dać mu trochę swoich pieniążków, aby kupił sobie coś fajnego.
— Jakiś fajny prezent.
— Albo perfumy, żeby pachniał jak kwiatek.
— I do tego jeszcze coś — na przykład gilette.
— A mój tata pozwala mi się golić! I mam nawet swoją maszynkę, ale bez ostrza...
— Ja też mam i też się już golę!
— A mi się moje golarki gdzieś zapodziały i nie mogę się golić. Ale znajdę i się ogolę!
— Dziadkowi można namalować łączkę z różnymi motylami, ważkami i kwiatami.
— Można mu zrobić prezent niespodziankę.
— Albo kupić samochód i dom. Wszystko prawdziwe i duże!
A skąd na to wziąć pieniądze?
— Trzeba pracować i wypracować.
— A ile taki dom i samochód kosztuje? Trzeba chyba bardzo długo na to pracować. Od samego początku.
— Koszty są takie, ja wiem: 200 tysięcy złotych.
— No coś ty! Dom i samochód kosztują znacznie więcej! Nie znasz się!
— Trzeba mieć 500 tysięcy...
— Najlepiej milion!
— Na milion to się zapracujesz na śmierć.
— Lepiej mieć trylion. Wtedy się kupi fajny dom dziadkowi.
— O Boże...
— Najlepiej wygrać te pieniądze, a nie zarobić.
— Taka gra nazywa się lotto!
— Ale było powiedziane, że w lotto można wygrać 200 zł. Nie opłaca się.
— Można też wygrać dla dziadka wycieczkę do Afryki. Żeby zobaczył słonie, żyrafy i hipopotamy.
— Ja bym dał dziadkowi śnieg.
— Ten, co jest za oknem i leży na ulicy?
— Ten.
— A po co?
— Żeby sobie polepił.
— A sam nie może wziąć?
— Nie, bo nie może się schylać...
![]() |
| Fot. Wojtek Benedyktowicz |
Kto to jest dziadek?
— To tata rodziców tylko wcześniej urodzony.
— To człowiek wcześniejszej daty.
— Dziadek to drugi tata. Ma tylko bardziej więcej lat.
— To ten człowiek, który czasami opiekuje się dziećmi, gdy rodzice nie mają czasu.
Co jeszcze robi dziadek?
— Idzie do pracy rano, a wraca wieczorem.
— Pracuje w naprawie albo gdzieś indziej.
— Zastępuje rodziców w pracy, która jest opieką nad dzieckiem.
— Albo pracuje na polu. Karmi krowy i inne zwierzęta.
— Dziadek może też pracować na stacji kolejowej i kierować pociągami.
— Może też jeździć taksówką w kolorze chyba niebieskim.
— Mój dziadek wyjeżdża zagranicę — do Czech, Słowacji albo do Francji. Rozpakowuje i zapakowuje towar. Jeździ dużym samochodem.
— Mój dziadek ma 67 lat.
— A mój ma 63, a drugi 59 lat.
— Gdyby miał 500 lat, leżałby w grobie.
— Strasznie dawno temu musiałby się położyć.
— I już by nie było dziadka...
O czym rozmawiacie z dziadkami?
— O tym, czy się dobrze czuje. Czy wszystko u niego ok.
— Czy wszystko u niego najlepiej. A Dzień Babci i Dziadka jest po to, żeby mieli odpoczynek od nas.
— A ja pytam, czy za mną tęsknił.
— Ja gram w dziadkiem w karty, ale zawsze wygrywam.
— Ja w szachy i też prawie zawsze wygrywam.
— Ja też jestem lepszy w szachy, bo mój dziadek w ogóle nie umie w nie grać! Ja mam książkę!
— Czasem gramy sobie w warcaby...
— Ja w chińczyka albo w rajdy samochodowe. To takie gry planszowe.
— Ja gram w Piotrusia. Kto ma Piotrusia, ten przegrywa.
— A ja często z babcią bawię się w restaurację. Jestem kelnerem, a babcia na niby gotuje. Ale ostatnio gotowała naprawdę i wyszło z tego ciasteczko z pudrem cukrem.
Co można dać dziadkowi w prezencie?
— Ciasteczko albo coś innego. Kwiatek na przykład.
— Jakiś rysunek — na przykład własnoręczny portret dziadka.
— Można dać mu trochę swoich pieniążków, aby kupił sobie coś fajnego.
— Jakiś fajny prezent.
— Albo perfumy, żeby pachniał jak kwiatek.
— I do tego jeszcze coś — na przykład gilette.
— A mój tata pozwala mi się golić! I mam nawet swoją maszynkę, ale bez ostrza...
— Ja też mam i też się już golę!
— A mi się moje golarki gdzieś zapodziały i nie mogę się golić. Ale znajdę i się ogolę!
— Dziadkowi można namalować łączkę z różnymi motylami, ważkami i kwiatami.
— Można mu zrobić prezent niespodziankę.
— Albo kupić samochód i dom. Wszystko prawdziwe i duże!
A skąd na to wziąć pieniądze?
— Trzeba pracować i wypracować.
— A ile taki dom i samochód kosztuje? Trzeba chyba bardzo długo na to pracować. Od samego początku.
— Koszty są takie, ja wiem: 200 tysięcy złotych.
— No coś ty! Dom i samochód kosztują znacznie więcej! Nie znasz się!
— Trzeba mieć 500 tysięcy...
— Najlepiej milion!
— Na milion to się zapracujesz na śmierć.
— Lepiej mieć trylion. Wtedy się kupi fajny dom dziadkowi.
— O Boże...
— Najlepiej wygrać te pieniądze, a nie zarobić.
— Taka gra nazywa się lotto!
— Ale było powiedziane, że w lotto można wygrać 200 zł. Nie opłaca się.
— Można też wygrać dla dziadka wycieczkę do Afryki. Żeby zobaczył słonie, żyrafy i hipopotamy.
— Ja bym dał dziadkowi śnieg.
— Ten, co jest za oknem i leży na ulicy?
— Ten.
— A po co?
— Żeby sobie polepił.
— A sam nie może wziąć?
— Nie, bo nie może się schylać...
sobota, 21 stycznia 2012
ACTA, czyli Big Brother bez pytania o zdanie
26 stycznia rząd podpisze kontrowersyjne międzynarodowe porozumienie ACTA, dotyczące m.in. walki z piractwem. Brzmi nieźle, ale w rzeczywistości każdy Polak wyłoży się jak na talerzu. Czeka nas monitoring i wykluczenie.
Kto pamięta komunizm? Moda na inwigilację wraca. Donald Tusk wpadł na pomysł, aby unowocześnić komunę i przerzucić ją do internetu. Właśnie tak rozumiem chęć podpisania porozumienia ACTA. Autograf premiera ograniczy wolność w internecie i pozwoli na inwigilację internautów. Jakim prawem?
I jak mam to rozumieć? Ten post to mój sprzeciw przeciwko podpisaniu ACTA. Chcę swobodnie wysyłać maile do znajomych, cytować ciekawe albo kiepskie teksty z sieci (wedle mojego "widzimisię"), podrzucać przyjaciołom linki itp. Mam do tego prawo i chcę je zachować!
Od 23 stycznia każdy mój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę internetu, a pewnie i rząd. Bo skoro jest chęć podpisu, jest też pewnie korzyść. Naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu oraz karą.
Dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube albo Wrzutę.
Ale ACTA nie dotyczą tylko mnie. Ty też jesteś na celowniku! Podpisanie ACTA dotyczy wszystkich. Nie ma tu lepszych i gorszych, każdy będzie podglądany przez Wielkiego Brata... Będziemy mieli związane ręce, zakneblowane usta i zawiązane oczy. Wkroczymy w erę e-komunizmu. Co prawda mamy inny wiek, inna filozofia, ale mechanizmy podobne. Donald rządzi, Donald radzi, Donald nigdy cię nie zdradzi!
Na portalach społecznościowych organizują się grupy protestu. Ludzie podpisują internetowe petycje i wysyłają je np. do europosłów (tu znajdziesz adresy tych, którzy uczestniczą w procesie decydowania o ostatecznym kształcie porozumienia). Zobacz, jaka może być treść petycji.
Szykują demonstracje uliczne w większych miastach – m.in. w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Katowicach i Poznaniu. Pojawiła się też inicjatywa przeprowadzenia blackoutu, czyli wyłączenia w akcie protestu własnej strony internetowej na jeden dzień. Wstępna data akcji to poniedziałek, 23 stycznia. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
> ACTA – co trzeba wiedzieć o antypirackim pakcie
> "Grabaż" powinien się cieszyć, a jest przeciwny ACTA
Kto pamięta komunizm? Moda na inwigilację wraca. Donald Tusk wpadł na pomysł, aby unowocześnić komunę i przerzucić ją do internetu. Właśnie tak rozumiem chęć podpisania porozumienia ACTA. Autograf premiera ograniczy wolność w internecie i pozwoli na inwigilację internautów. Jakim prawem?
Kontrowersje wokół ACTA narastają od lat. Prace nad dokumentem na szczeblu europejskim rozpoczęto już w 2007 roku, ale negocjacje trzymano w tajemnicy. Dopiero przy okazji przecieków Wikileaks opinia publiczna dowiedziała się, czym może być porozumienie, które oprócz krajów UE mają podpisać także m.in. USA, Australia, Japonia i Szwajcaria.
Niektórzy europejscy prawnicy i specjaliści zaczęli bić na alarm – ich zdaniem przyjęcie ACTA może prowadzić do blokowania legalnych i wartościowych treści dostępnych w internecie, a tym samym ograniczenia wolności słowa. Bardziej radykalne środowiska zaczęły mówić wprost o planowanej cenzurze internetu.
Polska podpisze kontrowersyjne ACTA. Wolność sieci zagrożona?
I jak mam to rozumieć? Ten post to mój sprzeciw przeciwko podpisaniu ACTA. Chcę swobodnie wysyłać maile do znajomych, cytować ciekawe albo kiepskie teksty z sieci (wedle mojego "widzimisię"), podrzucać przyjaciołom linki itp. Mam do tego prawo i chcę je zachować!
Od 23 stycznia każdy mój ruch w internecie będzie śledzony przez dostawcę internetu, a pewnie i rząd. Bo skoro jest chęć podpisu, jest też pewnie korzyść. Naruszenie (nawet nieświadome) praw autorskich będzie wiązało się z odcięciem dostępu do internetu oraz karą.
Dostawca internetu będzie miał możliwość, a nawet obowiązek blokować wszelkie strony na których znajdują się materiały naruszające prawa autorskie. Do takich stron można zaliczyć np. YouTube albo Wrzutę.
Ale ACTA nie dotyczą tylko mnie. Ty też jesteś na celowniku! Podpisanie ACTA dotyczy wszystkich. Nie ma tu lepszych i gorszych, każdy będzie podglądany przez Wielkiego Brata... Będziemy mieli związane ręce, zakneblowane usta i zawiązane oczy. Wkroczymy w erę e-komunizmu. Co prawda mamy inny wiek, inna filozofia, ale mechanizmy podobne. Donald rządzi, Donald radzi, Donald nigdy cię nie zdradzi!
Na portalach społecznościowych organizują się grupy protestu. Ludzie podpisują internetowe petycje i wysyłają je np. do europosłów (tu znajdziesz adresy tych, którzy uczestniczą w procesie decydowania o ostatecznym kształcie porozumienia). Zobacz, jaka może być treść petycji.
Szykują demonstracje uliczne w większych miastach – m.in. w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Katowicach i Poznaniu. Pojawiła się też inicjatywa przeprowadzenia blackoutu, czyli wyłączenia w akcie protestu własnej strony internetowej na jeden dzień. Wstępna data akcji to poniedziałek, 23 stycznia. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
> ACTA – co trzeba wiedzieć o antypirackim pakcie
> "Grabaż" powinien się cieszyć, a jest przeciwny ACTA
sobota, 7 stycznia 2012
Marek Tomaszewski: Obiady i kolacje z Marleną
— Chciałem przyjaźń z Marleną Dietrich zachować tylko dla siebie. Nawet do głowy mi nie przyszło, aby ją wykorzystać — przyznaje Marek Tomaszewski, pianista znany z duetu Marek i Wacek.
Marek Tomaszewski to połowa legendarnego duetu fortepianowego Marek i Wacek, jednego z najciekawszych fenomenów kultury popularnej PRL. Ach, zasłuchiwałam się, gdy byłam mała, a teraz zasłuchiwałam się w opowieściach Marka. To naprawdę fajny facet, a do tego — pomimo doświadczenia i siwego włosa — całkiem przystojny.
Kobieta w życiu artysty jest ważna?
— Jak najbardziej! Moja żona jest malarką, więc naszym domu mieszka dwoje artystów. Ona ma swoje atelier, a ja mam studio w piwnicy, więc nie wchodzimy sobie w drogę. Mamy duży dom i dobre warunki do pracy, ale przede wszystkim pracujemy wtedy, kiedy mamy ochotę. Nigdy nie wchodzimy sobie w drogę, ale zawsze się wspieramy. Nie wyobrażam sobie życia w samotności.
Ani swojej kariery bez Marleny Dietrich...
— To był 1966 rok, kiedy z Wackiem robiłem dyplom. Graliśmy wtedy pierwsze recitale. Pewnego dnia przyszły do nas dwie wiadomości — możemy pojechać do Stanów Zjednoczonych lub występować w Polsce przed Marleną. Pierwsza propozycja była kusząca, ale wybraliśmy trzytygodniowe tournee z wielką artystką. Podczas kilku pierwszych koncertów w ogóle nie mieliśmy z nią kontaktu. Schodziliśmy ze sceny i właściwie kończyliśmy swoją pracę. Ale podczas jednego z występów publiczność żegnała nas burzliwymi brawami. Marlena wtedy się zdziwiła: „jak to? Przecież ci ludzie przyszli na mnie, a nie dla tych dwóch pianistów”! Postanowiła nas poznać. A kiedy poznała, zaproponowała, że od tej chwili będziemy jadać razem obiady i kolacje.
Mieli panowie szczęście...
— Marlena z niedostępnej artystki stała się kobietą na wyciągnięcie ręki. Mało tego — rozmawialiśmy bardzo dużo. Opowiadaliśmy jej o swoich rodzinach. Chciała nawet poznać moją mamę, która mówiła biegle po niemiecku. Bardzo się zaprzyjaźniły. Dała nam też swój prywatny numer telefonu do paryskiego mieszkania. Powtarzała zawsze, gdy rozmawialiśmy: „jak będziecie w pobliżu, musicie koniecznie zjeść ze mną obiad!”
Dotrzymała słowa?
— Dwukrotnie zaprosiła nas do siebie. Miałem więc z nią niesamowity kontakt. Nigdy o nic jej nie prosiłem — mimo iż miała niesamowite znajomości. Chciałem tę przyjaźń zachować tylko dla siebie. Nawet do głowy mi nie przyszło, aby ją wykorzystać. Tym bardziej, że mało w tym czasie występowała i nasze spotkania były dla niej wspomnieniem wielkiego aplauzu. Nie miała za wiele pieniędzy, żyła skromnie i była utrzymywana przez znanego reżysera Billy Wildera, który zrobił „Pół żartem, pół serio”. Wysyłał jej co miesiąc pieniądze na utrzymanie.
Pan też na studiach potrzebował pieniędzy...
— Grywałem w pokera, żeby zarobić na życie. Rodzice nie mieli wystarczających pieniędzy, aby mnie utrzymać, więc grałem nie tylko na fortepianie, ale też w karty. Nawet nieźle mi szło! Trwało to przez parę miesięcy, bo potem zaczęły się już historie muzyczne i właściwie na pokera nie było czasu. Ale karty były opłacalne...
Mieszka pan w Paryżu... W Polsce nie może się pan odnaleźć?
— Wyjechałem, bo chciałem grać. Gdybym tu został, pewnie byłbym akompaniatorem w jakiejś knajpie. Chciałem się rozwijać i mieć inspirację. Pamiętam, jak siedziałem kiedyś w jakiejś kawiarni obok paryskiej Olimpii. Siedziałem piłem kawę i myślałem o wielkim świecie. Postanowiłem, że jak skończę studia, przyjadę do Francji. W 1968 roku postawiłem kropkę nad i — razem z Wackiem spakowaliśmy walizki i wyjechaliśmy z Polski. Nam potrzebne w graniu były elementy, które wypływały z Zachodu, a nie kraj bez wielkich tradycji w muzyce rozrywkowej. Tylko na Zachodzie mogliśmy nawiązać kontakty z agentami. Przebicie przez żelazną kurtynę zajmowało kilka miesięcy. Jak w takich warunkach można robić karierę? Gdy byliśmy w Paryżu, czekaliśmy zaledwie parę godzin. Podpisywaliśmy umowę i po prostu występowaliśmy. Zagraliśmy pokerowo i wygraliśmy. Jako jedyni z kraju zrobiliśmy karierę. Taką szansę miała jeszcze Ewa Demarczyk, ale została w kraju, a teraz zniknęła na dobre z życia publicznego. Do nas propozycje napływały, mówiło się o nas...
A co mówił o waszej muzyce ojciec Wacka Stefan Kisielewski?
— Był z zawodu krytykiem muzycznym i wiedział, że mamy talent. To on otworzył nam drzwi do Polskiego Radia — mówię w przenośni, bo on zaproponował nas właściwym osobom. Sami jednak dbaliśmy o jakość naszych usług. Stefan tylko pokazał nam, w którą stronę mamy iść. Nic nam nie załatwiał — dał nam wędkę, a nie rybę i jestem mu za to serdecznie wdzięczny.
Pan też jest ojcem...
— Jeden syn mieszka w Los Angeles i ma już swojego synka. Tak, jestem dziadkiem od półtora roku! Chłopiec ma na imię Fletcher, co brzmi zabawnie i niecodziennie. Imię przecież świadczy o charakterze, więc jestem ciekawy, jaki facet z niego wyrośnie. Na drugie na szczęście ma Marek, więc to ukłon syna w w moją stronę. Gdyby na świat przyszła dziewczynka, pewnie nosiłaby imię mojej żony Agaty. Wnuczek był u mnie we wrześniu i wtedy skomponowałem mu jeden utwór! Mam jeszcze dwóch synów, którzy mieszkają bliżej, bo w Paryżu — jeden jest muzykiem filmowym, a drugi reżyserem. Niestety widzimy się raz na jakiś czas — od święta. Przerwy nie są najlepszym rozwiązaniem... Zresztą miałem przerwę też w graniu. Na szczęście najmłodszy syn powiedział mi kiedyś: „tato, moi bracia słyszeli cię na żywo, a ja?” I to dało mi do myślenia. Wróciłem do grania i dobrze mi z tym. Najmłodszy syn napędza mnie cały czas do pracy. Wybiera mi fotografów, projektuje okładki płyt i trzyma kciuki. Jestem dumny ze swojej rodziny.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Marek Tomaszewski to połowa legendarnego duetu fortepianowego Marek i Wacek, jednego z najciekawszych fenomenów kultury popularnej PRL. Ach, zasłuchiwałam się, gdy byłam mała, a teraz zasłuchiwałam się w opowieściach Marka. To naprawdę fajny facet, a do tego — pomimo doświadczenia i siwego włosa — całkiem przystojny.
Kobieta w życiu artysty jest ważna?
— Jak najbardziej! Moja żona jest malarką, więc naszym domu mieszka dwoje artystów. Ona ma swoje atelier, a ja mam studio w piwnicy, więc nie wchodzimy sobie w drogę. Mamy duży dom i dobre warunki do pracy, ale przede wszystkim pracujemy wtedy, kiedy mamy ochotę. Nigdy nie wchodzimy sobie w drogę, ale zawsze się wspieramy. Nie wyobrażam sobie życia w samotności.
Ani swojej kariery bez Marleny Dietrich...
— To był 1966 rok, kiedy z Wackiem robiłem dyplom. Graliśmy wtedy pierwsze recitale. Pewnego dnia przyszły do nas dwie wiadomości — możemy pojechać do Stanów Zjednoczonych lub występować w Polsce przed Marleną. Pierwsza propozycja była kusząca, ale wybraliśmy trzytygodniowe tournee z wielką artystką. Podczas kilku pierwszych koncertów w ogóle nie mieliśmy z nią kontaktu. Schodziliśmy ze sceny i właściwie kończyliśmy swoją pracę. Ale podczas jednego z występów publiczność żegnała nas burzliwymi brawami. Marlena wtedy się zdziwiła: „jak to? Przecież ci ludzie przyszli na mnie, a nie dla tych dwóch pianistów”! Postanowiła nas poznać. A kiedy poznała, zaproponowała, że od tej chwili będziemy jadać razem obiady i kolacje.
Mieli panowie szczęście...
— Marlena z niedostępnej artystki stała się kobietą na wyciągnięcie ręki. Mało tego — rozmawialiśmy bardzo dużo. Opowiadaliśmy jej o swoich rodzinach. Chciała nawet poznać moją mamę, która mówiła biegle po niemiecku. Bardzo się zaprzyjaźniły. Dała nam też swój prywatny numer telefonu do paryskiego mieszkania. Powtarzała zawsze, gdy rozmawialiśmy: „jak będziecie w pobliżu, musicie koniecznie zjeść ze mną obiad!”
Dotrzymała słowa?
— Dwukrotnie zaprosiła nas do siebie. Miałem więc z nią niesamowity kontakt. Nigdy o nic jej nie prosiłem — mimo iż miała niesamowite znajomości. Chciałem tę przyjaźń zachować tylko dla siebie. Nawet do głowy mi nie przyszło, aby ją wykorzystać. Tym bardziej, że mało w tym czasie występowała i nasze spotkania były dla niej wspomnieniem wielkiego aplauzu. Nie miała za wiele pieniędzy, żyła skromnie i była utrzymywana przez znanego reżysera Billy Wildera, który zrobił „Pół żartem, pół serio”. Wysyłał jej co miesiąc pieniądze na utrzymanie.
Pan też na studiach potrzebował pieniędzy...
— Grywałem w pokera, żeby zarobić na życie. Rodzice nie mieli wystarczających pieniędzy, aby mnie utrzymać, więc grałem nie tylko na fortepianie, ale też w karty. Nawet nieźle mi szło! Trwało to przez parę miesięcy, bo potem zaczęły się już historie muzyczne i właściwie na pokera nie było czasu. Ale karty były opłacalne...
Mieszka pan w Paryżu... W Polsce nie może się pan odnaleźć?
— Wyjechałem, bo chciałem grać. Gdybym tu został, pewnie byłbym akompaniatorem w jakiejś knajpie. Chciałem się rozwijać i mieć inspirację. Pamiętam, jak siedziałem kiedyś w jakiejś kawiarni obok paryskiej Olimpii. Siedziałem piłem kawę i myślałem o wielkim świecie. Postanowiłem, że jak skończę studia, przyjadę do Francji. W 1968 roku postawiłem kropkę nad i — razem z Wackiem spakowaliśmy walizki i wyjechaliśmy z Polski. Nam potrzebne w graniu były elementy, które wypływały z Zachodu, a nie kraj bez wielkich tradycji w muzyce rozrywkowej. Tylko na Zachodzie mogliśmy nawiązać kontakty z agentami. Przebicie przez żelazną kurtynę zajmowało kilka miesięcy. Jak w takich warunkach można robić karierę? Gdy byliśmy w Paryżu, czekaliśmy zaledwie parę godzin. Podpisywaliśmy umowę i po prostu występowaliśmy. Zagraliśmy pokerowo i wygraliśmy. Jako jedyni z kraju zrobiliśmy karierę. Taką szansę miała jeszcze Ewa Demarczyk, ale została w kraju, a teraz zniknęła na dobre z życia publicznego. Do nas propozycje napływały, mówiło się o nas...
A co mówił o waszej muzyce ojciec Wacka Stefan Kisielewski?
— Był z zawodu krytykiem muzycznym i wiedział, że mamy talent. To on otworzył nam drzwi do Polskiego Radia — mówię w przenośni, bo on zaproponował nas właściwym osobom. Sami jednak dbaliśmy o jakość naszych usług. Stefan tylko pokazał nam, w którą stronę mamy iść. Nic nam nie załatwiał — dał nam wędkę, a nie rybę i jestem mu za to serdecznie wdzięczny.
Pan też jest ojcem...
— Jeden syn mieszka w Los Angeles i ma już swojego synka. Tak, jestem dziadkiem od półtora roku! Chłopiec ma na imię Fletcher, co brzmi zabawnie i niecodziennie. Imię przecież świadczy o charakterze, więc jestem ciekawy, jaki facet z niego wyrośnie. Na drugie na szczęście ma Marek, więc to ukłon syna w w moją stronę. Gdyby na świat przyszła dziewczynka, pewnie nosiłaby imię mojej żony Agaty. Wnuczek był u mnie we wrześniu i wtedy skomponowałem mu jeden utwór! Mam jeszcze dwóch synów, którzy mieszkają bliżej, bo w Paryżu — jeden jest muzykiem filmowym, a drugi reżyserem. Niestety widzimy się raz na jakiś czas — od święta. Przerwy nie są najlepszym rozwiązaniem... Zresztą miałem przerwę też w graniu. Na szczęście najmłodszy syn powiedział mi kiedyś: „tato, moi bracia słyszeli cię na żywo, a ja?” I to dało mi do myślenia. Wróciłem do grania i dobrze mi z tym. Najmłodszy syn napędza mnie cały czas do pracy. Wybiera mi fotografów, projektuje okładki płyt i trzyma kciuki. Jestem dumny ze swojej rodziny.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Bankomat zjada pieniądze z konta, a bank się nie przejmuje
Olsztyn ma bardzo żarłoczny bankomat PKO BP w Realu. Nie wypłaca pieniędzy, ale połyka je z konta. Pomimo zgłoszenia wady bankomatu, bank nic nie robi przez cały dzień. Czeka na kolejne reklamacje?
Bankomat w hipermarkecie Real 27 grudnia zaczyna szaleć. Wkłada się kartę, wpisuje PIN, kwotę i... nic. Złośliwość rzeczy martwych? Żeby wyjąć pieniądze, ponawia się próbę wypłaty. Znowu nic. Bankomat nie nawet nie jęknie, nie sapnie, nic nie wypluwa. Ale po wejściu na konto okazuje się, że zjada kasę i to podwójnie!
Zdenerwowany klient składa reklamację w banku. Jest godzina 8.10 następnego dnia, 28 grudnia. Bank skargę przyjmuje i obiecuje zająć się sprawą. A co z pieniędzmi? Trzeba przejrzeć monitoring (przez 14 dni), czy aby klient nie kłamie. Na koncie przecież kasy nie ma, więc może pieniądze zainkasował i teraz udaje Greka. Ale nic z tych rzeczy. Klient jest czysty. Mówi nawet: naprawcie ten bankomat, żeby innych nie robił w konia! Bank PKO BP nie zaprzecza: tak, ma klient rację, trzeba sprawdzić sprawność bankomatu.
Ale co z kasą? Konto klienta zostało zupełnie wyczyszczone. Bank kwituje to uśmiechem: proszę skorzystać z debetu.
A co z odsetkami?
Bank też skwituje je uśmiechem...
O godz. 17 w Realu pojawia się kolejny klient, któremu brakuje gotówki w portfelu. Bankomat nie wypłaca, ale ten klient zna już sprawę, więc w te pędy sprawdza stan swojego konta. Co się okazuje? Kasy mniej! Bankomat znowu zjadł. Bezczelnie zjadł!
Ilu klientów korzystało z bankomatu PKO BP w Realu tego dnia? Ile pieniędzy pomknęło w próżnię? Kiedy bank zainteresował się, że jego „wypłatomat” nie działa jak należy? Ba, kiedy doszło do niego, że zgłoszona reklamacja przez pierwszego klienta nie wzięła się znikąd?
Bank pracuje tak, jak robotnicy przy budowie dróg. Końca nie widać... Nawet początku interwencji nie widać!
Szczęście mają ci klienci, którzy zauważyli braki na swoim koncie. A co z tymi, których przerosło sylwestrowe szaleństwo i reklamacji pożarcia nie złożą? No tak, gapowe trzeba płacić...
Sprawą zajęła się „Gazeta Olsztyńska”. Kto wie, może dopiero prasa otworzyła oczy bankowi, który nie zauważył, że klienci tracą pieniądze? Na szczęście bank obiecał dziennikarzowi, że wszystkie reklamacje rozpatrzy.
— Aktualnie usterka została usunięta i urządzenie powinno działać normalnie — mówi Monika Floriańczyk z PKO BP. Ta miła pani jednak nie chce powiedzieć, ile osób złożyło reklamacje i jak zostaną rozpatrzone.
A kto w tym czasie obraca kasą klientów? Święty Mikołaj?
Przeczytaj też:
Przez awarię bankomatu ludzie tracili pieniądze
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Bankomat w hipermarkecie Real 27 grudnia zaczyna szaleć. Wkłada się kartę, wpisuje PIN, kwotę i... nic. Złośliwość rzeczy martwych? Żeby wyjąć pieniądze, ponawia się próbę wypłaty. Znowu nic. Bankomat nie nawet nie jęknie, nie sapnie, nic nie wypluwa. Ale po wejściu na konto okazuje się, że zjada kasę i to podwójnie!
Zdenerwowany klient składa reklamację w banku. Jest godzina 8.10 następnego dnia, 28 grudnia. Bank skargę przyjmuje i obiecuje zająć się sprawą. A co z pieniędzmi? Trzeba przejrzeć monitoring (przez 14 dni), czy aby klient nie kłamie. Na koncie przecież kasy nie ma, więc może pieniądze zainkasował i teraz udaje Greka. Ale nic z tych rzeczy. Klient jest czysty. Mówi nawet: naprawcie ten bankomat, żeby innych nie robił w konia! Bank PKO BP nie zaprzecza: tak, ma klient rację, trzeba sprawdzić sprawność bankomatu.
Ale co z kasą? Konto klienta zostało zupełnie wyczyszczone. Bank kwituje to uśmiechem: proszę skorzystać z debetu.
A co z odsetkami?
Bank też skwituje je uśmiechem...
O godz. 17 w Realu pojawia się kolejny klient, któremu brakuje gotówki w portfelu. Bankomat nie wypłaca, ale ten klient zna już sprawę, więc w te pędy sprawdza stan swojego konta. Co się okazuje? Kasy mniej! Bankomat znowu zjadł. Bezczelnie zjadł!
Ilu klientów korzystało z bankomatu PKO BP w Realu tego dnia? Ile pieniędzy pomknęło w próżnię? Kiedy bank zainteresował się, że jego „wypłatomat” nie działa jak należy? Ba, kiedy doszło do niego, że zgłoszona reklamacja przez pierwszego klienta nie wzięła się znikąd?
Bank pracuje tak, jak robotnicy przy budowie dróg. Końca nie widać... Nawet początku interwencji nie widać!
Szczęście mają ci klienci, którzy zauważyli braki na swoim koncie. A co z tymi, których przerosło sylwestrowe szaleństwo i reklamacji pożarcia nie złożą? No tak, gapowe trzeba płacić...
Sprawą zajęła się „Gazeta Olsztyńska”. Kto wie, może dopiero prasa otworzyła oczy bankowi, który nie zauważył, że klienci tracą pieniądze? Na szczęście bank obiecał dziennikarzowi, że wszystkie reklamacje rozpatrzy.
— Aktualnie usterka została usunięta i urządzenie powinno działać normalnie — mówi Monika Floriańczyk z PKO BP. Ta miła pani jednak nie chce powiedzieć, ile osób złożyło reklamacje i jak zostaną rozpatrzone.
A kto w tym czasie obraca kasą klientów? Święty Mikołaj?
Przeczytaj też:
Przez awarię bankomatu ludzie tracili pieniądze
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
piątek, 30 grudnia 2011
"Someone Like You" Adele w wielu odsłonach
Adele pojawiła się nie wiadomo skąd i od razu stała się wokalistką, której głos poraża, zaraża, wyraża... I właśnie przez piosenkę "Someone Like You" wyraża się też wielu domowych artystów. Warto kopiować w ten sposób?
Dziennik "The Guardian" pisał o Adele, że jest nową Amy Winehouse — tyle że uzależnioną wyłącznie od muzyki. Artystka ma na swoim koncie dwa krążki i koncertowe DVD. Z wyglądu nie przypomina wielkiej gwiazdy, ale czy to ważne? Na You Tube aż huczy od coverów „Someone Like You”...
Bardzo zgrani Chorwaci
Chce mi się takiej karuzeli...
Wiśniowe usta
Malinowe usta
Po co jej tyle krzyży?
Facet bez jaj, ale z brodą
Śpiewanie do laptopa [sic!]
Brunet ze stojącą grzywką
Duet z gitarą
Świeżo po mutacji
Że też ludziom się to nie nudzi... Oryginał w wykonaniu Adele jest najlepszy.
Przeczytaj też:
"Smooth criminal" Michaela Jacksona w wielu odsłonach
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Dziennik "The Guardian" pisał o Adele, że jest nową Amy Winehouse — tyle że uzależnioną wyłącznie od muzyki. Artystka ma na swoim koncie dwa krążki i koncertowe DVD. Z wyglądu nie przypomina wielkiej gwiazdy, ale czy to ważne? Na You Tube aż huczy od coverów „Someone Like You”...
Bardzo zgrani Chorwaci
Chce mi się takiej karuzeli...
Wiśniowe usta
Malinowe usta
Po co jej tyle krzyży?
Facet bez jaj, ale z brodą
Śpiewanie do laptopa [sic!]
Brunet ze stojącą grzywką
Duet z gitarą
Świeżo po mutacji
Że też ludziom się to nie nudzi... Oryginał w wykonaniu Adele jest najlepszy.
Przeczytaj też:
"Smooth criminal" Michaela Jacksona w wielu odsłonach
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
wtorek, 27 grudnia 2011
Alicja Węgorzewska: Opera nie gryzie
— Śpiewam notorycznie. Gdy czegoś się uczę, muzyka chodzi mi po głowie i musi mieć ujście — przyznaje Alicja Węgorzewska, śpiewaczka operowa. — Nucę więc podczas spaceru albo zakupów.
Ach, jaka z Alicji Węgorzewskiej fajna babka. A wydawałoby się, że „pani od opery" będzie nudna. Nic z tych rzeczy! A do tego kiedy wpisałam ją w grafikę google, wyskoczyły mi najpierw jej cycki, a potem dopiero jej twarz. Ta babka śpiewa więc pełną piersią!
Gdyby była pani facetem, zapytałabym, czy śpiewa pani przy goleniu...
— Ja cały czas śpiewam i wcale nie muszę być facetem!
Ale pani specjalnością są role spodenkowe, czyli często gra pani role mężczyzn.
— Gram, bo tak się złożyło. Ale przede wszystkim śpiewam notorycznie. Mąż często zwraca mi uwagę, gdy śpiewam na ulicy. A ja nie mogę inaczej. Gdy czegoś się uczę, muzyka chodzi mi po głowie i musi mieć ujście. Nucę więc podczas spaceru albo zakupów. Nucę, a ludzie się uśmiechają. I to jest wspaniałe, bo muzyka nie kojarzy się im z niczym złym. Ona łagodzi obyczaje, więc dlaczego mam nie śpiewać? Nikt mi jeszcze nie powiedział, że śpiewać na ulicy nie wypada. Ludzie mi zazwyczaj mówią: „ależ pani wesoło”. No pewnie, że mi wesoło!
A nie mówią, że ma pani piękny głos?
— Mówią. Bo muzyka jest dobra na wszystko. Jak się świetnie bawimy, co robimy? Śpiewamy. To naturalne, więc dlaczego uciekać od muzyki?
Nie uciekała pani nigdy?
— Gdy byłam mała, poszłam do szkoły muzycznej i grałam na fortepianie. Instrument ten traktowałam bardzo poważnie i pewnie grałabym na nim przez całe życie. Ale w pewnym momencie, w liceum, zaczęłam śpiewać w chórze. Ludzie zaczęli mi mówić: „jaki ty masz świetny głos!” Hmmm, ja świetny głos? Może jednak warto coś w tym kierunku zrobić? Postanowiłam więc, że będę śpiewała. A że byłam bardzo wstydliwym dzieckiem, wyjście na scenę miało mi dodać pewności siebie.
Pani córka też jest pewna siebie?
— Od początku ciągałam Amelię po koncertach. Jak miała trzy lata, oglądała „Carmen”, w wieku czterech znała już „Kawalera srebrnej róży”. Teraz, gdy idzie na koncert, wie już, co jest dobre, a co kiepskie. Dla niej to normalne, a co najważniejsze — nie męczy się! Nie łapie się za głowę, nie mówi „Boże, co ja tu robię”, ale słucha. Potem rozmawiamy i słyszę od niej: „ta babka fajnie śpiewała, a tamtej coś nie szło”... To jest świadoma decyzja rodziców, jak dziecko kierować. Jedni interesują je promocjami w supermarketach, a inny operą. No właśnie, tych drugich jest mniej... Jakie więc będą nasze przyszłe elity? Na wojnie wybili nam inteligentów i do tej pory jeszcze to odczuwamy.
Dlatego pani reklamuje operę w „Diva for rent”?
— Opowiadam ludziom, że opera wcale nie jest straszna i nie gryzie.
Większość z nas ma inne zdanie.
— Bo ludzie po prostu opery nie znają. A jeśli nie znają — boją się jej i uciekają byle dalej, bo a nuż ich ugryzie. Wolą mieć święty spokój. Opera straszy ich nudą i monotonią. Ludzie mają taką opinię, a często nigdy nie słuchali opery na żywo. Statystyki mówią, że przeciętny Polak chodzi na koncert klasyczny raz na dwadzieścia lat. Wydają więc opinię, a tak naprawdę nie wiedzą, o czym mówią. Wygodniej jest chodzić po mieście z iPodami na uszach i słuchać rąbanki. Bo takich dźwięków nie trzeba się bać. I postaram się to ludziom uświadomić podczas spektaklu „Diva for rent”. Opowiem o życiu śpiewaczki i o tym, dlaczego libretta są pasztetem, czyli śpiewa się bzdury.
Nie ukrywajmy, opera przypomina telenowelę brazylijską!
— Nic nie ukrywam! Też tak myślę, bo libretta nie są specjalnie mądre. Ale czy do opery chodzi się po to, aby sobie poczytać? Wrażliwość jest gdzie indziej.
Pani jest wrażliwa — jak na zodiakalną rybę przystało.
— Moja córka też jest rybą, więc mamy całe akwarium w domu. Mąż niestety jest wagą, ale też ma podwójny znak, więc można mu wybaczyć. Zresztą, od jakiegoś czasu, czyli po czterdziestce, przestałam obchodzić urodziny. Ryby są nie tylko wrażliwe, ale też pracowite i żyjące marzeniami. Próbuję wszystkie swoje pragnienia realizować i tym samym pielęgnować w sobie naiwne dziecko. Zawsze mam gdzieś na końcu głowy: na pewno się uda. Do niektórych decyzji muszę też dojrzeć... W przyszłym roku na przykład wydam płytę, a teraz otwieram szkołę muzyczną w Wilanowie. W sylwestra zaśpiewam w telewizyjnej dwójce, co mnie bardzo cieszy, bo w końcu opera wychodzi do ludzi. Bo nie tylko rock albo disco polo ma coś do powiedzenia. Klasyka też swoje doda. Ale przecież wszyscy znają operowe przeboje. Nie chodzą do opery, a znają melodię. „Carmen” na przykład leci w reklamie środków czystości... Nie jestem z tego dumna, ale cóż — takie czasy. Nie ważne są sposoby, grunt, że cel zostaje osiągnięty.
A może śpiewać popowe przeboje operowym głosem?
— Ostatnio śpiewałam „Crazy is my life” w swoim stylu i całkiem nieźle to brzmiało. Nie uciekam od takich pomysłów, ale nigdy nie robię tego bez powodu. Dzięki temu mogę wywalczyć trochę pieniędzy dla potrzebujących dzieciaków. Ale nie zawsze zgadzam się na to, aby po prostu dla ludzi pośpiewać. Dzwonią do mnie wielkie firmy i proszą o koncert do przysłowiowego kotleta. Pytam wtedy, jaki cel ma ten występ? Komu pomożemy? Firmy nabierają wodę w usta: „cel jest taki, aby zaśpiewać, bo chcemy miło spędzić czas z panią”. Nawet się nie zastanawiam i odpowiadam: ten czas wolę spędzić z córką. Mam go niewiele, więc wybieram przyjemne z pożytecznym. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Ach, jaka z Alicji Węgorzewskiej fajna babka. A wydawałoby się, że „pani od opery" będzie nudna. Nic z tych rzeczy! A do tego kiedy wpisałam ją w grafikę google, wyskoczyły mi najpierw jej cycki, a potem dopiero jej twarz. Ta babka śpiewa więc pełną piersią!
Gdyby była pani facetem, zapytałabym, czy śpiewa pani przy goleniu...
— Ja cały czas śpiewam i wcale nie muszę być facetem!
Ale pani specjalnością są role spodenkowe, czyli często gra pani role mężczyzn.
— Gram, bo tak się złożyło. Ale przede wszystkim śpiewam notorycznie. Mąż często zwraca mi uwagę, gdy śpiewam na ulicy. A ja nie mogę inaczej. Gdy czegoś się uczę, muzyka chodzi mi po głowie i musi mieć ujście. Nucę więc podczas spaceru albo zakupów. Nucę, a ludzie się uśmiechają. I to jest wspaniałe, bo muzyka nie kojarzy się im z niczym złym. Ona łagodzi obyczaje, więc dlaczego mam nie śpiewać? Nikt mi jeszcze nie powiedział, że śpiewać na ulicy nie wypada. Ludzie mi zazwyczaj mówią: „ależ pani wesoło”. No pewnie, że mi wesoło!
A nie mówią, że ma pani piękny głos?
— Mówią. Bo muzyka jest dobra na wszystko. Jak się świetnie bawimy, co robimy? Śpiewamy. To naturalne, więc dlaczego uciekać od muzyki?
Nie uciekała pani nigdy?
— Gdy byłam mała, poszłam do szkoły muzycznej i grałam na fortepianie. Instrument ten traktowałam bardzo poważnie i pewnie grałabym na nim przez całe życie. Ale w pewnym momencie, w liceum, zaczęłam śpiewać w chórze. Ludzie zaczęli mi mówić: „jaki ty masz świetny głos!” Hmmm, ja świetny głos? Może jednak warto coś w tym kierunku zrobić? Postanowiłam więc, że będę śpiewała. A że byłam bardzo wstydliwym dzieckiem, wyjście na scenę miało mi dodać pewności siebie.
Pani córka też jest pewna siebie?
— Od początku ciągałam Amelię po koncertach. Jak miała trzy lata, oglądała „Carmen”, w wieku czterech znała już „Kawalera srebrnej róży”. Teraz, gdy idzie na koncert, wie już, co jest dobre, a co kiepskie. Dla niej to normalne, a co najważniejsze — nie męczy się! Nie łapie się za głowę, nie mówi „Boże, co ja tu robię”, ale słucha. Potem rozmawiamy i słyszę od niej: „ta babka fajnie śpiewała, a tamtej coś nie szło”... To jest świadoma decyzja rodziców, jak dziecko kierować. Jedni interesują je promocjami w supermarketach, a inny operą. No właśnie, tych drugich jest mniej... Jakie więc będą nasze przyszłe elity? Na wojnie wybili nam inteligentów i do tej pory jeszcze to odczuwamy.
Dlatego pani reklamuje operę w „Diva for rent”?
— Opowiadam ludziom, że opera wcale nie jest straszna i nie gryzie.
Większość z nas ma inne zdanie.
— Bo ludzie po prostu opery nie znają. A jeśli nie znają — boją się jej i uciekają byle dalej, bo a nuż ich ugryzie. Wolą mieć święty spokój. Opera straszy ich nudą i monotonią. Ludzie mają taką opinię, a często nigdy nie słuchali opery na żywo. Statystyki mówią, że przeciętny Polak chodzi na koncert klasyczny raz na dwadzieścia lat. Wydają więc opinię, a tak naprawdę nie wiedzą, o czym mówią. Wygodniej jest chodzić po mieście z iPodami na uszach i słuchać rąbanki. Bo takich dźwięków nie trzeba się bać. I postaram się to ludziom uświadomić podczas spektaklu „Diva for rent”. Opowiem o życiu śpiewaczki i o tym, dlaczego libretta są pasztetem, czyli śpiewa się bzdury.
Nie ukrywajmy, opera przypomina telenowelę brazylijską!
— Nic nie ukrywam! Też tak myślę, bo libretta nie są specjalnie mądre. Ale czy do opery chodzi się po to, aby sobie poczytać? Wrażliwość jest gdzie indziej.
Pani jest wrażliwa — jak na zodiakalną rybę przystało.
— Moja córka też jest rybą, więc mamy całe akwarium w domu. Mąż niestety jest wagą, ale też ma podwójny znak, więc można mu wybaczyć. Zresztą, od jakiegoś czasu, czyli po czterdziestce, przestałam obchodzić urodziny. Ryby są nie tylko wrażliwe, ale też pracowite i żyjące marzeniami. Próbuję wszystkie swoje pragnienia realizować i tym samym pielęgnować w sobie naiwne dziecko. Zawsze mam gdzieś na końcu głowy: na pewno się uda. Do niektórych decyzji muszę też dojrzeć... W przyszłym roku na przykład wydam płytę, a teraz otwieram szkołę muzyczną w Wilanowie. W sylwestra zaśpiewam w telewizyjnej dwójce, co mnie bardzo cieszy, bo w końcu opera wychodzi do ludzi. Bo nie tylko rock albo disco polo ma coś do powiedzenia. Klasyka też swoje doda. Ale przecież wszyscy znają operowe przeboje. Nie chodzą do opery, a znają melodię. „Carmen” na przykład leci w reklamie środków czystości... Nie jestem z tego dumna, ale cóż — takie czasy. Nie ważne są sposoby, grunt, że cel zostaje osiągnięty.
A może śpiewać popowe przeboje operowym głosem?
— Ostatnio śpiewałam „Crazy is my life” w swoim stylu i całkiem nieźle to brzmiało. Nie uciekam od takich pomysłów, ale nigdy nie robię tego bez powodu. Dzięki temu mogę wywalczyć trochę pieniędzy dla potrzebujących dzieciaków. Ale nie zawsze zgadzam się na to, aby po prostu dla ludzi pośpiewać. Dzwonią do mnie wielkie firmy i proszą o koncert do przysłowiowego kotleta. Pytam wtedy, jaki cel ma ten występ? Komu pomożemy? Firmy nabierają wodę w usta: „cel jest taki, aby zaśpiewać, bo chcemy miło spędzić czas z panią”. Nawet się nie zastanawiam i odpowiadam: ten czas wolę spędzić z córką. Mam go niewiele, więc wybieram przyjemne z pożytecznym. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
wtorek, 6 grudnia 2011
Przedszkolaki: Mikołaj jest specjalistą
— Ma czerwony pas i lubi święty spokój! — o świętym Mikołaju rozmawiam z dzieciakami z Przedszkola Miejskiego nr 15 w Olsztynie.
Do czego służy święty Mikołaj?
— Do przynoszenia prezentów!
— Służy do tego, aby dzieci nie były smutne i blade jak ściana.
— Jest po to, aby przynosić chłopcom samochody i motocykle.
— A co, jeśli ktoś urodzi się dziewczynką?
— Ja jestem dziewczynką i dostaje lale!
— Bo chłopcom mikołaj załatwia samochody i motocykle, a dziewczynkom lale. On ma to obmyślone.
— Bo mikołaj jest specjalistą!
Skąd bierze prezenty?
— Sam nie bierze, ma od tego ludzi.
— Nie ludzi, bo pomagają mu elfy. Ja to wiem.
— Ja też wiem o elfach! Widziałem je w telewizji!
A jak wyglądają elfy?
— Są zielone. To znaczy mają zielone stroje.
— Te stroje są wojskowe.
— Bo elfy wyglądają jak żołnierze. Idą wtedy do sklepu i kupują prezenty, które potem mikołaj wrzuca do wora.
— A ja widziałam inne elfy! Przebierają się za dzieci i wtedy idą do sklepu.
— Zgadza się, ja wszystko wiem o elfach, bo mam książkę, w której wszystko jest opisane.
— Krok po kroku?
— Mikołaj jeździ saniami. Do nich przyczepione są dwa renifery, które są jak lokomotywa.
W jaki sposób mikołaj przynosi prezenty?
— Wchodzi przez komin.
— A ja nie mam komina, bo mieszkam w bloku...
— Do mnie wchodzi przez okno. Zawsze 6 grudnia zostawiam otwarte. Ale nie wiem, jak on to robi.
— Ja wiem! Ląduje saniami na dachu, potem spuszcza do ciebie drabinkę jak z helikoptera i chodzi po parapetach. Jak znajduje twoje okno, wkrada się po cichu.
— Może też wejść przez drzwi albo przez dziurkę od klucza.
— Ale mikołaj jest przecież stary i gruby!
— Ma białą brodę i czerwoną czapkę. I jeszcze ma czerwony pas!
A dlaczego jest święty?
— Bo to jest bóg. Bóg się objawia, mikołaj też, więc musi być święty.
— A mnie bóg się nie objawił. Mikołaja też nigdy nie widziałam.
— U mnie wujek i tata są mikołajami.
— Mama mówi do taty zawsze: wcale taki święty nie jesteś...
— O, boże...
— Mikołaj nie jest bogiem, ale jest bardzo bogaty.
— Jak przynosi prezenty, więc musi mieć dużo pieniędzy. Bo samochody i motocykle kosztują.
— Mikołaj jest święty, bo przychodzi na święta.
— Ja też przyjeżdżam do babci na święta i co? Jestem święty? Nie jestem.
— Mikołaj jest święty, bo lubi święty spokój.
— Bo przychodzi 6 grudnia i zaczyna święta.
— 6 grudnia obchodzimy święto buta!
— Albo święto skarpety!
— Masz święte skarpety?
— Święto dzieci jest i już!
— A mi mówili, że są mikołajki... I komu teraz wierzyć?
— Ja napisałem list do świętego mikołaja. Włożę go do buta. Jak sobie przyjdzie, to sobie weźmie i przeczyta.
— Mikołaj nauczył się czytać w szkole, ale to było bardzo dawno temu.
— Listy powinno się wysyłać się pocztą!
— A ja myślę, że mikołaj ma bardzo dobry słuch. Listu nie napisałam, ale mówię, co chcę dostać. Zawsze się udawało, więc mikołaj musi mieć dobry słuch.
— On ma wąsy!
— W uszach wąsy?
— Nie, pod nosem. Jak mój dziadek.
— Bo mikołaj to też taki dziadek.
Do czego służy święty Mikołaj?
— Do przynoszenia prezentów!
— Służy do tego, aby dzieci nie były smutne i blade jak ściana.
— Jest po to, aby przynosić chłopcom samochody i motocykle.
— A co, jeśli ktoś urodzi się dziewczynką?
— Ja jestem dziewczynką i dostaje lale!
— Bo chłopcom mikołaj załatwia samochody i motocykle, a dziewczynkom lale. On ma to obmyślone.
— Bo mikołaj jest specjalistą!
Skąd bierze prezenty?
— Sam nie bierze, ma od tego ludzi.
— Nie ludzi, bo pomagają mu elfy. Ja to wiem.
— Ja też wiem o elfach! Widziałem je w telewizji!
A jak wyglądają elfy?
— Są zielone. To znaczy mają zielone stroje.
— Te stroje są wojskowe.
— Bo elfy wyglądają jak żołnierze. Idą wtedy do sklepu i kupują prezenty, które potem mikołaj wrzuca do wora.
— A ja widziałam inne elfy! Przebierają się za dzieci i wtedy idą do sklepu.
— Zgadza się, ja wszystko wiem o elfach, bo mam książkę, w której wszystko jest opisane.
— Krok po kroku?
— Mikołaj jeździ saniami. Do nich przyczepione są dwa renifery, które są jak lokomotywa.
W jaki sposób mikołaj przynosi prezenty?
— Wchodzi przez komin.
— A ja nie mam komina, bo mieszkam w bloku...
— Do mnie wchodzi przez okno. Zawsze 6 grudnia zostawiam otwarte. Ale nie wiem, jak on to robi.
— Ja wiem! Ląduje saniami na dachu, potem spuszcza do ciebie drabinkę jak z helikoptera i chodzi po parapetach. Jak znajduje twoje okno, wkrada się po cichu.
— Może też wejść przez drzwi albo przez dziurkę od klucza.
— Ale mikołaj jest przecież stary i gruby!
— Ma białą brodę i czerwoną czapkę. I jeszcze ma czerwony pas!
A dlaczego jest święty?
— Bo to jest bóg. Bóg się objawia, mikołaj też, więc musi być święty.
— A mnie bóg się nie objawił. Mikołaja też nigdy nie widziałam.
— U mnie wujek i tata są mikołajami.
— Mama mówi do taty zawsze: wcale taki święty nie jesteś...
— O, boże...
— Mikołaj nie jest bogiem, ale jest bardzo bogaty.
— Jak przynosi prezenty, więc musi mieć dużo pieniędzy. Bo samochody i motocykle kosztują.
— Mikołaj jest święty, bo przychodzi na święta.
— Ja też przyjeżdżam do babci na święta i co? Jestem święty? Nie jestem.
— Mikołaj jest święty, bo lubi święty spokój.
— Bo przychodzi 6 grudnia i zaczyna święta.
— 6 grudnia obchodzimy święto buta!
— Albo święto skarpety!
— Masz święte skarpety?
— Święto dzieci jest i już!
— A mi mówili, że są mikołajki... I komu teraz wierzyć?
— Ja napisałem list do świętego mikołaja. Włożę go do buta. Jak sobie przyjdzie, to sobie weźmie i przeczyta.
— Mikołaj nauczył się czytać w szkole, ale to było bardzo dawno temu.
— Listy powinno się wysyłać się pocztą!
— A ja myślę, że mikołaj ma bardzo dobry słuch. Listu nie napisałam, ale mówię, co chcę dostać. Zawsze się udawało, więc mikołaj musi mieć dobry słuch.
— On ma wąsy!
— W uszach wąsy?
— Nie, pod nosem. Jak mój dziadek.
— Bo mikołaj to też taki dziadek.
niedziela, 4 grudnia 2011
Zobacz, w jakich warunkach żyją psy w Węgajtach
Te psy potrzebują twojej pomocy! Czas dla nich ma znaczenie, bo zima coraz bliżej. Są samotne, cierpiące, chude i zmarznięte. Psy z Węgajt czekają na ciepły dom. Czekają na ciebie.
Te psy "mieszkają" w Jonkowskiej Przechowalni Zwierząt. Cóż za nazwa! Przechowalnia kojarzy mi się z dworcem, gdzie podrzuca się na walizkę, aby nie ciążyła. Pies to nie bagaż przecież... Niestety tak jest traktowany. Najgorsze, że jest świadomy tego, że nikt nie może go pokochać.
Wystarczy wyciągnąć rękę, aby zrozumieć, że bliskość człowieka jest dla tych psiaków największą potrzebą. Pusta miska aż tak bardzo nie boli jak te smutne i błagające ślipia...
Nic więcej nie napiszę, bo brak mi słów. Po prostu obejrzyj ten film i pomóż — albo zaopiekuj się psem, albo przekaż informację dalej! Musimy zdążyć przed zimą!
Chcesz przygarnąć psiaka z Węgajt? Zajrzyj na Facebook'owy profil: „Adopcje psów z jonkowskiej przechowalni zwierząt” lub skontaktuj się z Izą Rutkowską (tel. 606 507 829).
Czytaj więcej:
Raport z przechowalni w Węgajtach
![]() |
| Fot. Grzegorz Wadowski |
Te psy "mieszkają" w Jonkowskiej Przechowalni Zwierząt. Cóż za nazwa! Przechowalnia kojarzy mi się z dworcem, gdzie podrzuca się na walizkę, aby nie ciążyła. Pies to nie bagaż przecież... Niestety tak jest traktowany. Najgorsze, że jest świadomy tego, że nikt nie może go pokochać.
Wystarczy wyciągnąć rękę, aby zrozumieć, że bliskość człowieka jest dla tych psiaków największą potrzebą. Pusta miska aż tak bardzo nie boli jak te smutne i błagające ślipia...
Nic więcej nie napiszę, bo brak mi słów. Po prostu obejrzyj ten film i pomóż — albo zaopiekuj się psem, albo przekaż informację dalej! Musimy zdążyć przed zimą!
Chcesz przygarnąć psiaka z Węgajt? Zajrzyj na Facebook'owy profil: „Adopcje psów z jonkowskiej przechowalni zwierząt” lub skontaktuj się z Izą Rutkowską (tel. 606 507 829).
Czytaj więcej:
Raport z przechowalni w Węgajtach
piątek, 11 listopada 2011
Kazik: Błyskotliwy nie jestem
— Płaczę, jak mam wracać z Hiszpanii i jak pokłócę się z żoną — zdradza Kazik Staszewski, muzyk. — A śmieję się do łez, jak się upiję.
No, oto Kazik właśnie! Kaźmierz, Kazimnierz...
Miałeś kiedyś wąsy przez dwa dni. Co się stało?
— Dwukrotnie miałem krótko wąsy. Raz, goląc zapuszczoną przez wakacje brodę, zostawiłem je sobie. Moje dzieci podniosły wtedy lament i się popłakały. Potem miałem wywiad i sesję zdjęciową do jakiegoś kolorowego miesięcznika. Zazwyczaj takim pismom odmawiam. Tym razem jednak zgodziłem się na wywiad, bo miałem załatwić w nim pracę znajomej. Powiedziano jej, że jak zrobi ze mną wywiad, dostanie u nich etat. Pomyślałem sobie, że zarost pod nosem koresponduje ze stylem i poziomem tego wydawnictwa. Na potrzeby tej sesji zapuściłem owóż wąsy.
Co wąsy świadczą o mężczyźnie?
— O Jacku Szumlasie, szefie firmy Solopan i Jamesie Hetfieldzie z zespołu Metallica, świadczą dobrze. Jest jeszcze jeden irlandzki aktor, który je dobrze nosi, ale nie pamiętam, jak się nazywa. Grał jedną z ważniejszych ról w filmie „Veronica Guerin”. O reszcie mężczyzn świadczą źle. No chyba, że tworzą jakąś ciekawą kompozycję wraz z baczkami.
A co o kobiecie, która ma zarost pod nosem?
— Myślę ,że nie jest z tego zadowolona bidulka...
Ale okładka nowej płyty Kazika Na Żywo „Bar la curva & Plamy na słońcu” to nie bidulka...
— „Bar la curva” to jest dosłownie bar „Zakręt”. Nigdy w nim nie byłem, ale mijam go często, bo leży koło drogi z wulkanu Teide do Santa Cruz. A do barów nie chadzam, bo tam nie ma intymności i anonimowości. Wolę wychylić w domu lub w gościach.
Czym zaskoczy nas nowy krążek?
— Niczym. Gramy swoje — to, co umiemy najlepiej. Tak się okazało. Ale większość piosenek jest świetna, a jedna z nich to dla mnie hymn na miarę „Polski” Kultu czy „Taty Dilera” Kazika Na Żywo czy nawet moich „12 groszy”. Ale to przecież i tak oceni słuchacz, mój chlebodawca.
A czym ty zaskoczysz?
— Niczym, w końcu jestem tylko motorniczym. Trasy nie zmienię. Chociaż zobaczymy — nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz.
W jednym z wywiadów przyznałeś się, że z wiekiem poczułeś „niską samoocenę”. Z wiekiem tracisz głowę?
— To już przeszłość. Mam pewne kompleksy, ale czuję się teraz dobrze i wysoko się cenię. To efekt paru radykalnych zmian w moim życiu.
Ale przyznaj się, w jakich sytuacjach tracisz głowę?
— Nie ma takich. No, może gdy trzeba błyskotliwie i szybko zripostować jakąś wypowiedź — tego nie umiem, bo błyskotliwy nie jestem. Poddaję się też, gdy internetowa szarańcza chce mnie żywcem pogrzebać, ale że zrezygnowałem parę miesięcy temu z czytania komentarzy na mój temat w sieci, więc odtąd samopoczuciem moim jest trudniej zachwiać.
Kiedyś straciłeś głowę dla świadków Jehowy. Kościół katolicki nie spełnił twoich ambicji?
— Kościół katolicki nigdy mnie nie kręcił. Chodziłem tam, bo mi kazano, więc gdy pojawili się ludzie mówiący o Bogu zgodnie z literą Biblii, to mnie zaciekawiło. Studiowałem z nimi Pismo Święte ponad cztery lata i chociaż nie zdecydowałem się ostatecznie ochrzcić i zostać Świadkiem, to nie żałuję ani sekundy spędzonej z nimi.
A dziś — możesz zaufać Bogu?
— Moim zdaniem nie ma kogoś takiego. Wygodnie jest wierzyć, to wiele ułatwia. Sam bym chciał, ale przeszkadza mi wiedza, że takiego tworu nie ma.
Komu dziś można zaufać?
— Ja ufam czterem osobom i to są moi czterej przyjaciele. To ważne słowo i wkurwia mnie bardzo szastanie nim na lewo i prawo. Są to Piotr Wieteska, Sławomir Pietrzak, Lucjusz Myśliwiec i Dariusz Szurlej. Kolejność nazwisk przypadkowa.
Z tymi panami pewnie możesz prowadzić długie męskie jesienne rozmowy... Co Polakowi najlepiej wychodzi jesienią?
— Jak pokazują wydarzenia ostatnich dni, to chyba lądowanie samolotem bez kół. A dlaczego? Bo piloci w LOTcie to bossowie na maxa i klasa światowa — w odróżnieniu od taboru.
Który jest w opłakanym stanie... Kiedy zdarza ci się uronić łzę?
— Oj, coraz częściej. Na filmie, jak się z kimś na dłużej żegnam, jak mam wracać z Hiszpanii, jak pokłócę się z żoną, jak zatęsknię do dzieci... Oj, tych sytuacji jest tak dużo, że nie wymienię ich tu wszystkich. Mogę opowiedzieć tylko o kilku z brzegu.
A kiedy śmiejesz się do łez?
— Jak jestem szczęśliwy, a jestem często. No i niestety przeważnie śmieję się do łez jak się upiję. I to jest problem, bowiem większość ludzi, którzy mnie znają, mówią, że permanentnie powinienem być w tym stanie, bo wtedy jestem o wiele bardziej sympatyczny i wesoły. Ale ja już wiem, że nie tędy droga. To pułapka.
Przeczytaj też:
Kazik: Jestem ekskluzywną prostytutką
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
![]() |
| Fot. Rafał Nowakowski |
No, oto Kazik właśnie! Kaźmierz, Kazimnierz...
Miałeś kiedyś wąsy przez dwa dni. Co się stało?
— Dwukrotnie miałem krótko wąsy. Raz, goląc zapuszczoną przez wakacje brodę, zostawiłem je sobie. Moje dzieci podniosły wtedy lament i się popłakały. Potem miałem wywiad i sesję zdjęciową do jakiegoś kolorowego miesięcznika. Zazwyczaj takim pismom odmawiam. Tym razem jednak zgodziłem się na wywiad, bo miałem załatwić w nim pracę znajomej. Powiedziano jej, że jak zrobi ze mną wywiad, dostanie u nich etat. Pomyślałem sobie, że zarost pod nosem koresponduje ze stylem i poziomem tego wydawnictwa. Na potrzeby tej sesji zapuściłem owóż wąsy.
Co wąsy świadczą o mężczyźnie?
— O Jacku Szumlasie, szefie firmy Solopan i Jamesie Hetfieldzie z zespołu Metallica, świadczą dobrze. Jest jeszcze jeden irlandzki aktor, który je dobrze nosi, ale nie pamiętam, jak się nazywa. Grał jedną z ważniejszych ról w filmie „Veronica Guerin”. O reszcie mężczyzn świadczą źle. No chyba, że tworzą jakąś ciekawą kompozycję wraz z baczkami.
A co o kobiecie, która ma zarost pod nosem?
— Myślę ,że nie jest z tego zadowolona bidulka...
Ale okładka nowej płyty Kazika Na Żywo „Bar la curva & Plamy na słońcu” to nie bidulka...
— „Bar la curva” to jest dosłownie bar „Zakręt”. Nigdy w nim nie byłem, ale mijam go często, bo leży koło drogi z wulkanu Teide do Santa Cruz. A do barów nie chadzam, bo tam nie ma intymności i anonimowości. Wolę wychylić w domu lub w gościach.
Czym zaskoczy nas nowy krążek?
— Niczym. Gramy swoje — to, co umiemy najlepiej. Tak się okazało. Ale większość piosenek jest świetna, a jedna z nich to dla mnie hymn na miarę „Polski” Kultu czy „Taty Dilera” Kazika Na Żywo czy nawet moich „12 groszy”. Ale to przecież i tak oceni słuchacz, mój chlebodawca.
A czym ty zaskoczysz?
— Niczym, w końcu jestem tylko motorniczym. Trasy nie zmienię. Chociaż zobaczymy — nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz.
W jednym z wywiadów przyznałeś się, że z wiekiem poczułeś „niską samoocenę”. Z wiekiem tracisz głowę?
— To już przeszłość. Mam pewne kompleksy, ale czuję się teraz dobrze i wysoko się cenię. To efekt paru radykalnych zmian w moim życiu.
Ale przyznaj się, w jakich sytuacjach tracisz głowę?
— Nie ma takich. No, może gdy trzeba błyskotliwie i szybko zripostować jakąś wypowiedź — tego nie umiem, bo błyskotliwy nie jestem. Poddaję się też, gdy internetowa szarańcza chce mnie żywcem pogrzebać, ale że zrezygnowałem parę miesięcy temu z czytania komentarzy na mój temat w sieci, więc odtąd samopoczuciem moim jest trudniej zachwiać.
Kiedyś straciłeś głowę dla świadków Jehowy. Kościół katolicki nie spełnił twoich ambicji?
— Kościół katolicki nigdy mnie nie kręcił. Chodziłem tam, bo mi kazano, więc gdy pojawili się ludzie mówiący o Bogu zgodnie z literą Biblii, to mnie zaciekawiło. Studiowałem z nimi Pismo Święte ponad cztery lata i chociaż nie zdecydowałem się ostatecznie ochrzcić i zostać Świadkiem, to nie żałuję ani sekundy spędzonej z nimi.
A dziś — możesz zaufać Bogu?
— Moim zdaniem nie ma kogoś takiego. Wygodnie jest wierzyć, to wiele ułatwia. Sam bym chciał, ale przeszkadza mi wiedza, że takiego tworu nie ma.
Komu dziś można zaufać?
— Ja ufam czterem osobom i to są moi czterej przyjaciele. To ważne słowo i wkurwia mnie bardzo szastanie nim na lewo i prawo. Są to Piotr Wieteska, Sławomir Pietrzak, Lucjusz Myśliwiec i Dariusz Szurlej. Kolejność nazwisk przypadkowa.
Z tymi panami pewnie możesz prowadzić długie męskie jesienne rozmowy... Co Polakowi najlepiej wychodzi jesienią?
— Jak pokazują wydarzenia ostatnich dni, to chyba lądowanie samolotem bez kół. A dlaczego? Bo piloci w LOTcie to bossowie na maxa i klasa światowa — w odróżnieniu od taboru.
Który jest w opłakanym stanie... Kiedy zdarza ci się uronić łzę?
— Oj, coraz częściej. Na filmie, jak się z kimś na dłużej żegnam, jak mam wracać z Hiszpanii, jak pokłócę się z żoną, jak zatęsknię do dzieci... Oj, tych sytuacji jest tak dużo, że nie wymienię ich tu wszystkich. Mogę opowiedzieć tylko o kilku z brzegu.
A kiedy śmiejesz się do łez?
— Jak jestem szczęśliwy, a jestem często. No i niestety przeważnie śmieję się do łez jak się upiję. I to jest problem, bowiem większość ludzi, którzy mnie znają, mówią, że permanentnie powinienem być w tym stanie, bo wtedy jestem o wiele bardziej sympatyczny i wesoły. Ale ja już wiem, że nie tędy droga. To pułapka.
Przeczytaj też:
Kazik: Jestem ekskluzywną prostytutką
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)









